niedziela, 2 stycznia 2011

Oczywista przyczyna katastrofy (stan na styczeń 2011 r.)

Przyczyna katastrofy jest arcyprosta. Rzekłbym równie odważnie i bez wątpliwości, że arcyprosta jak umysłowość wypowiadającej taką opinię osoby.

- Jestem osobiście przekonany, że nikt nie zakwestionuje tego, że główną przyczyną katastrofy smoleńskiej była próba lądowania podjęta w warunkach pogodowych, które się do tego absolutnie nie nadawały *

To tak genialnie proste i oczywiste jak znana z dowcipów o wojsku i uczelnianym studium wojskowym definicja śmierci, która to jest (co jest przecież arcyoczywiste i nikt tego nie zakwestionuje) „brakiem życia”.

Zastanawia mnie ta wypowiedź wcale nie dlatego, że jest jaka jest jeśli chodzi o jej merytoryczną wartość. Mógłbym czepiać się wskazując, że to, co osoba mówiąca uważa za przyczynę ja mam raczej za skutek. I prawdziwych przyczyn, nawet arcyboleśnie prostych, oczywistych i wszystkich innych wprost nie mogę się doczekać. Mimo, że przy nich chodzą dwie państwowe prokuratury, dwa „wyspecjalizowane” ciała i jeszcze pan Klich na dodatek. Chodzą, chodzą i, póki co, nic jakoś wychodzić nie mogą. Tak, jakby bezczelnie chcieli zasugerować, że mówienie o „głównej przyczynie” jest tylko demonstracją kompletnej ignorancji.

Ja zdaję sobie sprawę, że wysłanie społeczeństwu przekazu, w którym rzecz jest może i „arcybolesna” ale oczywista to taka reakcja obronna. Bo przyjęcie takiej wizji z miejsca zamyka możliwości dalszego drążenia. A to dla osoby wartość sama w sobie. Bo jak drążą to Bóg jeden wie do czego się mogą dokopać.

Coś podobnego pamiętam ze swego dzieciństwa. Podczas jednych z wakacji na wsi młodszy ode mnie kuzyn, mający ciągły problem w postaci nieuniknionego dla dziecka nadmiernie żywego, a takim właśnie był, popadania w kłopoty nierzadko kończące się laniem, nagle genialnie też odkrył „oczywistą przyczynę”. I to w formie niemal doskonałej. Rodzice sprezentowali mu (wiem, że to określenie deprecjonujące nieco zwierzę jako istotę ale cóż, prawda…) psa. Na jakiś czas kłopoty kuzyna odeszły w niepamięć. Za każdym razem gdy odkrywane było jakieś dzieło destrukcji, kuzyn, będący od dawna pierwszym podejrzanym, bez najmniejszej wątpliwości wskazywał „oczywistą” przyczynę – pieska. Nie wiem czy jego rodzice mu wierzyli czy też tak było im wygodniej bo nie jest wcale rzeczą przyjemną czy to strofowanie swego mocno nieletniego pierworodnego czy też aplikowanie mu wiedzy i zasad poprzez pośladki. Przestali gdy kolejna z win pieska okazała się nie do popełnienia bez wyspecjalizowanych kończyn górnych, których on na nieszczęście kuzyna nie posiadał. Kara objęła profilaktycznie również winy, które wcześniej pieskowi zaliczono i które jak najbardziej w jego możliwościach leżały. Tak to działa.

Zastanawia mnie, jak już sygnalizowałem wyżej, coś zupełnie innego. Oto osobiste przekonanie mówiącego, tak boleśnie oczywiste we wskazaniu osób odpowiedzialnych za tragedię prawie setki ludzi, ich rodzin i całego narodu, następuję niemal tuż po tym, gdy partyjny kolega osoby, niegdyś jej szef, z hukiem odsyła wypracowanie zespołu szukającego przyczyn tej samej tragedii jako „zbyt jednostronne”. A chyba bardziej jednostronne niż „osobiste przekonanie osoby, być nie mogło (choć kto wie skoro władza nie pozwoliła suwerenowi „luknąć” w broszurę).

Zastanawia mnie też ta pewność osoby co do tego, o czym mówi. Bo oznaczać może ona dwie możliwości. Pierwszą taką, że osobie ledwie czasu starcza na cokolwiek bo od samego dnia katastrofy nic innego nie robi tylko ślęczy nad kolejnymi materiałami mozolnie starając się dodać jedno do drugiego i osiągnąć jedyny prawdziwy wynik. I wie wszystko. Jak nikt inny…

Druga możliwość jest taka, że nie ślęczy, nie dodaje bo od samego początku wie jak było. Z całą swoją pewnością zacietrzewionego i stronniczego bufona, który na podstawie jednego obejrzanego odcinka popularnego serialu gotów jest przeprowadzać operację na otwartym sercu.

Cechą charakterystyczną umysłowości osoby zdaje się być to, że w swoich wypowiedziach publicznych, jak mało kto, potrafi posiać wątpliwość w umysłach tych wszystkich, którzy uznają, że wypowiadana opinia zawsze jest końcowym elementem pewnego procesu umysłowego.

Zastanawiam się czemu ta „oczywista” opinia o „arcyprostej” przyczynie katastrofy może służyć. W sytuacji, w której od miesięcy reglamentuje się społeczeństwu wiedzę, kiedy usiłuje się tłumaczyć iż takie sprawy wyjaśnia się właśnie długo i z mozołem. Kiedy to przeciąganie sprawy wywołuje wiele emocji. W sytuacji gdy obśmiano wszystkich tych, co też mieli swoje „arcyproste” i oczywiste tłumaczenia dla tej tragedii.

Zastanawiam się wreszcie kiedy ktoś raczy osobie zwrócić uprzejmą uwagę, że nie jest ona jakąś panią wygłaszającą w warzywniaku nikogo nie interesujące opinie lecz prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej od którego oczekuje się opinii wyważonych i opartych na jakichś bezspornych podstawach. „Osobiste przekonanie” to zbyt mało jako „bezsporna podstawa”.

Mamy już za sobą jeden nieszczęsny wywiad osoby. Wywiad, który pociągnął za sobą dość znaczące społecznie skutki. Mamy też za sobą nabór rozlicznych „mędrców”, których w jakimś tam celu osobie sprezentowano płacąc za to jak mniemam niemałymi i do tego publicznymi pieniędzmi. Mogę więc nie tylko oczekiwać ale nawet żądać jako ten, który jest nie tylko suwerenem w imieniu którego osoba pełni co pełnie ale i sponsorem płacącym za owo „pełnienie”, by szanowna osoba wzbogaciła swój sposób komunikowania się ze społeczeństwem o dodatkowy element. O myślenie nad tym co się ma zamiar powiedzieć.


*http://wyborcza.pl/1,75248,8892771,Komorowski__przyczyna_katastrofy_smolenskiej_arcybolesnie.html#ixzz19rP7mVA1

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz