piątek, 21 stycznia 2011

O Platformie, jej Brutusach i Grakchach…

Powiedziane zostało nieco czasu temu, a i za jakiś czas potwierdzone (siłą autorytetu Szułdrzyńskiego Michała w „Rzepie”) że PO nie ma z kim przegrać. Ale jak to mądrość narodu mówi, „nie ma takiej rury, której się nie da przepchać”. Tak więc stanęło na tym, że skoro nie ma z kim Platforma przegrać to nie ma wyjścia i musi sama ze sobą. Gwoli tej tradycji, że przecież nie ma tak, że nie ma… Byłoby to zabawnym epilogiem tego apogeum, które Donald Tusk zdaje się mieć już właśnie za sobą, że akurat wtedy, gdy zdawać się mogło, iż nic nie może jemu i jego partii stanąć na przeszkodzie, potykać się zaczęto o własne nogi.

A to jest zjawisko nie byle jakie. Gdyby to przeciw Kaczyńskiemu czy Napieralskiemu jakiś mniejszy lub znaczniejszy Brutusik się objawił i podskoczył to nikt by zdziwionym nie był. Wszak od jakiegoś czasu mięliśmy okazję przypatrzyć się temu do woli. Przecież z tej frustracji to tam aż wrze… Nawet i Kłopotka w poprzek Pawlakowi idącego bez wstrząsu byśmy łyknęli. Ale nie tam i nie teraz!

Nie wiem co sobie może pomyśleć piewca niedościgniony PO-wskiej i tuskowej racjonalności i genialności Wołek Tomasz gdy patrzeć z nagła jest zmuszony jak z braku innej możliwości Platforma postanowiła właśnie przegrać sama ze sobą. I konsekwentnie, jak nigdy dotąd („konsekwencja” to akurat nie jest drugie imię Platformy) ku temu prze. Wystawiając w roli agresora nie jakiś tam nieznaczący, własny „PJN” czy inny „ruch” lecz kaliber najcięższy. Taką PO-wską „Gruba Bertę II” stojącą zaraz po szefie, czyli dotąd niekwestionowanej przez nikogo „Grubej Bercie I”. Jak się na panów popatrzy i lepiej ich pozna to wiadomo, że nie obwód pasa mam na myśli…

Wśród znajomych, którzy, o dziwo nie ukrywając wcale swej sympatii do PO, o dziwo do kwadratu wspomniany spór wzbudził tyleż rodzącą żywe dyskusje ciekawość co i… entuzjazm. We mnie zaś wzbudzając zdumienie. Bo co ma pomyśleć człowiek spotykający zaprzysięgłego, modelowego wręcz leminga, który na powitanie pyta czy wiem, że Grzegorz S wystąpił przeciw Donaldowi T i rzecz komentuje: „mam nadzieję, że da rade załatwić tego kłamliwego chu**”. Admina proszę by uwierzył mi łaskawie, że jest to cytat zarówno prawdziwy (i świeży bo z dziś!) jak też na tyle symptomatyczny by go jednak zostawić i przez niego nie skreślać tekstu. Bo takie widzenie spraw przez kogoś, komu dotąd podobne słowa były w stanie skojarzyć się wyłącznie z Jarosławem K jest nieomal przewrotem kopernikańskim.

Oto Grzegorz Schetyna staje się w naszej Rzeczpospolitej kimś na kształt bohaterskiej hybrydy Brutusa i Grakcha. ostoją istną Rzeczpospolitej jako rzeczpospolitej a nie jej atrapy. I to w stopniu większym niż nam się zdaje.

Bo po zapoznaniu się z inkryminowanymi przez zorientowane ponoć dobrze publikatory powodami tego sporu, co za tło jedynie wziął sobie smoleńska tragedię i smoleńskie śledztwo, trudno nie błysnąć choć iskierką sympatii do pana Grzegorza nawet z mojej pozycji, zaprzysięgłego wroga tego obozu politycznego. Błysnąć na chwilkę dosłownie iskierką tej sympatii zanim nie zapłonie się pochodnią (a co?!) oburzenia na Cezara- Tuska.

Właściwie gdyby nie to, że przekaz pojawił się w mediach, które żadnego powodu by bezpodstawnie smarować Tuska nie mają, uznałbym, że jest to niesprawiedliwe i ordynarne smarowanie go czarną farba. Bo w głowie by mi nie postało, że on, ikona ikon naszego liberalizmu, wraz ze swym mentorem i ikoną ikon wszelkich ikon naszego obywatelskiego społeczeństwa i naszej młodej republikańskości coś takiego jest w stanie i wymyślić i na dokładkę próbować wcielić w życie.

Chodzi o opisany przez wspomniane, dotąd przyjazne media, pomysł na obsadzanie stanowisk w spółkach skarbu państwa. Pomysł, który dla mnie jest tak latynoamerykański że cała Ameryka łacińska powinna do nas przyjechać i uczyć się od nas latynoamerykańskości! I właśnie przeciw temu („wyznaczaniu” przez „centralną komisję” na nieodwołalne pięć lat!) a w obronie „transparentnych” konkursów staje nasz Grzegorz Brutus- Grakch!

Oczywiście nie jestem naiwny i nie mam złudzeń, że staje bo mu w „transparentnych” konkursach zapewne łatwiej będzie dla tego czy innego kumpla chapnąć jakieś stanowisko niż liczyć, że się z nim i jego kumplami Cezar – Tusk i jego mentor, co też pewnie jakichś tam kumpli mają, podzielą. A gdzie tam! Jakby nie mieli chrapki na całą pulę to by nie ciągnęli tak ordynarnie łacha przy swoim pamiętanym przecież jeszcze dość powszechnie „liberalnym etosie”! Jeśli tak otwarcie pokazali że im ten etos jakoś niespodziewanie przemieścił się z serca do kiszki stolcowej to przecież nie bez jakiegoś celu! A on, ten cel, może nie przewidywać udziału Grzegorza i jego kumpli, którzy i bez tego radzili sobie przecież niezgorzej.

Oczywistym jest też, że nie zacząłem nagle sobiesiakowego kumpla uważać za jakąś kryształową postać. Ani, że mu darowałem to, że był, kim był, że mówił i robił co mówił i robił. Ależ skąd. Ta moja satysfakcja mnie akurat nic nie kosztuje! I to mnie cieszy najbardziej! To, że bez mojego kaca, bez zmuszania się do jakiegoś „zła koniecznego ale mniejszego” mogę cieszyć się tym, że w mniejszym lub większym stopniu PO zaczyna radzić sobie tak kreatywnie i twórczo z tym problemem, że nie miało dotąd z kim przegrać. Widać, że chyba już ma. I niech tak trzyma!



* http://www.rp.pl/artykul/596065.html

** http://www.tvn24.pl/-1,1690196,0,1,schetyna-kontra-tusk-wojna-o-stolki-w-spolkach,wiadomosc.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz