sobota, 15 stycznia 2011

„… w sposób nie budzący wątpliwości wykluczono”

Na początek streszczenie sprawy w kształcie, jaki miała do wczoraj. 21 grudnia opublikowałem w Salonie24 list otwarty, zatytułowany „Honor mi przyzwoitość – list do gen. Parulskiego”*. Tego samego dnia opublikowaną treść przesłałem pocztą elektroniczną na adres rzecznika prasowego Naczelnej Prokuratury Wojskowej oraz do sekretariatu Prokuratora Generalnego, pana Andrzeja Seremeta. Próbowałem zainteresować treścią również „Rzeczpospolitą” ale bez rezultatu i ostatecznie został on, za moją zgoda przedrukowany przez „Warszawską Gazetę” w dniu 29 grudnia minionego roku.

Prawdę mówiąc wówczas miałem powody sądzić, że na tym się rzecz zakończy. Zmieniłem nieco zdanie gdy 28 grudnia od pani Anny Więcek (nie sprawdzałem jakie pełni ona stanowisko) otrzymałem kopię (skan) pisma z dnia 27 grudnia, podpisanego przez panią Prokurator Janinę Serowik, prokuratora Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga oddelegowanej do Prokuratury Generalne, w którym, na podstawie przepisów Kodeksu Postępowania Administracyjnego, mój list przekazano, zgodnie z właściwością, czyli do Naczelnej Prokuratury Wojskowej.



dla chętnych , adres gdzie zamieściłem przesłany skan: http://www.flickr.com/photos/33171931@N07/5356595382/)


To sprawiało, iż miałem prawo oczekiwać jakiejś reakcji tej ostatniej instytucji. Tak po prostu nakazują przepisy. Wczoraj nastąpiła niespodziewana-spodziewana reakcja w postaci przekazanego pocztą elektroniczną listu pana płk. Zbigniewa Rzepy, Rzecznika prasowego NPW. Pozwolę sobie na publikację:


Od:Zbigniew Rzepa

Do: mnie

Wysłano: 14.01.2011 (23 godzin temu)

Temat: odpowiedź na list z dnia 21 grudnia 2010 roku;

[ odnośnie godziny wysłania - pisane 15.01.2011 r., godz. 7.43]


Szanowny Panie,


W nawiązaniu do Pańskiego pisma z dnia 21 grudnia 2010 roku, uprzejmie informuję, iż Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, postanowieniem z dnia 11 stycznia 2011 roku, wyłączyła do odrębnego postępowania karnego materiały w sprawie rozpowszechniania publicznego, bez zezwolenia, wiadomości ze śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, zanim zostały one ujawnione w postępowaniu sądowym; chodzi tu o informacje opublikowane w dniu 17 grudnia 2010 roku, w dzienniku „Gazeta Wyborcza”, w artykule pt. „Jak znaleziono Lecha Kaczyńskiego”; tj. o czyn zabroniony określony w art. 241 § 1 kk. Konsekwencją procesową wskazanego wyżej postanowienia będzie przekazanie sprawy według właściwości prokuraturze powszechnej, która dalej poprowadzi postępowanie w tym zakresie.

Jak wynika z dotychczasowych, jednoznacznych ustaleń, w sposób nie budzący wątpliwości wykluczono, aby ujawnienie tych materiałów miało miejsce w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie.



Z poważaniem,



Płk Zbigniew Rzepa

Rzecznik prasowy NPW



Przyznam, że pierwszym wrażeniem z lektury przytoczonej korespondencji było przypomnienie sobie dowcipu z lat bodaj pięćdziesiątych o reprezentacji Polski, która w meczu z ZSRR strzeliła bramkę ale, niestety, radziecki bramkarz jej nie uznał. Przyszedł mi on do głowy gdy zestawiłem ze sobą zdania „Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, postanowieniem z dnia 11 stycznia 2011 roku, wyłączyła do odrębnego postępowania karnego materiały w sprawie”i „z dotychczasowych, jednoznacznych ustaleń, w sposób nie budzący wątpliwości wykluczono, aby ujawnienie tych materiałów miało miejsce w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie.


Powiem szczerze, ze gdyby mi przyszło zajmować się, szczególnie w „odrębnym postępowaniu karnym, wyjaśnieniem czy dopuściłem się jakiegokolwiek działania mogącego nosić znamiona złamania prawa to pewnie w 100% stwierdziłbym „w sposób nie budzący wątpliwości”, że się czegoś takiego w żadnym przypadku nie odpuściłem. Nie wiem czy prokuratorom z Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie nie postała w głowie myśl, że jeśli w swoje własnej sprawie „w sposób nie budzący wątpliwości” stwierdzą, że wszystko jest OK. to „nie będzie to budzić wątpliwości” zapewne tylko ich samych. A już chociażby ich przełożonych powinno. Choć czy będzie budzić wątpię skoro dali szansę by do konkluzji o braku wątpliwości w ogóle doszło w taki właśnie sposób. Bo jak wiadomo od dawna Nemo iudex in causa sua (nikt nie może być sędzią we własnej sprawie) ponieważ Nemo non benignus est sui iudex (nikt nie jest dla siebie nieprzychylnym sędzią).

Ale załóżmy, że się czepiam, że mamy tu do czynienia z takim wyjątkiem, przypadkiem jednym na milion gdy odpowiedzialni śledczy, nie zważając na ewentualne konsekwencje dla swej firmy a i może dla siebie, wzięli się do roboty jak należy i przeprowadzili postępowanie tak, że tylko sama ziemia po ich przejściu została. Trochę trudno w to uwierzyć, gdy zestawi się datę 11 stycznia, kiedy wyłączono „do odrębnego postępowania karnego”sprawę ,opublikowania w dniu 17 grudnia 2010 roku, w dzienniku „Gazeta Wyborcza”, w artykule pt. „Jak znaleziono Lecha Kaczyńskiego” wiadomości ze śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, zanim zostały one ujawnione w postępowaniu sądowym; ( czyn zabroniony określony w art. 241 § 1 kk.) z datą 14 stycznia, gdy na mojej poczcie znalazło się zapewnienie pana Rzepy, że „w sposób nie budzący wątpliwości wykluczono, aby ujawnienie tych materiałów miało miejsce w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie”. Prawdę mówiąc nie wiem, z czego wyłączono ten watek i czy dopiero po wyłączeniu zaczęto badać tak by tę konkretną sprawę wyjaśnić. Przez to tempo pioruńskie, z którego wychodzi mi, że w tej konkretnej sprawie rzecz załatwiono w dwa dni (bo przecież jeszcze pan Rzepa musiał dostać rzecz na biurko, zapoznać się z nią i o 9.22 rano 14 stycznia pchnąć do mnie pocztę!). Mam też takie podejrzenie, że to błyskawiczne „wyłączenie” nastąpiło właśnie po to, by wątek zaraz zakończyć cytowaną konkluzją, by nie „wlókł” się „niepotrzebnie” za tą tajemną „większą całością” będąc tylko niepotrzebnym kłopotem dla prowadzących ją prokuratorów z Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie.

Ale wróćmy do założenia, że prokuratorzy i Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie są w porządku i z przekazaniem panu Czuchnowskiemu „nieoficjalnie” opatrzonych bezwzględnymi klauzulami materiałów (w tym filmów i fotografii) nie mają nic wspólnego. Daje to nadzieję, że sprawa, zachowując dotychczasowe zawrotne tępo, w kilka kolejnych dni powinna zostać wyjaśniona wskazaniem „życzliwej” dla dziennikarza „Wyborczej” osoby spoza Prokuratury. Wszak ten zasób materiałów nie mógł być dostępny zbyt szerokiemu kręgowi osób a już mało kto (ja mam wątpliwość czy w ogóle, mimo zapewnieniom Prokuratury) dostał do własnej (i, jak wyszło, pana Czuchnowskiego) dyspozycji „osobisty” pakiet. Bo po co?! Jeśli jednak ktoś taki był, łatwo prokuratorzy (podobnie łatwo jak „w sposób nie budzący wątpliwości wykluczyli”) dotrą do tej osoby. Wszak przekazanie materiałów odbyło się (jak śmiem mniemać) zgodnie z jakąś procedurą. Aż nie chcę myśleć gdzie może być usytuowana osoba z takimi przywilejami dostępu.

Załóżmy jednak coś fantastycznego. Załóżmy, że pan Czuchnowski znalazł po prostu jakiegoś, nie mającego żadnego (!) związku z czynnikami oficjalnymi „hobbystę”, który sam z siebie zgromadził rzeczony materiał, na którym pan redaktor „Wyborczej” bazował. Oczywiście możemy zakładać ale…

Materiały Czuchnowskiego powstały po części rękami obecnych w Smoleńsku BOR-owców oraz wysłanych tam prokuratorów. Jest wprawdzie możliwe, że chodził pan Czuchnowski od człowieka do człowieka i wydobywał ich „prywatne kopie” (panie płk. Rzepo, czy takie „prywatne kopie” istniały i czy istnieć mogły???) materiałów, które zabezpieczyła prokuratura odpowiednimi klauzulami. Tyle, że by zgromadzić materiał, którym dysponował, musiał Czuchnowski zetknąć się również z życzliwością niektórych prokuratorów. Gdyż część dokumentacji tworzyli oni. Poza tym w taki sposób „źródło” a raczej „źródła” Czuchnowskiego znaliby wszyscy bo tego nie dałoby się zrobić dyskretnie. Jeśli więc wspomniany materiał trafił do Czuchnowskiego z jednego źródła to, sorry panie płk Rzepo, mógł trafić tylko z Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie albo… od ludzi usytuowanych w hierarchii ponad tym szczeblem.

Ja w tej sprawie zrobiłem już prawie wszystko z tego, co mogłem. Swymi wątpliwościami mam zamiar podzielić się ponownie z panem Seremetem. Reszta to już kwestia jakiegoś fachowego dziennikarza. Prawdę mówiąc to takie teoretyczne stwierdzenie bo „myślę, że wątpię” by jakikolwiek fachowy dziennikarz zatrzymał swe spracowane oczy na tych moich wypocinach.


* http://rosemann.salon24.pl/261503,honor-i-przyzwoitosc-list-do-gen-parulskiego

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz