niedziela, 19 września 2010

Świętość przestrzeni publicznej- Krakowskie Przedmieście 60a

Nie będzie to tekst o pryncypiach, o generaliach ale o pewnym istotnym szczególe. Mającym w sprawie pełnej kwestii pryncypialnych i generalnych znaczenie w zasadzie techniczne. Ale na tyle w swej technicznej istocie materialnym, że trudno go nie wspomnieć i z niego nie wywieść kilku pytań. I o mojej spostrzegawczości a nawet upodobaniach estetycznych. O tym ostatnim tylko o tyle, że czasem przez nią różne ciekawe rzeczy wpadają mi w oczy. Czasem i takie, które w danym momencie nie bardzo pasują do rzeczywistości. Przynajmniej tej, która byłaby wygodna dla tych, którzy mają złudzenie, że w pełni nad rzeczywistością panują i wedle swojej woli mogą ją kształtować. Jakby była ona jakąś masą plastyczną, którą wystarczy wymiętosić i wygląda ona tak, jak by się chciało.

W sprawie, o której chcę napisać zbiegają się, zupełnie przypadkiem, dwie sprawy. Jedna ogólnopaństwowa, taka, w którą angażuje się cala masa pierwszoplanowych polityków i druga, w której zaangażowałem się ja i grupka osób porwanych przez intuicję.

Pierwsza z tych spraw, budząca masę emocji nie tylko wśród ważnych polityków ale i zwykłych obywateli, to sprawa upamiętnienia monumentem ofiar katastrofy smoleńskiej a ściślej jego lokalizacji. Problem z lokalizacją dotyczy głownie tego, że cześć osób domagających się wystawienia pomnika za najlepsze miejsce uznają tę część Krakowskiego Przedmieścia, która w czasie kwietniowych dni stała się miejscem pielgrzymek tych obywateli, którzy chcieli uczcić pamięć ofiar.

W odpowiedzi słyszą argument, z pozoru mocny i zrozumiały, o nienaruszalności historycznej substancji tej części miasta, będącej, jak się chętnie podkreśla, częścią zasobu umieszczonego na liście wiwatowego dziedzictwa UNESCO. Substancji, która zostałaby czy to zdewastowana czy też może zbezczeszczona przez hipotetyczny monument o którego artystycznych walorach na tę chwilę nie da się nic (NIC!) powiedzieć.

Przyjmijmy, że faktycznie umieszczanie w tej części miasta elementów, które nie stanowią części wspomnianej historycznej substancji jest niedopuszczalne. Że ma ono na zawsze pozostać w takiej postaci, w jakiej zachowało się od wieków. Przyznam, ze biorąc pod uwagę losy tej części Warszawy trudno mi było powstrzymać ironiczny uśmieszek przy pisaniu poprzedniego zdania.

W każdym razie właśnie usłyszałem opinię pani Hanny Gronkiewicz Waltz, która argument o nienaruszalności powtórzyła odbijając argument w postaci pomnika kardynała Wyszyńskiego ustawionego na Krakowskim Przedmieściu na tyle dawno, że od tego czasu można by przyjąć, że status quo jest faktem. I to ona, ta opinia, spowodowała u mnie, choć wydać się to może dziwne, taki mentalny powrót do dnia 10 września tego roku gdy wybrałem się do stolicy na znakomitą imprezę wymyśloną i zorganizowaną przez intuicję. Tu właśnie wielka polityka przypadkiem skrzyżowała się ze ścieżką małego rosemanna. Bardzo istotnym w tej mojej małej historii, włażącej w drogę dziejącej się historii wielkiej, jest to, ze jestem osobą nie lubiącą zbytnio narzucać swojej obecności. Przez to wspomnianego 10 września straciłem okazję by poznać osobiście wielu zacnych publicystów piszących Salonie. Zdecydowałem, że zaznaczę swą obecność tylko swoją obecnością. Zamiast więc od razu dosiąść się do towarzystwa zebranego w „Telimenie” przeszedłem się Krakowskim Przedmieściem aż ku staromiejskiemu Rynkowi. Poszedłbym pewnie i na Rynek Nowego Miasta bo to miejsce w warszawie najbardziej mi się podoba i najlepiej mi się kojarzy. Ale to już temat na inną opowieść. W każdym razie idąc Krakowskim Przedmieściem rozglądałem się, trochę by zobaczyć jak wielki odzew wywołał pomysł intuicji a trochę dlatego, że z reguły rozglądam się. Z różnym skutkiem.

Tym razem moją uwagę przykuł obiektywnie całkiem gustowny ale dość dziwnie wyglądający akurat w swojej lokalizacji obiekt. Położony w najbardziej reprezentacyjnej części „historycznej substancji” pod adresem Krakowskie Przedmieście 60a. Mający z tym historycznym miejscem tyle wspólnego, że pisze jego historię dopiero od kilku lat. Ale za to z dużym rozmachem, co sam zauważyłem obserwując nagrywanie w jako gościnnym otoczeniu przez TVN programu pana Marcina Mellera z udziałem „mistrzów”. Wtedy, przez taką sobie uwagę, zidentyfikowałem z „mistrzów” tylko pana Sawkę. Ale pan Meller, pan Sawka i TVN (choć tu akurat może ostrożniej bo ta obecność wymagała jakiejś świadomości miejsca, która powinna przecież powrócić w dyskusjach o „nienaruszalności substancji”) w tym przypadku dla sprawy mają znaczenie mocno marginalne. Przytłacza ich wielkość tamto, na pierwszy rzut oka dyskretnie maskujące się i nie rzucające się w oczy otoczenie które ich gościło. Na tyle nie rzucające się, że mimo wielu spacerów Traktem Królewskim dopiero teraz, we wrześniu je zauważyłem. Mówię o obiekcie funkcjonującym pod nazwą „Skwer Cafe”. Obiekt, który swą architektoniczną koncepcją może i wpasowuje się w przestrzeń ale któremu w żaden sposób nie da się przypisać żadnego nawiązania do historycznej substancji tego miejsca. Jest to architektura modernistyczna, która dokładnie tak samo pasuje do tego miejsca jak do każdego innego na świecie. Fakt, że nie rujnuje ona, a chyba tak jest skoro to powstało i później nie zostało zburzone by „substancja” pozostała nienaruszona, historycznego, chronionego przez UNESCO, charakteru tej części Warszawy każe mi podejrzewać, że troska pani Waltz, warszawskiego konserwatora i wszystkich powtarzających argument o „zamkniętym” charakterze” Krakowskiego Przedmieścia jest troską nieszczerą. Bo jaki by nie był ewentualny monument poświęcony ofiarom to w żadnym wypadku nie może być w tym miejscu intruzem większym niż ten obiekt działający pod numerem 60a.

Kiedyś napisałem, że głowiną przyczyną całego zamieszania wokół pamięci, krzyża i katastrofy jest przede wszystkim to, że politycy, w tej sprawie mający moc podejmowania decyzji, działają niekonsekwentnie a często nielogicznie. Przypominałem kwestię dziwnego statusu krzyża, który przy niezmiennym stanie prawnym stał na Krakowskim Przedmieściu do pewnego momentu „legalnie” (skoro nikt jego legalności nie podważał ani słowem ani działaniem) by nagle, już po wygranych wyborach „legalnym” przestać być. W sprawie „nienaruszalności substancji historycznej” rzecz wydaje się mieć podobnie. Oto pani Prezydent tak konsekwentnie z tym hipotetycznym ciągle „źdźbłem” walczy nie dostrzegając tak imponującej „belki” w tym samym miejscu. Belki oddanej do użytku już za jej kadencji na obecnym stanowisku w grudniu 2008 roku.

http://bi.gazeta.pl/im/9/6031/z6031809X,Skwer-na-Krakowskim-Przedmiesciu.jpg



Tu więcej zdjęć obiektu: http://bryla.gazetadom.pl/bryla/1,85301,6038843.html

1 komentarz:

  1. Dla mnie samo to, że o tym, co można, a czego nie decyduje jednoosobowo konserwator i nie ma od takiej decyzji odwołania, jest kuriozalne. Bo cała sprawa sprowadza się do oczekiwania na następcę konserwatora obdarzonego innym gustem.

    Nie ma możliwości odwołania, dlatego, że przecież o gustach się nie dyskutuje?

    Pozdrawiam bardzo serdecznie

    OdpowiedzUsuń