wtorek, 15 lutego 2011

Kto wychowa nasze dzieci? (Sekskorepetytorzy)

Co piąty uczeń uważa, że w szkole niczego o seksie się nie dowie*

Rodzice? Nie umiemy rozmawiać z dziećmi o seksie - przyznaje co piąty rodzic.**

Myślę, że rodzice nie umieją rozmawiać z dziećmi o wielu sprawach, nie tylko o seksie. Myślę też, że dzieje się tak, że coraz częściej nie czują takiej potrzeby. I wcale nie jest to żaden przejaw obiektywnego i zawinionego rozpadu więzi rodzinnych.

Przekonany jestem, że rodzice kochają swoje dzieci tak, jak kochani byli przez swoich a tamci przez swoich. Po prostu czasy są takie, że porozumienie przestaje być czymś oczywistym. Nawet jeśli w pewnych momentach rozwoju dziecka jego kryzys jest czymś nieuniknionym.

Kiedyś ta najgłupsza faza „konfliktu pokoleń” spędzała zapewne rodzicom sen z powiek ale wywoływała w nich potrzebę działania. Dziś natomiast wywołuje potrzebę znalezienia kogoś, kto weźmie na siebie poszukiwanie rozwiązania. I jak już powiedziałem, nie jest to pójście na skróty tylko utrwalone przekonanie, ze tak powinno być.

Cytowane na początku zdania pochodzą z wczorajszych publikacji „gazety Wyborczej”, która przy okazji stwierdzonej „niewydolności rodzicielskiej” w sprawach seksu… piętnastolatków przejęła inicjatywę i zapowiada specyficzną inicjatywę.

Co możemy jeszcze zrobić, żeby dzieci były bezpieczne, ale wolne? Będziemy się nad tym zastanawiać w "Gazecie". Zaczynamy akcję "Sekskorepetycje". Zapytamy psychologów, rodziców, autorów podręczników. Dlaczego nasza edukacja seksualna szwankuje? Czy rodzice mogą rozmawiać z dziećmi o seksie? Co wolno nauczycielowi powiedzieć o antykoncepcji? Co zrobić, kiedy twoja 15-letnia córka uprawia seks?”

Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. A jego najciemniejsza część chęciami durnymi.

Co mnie w tej prowadzonej od lat durnej i nieodpowiedzialnej krucjacie zarówno mediów (w tym „Gazety”) oraz „psychologów” i „autorów podręczników” wkurza a nawet przeraża? Przede wszystkim to, że nie są w stanie na tyle ruszyć wyobraźni, by pojąć, że głównym skutkiem ich akcji, „sekskoreopetycji” i całej reszty jest szerzenie kultu braku odpowiedzialności. Takiej powszechnej nieodpowiedzialności.



Z własnego doświadczenia wiem, że dla wielu rodziców, którzy w obecnych czasach żyją tak, jak te czasy im pozwalają czyli głownie w pracy, każda inicjatywa zdejmująca z nich część obowiązków jest czymś bardzo na rękę. Stąd choćby biorą się nierzadkie przypadki obciążania dzieci ponad miarę wszelakimi zajęciami od kółek szachowych po lekcje baletu. Takie dzieci często wracają do domów później niż ich wyczerpani pracą rodzice.

Tyle, że w tym wszystkim, w tych proponowanych „sekskoroepetycjach” nie ma tak naprawdę czegoś takiego jak zdjęcie z rodziców odpowiedzialności. Ani w sensie formalnym ani, przede wszystkim faktycznym.

Kilka razy zwracałem uwagę, że w tym zapale, który wykazują czy to politycy czy choćby „Gazeta Wyborcza”, by wziąć na siebie „odpowiedzialność” za to, by „dzieci były bezpieczne ale wolne”, ta gotowość nijak się ma do prawdziwej odpowiedzialności.

Prawdziwą odpowiedzialność poniosą i tak zawsze rodzice.

Gdyby nasi państwowi i „gazetowi” seksedukatorzy istotnie gotowi byli ponieść odpowiedzialność tego wyręczania rodziców w ich niewątpliwym obowiązku to wzięliby też na siebie odpowiedzialność cywilną za ewentualne niepowodzenie swoich wysiłków.

W tej chwili jest tak, że jeśli nastolatka „wyedukowana” przez szkołę (czyli państwo) w sprawie „życia w rodzinie” czy, dajmy na to, po „sekskorepetycjach” „Wyborczej” zaliczy jednak tak zwaną „wpadkę”, to konsekwencje tego spadają wyłącznie na rodziców. Konsekwencje wszelakie począwszy od emocjonalnych poprzez finansowe aż po prawne jeśli rzecz dotyczy na przykład dziecka poniżej 15 roku życia.

Ja wiem, że „Wyborcza” oraz ekipa edukatorów „Pontonu” (ci zaś to już mądrale nad mądralami w sprawach seksu) to eksperci nad ekspertami w sprawie tego jak czyjeś dziecko w sprawach seksu uczynić bezpiecznym. I … wolnym. To ostatnie stwierdzenie zresztą budzi moją największą obawę. Bo cóż „autor miał na myśli”.

Ale do rzeczy. Jeśli z „Wyborczej” taki „tytan seksu” i znawca tych zagadnień, że porywa się na coś takiego jak „seks korepetycje” to niech ma odwagę zobowiązać się, że poniesie ewentualne koszty każdego niepowodzenia, jaki po tych korepetycjach temu czy tamtemu dzieciakowi się przytrafi. tak będzie i poważniej i uczciwiej.

Ja ciągle mam w pamięci inne „korepetycje” wyborczej, prowadzone pod hasłem „maluj mury”. Od tamtego czasu jakoś nie za specjalnie podzielam i rozumiem samouwielbienie wszelkiej maści „edukatorów” z „Wyborczej”

Jestem przeciw jakiegokolwiek wtrącania się rodzicom w ich wychowawcze obowiązki. Z których jakoś się wywiązywali na długo przedtem zanim myśl o spłodzeni „Wyborczej” czy „Pontonu” komukolwiek w głowie zaświtała. Świadczy o tym choćby to, że ludzkość istnieje. I, jak mniemam przeżyje i „Wyborczą” i „Ponton” i tysiąc podobnych gromad mądrali nad mądralami.

A że odbędzie się to z kłopotami? A jak może być inaczej jeśli uczy się ludzi przekonania, że wychowanie to proces, którego za nic nie można oddawać w ręce jakichś tam rodziców.

To myślenie totalniackie. I panowie „gazeciarze” i „pontonierze” powinni sięgnąć do źródeł i znaleźć kto przed nimi uważał, że lepiej od rodziców potrafi wychowywać dzieci.

Dlatego mam propozycję. Dla rodziców i dla mądralów z „Wyborczej”. Ci pierwsi, jeśli „nie umieją rozmawiać” z dziećmi o czymkolwiek, niech się tego, do cholery, po prostu nauczą. jeśli nie chcą udowodnić, że to ich przede wszystkim trzeba edukować. I to mocno… Tych drugich proszę by się od dzieci trzymali z daleka ze swoim „edukacyjnym” zapałem. Poza swoimi oczywiście.


* http://wyborcza.pl/1,82709,9103305,Kto_uswiadomi_nastolatka_.html#ixzz1E0Sn5Fco

** http://wyborcza.pl/1,75478,9100746,Obowiazkowe_lekcje_seksu_.html#ixzz1E0TD5Se5

*** Tamże

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz