niedziela, 27 stycznia 2013

Esbeckie dzieci w National Geographic



Gdyby to, co naprawdę żartem zasugerowałem w tytule, mogło okazać się prawdą, dwa z głównych tematów ostatnich dni otrzymałyby prawdziwą kroplówkę pozwalająca na reanimację i kolejne życie. Usiłuję w ten sposób delikatnie zasugerować, że temat „esbeckich korzeni” a jeszcze bardziej sprawa filmu z serii „Katastrofy w przestworzach” nie są w stanie (a może nawet od początku nie były w stanie) wygenerować nic konstruktywnego. W pierwszym przypadku zauważę tylko, że po prostu nie jesteśmy w stanie stwierdzić co komu w głowach siedzi i podpowiada co trzeba albo wypada robić. Z drugim tematem też mógłbym postąpić podobnie, zwracając uwagę, że po wyjaśnieniach twórców filmu, odnoszących się do wykorzystanych źródeł i prezentowanego za nimi przez wyprodukowany obraz punktu widzenia, w zasadzie ci, co się sprawą smoleńskiej tragedii interesują, bez względu na reprezentowane stanowisko, stracić powinni dla filmu jakiekolwiek zainteresowanie.
Co, co przyjmują w jakimkolwiek stopniu argumenty Zespołu Macierewicza (a przy okazji i ci, co bez względu na stronę, z którą trzymają, lubią w filmach przede wszystkim dociekanie prawdy albo choć ciekawe kontrapunkty) z tego powodu, że bez rozważenia wątpliwości to, co zaprezentuje National Geographic będzie tylko rozbudowaną mocno wersją oglądanych już „symulacji katastrofy” nie wnoszące do sprawy nic nowego poza doskonalszymi, bardziej profesjonalnymi efektami.
Druga strona, bo to, co zobaczy, już dawno wie i przyjęła jako oczywistość.
I tu przechodzę do tego, co w czasie oczekiwania na projekcję, dla niektórych, sądząc z ich emocjonalnych wpisów lub komentarzy, będącym czymś w rodzaju prawdziwego „adwentu” wzbudziło moje ni to zdumienie ni to rozbawienie. Co dotyczy tych, którzy jeszcze bardziej niż wyśmiewana przez nich „sekta smoleńska” powinni być zawartością filmu zawiedzeni. Nie pamiętam który z tutejszych publicystów najbardziej zapraszał na projekcję zapewniając, że „prawda wyjdzie wreszcie na jaw”. Znaczyłoby to, ze z jakichś powodów , mimo tego, że wcześniej on i jemu podobni, równie rozentuzjazmowani produkcją National Geographic, po stokroć obalili wszystko, co było sprzeczne z wnioskami tandemu Anodina- Miller, tej „prawdy” poznać nie zdołali. Pewnie nie zauważyli przy tej okazji, ze w ten sposób wystawiają nie najlepsze recenzje źródłom, które dotąd cytowali jak biblię.
Oczywiście może być tak, że po prostu stanowią jakiś wyimek specyficznej subkultury czy nawet subcywilizacji, do której przemawiają tak naprawdę obrazki a nie słowo pisane. I póki to, co skłonni są podejrzewać o bycie prawdą nie zostanie im podane w formie komiksu lub filmu, do końca przekonani nie będą.
Przyznam, ze taka postawa, choć pewnie ci, którzy ją prezentują, chcieliby inaczej, najbardziej uderza w wysiłki tutejszych stachanowców oficjalnej wersji, w szczególności blogera you know who i wywczasa, którzy ręce już nie po łokcie ale po pachy sobie urobili a teraz muszą z bólem czytać, że „prawdę poznamy” dopiero za sprawą kanału National Geographic.
Zostawiając powyższą kpinę, której nie potrafiłem się oprzeć, pozwolę sobie już całkiem poważnie zauważyć to choćby, że z punktu widzenia realizatorów filmu dziwię się, że nie chciało im się poczekać z realizacją i pochylić nad wątpliwościami. Tak, jak już napisałem, przydałoby to filmowi intrygującej otoczki, która pewnie poprawiłaby oglądalność a nie zwiększałaby w żaden sposób ryzyka. Wszak tak jak teraz poinformować, że po prostu opierają się na oficjalnej wersji, której nie oceniają mogliby dodać, że cytują wątpliwości, których zasadności nie weryfikowali.
Warto wspomnieć też i to, że troska niektórych, że w głowach widzów z całego świata utrwalona zostanie nieprawdziwa wersja zdarzeń jest również na wyrost. Jestem niemal pewien, że ta czy jakakolwiek inna wersja zdarzeń ze Smoleńska w głowach większości widzów z tych prawie 200 krajów, w których będzie pokazana, utrwali się tylko do momentu najwcześniejszej operacji czyszczenia pamięci z informacji nieistotnych dla nich.
Film, wbrew temu, że projekcja przedpremierowa odbyła się właśnie u nas, adresowany jest do widza zunifikowanego. Któremu spośród wszystkich najdalej chyba właśnie do nas i, w mniejszym stopniu, Rosjan z naszą i ich jakże uzasadnioną dociekliwością w tej sprawie. I jako taki emocje powinien wzbudzać takie jak każdy inny film o nas, zrobiony z perspektywy świata, który ma nas generalnie gdzieś a troszczy się o wymagającą sporych uproszczeń wykluczających hermetyczne dość niuanse obywateli świata. Których nota bene bardzo wielu zasiądzie pewnie dziś przed telewizorami w wielu polskich domach.
Ci, którym zleży na dociekaniu czegokolwiek mogą sobie odpuścić.
Oczywiście co innego byłoby, gdyby faktycznie okazało się, że przy filmie maczały palce jakieś „esbeckie dzieci”. Wtedy faktycznie byłoby nad czym się pochylać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz