sobota, 29 września 2012

Argument ostateczny - kwestia wielkości i kwestia smaku



Pisanie u siebie ma choćby tę niezaprzeczalną zaletę, że nie trzeba się głowić nad takim tytułem, który, nierzadko budząc wewnętrzny sprzeciw samego autora, byłby elementem napędzającym mu czytelników.
Gdybym więc ów tekst zamierzał opublikować jeszcze gdzieś pewnie złamałbym się i rzucił jakieś „Tusk – gangster” czy coś równi finezyjnego.
Przy swej niewątpliwej skuteczności nie byłoby to precyzyjne ale nie pozbawione racji a i przy odpowiedniej argumentacji prawdy. Zależy jak się patrzy na kwestię kogo można a kogo nie można nazwać gangiem. Ja akurat teraz patrzeć na tę kwestię nie zamierzam. Jak ktoś jednak chce to zapraszam a to, o czym zamierzam napisać, może w tym pomóc.
Zatem zostawiam świat gangów zostając w świecie polityki. Przez to pewnie to moje „zostawiam” jest iluzoryczne. Ale dość.
W świecie polityki, tak go sobie przynajmniej wyobraża „mały rosemann”, równie istotne jak to, co zostało powiedziane jest to, co pozostaje niedopowiedziane albo wręcz przemilczane. Inteligentny polityk a i uważający się za inteligentnego obserwator świata polityki (jakby co, piję do siebie) wie to i takie właśnie akcenty stara się najpierw wychwycić a później jakoś pojąć i zinterpretować. Bo takie rzeczy robienie są w jakimś celu zatem przechodzenie nad nimi do porządku jest mało rozsądne. Delikatnie mówiąc.
Zilustruję to przykładem bardzo świeżym. Który został zauważony i przez niektórych podniesiony ale jego interpretacja poszła chyba w niewłaściwą stronę.
Chodzi o ten fragment ostatniego wystąpienia sejmowego Donalda Tuska, w którym sugerował on, że coś wie ale nie powie. Na razie…
Zanim powiem jak ja widzę to, co Donald Tusk… Nie, nie co wie. O tym też coś tam będzie ale nie na zasadzie, że powiem co wie. Bo niby skąd ja mam wiedzieć? Nie jestem Tuskiem ani nawet nie jestem w jego gang… w jego otoczeniu nie jestem.
Sposób, w jaki Tusk używa, bo to nie był pierwszy raz, takiego sposobu zastraszania adwersarzy, przypomina metodę znaną, jak świat długi i szeroki, w rozmaitych „grupach nieformalnych”, których głównym celem jest, by ich członkom było fajnie a wszystkim pozostałym raczej niewyraźnie. Mówiąc oględnie. Od tych, które w przedszkolach „zaklepują sobie” fajniejsze zabawki po takie, co trzęsą połową Meksyku czy tam Kolumbii pilnując swego monopolu na rynku cracku czy koki.
Argumentacja ta ma najróżniejszą formę. Od „bo powiem mamie”, przez „pani ma taki nowy samochód z takim ładnym lakierem, szkoda by było…” aż po zabójczo wręcz skuteczne „pamiętaj, żona, dzieci, wiemy gdzie mieszkają, gdzie się uczą…”
Oczywiście nie jest tak, że z czymś takim startuje się od razu. Najpierw stara się przeciwnika zmiękczyć inaczej. Po dobroci albo kupując go na przykład. Takie różne „zakończmy tę wojnę…” i coś w podobnym stylu. Kiedy jednak widać, że przeciwnik jakiś twardszy, niż by się chciało, wtedy stosuje się ów „argument ostateczny”. Albo gdy sytuacja staje się taka, że o stosowaniu metod „miększych” nie warto nawet myśleć.
I w naszej historii mamy najwidoczniej do czynienia z tą drugą sytuacją. Bo przeciwnika pan Tusk zna wystarczająco długo, by wiedzieć, że „na miękko” nie ma co nawet próbować.
Zatem zniżenie się pana Tuska do roli ulicznego bandziora, który straszy, że potnie nożem „jakby co” pokazuje, że sytuacja, w której znalazł się on ze swym gang… ze swym otoczeniem jest znacznie poważniejsza niż można by czytać z jego oblicza. Chyba najbardziej to widać w zachowaniu pana Schetyny, który jakoś tak zbyt często w obliczu poważnej sytuacji wydaje z siebie taki chichot i prezentuje przedziwny uśmiech.
Zatem sugerowanie, że „jak pokażemy to się nie pozbieracie” najdobitniej świadczy, że pan Tusk zdecydowanie woli wyjść z roli „męża stanu” i wcielić się w rolę, którą wyżej zobrazowałem, niż ryzykować pozostawienie spraw samych sobie. Widocznie zostawione same sobie byłyby zbyt niebezpieczne i nieobliczalne. Stąd nasz „europejczyk”, laureat wielu prestiżowych wyróżnień, przyjaciel wielu przywódców, bela, bla, bla… nagle okazuje się takim nabuzowanym agresją „gangsta” z najbardziej zasranej uliczki najbardziej zasranego getta w najbardziej zasranym mieście.
Czy pan Tusk ma coś, czym może straszyć. To istotne pytanie bo ci „rasowi gangsta” jak już mówią, można na ich słowie „polegać jak na Zawiszy”. Wiem, taki humbug nieco chyba niesmaczny mi wyszedł.
Pan Tusk rasowy nie jest. I proszę to rozumieć jak się chce, ale jak już to możliwie najszerzej. Zatem jak obiecuje to…
To może blefować. Szczególnie gdy nic innego mu nie zostało.
Może też faktycznie mieć coś na czarną godzinę. I jego ryzykiem jest to, czy jak już tym zagra, zdąży później doczekać przedawnienia czy nie zdąży.
Jest historykiem a nadto czynnym graczem wiec ma jakieś tam podstawy by obstawiać, że doczeka.

1 komentarz:

  1. :)
    A może nie powie o Bondaryku. To był taki sprytny komunikat "nie wprost", z ukrytą grupą docelową: ten, co miał zrozumieć, zrozumiał? :)))

    Pozdrawiam bardzo serdecznie

    OdpowiedzUsuń