niedziela, 29 grudnia 2013

Gender nie istnieje



Być może ci, którzy wierzą w gender, uznali, że przez jakiś czas lepiej się z tą wiarą nie obnosić zbyt ostentacyjnie. Nie inaczej chyba należy interpretować zaskakującą jednomyślność, z jaką ogłaszają oni od jakiegoś czasu, że coś takiego jak ideologia gender nie istnieje. Tak się złożyło, zaskakująco czy też nie, że akurat słuchałem jak rzecz prostował pan Celiński w TVN24, gdy na pasku u dołu „leciało” wyznanie prof. Hartmanna demaskujące „błąd biskupów” namawiających by się wspomnianej ideologii przeciwstawiać. Skoro ideologia gender nie istnieje to co pod ta nazwą pod ideologię się podszywa? Trudno powiedzieć. Uważam, że nic. Z wcześniejszych wypowiedzi wyznawców gender można bowiem było wysnuć tylko to, co wysnuli biskupi. Nawet gdy mówili oni, ci wyznawcy, coś przeciwnego. Wdałem się swego czasu w moją pierwszą i jedyną jak dotąd polemikę na portalu „Na temat” z panią Rymszewicz, specjalistką od HR, która objaśniała biskupów i czytelników swego bloga, że, a jakże, gender nie jest ideologią lecz „szlachetną nauką o równouprawnieniu kobiet i mężczyzn. Występuje, między innymi, w obronie praw kobiet do edukacji, ochrony zdrowia, ale również uczciwego traktowania na rynku pracy i zapewnienia zarobków adekwatnych do wykształcenia i zajmowanych stanowisk.”* Zwróciłem egzaltowanej pani uwagę, że od „stawania w obronie” jest właśnie ideologia a nie nauka. 

Przytoczyłem wypowiedź owej pani bo myślę, że jest ona symptomatyczna dla środowiska wyznawców gender. Symptomatyczna w każdym razie dla stanu świadomości końca 2013 r. Pokazuje przede wszystkim, że nie bardzo wiedzą oni albo jakie są funkcje nauki, albo też że nie za bardzo mają oni pomysł na to, czym ów gender ma być. Drugim marksizmem chwilowo nie bo jeszcze się on źle kojarzy.

Rozumiem, że teraz najlepiej by było, by faktycznie stał się on tą „szlachetną nauką” czyniąc spór konfliktem „umysłu” (gender, choć nie o umysł tam raczej chodzi) z „zabobonem”. Tyle, że trudno byłoby wskazać efekty działalności naukowej w dyscyplinie o nazwie gender. Kiedy czytałem parę lat temu w „Wyborczej” o pionierce „nauki gender”, „profesorce” czy tam „doktorce” Uniwersytetu Warszawskiego, znalazłem tam informację o jej pierwszym osiągnięciu.  Była to likwidacja toalet oddzielnych dla kobiet i mężczyzn w budynku, w którym mieścił się zakład, katedra czy instytut kierowany przez panią „pionierkę”.

Tych, którzy obstają przy tym, że gender to żadna tam ideologia lecz „szlachetna nauka” poproszę, by mi objaśnili naukowe powody dla których babeczki i faceci muszą odlewać się razem.
Konkludując, skoro gender nie jest ideologią a trudno wykazać jakiekolwiek przesłanki pozwalające traktować owo coś jako naukę, jest niczym. Humbugiem wymyślonym po coś tam przez kogoś tam. Mogę się tylko domyślać. 

 Jakiś, nie tak odległy czas temu pani Bator, co równie nie tak dawno dostała od „Agory” nagrodę „Nike” tłumaczyła, że gender wymiecie z Polski głupotę. Nie zainteresowało mnie jak i kiedy na tyle, by zapłacić ekipie z Czerskiej za dostęp do mądrości pani Bator. Zgadzam się z tym, co przeczytałem we fragmencie po części, jako z metodą wybijania klina klinem. Wymiecie, oferując w miejsce dotychczasowej głupotę nie mniejszą. Może nowocześniejszą ale w tym samym albo i większym rozmiarze.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Ciąża polityczna - o wsadzaniu Bratkowskiej do więźnia


10

Zgodzę się, że pannie Bratkowskiej poświęcono naprawdę dużo czasu. Nie powiem „za dużo” bo z pewnych względów im jej więcej w mediach tym lepiej. Nie, nie kpię, co niżej wyjaśnię. Wracając do szumu w jej sprawie przyznam, że ci, którzy właśnie ślą doniesienia na nią do prokuratury znakomicie wpisują się w ten poziom dyskusji, który panna Bratkowska zaproponowała czy też narzuciła. Trudno traktować ich poważnie do czasu, póki nie będą w stanie bez wątpliwości dowieść, że panna Bratkowska faktycznie jest w stanie błogosławionym i faktycznie zamierza samodzielnie spędzić płód, który się w niej rozwija. A nie będą, bo nie słyszałem dotąd o praktyce przymusowego poddawania kogokolwiek badaniom innym niż psychiatryczne tylko z tego powodu, że bredzi jak pogięty.
Zatem jak na razie mamy tylko słowa panny Bratkowskiej, które może ona sobie, zgodnie z porządkiem prawnym wygadywać i które można traktować poważnie lub nie. I tyle. Gdyby za słowa poddawano natychmiast prokuratorskiej sankcji to pewnie każdy by się za coś tam o to co najmniej otarł.

Oczywiście jest możliwe, że panna Bratkowska jest w stanie, który publicznie zaanonsowała i jest też możliwe, że faktycznie zamiaruje zrobić, co zapowiedziała. Tyle, że uniknąć tego w stu procentach można jedynie przykuwając pannę Bratkowską nieruchomo do ściany w jakim kazamacie. Inaczej się nie da.  A to już nie te czasy.

Mam nadzieję, że zarówno panna Bratkowska jak też ci, co ją sadzać za kratki zamierzają cała sprawę traktują, z całą świadomością i premedytacją, jako zwykły polityczny spór, tak specyficznie osadzony w rzeczywistości. Tak byłoby najlepiej. Przynajmniej dla hipotetycznej choć nie wykluczonej latorośli panny Bratkowskiej. Sugeruje to zresztą sama panna Bratkowska mówiąc coś tam o „ciąży politycznej”. Choć z drugiej stronie kto ją i jej „siostry w wierze” wie, co oznacza to, co mówią, jak już mówią.

A z tym mówieniem jest tak, że im więcej mówią, tym lepiej w sumie. Pro publico bono. Skoro już zdecydowały się poruszać tematy fundamentalne, niech pokazują, jakie są zimne, egoistyczne i bezduszne. Niech sugerują jaki zimny, bezduszny i egoistyczny może by c świat jeśli dać im nad nim tyle kontroli, o ile od dawna wołają. Wiem, że pozostaną tacy, w sporej albo i wielkiej liczbie pozostaną, którzy widzą w pannie Bratkowskiej i jej stosunku do życia oczywiste bohaterstwo i poświęcenie. Niuans, że w jej przypadku chodzić może  zdecydowanie o poświęcenie kogoś by się zbytnio nie poświęcać umknie im oczywiście, jak umyka im każdego dnia cała masa niuansów, gdy zaczynają coś oceniać i czemuś poświęcać swój proces myślowy.

Przeczytawszy odpowiedź, jakiej za pośrednictwem Onetu udzieliła panna Bratkowska księdzu, gotowemu poświęcić dotychczasowe życie by adoptować jej dziecko przyszło mi natychmiast do głowy, że i tak panna Bratkowska i jej ideowe „siostry” są bardzo łaskawe. Czytając czym wedle niej jest ciąża, dziwię się naprawdę, że ona i reszta nie wystąpiły z postulatem całkowitego zakazu rozpowszechniania groźnej dla życia kobiet choroby, którą ciąża jest.*

Nie zdziwię się jeśli gdzieś tam przeczytam, że ów (jak go pewnie nazwą niektórzy) księżulo nie ma pojęcia czym jest ciąża i jak ciężkie jest życie matki. Że dotąd żył łatwo, lekko i przyjemnie. To oczywiście może być prawda. Taka sama jak to, że takiego pojęcia nie ma jeszcze i panna Bratkowska. Tyle, że on ma chyba szczerą chęć to zmienić a ona nadal ma zamiar żyć łatwo, lekko i przyjemnie. I robić z tego coś w rodzaju sztandaru.

niedziela, 22 grudnia 2013

Najpierwsza córa czyli tęsknota za marksizmem (gender)



Komentowana dość szeroko historia panny Bratkowskiej, co to zapowiedziała przeprowadzenie w swojej ć… zapowiedziała przeprowadzenie osobliwego heppeningu, powiązanego przez nią samą złośliwie ze zbliżającym się misterium narodzenia, pokazuje dość ciekawe i wcale nienowe zjawisko. Panna Bratkowska ze swoją autodestrukcyjną zapiekłością, która kazałaby jej pewnie na wizji odgryźć sobie nogę, gdyby ktoś zaproponował wprowadzenie prawa zakazującego kobietom odcinania nóg poza uzasadnianymi sytuacjami, jest niewątpliwie wiele mówiącą osobliwością. W sensie indywiduum ale i zjawiska, dla którego jest raczej charakterystyczna. Na logikę rzecz biorąc jej występ, podobnie zresztą jak benefis tego gościa w sukience i jego akademickich pomagierów podczas wykładu w Poznaniu, każdego posiadacza minimalnej choćby dawki poczucia estetyki na zawsze powinno odstręczyć od ideologii, którą oni reprezentują. Zamiast tego owocują sieciowymi „lajkami”, które, już, już, mogą zastąpić istniejące procedury wyborcze.

Ale to tylko z pozoru jest dziwne. Jeśli przypomnimy sobie nasze „Bratkowskie” ideologii starszej acz pokrewnej, wszystkich tych „generałów- gazrurki”, „jaja kobyły”, „wicie, rozumiecie” z czasów na szczęście minionych i stada tych, dla których tamte gęby nie stanowiły wystarczającego leku na heglowskie ukąszenie, będziemy w domu. I będziemy uświadomieni, że nie o estetykę tu chodzi.

Być może jest tak, że każda bez wyjątku rewolucja musi mieć swoich sansculottes, którzy są hałaśliwi, impulsywni, odpychający, bezrefleksyjni by nie rzec głupi, ale tak skutecznie ruszają z posad bryłę świata, że w rozrachunku stanowią wartość dodaną tak pomniejszych ruchawek jak też wielkich ruchów społecznych.

Odczuwana przez wielu zadających się mądrymi i rozsądnymi potrzeba i idące za nią przekonanie, że nie tylko trzeba ale można przenicować świat bo podszewka jest znacznie bardziej atrakcyjna  niż to, co na wierzchu, powoduje, że brednie opowiadane i głupoty wyczyniane przez kapłanki „najpierwszej córy” Marksa i Engelsa nie tylko nie wywołują  salw śmiechu, głosów oburzenia i wywalenia tego stada z szacownych instytucji, jakimi jeszcze są uniwersytety, ale skutkują co najmniej ciszą, przerywaną coraz częściej głosami entuzjazmu na temat „szlachetnej nauki”.

Być może naiwniacy, którzy mimo częstych sześciu, siedmiu krzyżyków na karku, ciągle wierzą w istnienie wytrycha pasującego do wszelkich drzwi* są po prostu przekonani, że jak już panie polikwidują nam oddzielne klopy, naprodukują stosowną liczbę „kulturowych kobiet” z brodami i fiutami i wyuczą przedszkolaki jak się ryćkać, wezmą się wreszcie za poważne budowanie tych obiecanych szklanych domów. 

Tylko tak można sobie wytłumaczyć, że uczelnie, chcące rozliczać takiego Nowaka czy Rońdę nie mają problemu ze stadami pętających się po wydziałach, wygadujących bzdury  i „przepalających” sporą uczelnianą kasę badaczek „tożsamości płci” albo socjolożek krytycznych.

A może się mylę. Może ta tęsknota za tymi dwoma brodaczami, przeniesiona na „kobiety z brodą” była tylko na początku. Może teraz to już tylko łatwy do zrozumienia strach. Taki jak wtedy, gdy byle gówniarz z ZMP dyktował starym profesorom co i jak bo miał za plecami jakiegoś „generała-gazrurkę” a ten znowu miał stosowną piwniczkę z rozgrzanymi osiłkami wyposażonymi w bykowce.
Ja nawet nie dziwię się temu strachowi. Jak się ogląda transmisję z panny Bratkowskiej, która zapowiada jak to załatwi swój problem samoobsługowo to trudno, by nogi nie zadrżały a po plecach nie przebiegł zimny dreszcz.

Zastanawiam się kiedy obudzą się ci entuzjaści. Czy będzie to jeszcze wtedy, gdy nowy totalitaryzm będzie możliwy do wymiecenia czy dopiero wtedy jak zaczną znikać ich mało elastyczni koledzy. Ktoś powie, że tu już przeginam, że nie mam podstaw. Kochani, historia magistra vitae est. Zawsze prędzej czy później znikali jak się wprowadzało wolność, równość, braterstwo i powszechną szczęśliwość. Czemu tym razem owa zasada miałaby nie zadziałać? No to jest właśnie problem naukowy, nad którym te wszystkie baby z brodą by mogły siąść i go rozkminić zamiast toczyć wojny z kiblami dla chłopów.

* na jakimś spotkaniu filozofów w latach 40 czy wczesnych 50 XX wieku, bodaj na Uniwersytecie Warszawskim jeden ze zwolenników „nowego” wygłosił płomienną mowę, z której wynikało, że marksizm to klucz do wszystkiego. Stary  profesor, któremu mało życia zostało więc się już zbytnio nie bał, zauważył „Drogi kolego. Chciałbym zauważyć, że klucz, który pasuje do wszystkiego, nazywamy wytrychem.”

sobota, 21 grudnia 2013

O sensie siadania do stołu czyli deklaracja



Mimo pierwszego skojarzenia nie będzie to tekst wigilijny choć bez wątpienia aktualny. Nawiązujący do chęci Donalda Tuska sadzania opozycji przy stole by rozmawiać o sprawach Polski i jej okolic. Ja oczywiście nie wątpię, że sadzanie niektórych doskonale by Polsce zrobiło ale w zdecydowanie innym znaczeniu. 

Oczywiście koncepcja Tuska jest piarowską sztuczką oparta na ściemie, na która nikt nie dał się złapać. Kolejne sekwencje zdarzeń pokazują to doskonale a miejscem nawet w sposób, jak mniemam, niezamierzenie zabawny.

Jak wiadomo koncepcję „nowego okrągłego stołu” Tusk zaproponował a część opozycja wyśmiała ledwie tydzień temu. Po czym temat wrócił jak bumerang zaraz po tym, jak Radosław Sikorski i Sergiej Ławrow podpisali polsko-rosyjską deklarację a opozycja oburzyła się, że nie konsultowano z nią czy z całym sejmem tego istotnego dokumentu. Tusk oczywiście uderzył w ton „przecież proponowałem”.

„- Nie rozumiem liderów PiS, jak mogą jednego dnia, minutę po tym, jak zaprosiłem do takiej rozmowy powiedzieć, że ich nie interesuje żaden okrągły stół, żadna rozmowa ze mną na temat na przykład konsensusu w polityce wschodniej, a później, kiedy podejmujemy - zresztą absolutnie transparentną, bo ten dokument jest znany, dostępny w internecie - decyzję o podpisaniu takiej umowy, to jest krzyk, że jej nie konsultujemy”*

Gdyby zestawić terminy wymienionych przez mnie chronologicznie zdarzeń, wychodzi nam co miał na myśli Donald Tusk używając terminu „konsultacje”. Znając choćby pobieżnie kuchnię dyplomacji wie się, że takich wizyt i podpisywanych podczas nich dokumentów nie uzgadnia się w tydzień. Zatem gdyby po wezwaniu Tuska wspomniani „liderzy PiS-u” usiedli do wspomnianego stołu, konsultacja w sprawie rzeczonej deklaracji mogła polegać tylko na jej przyklepaniu, co Tuskowi byłoby pewnie na rękę, albo użyciu jej jako serwetki. Co pewnie jeszcze bardziej byłoby Tuskowi na rękę.

I tu ten żartobliwy aspekt całej sprawy, doskonale wpisujący się w obecną dyskusję polityczną. Trudno bowiem zaprzeczyć, że wspomniana deklaracja była znacznie szybciej znana Rosjanom (w jakim języku była ich wersja jest chyba jasne) niż polskiemu sejmowi.

W kwestii wspomnianej deklaracji Tusk i Sikorski bezwzględnie powinni byli porozmawiać z resztą sil politycznych. I nie musieli spinać szarych komórek by wymyślać jakieś „okrągłe stoły” bo w obecnym porządku mają do dyspozycji stosowne środki, by przeprowadzić choćby sejmową debatę. Powinni rozmawiać dlatego, że, jak to się teraz zwykło mówić wśród mądralów, agenda zawarta w deklaracji obejmuje okres wykraczający poza lata, na które obecna ekipa dysponuje mandatem do sprawowania władzy.

Tak więc nie ma wątpliwości, że cały „okrągły stół” wymyślono (autor! autor!) po to tylko, by PiS miał co wyśmiać i odrzucić a Tusk mógł się na to pożalić i  znów podkreślić, ze konkurent bełkoce. Oczywiście ciekawy jest scenariusz, w którym, choćby dla jaj, PiS mówi „owszem”. Ciekawy z perspektywy miny Tuska, który pospiesznie musiałby szukać zamienników słowa „bełkot”. PiS oczywiście nie mógł tak powiedzieć, bo niepoważnych ofert poważnie się nie traktuje.

* http://wiadomosci.onet.pl/kraj/tusk-ponawiam-wezwanie-do-okraglego-stolu-ws-polityki-wschodniej/y8clt

piątek, 20 grudnia 2013

Na marginesie śląskości (tekst dość krótki)



Nie będę ukrywał, że kompletnie nie znam się na tym, czy istnieje śląska narodowość czy też jest to na ten przykład wymysł paru cwaniaków, którzy wykombinowali, że na „mniejszości narodowej” da się to i owo ugrać czy tam utargować. Nie będzie więc rozważań o istocie sporu, który ostatnio wraca z częstotliwością, której kometa Halleya mogłaby spokojnie pozazdrościć. Tak, jak napisałem w tytule, będzie o marginesie tego sporu. Marginesie  zarówno w odniesienie do treści jak też ich, że tak się wyrażę, nośników. Mam przekonanie czy tam nadzieję, że ci, o których piszę, faktycznie stanowią margines pośród tych, którzy się do śląskości przyznają.
Oczywiście daruję sobie margines w rodzaju Pawła (nomen omen) Poloka, który swym żarcikiem o „wersalskim bękarcie” udowodnił,  że jest debilem i absolutnie nie wypada na przykład wobec jego oczywistej przypadłości rewanżować mu się równie błyskotliwym żarcikiem o wystającej mu zza portek volksliście.
Ta mieszanina głupoty i nieostrożności, która,  szczególnie w postaci zaserwowanego przez Poloka kondensatu, uprawnia podejrzenia i oskarżenia o „ukrytą opcję niemiecką”, pojawia się, mocno rozwodniona, również w wypowiedziach niektórych innych gardłujących za przyznaniem Ślązakom statusu narodu.
Kilka dni temu słuchałem zza kierownicy radiowej trójki, w której redaktor Strzyczkowski poruszał z rozmówcami kwestię orzeczenia przez Trybunał Konstytucyjny, że narodowości śląskiej nie ma.
W związku z zestawem gości redaktora Strzyczkowskiego pozwolę sobie na dygresję, która przyszła mi do głowy, gdy okazało się przy tamtej okazji, że w sejmie komisją do spraw mniejszości przewodzi pani (jeden z gości redaktora), uważająca się za śląską mniejszość. Ciekawe, że sprawy mniejszości załatwia nam mniejszość, sprawy oświaty koniecznie nauczyciel, zdrowia lekarz a ministrem rolnictwa musi być (choćby nominalny) rolnik. Tylko ministrem wojny musi być cywil. Logiczne… Ale wróćmy do tematu. 
W trakcie tej rozmowy, w wypowiedzi pana Gorzelika i jeszcze jednego zabierającego głos obywatela, poczuwającego się do śląskiej narodowości użyty został w uzasadnieniu bardzo ciekawy argument.
Panowie ci twierdzili, że Trybunał, odmawiając im prawa do śląskiej narodowości, uczynił ich, jak się wyrazili „obywatelami drugiej kategorii”.
Problem w tym, iż konsekwencją orzeczenia Trybunału jest, że ci panowie nie będąc Ślązakami, są Polakami. Zatem logicznie rzecz biorąc można uznać, że wedle obu panów Polak jest tym przywołanym „obywatelem drugiej kategorii”. Nie wiem ile kategorii klasyfikują panowie, kto wedle nich mieści się jeszcze niżej niż oni, będąc Polakami, ale niech się nie zdziwią jak ktoś ich głupie argumenty skwituje przypisując im tęsknotę za byciem ubermenschami. I, niestety nie będzie to zarzut pozbawiony sensu. Pan Gorzelik i jego kolega mogą bez ograniczeń korzystać z wszystkich praw przysługujących zamieszkującym nasz kraj Polakom. Jeśli to czyni z nich „ludzi drugiej kategorii” to znaczy, że wszyscy, wraz z nimi w tej kategorii się mieścimy. I w związku z tym trzeba zrobić wszystko, co dopuszczalne jest prawem by żaden z nich i ich konfratrów nie miał szans przeskoczyć kategorię wyżej. Już kiedyś mieliśmy okazję poczuć do czego zdolni są „ludzie pierwszej kategorii”.