sobota, 22 września 2012

Jugendamt obywatelski



Poprzedni mój tekst, dotyczący historii z salezjańskiej szkoły w Lubinie a raczej może medialnej histerii wokół niej, przy okazji uświadomił mi spore prawdopodobieństwo pojawienia się pewnego skutku ubocznego tej sprawy. Mającego dość poważne konsekwencje dla funkcjonowania w Polsce placówek oświatowych i wychowawczych.
W toku dyskusji pod tekstem pojawił się link* do strony innej szkoły, akurat publicznej, gdzie opublikowano zdjęcia bez najmniejszej wątpliwości tematycznie nawiązujące do tych z Lubina, które mogłyby przyprawić redaktora Gazety Wyborczej, Wojciecha Czuchnowskiego o wylew albo zawał. Lub zgoła o diametralnie inne odczucia.**
Przyznam, że pierwszym, co zrobiłem, gdy zobaczyłem tę galerię dołączoną do informacji z obozu żeglarskiego, była próba odgadnięcia co mogą teraz czuć ci, którzy chłopcom i dziewczynkom z tej drugiej szkoły zaordynowali tę „obrzydliwą, poniżającą, perwersyjną i budzącą jednoznaczne skojarzenia” zabawę. I co myślą, jak Polska długa i szeroka, ci wszyscy, którym szwankujący rozsądek nie chciał albo nie mógł podpowiedzieć w co się pakują odtwarzając podobne „obrzydliwe, poniżające, perwersyjne i budzące jednoznaczne skojarzenia” rytuały a później radośnie umieszczając je w necie jako niepodważalny dowód ich perwersyjnych ciągot. Nie wiem ile podobnych galerii ujrzy jeszcze w najbliższym czasie światło dzienne pojawiając się w dyskusjach dotyczących Lubina. Nie mam też pojęcia ile już zostało wykasowanych i ile dość szybko spotka podobny los.
Choć ta lekcja, przy całej przesadzie użytych przy jej okazji słów i argumentów, była potrzebna by uświadomić, że nie wszystko co się utarło i zdołało zakorzenić jako tradycja jest godne pochwały, nie jest ona jedynym następstwem tego, co ja pozwolę sobie nazwać Jugendamtem Obywatelskim.
Przykład Lubina pokazuje, że jak ktoś się uprze a do tego poczuje w sobie jakąś tam misję naprawiania świata, jest w stanie wyśledzić wszystko. Jak by się tego nie ukryło. Pokazuje się, że starczy zła wole czy jakaś z góry założona teza, by z rzeczy niewłaściwej i nieestetycznej zrobić coś obrzydliwego, mającego nieomal wymiar zbrodni.
By tego uniknąć, unikać trzeba ku temu okazji. I tu dochodzimy do konkluzji, mającej kształt zwalistej ściany. By się na nic nie narazić, najlepiej nic nie robić. Bo trudno zgadnąć co się komu czym wyda. Jugendamt obywatelski ma to do siebie, że co wolontariusz to inny punkt widzenia.
Może się zatem zdarzyć, że we wspomnianych placówkach oświatowych naszego kraju nie uda się znaleźć choćby jednego samobójcy, który weźmie na siebie ryzyko konfrontacji z Jugendamtem obywatelskim, zgadzając się zostać kolonijnym wychowawcą, harcerskim instruktorem, pójść z dziatwą na basen albo pojechać na kilkudniową wycieczkę. No bo skąd on ma wiedzieć czym i któremu wolontariuszowi Jugendamtu obywatelskiego podpadnie.
Będą oczywiście tacy, którzy nie będą na żaden Jugendamt obywatelski zważać i na potencjalnych wolontariuszy się oglądać. Ale właśnie na tych trzeba będzie faktycznie zwrócić uwagę bo albo będą to pozbawieni instynktu samozachowawczego idioci albo faktycznie ludzie o podejrzanych motywacjach.
I tak ten mechanizm będzie się samonapędzać.
Do kogo nie trafia mój argument, niech zapozna się ze statystykami postępowań dyscyplinarnych prowadzonych wobec osób pracujących z dziećmi i młodzieżą. Ilość spraw rośnie gwałtownie. Co świadczy albo o tym, że z dziećmi pracuje coraz więcej osób niezrównoważonych czy nawet i chorych albo o tym, że powody kierowania spraw przeciwko wspomnianym osobom są coraz bardziej błahe.
Ja nie twierdzę, że rozwiązaniem jest przymykanie oka. Jeśli już to ważenie reakcji. Tak, by ten potencjalny Jugendamt obywatelski za bardzo w proces kształtowania młodych ludzi zbytnio się wciąć nie zdołał.
** http://www.sp1.czersk.pl/sp1/newsx.php?readmore=733 (zastanawiam się kiedy znikną…)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz