sobota, 31 sierpnia 2013

Dźwigaliśmy tę Polskę…



O znaczeniu zdarzeń często świadczy to, ile za nimi stało nadziej i jak wielkie rozczarowanie przyniosły. Gdyby tylko tymi miarami oceniać znaczenie Sierpnia80, trudno byłoby znaleźć w naszej historii momenty donioślejsze. Nie przypadkiem daję do zrozumienia, że nie są to jedyne miary, które powinno się brać pod uwagę by ocenić tamte wydarzenia a zwłaszcza ludzi, którzy za nimi stali. O ludziach zaraz powiem ale najpierw o nadziei i rozczarowaniu.
Rozmiar tych nadziei, które się w nas zrodziły tamtego sierpnia w największym stopniu, choć bez najmniejszych wątpliwości mimowolnie, zdeterminowali latami swych rządów „czerwoni”. Po dziesięcioleciach oglądania „postępu”, „rozwoju” i „sprawiedliwości” w ich wykonaniu nauczyliśmy się nie tylko wytrzymałości i trwania w tych realiach, które wtedy były ale też  marzyć o tym, jak być powinno. Z tych marzeń zrodziła się latem 1980 łatwość, z jaką ludzie artykułowali swoje oczekiwania. I przekonanie, że to się da zrobić. To było tak silne, że trzeba było na to stalowych czołgów i bezwzględności bydlaków w mundurach i ciemnych okularach.
Paradoksalnie te nadzieje i ta wiara były przyczyną późniejszych rozczarowań. Ale one to już sprawa dużo bardziej złożona. Najczęściej złożona z tysięcy drobnych zawodów, żalów a często dramatów. Z nich rodziło się przekonanie, że wtedy, może już w 1980 a już na pewno w 1988 i 1989 oszukano nas.
Coś w tym pewnie jest, przyznaję to, słysząc dziś rzucane wcale nie tak rzadko, brzmiące jak  obelga „komuno wróć” albo oglądając teraz zadowolone oblicza byłych sekretarzy. I chyba tylko te pyski sprawiają, że nigdy przez myśl mi nie przeszło nawet jedno słowo z tej jednozdaniowej modlitwy zawiedzionych. No bo jak ma wracać skoro nigdzie nie poszła ani się nie wybiera. Co najwyżej znów na ważne i intratne stanowiska.
Fakt, są w tym czasie, który poczęto w sierpniu 1980 roku, rachunki krzywd nie zapłaconych i już nie do zapłacenia. Ale są też bonusy, których pewnie nikt nie chciałby zamieniać na „komunę”. Nawet na taką z bardzo „ludzką twarzą”. Wiem, ich się nie widzi bo do nich się szybko przywykło i traktuje się je jakby były zawsze. Nawet za tej komuny co to miałaby wrócić. Że tak jest, to z jednej strony dobrze bo to świetnie gdy ludzie traktują normalność jak coś naturalnego. Z drugiej strony szkoda, że powoli zapominamy czym naprawdę była „komuna”. To wcale nie  gramofon „Bambino”, guma arabska, czarno-biały „Lazuryt”. To były tylko atrapy normalności przesłaniające rzeczywistość. To nie był wcale „najweselszy barak”. Wesoło mogło być tym, co się z głupoty albo za pieniądze dali ukąsić Heglowi albo zwykłym wariatom. Komuna, bardziej niż cokolwiek, to była powązkowska „łączka” czy stacja Gdynia-Stocznia. To była komuna w kondensacie.
Czemu z perspektywy 2013 r. wcale tak nie wygląda i czemu ów sierpień zdaje się nam czym innym niż był? Opiszę to anegdotą wyczytaną u Wańkowicza a odnoszącą się do innych nadziei i innych rozczarowań.
Rzecz działa się na którymś ze zjazdów byłych legionistów Piłsudskiego już w wolnej, II Rzeczpospolitej. Kiedy odbębniono już wszelkie części oficjalne, już podczas mniej  formalnych obchodów we własnym gronie, gdy ta wolność albo coś innego zaszumiało w głowie, jeden z tych bardziej zasłużonych i przy okazji ustawionych, wtedy już w stopniu generała, wmieszał się w tłum tych, co nadal „nie noszą lampasów i szary ich strój”. Podszedł do jednego z anonimowych dla niego weteranów i zagaił.
- Razem dźwigaliśmy tę Polskę, kolego.
Wspomniany „legun” miał też w czubie, więc nie krępując się zbytnio dignitas rozmówcy z wężykiem na pagonie odparł.
- Ano dźwigaliśmy. Tylko kolega generał złapał za cycki to teraz ma mleko a ja podsadzałem za dupę i mam gówno.
Tak było i tak jest… Jednym nie brakuje mleka, choćby i ptasiego a drudzy mają…
Rzecz w tym chyba, że Polska, ani po tamtym ani po tym zmartwychwstaniu nie była w stanie mlekiem obdzielić wszystkich. Za wielu ich było. Ci, co chwycili nie za to, co było opłacalne, dziś mogą mieć żal. Wiele żalu. I trudno mieć do nich o to pretensję.
Wiele rechotu wzbudziła publikacja, z której wynikało, że do udziału w tej ostatniej walce o Polskę przyznaje się prawie milion ludzi. Myślę, że rechotali głownie ci, którzy albo wtedy nie przyłożyli ręki lub wręcz przeszkadzali albo szczęśliwie urodzeni za późno. Ci, którym wydaje się, ze Polskę dostaliśmy w prezencie od świętego Mikołaja czy tam Dziadka Mroza, zależy w co kto wierzy.
Nie rachowałem, ale bliżej mi do prawdy o milionie niż do tej wersji, w której wszystko załatwił Wałęsa na białym koniku, wypędzający komunę witką trzymaną w łapce. Gdyby to było takie proste, panie Wałęsa, nie musielibyśmy dziś wykopywać na żadnej łączce anonimowych kości ze śladami przestrzelin. Zatem proszę poćwiczyć wreszcie kilka innych słów poza tym tak świetnie opanowanym „ja”.
Życie po życiu Sierpnia 80 ma wiele wspólnego z dziejami sporu o Sierpień44. Dziś też wielu jest takich, co wiedzą jak należało postąpić. Szkoda, że nie wiedzieli tego wtedy.
Tym, co dali nam Sierpień a za nim tę kulawą ale jednak wolność powinniśmy być wdzięczni. Reszta to już inna opowieść..
 I tyle.

piątek, 30 sierpnia 2013

A mnie jest Żalek Platformy…



Gowin zawinił, Żalka powiesili. Znaczy zawiesili. I kiedy wszyscy będą… Nie. Ani nie wszyscy ani też nie będą drzeć szat ani z powodu degrengolady Platformy zwanej jakże przewrotnie obywatelską ani też z powodu krzywdy Żalka i straty finansowej Gowina. Będą to mieć w… No może o tym ostatnim, najmniej istotnym elemencie afery ktoś tam się zająknie bo w naszej chorej na platfu… platformę ojczyźnie 1000 zł robi wrażenie. Szczególnie wśród tych, którzy by chętnie przeliczyli je na jakieś dwa miesiące skromnego życia.
Co zaś się tyczy Żalka to w jego przypadku bym się raczej cieszył. Nie, wcale nie dlatego, że Partia gotowa jest mu dać jeszcze jedną szansę. Jak wyznał komisarz Grupiński Poseł Żalek będzie mógł powrócić do pracy w klubie, jeśli udowodni, że będzie wspierał PO”.* Z tej szansy Żalek nie skorzysta bo to zwyczajnie niewykonalne. Właśnie zakończył działania, w których starał się wspierać PO najlepiej jak umiał. W efekcie dostał kopa w zawiasach. Gdy przestanie wspierać, choćby już nie tak intensywnie jak dotąd, jednoosobowa egzekutywa Partii Grupiński nie dopatrzy się spełnienia postawionego warunku. Taka istna kwadratura koła czy tam paragraf 22.
Żalek powinien się cieszyć, bo styl partii, zaprezentowany choćby w zacytowanej wypowiedzi Grupińskiego- egzekutywy, poważnie każe myśleć, ze mógłby skończyć na Kołymie. Może nie skończył dlatego, że ani Partia ani Grupiński Kołymą nie zawiaduje ani też nie dysponuje.
Ale warto zauważyć, że rewolucyjny zapał i bolszewicki odpał, jaki w sprawie demokratycznych zapędów Żalka i Gowina demonstruje Platforma Obywatelska(b), mimowolnie trąca nie tylko prawicowym odchyleniem, burżuazyjnym resentymentem ale wręcz czystym średniowieczem.
Rozwiązanie, w którym prominentnego działacza PO karze się na trzosie a szeregowego posła (na razie umownie) na gardle, jako żywo przypomina czasy gdy panów cięto na czerwonym kobiercu a ciurów wieszano na bosaka. Ręce się aż składają do oklasków w związku z osobliwą polityka historyczną Tuska.
Nie wiem jak zebrana tłuszcza (znaczy my) odniesie się do zaprezentowanej sprawiedliwości a’la Donald Grożny i jego opricznina. Ja tam popatrzeć mogę tylko zaciekawiony dość formą i obojętny co do treści.
Jeszcze by tego brakowało, żeby mi było Żalka żal albo Gowina. Sami tam poleźli i dobrze im tak. W niemal dziesięciolecie swego udziału w tej bandzie nagle Gowin przeżył iluminację i bredzi, że „odeszła ona od programu”. Gowinie miłosierny! Żeby od czegoś odejść to najpierw trzeba by chyba do tego podejść! A ja sobie jakoś nie przypominam…
Czemu zatem mi Żalek… znaczy żal Platformy? Bo, jak mniemam, jest w niej trochę biednych, otumanionych pań i panów, którzy wleźli w to mając jak najszlachetniejsze intencje i jak dotąd marnego garnitura nawet nie skorzystali ani cygara im nie dano nie mówiąc o poczęstunku na cycu. Ich mi żal właśnie pod tym szyldem, w który się zaplątali.
Żal mi, że miast litościwie „sztandar wyprowadzić” kończąc ich przygodę z osobliwym rozumieniem pojęcia „przepięknie”, pozwala się takiemu Grupińskiemu odgrywać zarazem kieszonkowego Wyszyńskiego i takiegoż Jagodę, walczącego krwawo z odchyleniami na polecenie mikroskopijnego Soso. Gdyby nie oni, ci zaplątani, mógłbym bez najmniejszego zażenowania patrzeć jak Platforma Obywatelska pokazuje, na co ją stać. A stać ja, jak widać na wiele.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Komisarz „destrukcja” czyli co dalej



Na samym początku „obrony potocznej” siedzenia pani Hanny Gronkiewicz Waltz, zanim Premier podsunął pokrętne dość ale dziś stanowiące obowiązującą wykładnię poglądów Platformy i wszystkich, co się na niej mieszczą albo choćby chcieli, wyjaśnienie, że zadowoleni z pani Prezydent zostają w domu na znak poko… znaczy zostają w pokoju na znak poparcia, bezsens organizowania referendum tłumaczono inaczej. Też głupio ale miało to choć zewnętrzne znamiona logiki.
Wymyślono oto, że na referendum iść nie warto, gdyż organizatorzy nie mają bądź nie chcą ujawnić alternatywy dla rządów pani Waltz. Ci, którzy tak tłumaczyli byli albo kompletnymi ignorantami albo też za takich, w sporej części zresztą słusznie, uważali tych, którym tak tłumaczyli.
Jeśli nie mieli pojęcia, że organizatorzy mogą sobie wymyślać alternatywy ale znaczenia żadnego to nie ma, znaczy że są durnie. W drugim przypadku cwaniaki halickie, że się tak wyrażę. Od Halicza oczywiście, bo ponoć tam najgorsze :).
Kiedy zdecydowano się zbierać podpisy pod wnioskiem o odwołanie wyłącznie obecnej Prezydent M.S. Warszawy bez odwoływania Rady M.S. Warszawy, wiadomo było, że nie od inicjatorów ani nawet nie od obywateli zależeć będzie decydowanie o tym, co będzie dalej. Takie prawo, ze jak rada miasta zostaje, to ona decyduje czy wybierać nowego włodarza miasta czy nie. Ta, która jest… wiadomo. Zatem to domaganie się od Guziała, od Kaczyńskiego i „wszytkach świętych” natychmiastowych wyjaśnień co mają zamiar robić jak już HGW odwołają było takim chwytem pod publiczkę, pozwalającym zabełtać w głowach kiepsko zorientowanym w legislacjach dotyczących tych kwestii. Po prawdzie grali w ciemno no bo kto przy zdrowych zmysłach traci czas by zapoznawać się z ustawami o gminach, powiatach i reszcie samorządu?
Ale widać z tym zabełtaniem nie do końca wyszło skoro nie trzymano przerażonego ludu Warszawy do końca w niepewności czy głosując przeciw HGW nie wybierają przypadkiem Guziała właśnie czy tam innego Glińskiego. Tak przy okazji ogłaszając możliwość powołania pani Hanny na komisarza przeciwnicy wytrącili sobie z ręki kolejny argument contra referendum. Ten mianowicie, że referendum plus nowe wybory to będzie horrendalny koszt, do cna obracający miast w ruinę. Teraz, gdy wiadomo, że nie trzeba będzie być może nawet zmieniać tabliczki na drzwiach gabinetu, może ów wspomniany lud jakby z lżejszą duszą pójść do urny i dać pani Gronkiewicz Waltz symboliczny jedynie paszport z miasta.
I tu właśnie zaczynam się zastanawiać o co chodzi PO. Bo skoro dziś już wiadomo, że nie ma się co martwić o przywoływane nie tak dawno „ale co dalej?”, gdy wie się też, że przedterminowe wybory nie będą kosztować nic bo się nie odbędą, daje się sygnał, że może jednak nie jest to takie głupie. W zasadzie mamy sytuację, w której cokolwiek się w dniu referendum zrobi, będzie to miało wymiar jedynie symboliczny. Zostajesz w domu, symbolicznie popierasz panią Hankę, idziesz, symbolicznie ją odwołujesz. Pokusa jednym słowem.
Przez chwilę pomyślałem, że ten sygnał o możliwości powołania pani Waltz na komisarza Warszawy, w istocie mogący wqrwić sporą część tych, co dotąd w kwestii referendum zajmowali stanowisko szwajcarskie, to jakiś taki diabeł, który zaszalał nieco bardziej niż zwykle w panu Tusku po to, by sprawdzić jakie jeszcze idiotyzmy jest w stanie wymyślić pan Andrzej Halicki, którzy od tygodni broni partyjnej koleżanki z taką determinacją, jakby nie była ona wcale jakimś tam marnym prezydentem czegokolwiek tylko na własnych barkach trzymała ziemski glob, co po jej odwołaniu zapadnie się Bóg wie gdzie wraz z cała cywilizacją.
Pan Halicki oczywiście nie zawiódł, ogłaszając natychmiast, że ów komisarz to świetny pomysł. Zapunktować u Tuska zapunktował ale nijak nie zmniejszyło to poziomu durnoty argumentów. Tłumaczy on, że odejście HGW wprowadzi „chaos i paraliż” czy nawet wręcz „destrukcja i paraliż” (tak na marginesie wobec destrukcji, panie Halicki, paraliż to już chyba nie problem). Rzecz w tym, że odejście HGW w normalnym trybie czyli po wyborach pociągnie za sobą dokładnie takie same skutki. Co więcej w obu przypadkach będzie to efekt demokratycznych procedur. A że nie wtedy kiedy by chciał Halicki? No cóż… nie skomentuję.
Jedynym ratunkiem dla Warszawy, której destrukcji i paraliżu nie życzę, jest więc po prostu wpisanie do konstytucji, że prezydentem M.S Warszawy jest Hanna Gronkiewicz Waltz. A o to skąd Halicki, ratując miasto przed chaosem i paraliżem,  będzie brał kolejne Hanny Gronkiewicz Waltz, to już niech się martwi Halicki.

środa, 28 sierpnia 2013

„…a politycznych obyczajów trzeba strzec!”



Wczoraj, kiedy wszyscy (łącznie ze mną) popadli w ekscytację śledząc, jak Platforma Obywatelska staje się „partią białego człowieka”, uwadze wielu a może i wszystkich umknęła informacja dużo ważniejsza, godniejsza większej uwagi. Usłyszałem ją w radiu jadąc w służbową podróż i nawet miałem napisać. No ale Godson, Platforma…
Wczoraj zaczął się proces byłego prezydenta Niemiec, Chrystiana Wulffa, któremu postawiono zarzut udzielenia i zarazem przyjęcia korzyści majątkowej, wycenionej w jego przypadku na 800 do 2000 euro.
I to, z naszego przynajmniej punktu widzenia, jest wiadomość kosmiczna i niawiarygodna! Bo proszę przeczytać to kawałek po kawałku. Były Prezydent. Postawiono zarzuty. 800 euro.
No przecież u nas jakby kto poleciał ze skarga na kogoś o wzięcie 800 euro korzyści, usłyszałby pewnie coś o nikłej szkodliwości. A gdyby dodał jeszcze, że chodzi o Prezydenta, choćby i byłego, mógłby się cieszyć, gdyby skończyło się jedynie na wyniesieniu na kopach a nie zarzucie obrazy jakiegoś konstytucyjnego organu.
Nie ma co ukrywać, że u nas korzyści tej skali są na porządku dziennym. Na przykład ktoś mieszka „za opiekę” w czyjejś willi. Myślę, że wartość tej korzyści przekracza znacznie marne 800 euro. Tak, jak i za tę kwotę trudno byłoby pewnie kupić garnitur na tyle przyzwoity, by ten i ów nie musiał się wstydzić przy „kolegach z Europy”.
Warto choć trochę przybliżyć sprawę Wulffa by łatwiej było ocenić ją z naszej perspektywy. Na inkryminowane 800 czy tam 2000 euro składał się pobyt w luksusowym hotelu ze spa oraz wystawna kolacja, ufundowana przez producenta filmowego. W zamian ówczesny prezydent napisał do kilku przedsiębiorców polecając ich uwadze potrzeby finansowe producenta. U nas, za coś takiego pewnie by dostał medal „zasłużonego działacza kultury”. Kto pamięta jak swego czasu jeden z ministrów, nazwijmy go Mirem, miał biegać w sprawie lokalu dla pewnego biznesmena, nazwijmy go Rychem, pojmie przepaść aksjologiczną między tym, jak pewne sprawy widzą nasi zachodni sąsiedzi i jak na nie zapatrujemy się my.
Pal zresztą licho te „my”. Ale jak pewne sprawy widzą ci, którzy u nas stoją na straży sprawiedliwości. Bo to przecież nie ja wymyśliłem i oszacowałem „niską szkodliwość społeczną”, to nie ja potrafię zgrabnie uzasadnić rozstrzygnięcie od którego łka a może wręcz wyje poczucie sprawiedliwości ludzi prostych, niezwykłych dopuszczać się wynaturzeń zwanych niuansowaniem i relatywizowaniem. To też robota stróżów sprawiedliwości.
To zestawienie naszej i niemieckiej granicy bezkarności przywołała mi z pamięci wers z mistrza Kaczmarskiego. Fragment z jakże będącego teraz na czasie utworu „Rejtan czyli raport ambasadora”. Dotyczący znaczenia słów. „Polityk wszakże nie zna słowa zdrada. A politycznych obyczajów trzeba strzec!”
Wychodzi na to, że w kategorii „politycznych obyczajów” i wynikającej z nich umiejętności szafowania znaczeniami słów bijemy naszych zachodnich sąsiadów na głowę. Jako naród co do jednego niemal złożony z „wytrawnych polityków” uczyniliśmy wiele aby nie znać lub zapomnieć znaczenie wielu pożytecznych czy nawet fundamentalnych słów albo też by ten zanik pamięci przyjąć do wiadomości lub zaakceptować.
Niestety nasi zachodni sąsiedzi biją nas w bardziej pożytecznych konkurencjach.