piątek, 29 marca 2013

Wszyscy będziemy „psychicznymi gejami”



Mówiąc o sobie „psychiczny gej” pan Daniel Olbrychski trafnie opisał siebie tylko pierwszą połową użytego zwrotu. Jednak ten drugi człon świadczy albo o wyjątkowej przenikliwości Olbrychskiego albo o niezwykłym instynkcie aktora.
Jeśli przyjrzeć się jak agresywne od jakiegoś czasu są „prześladowane” mniejszości spod znaku LGBT. A przy tym, co chyba nawet istotniejsze, jakże skuteczne.
Weźmy choćby naszego bohatera wszystkich Polaków… Tak, mam na myśli Lecha Wałęsę, który, cokolwiek powie, zawsze znajdzie jakąś społeczną niszę, która jego słowa przyjmie z otwartymi ramionami. Kiedy wkurzał nas, plując na nielubianych przez siebie byłych kolegów z czasów walki z komuną oraz przedstawicieli nielubianej przez siebie władzy, nie było, co liczyć, że ktoś z „głównego nurtu” i to tylko z tego naszego, lokalnego, zechce mu to wytknąć albo nawet w jakiś sposób ukarać. Starczyło, by tknął, i to tylko werbalnie, „prześladowaną mniejszość” a już zdążył odczuć i na honorze (co pewnie nie zabolało, no chyba że jako „ból fantomowy”) i, przede wszystkim na kieszeni, że to nie jest dobry deal.
Zatem może już niedługo każdy, kto w jakikolwiek sposób będzie chciał znaleźć w życiu jakieś bezpieczne miejsce, będzie musiał, śladem Olbrychskiego, zadeklarować się jako „psychiczny gej” czy tam „psychiczna lesba”. Inaczej, jak cała niepokorna reszta większości, drżeć będzie, co też jej „prześladowana mniejszość” zechce zrobić.
Wcale nie żartuję. Przede wszystkim dlatego, że nieco oszołomiony jestem dynamika, z jaką dawne pedały czy tam cioty, ukrywające swe skłonności, dziś, już jako geje bez jakichkolwiek pokory starają się brać społeczeństwo za mordę. Ale, mimo tego przyciągającego uwagę rozmachu, to wcale nie bezczelni w swych roszczeniach i pretensjach homoseksualiści są główną siła tej postępującej rewolucji, na której gilotynach (mam nadzieję, że tylko symbolicznie) my, dotąd uważający się za normalnych, będziemy musieli położyć swe… powiedzmy cojones. Dużo większą rolę odegrają ci debile, którym wydaje się, że jak kupią sobie holenderska damkę, fikuśny kapelusik, drinka na Powiślu i oczywiście nadąża za „zmieniającym się światem”, to bez wątpienia wszystkim zaimponują rozumem. Oni faktycznie już pewnie biegają po warszawce w poszukiwaniu koszulek zdobnym w najnowszy cytat z Olbrychskiego.
A swoją drogą przyszło mi do głowy coś, co Danielowi Olbrychskiemu bez wątpienia nie zawitało do zwojów mózgowych nawet na chwilę. Pomyślałem, ze ta jego służalczo szybka reakcja na słowa Szczepkowskiej o „gejowskim lobby” wśród artystów świadczy o czymś przeciwnym niż starał się wyartykułować. Świadczy o tym, że to lobby nie tylko istnieje, ale może być znacznie silniejsze niż by się mogło zdawać. I oto sławny Azja, by nikt nie potraktował go w myśl starej zasady „czerwonych”, „kto nie z nami ten przeciw nam”, czym prędzej pospieszył z deklaracją, że jednak jest „z nami”. Tak, jak tylko umie. Tylko „psychicznie”, ale czy to jego wina?
Nie wiem, w jakich okolicznościach i jak często będzie trzeba ujawniać swój „psychiczny homoseksualizm”, aby zasłużyć na spokojne życie. Przypomina mi się wątek z „Paragrafu 22” opisujący apogeum patriotycznego wzmożenia w eskadrze, owocującego koniecznością składania przysięgi i odśpiewywania „Gwiaździstego sztandaru” w stołówce zarówno w kolejce po zupę jak też i po drugie.
Swoją drogą zastanawiam się najzupełniej poważnie ilu zadeklarowanych homofobów narodzi się naprawdę z opowiastek pana Posła RP, wielokrotnego beneficjenta przeróżnych grantów i dotacji, Roberta Biedronia o tym jaki to on jest prześladowany.

niedziela, 24 marca 2013

Z frontu walki o świetlaną przyszłość



To mógłby być niezły powód do kolejnych kpin z naszej „nowej lewicy” i jej wodza. Mam na myśli sugestie… Nie, nie pomysł! Za twierdzenie, że mają taki pomysł, pajacyki będą ciągać po sądach. Chodzi o sugestie, że utrzymanie granicy wieku partnera, poniżej której seks byłby penalizowany, na obecnym poziomie nie nadąża za „zmieniającym się światem”. Tę sugestię wyrzucił z siebie Janusz Palikot w rozmowie z Monika Olejnik a pytany, czy pozwoliłby swojej 13-letniej (bo tyle sugerował jako granicę bardziej „nadążającą” ów „polityk”) córce na kontakty intymne z kimś starszym, stwierdził, że to ona zdecyduje.*
Bardzo szybko partia uświadomiła sobie, że szef po raz kolejny swym nieprzemyślanym gadaniem uzbroił kolejną bombę, która może zasypać zdychający „Ruch” taką ilością odłamków, że trudno będzie truchło zlokalizować. Czym prędzej więc zaprzeczono by w ogóle rozważano taką koncepcję, uznając widać, że lepiej by szef (nie pierwszy w końcu raz) wyszedł na idiotę niż by cały „Ruch” wyszedł na bandę pedofilów.
Słowa jednak poszły w świat więc trzeba było jakoś wyjaśnić, czemu akurat takie. Rozsądniejsza twarz „Ruchu”, pan Rozenek wytłumaczył więc, że zabierając publicznie głos w sprawie, Janusz Palikot „nie wiedział jaki jest wiek przyzwolenia”.** Sugerując niejako, że najpewniej uważał, iż jest to 12 a może i mniej lat i chciał podnieść do 13. Oczywiście kpię bo Palikotowi zdawało się, że 18…
I tu przestało mi się chcieć śmiać. Choć cały „Ruch” razem z Palikotem i Rozenkiem na nic innego poza śmiechem nie zasługuje. Przestało mi się chcieć śmiać, bo po raz kolejny przekonałem się, na czym polegać będzie „podążanie za światem” w wykonaniu wszelkich możliwych lewic. No może z wyjątkiem tej, które się na przełomie dziejów nachapała i teraz na pewno swych pełnych barków i złotych kart nie zaryzykują choćby mieli się przez to przenieść w wiek XIX. Cała reszta jest tak odważna, że zmieni nam Polskę, bo jej się będzie wydawało.
I to jest modus operandii charakterystyczny dla mniej lub bardziej nasiąkniętych ideologią lewaków. Uszczęśliwiają, bo im się wydaje a w efekcie muszą później „tak długo kochać, aż wszyscy ich pokochają”. Choćby miała to być miłość szorstka jak onuca na nodze Zeka karczującego tajgę.
Może z punktu widzenia inżynierii społecznej tę odwagę wpierdalania (inaczej tego nazwać nie umiem) ludzkości w kolejne ociekające krwią eksperymenty dałoby się nawet podziwiać za rozmach. Do dziś wszak nie oszacowano liczby trupów, będącej ostatecznym bilansem wyczynów wszelkich, większych i mniejszych „czerwonych braci”, od Soso i Mao począwszy a na krasnych fuhrerkach z Grenady kończąc.
Generalnie człowiek ze mnie spokojny. I wolę z mającymi odmienne od moich poglądy ścierać się na argumenty niż wdawać się we wzajemne obszczekiwanie. Jednak w kilku sprawach nie uznaję czegoś takiego jak „odmienne poglądy”.  Jedną z nich jest właśnie sprawa zabierania się polityków a jeszcze częściej „polityczek” za objaśnianie dzieciom pewnych spraw, od których powinni się trzymać jak najdalej.
Jeśli ma pan Palikot ochotę wpychać swoje dzieci komuś do łóżek, jego wola. Dzieci dorosną i z perspektywy tej swej dorosłości tatę jakoś ocenią. Może nawet i pozytywnie. Kto wie… Ale od całej reszty on, Rozenek i cala reszta tej niebezpiecznej menażerii niech się trzyma z daleka. Tu nie ma tak, że się zobaczy za jakiś czas, czy to dobrze czy źle. Kto nie pojmuje, że ludzie, a w szczególności dzieci to nie zwierzęta doświadczalne do sprawdzania w praktyce durnych pomysłów na „lepszy świat”, jest zwyczajnie niebezpieczny. Żaden tam, kontrowersyjny. Niebezpieczny!


piątek, 15 marca 2013

Premier spyta Europę o Tupolewa



Kiedy przeczytałem, że nasz Premier zapyta Unię Europejską o wrak Tupolewa, wzruszyłem się. Nie, wcale nie inicjatywą naszego pierwszego ministra. Wzruszyłem się, bo mi się wczesna młodość przypomniała, kiedy do mojego obecnego Miasteczka przyjechała „Piwnica pod Baranami” ze swym programem, obejmującym caly przekrój jej historii. Wśród skeczów i pieśni znanych od lat było kilka nowych, nawiązujących do ówczesnej sytuacji politycznej, Którą to sytuację właśnie od przeszłości sławną „grubą kreską” oddzielał pan Tadeusz Mazowiecki. W jednym monologu nie artysta, którego dziś już nie przypomnę sobie, wspomniał w związku z tą sytuacją, że w ramach takiego dość powszechnego ówcześnie bratania zapytał odważnie wspomnianego Mazowieckiego Tadeusza, premiera generał Jaruzelski Wojciech, jak to w końcu było z tymi komunistycznymi zbrodniami.

Pomijając moje wspomnienia i związane z nimi wzruszenie, którego dostarczył mi niespodziewanie pan Premier, nie mam pojęcia o co on chce pytać w tej sprawie Unii. Przecież nawet dzieci już wiedzą, że wszelkie odpowiedzi na jego pytania (jakich by w tej sprawie nie wymyślił) uzyskać można raczej po przeciwnej stronie mapy.

Ja oczywiście wiem, że jakie by nie były te pytania pana Tuska, pytać zawsze warto. Wszak głupich pytań nie ma, jak mówi porzekadło. Nawet to pytanie o trzymaniu się drutów i jeżdżeniu jak tramwaj…

Oczywiście o to, że się Premier będzie dopytywał Europy o wrak, tak jakby leżał on gdzieś na przedmieściach Brukseli, Paryża czy tam Londynu, Moskwa martwic się nie musi. I nie tylko dlatego, że się Tusk będzie pytał nie jej tylko Europy. Nawet jak takim pytaniem nieco gęby Moskwie przyprawi, ma w zanadrzu coś na poprawę moskiewskich humorów. Zamierza bowiem przedstawić przy okazji „ciekawy efekt” wprowadzenia „małego” ruchu bezwizowego z obwodem kaliningradzkim. Tego akurat można się było spodziewać skoro już wcześniej pan Minister Sikorski zapowiedział lobbowanie za zniesieniem wiz do Unii dla Rosjan podając jako argument ów „mały ruch”, który tak świetnie się sprawdza… OD PÓŁ ROKU! Niech się od Sikorskiego i Tuska uczy Departament Stanu, którego przez dziesiątki lat nie umiemy przekonać!

- Mogę z czystym sumieniem podkreślić, że w sprawach wizowych Europa z Rosją powinna rozmawiać językiem współpracy, a nie konfrontacji, nieufności i niechęci - powiedział Tusk*

Myślę, że pan Tusk we WSZYSTKICH sprawach umie z Moskwą rozmawiać wyłącznie „językiem współpracy”. I chyba właśnie dlatego o wrak Tupolewa musi pytać Unię.