piątek, 3 września 2010

Polska czyli trzy panie wkręcają żarówkę (tu i teraz)

(tekst długi, oparty na faktach)
Myślę, że każdy zna ten wredny antyra… znaczy antypolski dowcip o tym że do wkręcenia żarówki potrzeba trzech naszych rodaków. Oczywiście w tej wersji znają go wszyscy inni a u nas (bo przecież o sobie nie będziemy tak żartować) specami od żarówki byli milicjanci a teraz zapewne ich następcy.

Polska tu i teraz daleka jest od tamtej, w której milicjanci zajmowali się wkręcaniem żarówek ale nie jest też tak, że podobnej ekwilibrystyki już się na naszej ziemi nie uświadczy. Otóż uświadczy się i to , nie rzadko i w miejscach, w których człowiek chciałby bardzo nie stykać się z czymś takim.

Właśnie zakończyłem trwającą trzy dni odyseję, która skończyła się skierowaniem mnie na, powiedzmy, zabieg chirurgiczny. By ewentualna dyskusja nie zbaczała z głównego tematu powiedzmy, że to rutynowe usunięcie stulejki ( :). Rzecz drobna i dająca jakoś żyć co ma swoje znaczenie o tyle, że termin zabiegu wyznaczono na maj przyszłego roku. Ale historii nie powinno opowiadać się od końca.

Zacznę od tego, że te trzy dni to nie był czas załatwiania spraw leżących pomiędzy moim zdrowiem a państwową służbą zdrowia. Samo załatwianie, obejmujące dwie wizyty u lekarza, badanie oraz rejestrację w szpitalu efektywnie zajęło coś koło kwadransa. Jeśli doliczyć nieodzowne w takich sytuacjach czekanie wyjdzie koło czterech godzin. I to głownie dlatego, że i tak wcześnie wstaję więc do kolejki zawsze wchodziłem z niskim numerem. Ale żeby moc ten kwadrans odbębnić plus sobie poczekać musiałem wziąć trzy dni urlopu. A dziś omal przez takie coś, co opisałem w tytule, byłbym „w przededniu” kolejnego dnia na chorowanie.

Same wizyty u lekarza, recepty i skierowania to pikuś bo lekarz jest „mój” i po próżnicy czasu mi nie zabiera. Dziś rano szybko obejrzał wyniki badań i wypisał skierowanie. Ponieważ godzina była młoda a szpital o dwie przecznice pomyślałem, że będę miał to z głowy.
Gdy parkowałem na parkingu przed szpitalem w oczy już kłuł mnie napis „WEJŚCIE GŁOWNE” i informacja by właśnie nim wchodzić. Minąłem wejście do Izby przyjęć (proszę zapamiętać ten szczegół) i obszedłem potężną bryłę szpitala by wejść jak zalecano. Tam z miejsca zauważyłem trzy tablice kierujące ewentualnych pacjentów we właściwe miejsca. Oznaczone napisami „Wejście A, B, C”. Mnie interesowało akurat A bo tamtędy kierowano na chirurgię. Poszedłem za strzałkami a tam… Było B i C było tylko A za cholerę. Tak bardzo go nie było, że nawet nie umiały go wskazać dwie pielęgniarki, co przy wyjściu C akurat były na „papierosku”. Ale za to powiedziały mi, że z takim skierowaniem to nie mam iść na chirurgię tylko do sąsiedniego budynku mieszczącego zespól przychodni, w którym miał być „pokoik” gdzie takie sprawy załatwiano. Powiedziały mi też jak najprościej dojść gmaszyskiem do „pokoiku”. Szedłem na „czuja” bo jedynym kierunkiem wskazywanym konsekwentnie na korytarzu szpitala był „Bufet”. W „zespole przychodni” „pokoików” było tyle, że poszedłem zapytać w tamtejszej rejestracji o który może chodzić. Tam pani rejestratorka, powiedziała mi, że to nie tak, że zarejestrować się muszę w Izbie przyjęć. Wskazała mi też jak drogą do „Bufetu” dojść do tej Izby.
W Izbie bez trudu znalazłem rejestrację. Imponująco wyglądała. I tyle. Za szybą siedziała trójka, w porywach czwórka pań i… wkręcała żarówkę. Dokładnie rzecz biorąc mocno skupiały się na jakimś programie komputerowym wspierając główną jego operatorkę radami „może tu kliknij”. Odrywały się od tej ekscytującej czynności gdy im jakiś ratownik medyczny sam, zniecierpliwiony wparowywał do środka bo właśnie przywiózł ledwie żywą staruszkę i chciał ją na oddziała… Albo gdy taka pani z wypadku zaczęła się chwiać przy okienku. Dla mnie czas znalazły po kwadransie. Gdy zapytałem co z tym moim skierowaniem usłyszałem, że mam „iść tam, prosto i windą na II piętro a tam do gabinetu lekarza”. Poszedłem więc prosto i … doszedłem do ściany, która korytarz „prosto” się kończył. Zapytałem takiego innego pana w fartuchu jak mam do tej windy prosto iść a on potwierdził, że „prosto”. Łaziłem tak aż natknąłem się na osobę bardziej kompetentną. Na sprzątaczkę, która skupiła się nie na słowie „prosto” lecz na tym drugim. Wskazała mi gdzie jest winda. I okazało się, że owo „”prosto” oznaczało „w prawo” zaraz przy pierwszym skrzyżowaniu korytarzy. Bo winda tam była tylko jedna. Przerażony rozmachem gmachu zapytałem ją o ten „gabinet” na II piętrze bo mogło być ich tam od cholery. Powiedziała tylko, ze „będzie gabinet”. Był. Wszedłem do pierwszego opisanego jako „gabinet lekarski”. Tam lekaż zapisał mnie na ten majowy termin. Ale nie było to wszystko. Bo lekaż lekarzem ale jest jeszcze NFZ. Zostałem znów odlany do tego mitycznego „pokoiku” tyle, że teraz podano mi jego numer. Jeszcze dano mi karteczkę, która nakazywała się stawić w „pokoiku” z pakietem dokumentów w tym potwierdzeniem, że jestem ubezpieczony. Widać mało mają wiary w lekarza, który mnie w ramach NFZ przyjął i skierował. Pojechać musiałem do domu i wreszcie dowiedziałem się po co co miesiąc produkuje się miliony ton makulatury zwanej RMUA. To znaczy wydawało mi się że dowiedziałem się. Bo w „pokoiku” pani tylko zapytała „czym się pan posługuje jako potwierdzeniem ubezpieczenia”. Powiedziałem że RMUA ale w duchu miałem ochotę powiedzieć, że nożem i widelcem, Glockiem, i paroma innymi gadżetami. Pewnie też by przeszło.
Czytelnik, śledzący to moje błąkanie się w poszukiwaniu „pokoiku” pewnie zastanawia się czemu umieściłem ten tekst w dziale polityka. Z powodu oczywistego. Jest to z życia wzięta ilustracja tego, jak wygląda „tu i teraz” tak ukochane przez naszego Premiera- diamenta, że dla niego poświecił swą rolę wizjonera, reformatora i męża stanu. „Tu i teraz” zapyziale, uciążliwe jeśli nie powiedzieć nieznośne dla obywateli przez tego właśnie typu palantów, którzy nie potrafili wyjść poza „tu i teraz” bo ich władza i wszystko z nią związane było po prostu „tu i teraz”.
Taka podróż przez stany irytacji pojawiające się niezawodnie w zetknięciu z prawie każdym „tu i teraz” dość skutecznie (choć zapewne na jakiś czas tylko) leczą z myślenia o wielkich ideach i sporach o imponderabilia. Błyskawicznie zmieniają nawet najbardziej subtelnego recenzenta sceny politycznej w zwykłego chama, który bez ogródek zawoła „weź się Tusku- nierobie do roboty” i wykona przy tym zapewne jakiś obsceniczny gest. Bo taka jest konsekwencja polityki „tu i teraz”. Zmienia się optyka bo zmieniają się priorytety. Człowiek ma gdzieś sieć autostrad z roku 2015 czy pozom zarobków w 2050. Widzi cały ten rozgrzebany bardak przy którym nic sensownego nikt nie robi. Nikt w sensie obejmującym znacznie szersze spektrum niż wyłącznie Tusk i jego antykoncepcyjna gromadka.
Oczywiście wyobrażam sobie, ze odpowiedzią będzie wyliczenie wszystkich niedoróbek poprzedniej ekipy albo i poprzednich ekip. I pytanie czemu tamtym się nie zajmuję. Odpowiedź jest prosta. Bo tamto nie było „tu i teraz”. Ja wiem, że wizja polityki obecnej ekipy i jej wszelkich admiratorów ( a właściwie, skoro cham ze mnie już wyszedł, powiem „przydupasów”) jest taka, ze opozycja nie pozwala. I nie pozwoli gdzie by nie była. Tusk to taki przypadek że jak się do niego Kaczyńskiego nie podłączy to „no va”. Nie jedzie. A jak się już podłączy to jedzie tylko nie tak. Ta zależność powoduje, że nawet jakby Tuskowi dać 147% miejsc i tyleż władzy to i tak „opozycja będzie zawadzać”. Gdzie by nie była. Czy w opozycji (co naturalne) czy na Wawelu, pomniku, czy choćby i w kosmosie. Bo nawet jak nie będzie wadzić to będzie bo wtedy będzie wadzić jej brak, przy którym, jak już powiedziałem, „nie jedzie”.
Póki co jestem w innej opozycji. W partii ludzi wqrwionych. Tak ogólnie a nie na tego czy innego. Na to „tu i teraz”, które mamy przez te wszystkie nazwiska co „udzielają się w domofonie” od mego urodzenia do dziś. A może i do mojej śmierci biorą pod uwagę stan tego „tu i teraz”.
Oczywiście pozostaje pytanie czemu daję sobą tak pomiatać zamiast wysupłać grosz i pójść godnie do pywaciarza? A co z moją składką, co mi ją i tak zabierają? Mam się dorzucać do „dziury budżetowej” i do produkujących ją nieodmiennie od lat dziur w mózgach „szczęśliwie nam panujących”? Po moim trupie! Nawet jeśli dosłownie…
Na koniec pozwolę sobie zaproponować takie nieoficjalne godło naszego „tu i teraz” znalezione przez Kobietę Moją Kochaną tuż przy siedzibie S. Sierakowskiego i jego „Nowym Wspaniałym Świecie”. Złośliwe to ale dziś jestem „prawdziwszym Polakiem”. Prawdziwszym o to moje wQrwienie.

http://farm5.static.flickr.com/4112/4953889160_07247a9faa_m.jpg

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz