środa, 22 września 2010

Janusz, Janusz pokaż rogi czyli król Chichot.


Zacznę od wyjaśnienia, że tytułowi Janusz i król chichot nie są tą sama osobą. Kim, a właściwie czym jest wspomniany król napisze na sam koniec. To wygodne rozwiązanie, choćby i z tego powodu, że zwiększa szanse na to, iż potencjalny czytelnik nie porzuci lektury gdzieś w środku. Nawet jeśli będzie ekstra nudna.
A to, może się zdarzyć choćby i z tego powodu (pomijając ewentualny brak biegłości czy finezji autora), że nie pierwszy będę, który poruszy temat, który od wczoraj zebrał już dość spora literaturę. Co prawda przede wszystkim tutaj, bo media głównego nurtu milczą w rzeczonej sprawie jakby je kto zaklął, ale przecież tutaj właśnie piszę.

Na początek powiem, że tonu, który w omówieniach sprawy Palikot vs. IPN (tak ją nazwijmy) nie podzielam. Póki nie pojawia się jakieś obszerniejsze materiały nie można w żadnym razie twierdzić, że poseł lubelski ma na sumieniu jakieś kompromitujące go sprawki czynione wespół z SB nieboszczką. To, co dotąd ujawniono w jednym przypadku świadczy o tym tylko, że kiedyś tam zabrakło mu jaj po prostu a w drugim jest świadectwem pewnej rutynowej procedury.

Pamiętam z czasów mych studiów (koniec kat 80 – tych i PRL-u zarazem) jak jeden z kolegów wybrał się do Francji. Gdy dostawał paszport usłyszał też (od jednego ze „smutnych panów” choć ten akurat udawał wesołego) radę by tam, na miejscu rozglądał się, przyglądał… Po powrocie, gdy wybrał się oddać paszport, bo tego ówczesne prawo wymagało, tenże wesoły pan „smutny” zapytał co tam w tej Francji kumpel zauważył. Odparł że nic ciekawego. Podpisać też musiał, że za nic, pod żadnym pozorem i pewnie jeszcze pod jaka karą straszliwą, nie przyznam że z panem „smutnym” rozmawiał. Wiem, że to miało miejsce bo zaraz po wyjściu od pana „smutnego” opowiadał nam o tym.
Nie wiem co opowiedział Palikot zanim papierek podpisał lub zaraz po tym więc nie będę oceniał. Może zdradzał kolegów, może sekrety najtajniejsze własnej jedynie duszy a może nic zgoła. Tyle wiem.

Papier drugi to sprawa nieco inna. Choć też właściwie nie od razu przekreślająca gościa. Wielu przed nim , w tym samym czasie co on a i po nim zrobiło to co on. Można im wyrzucać to czy owo z tchórzostwem na czele ale ostatni jestem co to zrobi. Bo nie byłem ani przy nich gdy podpisywali ani, co istotniejsze, na ich miejscu więc prawa nie mam oceniać. Tak jak nie byłem i przy panu Januszu.

Tyle, że nie oceniałbym i jego, gdyby pan Janusz P. pozostał „jednym z tych którzy”. Tyle, że natura jego taka, że „jednym z…” a nic być nie chciał ani nie umiał. Gnało go w górę i w górę. A na górze byle kim być ani nie można ani się nie da. I gdyby pan Janusz P. zdecydował, że zamiast „byle kim” będzie sobą, w najlepszy możliwy sposób to byłoby pewnie OK. Tyle, że najpewniej o sobie pan Janusz P. mniemanie ma niewiele lepsze niż spora część obywateli i na „byciu sobą” wielkiej kariery nie spodziewał się chyba zrobić. Zaczął więc przy „sobie” nieco majstrować podrasowując to i owo, rzec można, wieloaspektowo. I wyszedł z tego filozof wybitny, mecenas kultury, filantrop (pod tekstem dowód tego znaleziony przez Kobietę Moją Kochaną). Gdyby raczył na tym poprzestać pewnie w ostatecznym rozrachunku byłoby dla niego i nieźle. W każdym razie lepiej niż jest teraz. Jednak sądząc z prezentowanych tu i ówdzie u innych publicystów fragmentów dotychczasowych „opera omnia” pana Janusza P. zdecydował on chyba jednak, że będzie też bohaterem walk z komunizmem. Modne to zresztą ostatnio jakby. No i napisał co napisał.

Ale i to nie byłoby takim wielkim znów grzechem. Ostatecznie czym jest te dwa papierki podważające nie za wielką „konspiracyjna legendę” przy sławnym coming out pana Boniego co to dla niego przecież obecny premier w tamtą pamiętną noc czerwcową „przewracał rząd”? I Boni jakoś żyje, chodzi, oddycha a nawet, choć zdać by się jeszcze nie tak dawne mogło niemożliwe, współrządzi i reformuje. Mógł więc też na podobnych zasadach współrządzić i reformować i Janusz P.

Tyle, że on za swą misję przyjął coś innego niż współrządzenie i reformowanie. On zaczął wystawiać rachunki innym. Takim, których nie cenił i niezbyt lubił. Delikatnie mówiąc. Ale i to mu pewnie by uszło jakoś płazem gdyby nie był zapomniał, że ta zawarta w „opera omnia” legenda to w istocie legenda jedynie i gdyby pamiętał jak to z nim samym było. Ale zapomniał i nie pamiętał. I pozwolił sobie o czyjejś odwadze coś tam powiedzieć i jakąś tam, prawdziwą czy fałszywą lojalkę wyśmiać. I tu rzecz się w taką fajną pętelkę właśnie zawiązała.

Obecne milczenie Janusza P. w sprawie ujawnionych rewelacji to jak dotąd najrozsądniejsza z tych wszystkich rzeczy które on zrobiła a ja o nich wiem. Bo poza tym milczeniem mógł albo potwierdzić albo zaprzeczyć. Ta pierwsza opcja nie byłaby jeszcze taka najgorsza. Bo choć wyszedłby i na kłamcę i na tchórza to po pierwsze los Boniego pokazuje że kłamcy i tchórze nie mają się najgorzej a poza tym kto znowu by się tym zdziwił i przejął? Ale nie byłby jednak bohaterem podziemia. I od nowa by trzeba pisać te już napisane „opera omnia”.

Opcja druga jest za to najmniej wygodna. Wyobraźmy sobie, że oto Janusz P. zaczyna coś o spisku mówić i stwierdza, że lojalka jest sfałszowana. I oto mamy qui pro quo przezabawne i niesamowite gdy ten, co nie raz naśmiewał się z „jedynej sfałszowanej przez SB lojalki” nagle melduje, że znalazł drugą. W swoich własnych papierach! No cyrk oczywisty!

Cyrk tym większy, że Janusz P. zapowiedział był ostatnio, że ruch będzie czynił i że premierem a w każdym razie najmniej wicepremierem zostać zamierza. I to jego zamierzanie- przymierzanie do nowych, co i rusz poważniejszych twarzy zakłóca wyłażąca niespodziewanie gęba stara. Taka bardziej groteskowa. A my gubiąc się chcielibyśmy prosić Janusza P. by choć raz pokazał tę najprawdziwszą, Janusz, Janusz pokaż…

I tu pojawia się tytułowy król Chichot. Nie jest to, jak napisałem na wstępie, żadna osoba, nie wiadomo co to jest w zasadzie. Ale jeśli będzie ktoś chciał zobaczyć jak wygląda to powiem mu gdzie tego króla Chichota szukać. Od teraz będzie on sunął po ziemi za Januszem P. każdego dnia, gdy ten będzie próbował przekonywać nas, że jest poważnym politykiem. A przecież od jakiegoś czasu zapowiada, że będzie nas o tym przekonywał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz