poniedziałek, 24 września 2012

Olek, król Polski




Z racji tego, że debaty jeszcze nie oglądałem (będąc w pracy) dotknę tematu, który Naród bez wątpienia poruszył znacznie bardziej niż rozważania nad jego michą i jej zawartością. Michę Naród ma na co dzień więc cóż w niej miałby zobaczyć atrakcyjnego. Nie mówiąc już o wywoływaniu wzruszeń. Wiem, że zdarza się, że widok miski może wycisnąć łzy z oczu ale to raczej ze wzruszeniem ma niewiele wspólnego.
Jeśli wierzyć temu, co od wielu lat, a i ostatnio się mówi, nikt tak nie umie wzruszyć i poruszyć Polaków  jak pan Aleksander Kwaśniewski. Jakby zaiste był jakimś Wielkim Poruszycielem.
Przyznam, że zachwytu Narodu nie rozumiem. Nigdy nie rozumiałem ale widać klucza do narodowej duszy nie mam. Jeśli miałbym próbować jakoś wytłumaczyć Naród z tej głupiej miłości do pana Olka, usytuowałbym go pośród innych postaci, które Naród równie a może nawet nieco bardziej kocha. Obok doktora Burskiego, Marty z domu Mostowiak, komisarza Reksa i gości Hotelu52.
Atutem pana Olka jest bowiem to, że jest on takim, jakim chcieliby widzieć swoich polityków obywatele. Oczywiście nie jest bo jest tylko wydaje się, że jest. Żadnego natomiast znaczenia nie ma, że w tym „byciu” pana Olka prawda ekranu z prawdą czasu współgra znakomicie choć obie z prawdą wspólnego mają niewiele. I nie mówię tego z przekąsem a raczej może z trudno skrywaną zazdrością.
Bo i jak mam nie zazdrościć panu Olkowi tego, co jemu, ale i nie tylko jemu gwarantuje i pewnie długo jeszcze będzie gwarantować sukces. Tej bezczelności, z jaką nic sobie nie robi z tego, że jego wizerunek jest jednym większym przewałem by nie rzec oszustwem. To, mówię szczerze, chyba jednak zaleta a w każdym razie cecha ułatwiająca życie.
Czemu stwierdziłem, że wizerunek pana Kwaśniewskiego to przewał czy tam oszustwo. Stwierdziłem to ze świadomością, że ten najpopularniejszy współczesny polski socjalista nieomal poszedł w ślady swego wielkiego i nie dościgłego poprzednika z czasów, gdy się Polska odradzała. Tyle, że tamten z tramwaju „socjalizm” wysiadł na przystanku „Niepodległość” a ten na przystanku przed sklepem jubilera by kupić sobie Blancpaina, Zenitha albo Patek Philipa. Dowodząc, że socjalista z niego żaden a ze wspomnianą osobą porównywać go to straszna obraza. Dla tamtego Wielkiego Polaka.
Cóż poradzić na to, że Polakom nie przeszkadza to, że „twarz lewicy” wysyła swą córkę do Paryża na „bal debiutantek”. Przeciętny Polak nawet pewnie nie wie co to takiego ten „bal debiutantek” i z wdzięcznością przyjmie ów kaganek oświaty niesiony przez pana Olka w lud. Zgadzając się na i na to, by pić Dom Perignon i zakąszać go kawiorem ustami swego dumnego przedstawiciela.
I jest w tym jakiś racjonalizm, w który pan Aleksander wpasował się jak ostatni kawałek puzzla dopełniający całości. Jest to faktycznie jakaś realizacja baśni o głupim Jasiu, który wychodzi z ludu i zostaje królem. Pozostając swojakiem, takim kumplem ze szkolnej ławy albo z podwórka.
I tu aż się narzuca nawiązanie do dyskusji, którą wywołał poseł PO, Jacek Żalek. Sugerując, by zmienić na zdychającą w niezbyt pięknych konwulsjach demokrację na monarchię.
Nie wiem czemu od razu rzucono się sadzać na królewski tron pana prezydenta. Przecież on, kiedy wyszło, że z niego łże-hrabia, stracił ostatni argument za tym, by o intronizacji myśleć. Po prostu nie ta ekstraklasa.
Co innego pan Olek. Choć on koło hrabiów nawet nie leżał, choć później pewnie nie tylko stał blisko ale pewnie nie raz się z nimi wyściskał a może i wycałował, od Komorowskiego bardziej jest do tronu predestynowany. I wcale mi nie chodzi o to, że już pokazał, że będzie umiał wejść w sojusz korony z tiarą a i nie zbłądzi idąc do ołtarza. Kto nie jest przekonany, niech sobie odtworzy wrzutki z mszy korona… znaczy ślubnej infantki i księcia małżonka.
Chodzi o to, że jest ów pan Olek na wskroś polski. Tak polski, że się przy jego polskości Jagiellonowie mogą chować. Wiem, że ten i ów, polerując odruchowo swój rodowy sygnet z jakimś Porajem, Lisem czy Prusem, powie, że to cham zwykły.
A owszem. Tak, jak chamem był Piast nim go na tron nie wyniesiono. A nie?
Czemu zatem tak broni się pan Olek przed odegraniem dziejowej roli, czemu potrafi tak finezyjnie poprowadzić szereg działań służących kolejnemu wywindowaniu go na szczyt by pod samym szczytem pośliznąć się na jakimś drobnym gównie?
Gdybym miał znaleźć zdanie, które mogłoby stanowić maksymę najtrafniej opisującą ten opisany  przeze mnie fenomen, skorzystałbym ze słów, które w ekranizacji „Psów wojny” wg Forsytha wypowiada pułkownik Bobi, tłumacząc czym się różni od dyktatora Zangaro, Kimby, którego chce obalić. „On chce być bogiem. Ja chcę być bogaty”.
I to spokojnie mógłby powiedzieć pan Olek. On nie chce być bogiem. On już ma swoje Zenity i szampanskoje a i okazje by do tego i owego zagadać „pa francuski”.
Tylko głupi Naród wciąż czeka…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz