niedziela, 3 października 2010

Bolszewicy vs dopalacze czyli prawo i bezprawie.

Wiem, że czasem jest tak, że słuszna idea, czy choćby słuszny cel przesłania ogółowi fakt, że idzie się do niego jak najbardziej niesłuszną drogą. Droga, która na dobrą sprawę bez wątpienia powinna być określona bardzo konkretnym słowem – lincz. Lincz jest linczem bez względu na to czy dokonuje go uzurpujący sobie prawo do tego obywatel czy nie mający prawa tak postępować jak postępuje przedstawiciel organu państwa. Wiele jest sytuacji w których świadek obserwujący i mający świadomość tego co obserwuje, nawet najbardziej ewidentnych sytuacji dochodzenia prawa poprzez oczywiste bezprawie ma problem ze sobą bo mu to najzwyczajniej nie przeszkadza. A nawet się podoba. A to już rzecz, której nie wolno lekceważyć. Bo rzeczy przyjemne i akceptowane w nawyk wchodzą łatwiej niż te kłopotliwe.

Przyznam, że w sprawie ostatniej rozprawy z handlem dopalaczami próbuję rozdzielić sferę emocji i kwestie prawne. Rozumiem i podzielam i obawy i oburzenie związane z tym, co dzieje się i ostatnio jest nagłaśniane za przyczyną tych specyfików. Jednak czym innym są emocje obywateli a czym innym (mam przynajmniej nadzieję) oparte na zasadzie legalizmu działania organów państwa. Staram się dociec jak ma się do obowiązującego stanu prawnego akcja, która polega na wkroczeniu funkcjonariuszy państwowych do legalnie działających punktów handlowych, obracających towarem, którym obrót jest legalny i powodowanie, że te punkty tracą na jakiś czas możliwość prowadzenia swej legalnej działalności.

Jak dotąd pewne jest, że w tej sprawie decyzję podjął „zespół rządowy” z Premierem na czele czy też, jak podają inne źródła, Minister Zdrowia. Jaką formę miała decyzja? Nie mam pojęcia. W każdym razie sama realizacja tej „bitwy” zarządzonej przez Premiera miała przebieg następujący:

Oto do handlujących dopalaczami zgłosili się inspektorzy z towarzyszeniem funkcjonariuszy policji by dokonać kontroli. Miła ona sprawdzić, czy w kontrolowanych punktach nie obraca się zabronionym specyfikiem. Oczywiście obracało się jak najbardziej. I jak mogło być inaczej, skoro o tym, że specyfik jest zabroniony sprzedających informowali kontrolerzy. Tu dodać należy, że zakaz został wprowadzony w tym samym dniu, w którym na jego podstawie przeprowadzono kontrole. Najciekawsze jest to, że w trakcie kontroli zabezpieczono zabroniony środek w celu… przeprowadzenia badań laboratoryjnych.

Najciekawsze jest to, że kontrole kończyły się nakazem zamknięcia placówek. Niezastosowanie się do niego, jak oświadczył rzecznik Komendanta Głównego Policji, grozi karą pozbawienia wolności do lat dwóch. By było groźniej… albo zabawniej kara ta grozi też tym, którzy w takim punkcie dokonają zakupu. I to dopiero jest ciekawe. Wychodzi bowiem na to, że w Polsce o wprowadzeniu penalizacji jakiegoś rodzaju działalności może z dnia na dzień zdecydować… Główny Inspektor Sanitarny!!!!!
Tenże Rzecznik Komendanta, komentując wczorajsze wydarzenia dokonał bardzo istotnego podsumowania akcji.

„To nie jest ostateczny krok w walce z dopalaczami. Ostatecznym krokiem będzie zmiana prawa.”


Konkludując, w chwili obecnej, w której tak radykalnie zawalczono z procederem, prawo nie pozwala na… walkę z tym procederem. Trzeba je zmienić. Trzeba je zmienić tak, by wiedzieć czy dopuszczony produkt jest groźny dla życia lub zdrowia. Czyli teraz nie wiadomo czy jest groźny czy nie.

Rozumiem to, że większość opinii publicznej jest cała akcją zachwycona. Bo tu ludzkie życie a tam jakieś przepisy i jakaś „praworządność”. Ale mimo wszystko uważam, że na taki sposób działania nie powinno być zgody. Bo jest to sposób, który wcale nie pokazuje sprawności państwa ale coś wręcz przeciwnego! Umiejętność załatwiania na szybko i doraźnie problemów, które już się ujawniły ze swoimi ciemnymi stronami. Jest to też działania w oparciu o wyjątkowo prymitywny mechanizm. Kojarzący mi się z latynoamerykańskimi populistami w typie Perona uznającymi, że cel uświęca środki. Ten schemat w naszych realiach ćwiczyliśmy już przy okazji zapowiadanych przez Tuska rozwiązań antypedofilskich.

W całej tej szopce z dopalaczami znalazłbym oczywiście ślad dobrej woli rządzących. Ale tym śladem byłoby coś, o czym nie usłyszałem i co, jak się domyślam, nie nastąpiło. I nie nastąpi. Uznałbym, że faktycznie Państwo ma zamiar chorą sytuację związaną z tym, że w oficjalnym obrocie znajdują się u nas środki, o których od dawna pisało się i mówiło w mediach w bardzo określonym kontekście, ma zamiar naprawdę działać gdyby to działanie zaczęto od wywalenia na zbity pysk osób, które w zakresie swych obowiązków mają choćby monitorowanie takich sytuacji i wyciąganie na podstawie takich działań wniosków. Wniosków, którymi mogłyby być właśnie propozycje zmian legislacyjnych. Te, o których teraz dopiero się myśli.

Obecna władza i w tej i we wspomnianej sprawie pedofilii udowodniła, że jest w stanie naprawdę działać dopiero wtedy gdy i ona i całe społeczeństwo dostaje w serwisach bardzo konkretny przypadek gwałconego dziecka albo trupy po dopalaczach. Dla niej sama świadomość istnienia zjawiska to za mało. I kiedy już działa to robi to w stylu „wejście smoka skrzyżowane ze słoniem w składzie porcelany”. Zresztą to nasz sport narodowy. Którego zasady sprowadzają się do tego że place zabaw kontroluje się jak jakaś huśtawka JUŻ gdzieś jakieś dziecko zabije a autobusy wożące uczniów na wycieczki lub wakacje po jakiejś widowiskowej drogowej masakrze. Tak jakby w naszym języku słowo „profilaktyka” nie istniało. Albo jakby na nim kiedyś ktoś nadrukował „radykalne działania z użyciem służb porządkowych”.

To zaś powoduje że ani nie życzę sobie ani nie ukrywam, że boję się tego, że władza obecna zaczyna załatwiać spraw w ten sposób, że najpierw wyprowadza na ulice policję a dopiero po tym mówi coś niejasno o koniecznych zmianach w prawie.
Takie postępowanie ośmielę się nazwać bolszewickim. Teraz jest ono podjęte w sprawie, w której władza może liczyć na poklask społeczeństwa. Ale nauczona złym doświadczeniem może zrobić to i przeciw społeczeństwu. No bo jakie mamy gwarancje że nie? Prawo? Zmieni je później…

Powszechny aplauz po tym, w moim odczuciu, jawnym bezprawiu w walce z niepokojącym zjawiskiem, przypomina mi anegdotę z czasów wszechwładzy i kultu jednostki w Rosji sowieckiej. Stalin, zirytowany tym, że najbardziej świadomi ponoć obywatele zatracili całkowicie jakikolwiek rozsądek przejawiający się oporem przeciwko władzy nawet wówczas gdy nie ma ona racji, postanowił dać narodowi nauczkę. Wezwał na Plac Czerwony najbardziej oddanych komunistów i przemówił do nich mrowiąc, że nadszedł czas ostatecznego poświęcenia dla kraju. Aplauz zebranych. Że każdy musi ponieść najwyższa ofiarę. Aplauz zebranych. Że dotyczy to nie tylko ich ale i ich rodzin. Aplauz zebranych. Słowem, że każdy uczciwy komunista wraz ze swoją rodziną musi się dla dobra ZSRR powiesić. Aplauz zebranych. Nagle w tłumie widać jedną podniesioną rękę. Stalin z nadzieją w sercu dostrzega ją i pyta jej właściciela jakie ma wątpliwości. Ten pyta:

- Towarzyszu Stalin. A sznurki mamy mieć swoje czy państwowe?

Cóż za różnica towarz… obywatele III RP? Cóż za różnica…?

Na podstawie:
http://www.tvn24.pl/0,1676139,0,1,to-nie-ostateczny-krok-w-walce-z-dopalaczami,wiadomosc.html
http://wyborcza.pl/1,75248,8456221,Antydopalaczowa_akcja_w_calym_kraju__inspektorzy_sanitarni.html
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Pogrom-sanepidu---zamknieto-797-sklepow-z-dopalaczami,wid,12722028,wiadomosc.html?ticaid=1afe7

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz