piątek, 9 listopada 2012

Kabaret Presspublicica



Jeśli zestawić kolejne oświadczenia, wieszane nie tak dawno na internetowej stronie oraz łamach wiadomego dziennika z ujawnionymi faktami, które świadczą że jeden z podpisujących rzeczone oświadczenia najwyraźniej zapragnął się zabawić w domorosłego „informatora Głębokie Gardło”, tyle, że nieco na opak, wychodzi nam dość ciekawe qui pro quo. Ciekawe przede wszystkim dla tych, którzy odsądzali od czci i wiary Cezarego Gmyza odmawiającego wskazania swemu wydawcy danych dotyczących swoich informatorów. Oczywiście rzecz ma się inaczej jeśli podczas niezbyt miłej i brzemiennej w skutki dla Gmyza rozmowy ów wydawca i „informator Głębokie Gardło”  w jednym przyznał uczciwie jaki to z niego BBWR.
Jeśli tego nie powiedział lub zrobił to tak, że Gmyzowi jakoś nie pozostało w pamięci, przyznać trzeba jedno. To mianowicie, że Cezary Gmyz zdecydowanie bardziej profesjonalnie chroni swych informatorów niż Paweł Graś tego jednego. I ów BBWR/wydawca może być zarazem dumny z profesjonalizmu swego byłego już pracownika jak też załamany tym, że sam zdecydował postawić na takiego amatora.
Oczywiście nie jest o czym świadczy to, co zrobił i czego nie zrobił. Mnie w związku z tym przychodzi do głowy coś, czego nigdy bym się nie spodziewał. Przychodzi mi do głowy konkluzja, która wyłącznie dla zgrywy była puentą tekstu, który opublikowałem jako Hiu Grant. * Tekst jest sprzed kilku dni, kiedy nikomu by przez myśl nie przeszła jeszcze ta nocna, tajemna schadzka. Choć potwierdziło ją najwiarygodniejsze (w tej i tylko w tej sprawie) źródło naprawdę trudno w to do końca uwierzyć. Wczoraj gadaliśmy sobie z Weronką, która nie wykluczała, że możemy mieć do czynienia z czymś zupełnie innym. Bliższym słynnemu sławetnemu zaginięciu krawata w zakamarkach hotelu Mariott niż sprzedawaniu jak najbardziej zainteresowanym nie opublikowanych jeszcze newsów z własnej gazety.
Wróćmy więc do oświadczeń i ich skutków. Kto czytał ten pamięta, że ich głównym motywem byłą wiarygodność. Biorąc pod uwagę fakt, że pierwszym, co chyba zrobił po swym nagłym powrocie z Katalonii BBWR/wydawca było spotkanie nie z redakcją czy autorem tekstu a z przedstawicielem władzy dość ciekawie prezentuje jak rozumie on zarówno lojalność jak też rolę mediów w demokratycznym państwie.
Odpuśćmy sobie wielkie słowa i pomyślmy, jaką ulgę czują ci, którzy nie dali się nabrać na te „dokumenty pozwalające mu na zarówno ochronę świadków jak i pisemne zapewnienie o ochronie jego osoby w razie przyszłych procesów”.
Przyznam, że i ja, a ze mną pewnie wszyscy, którzy z dnia na dzień uznali, że ich świat wartości nijak nie przystaje do tego, w którym tak świetnie się czuje BBWR/wydawca, też odczuliśmy ulgę. Bo głupio byłoby jakoś przyznać, że się drogi nas i gazety, którą dotąd kupowaliśmy i czytaliśmy rozchodzą się w okolicznościach, które nie są do końca jasne. Teraz mamy jasność i jeśli coś nas może uwierać to nasza dotychczasowa naiwność. Ale co tam. Jakoś łatwiej przejść do porządku nad nią gdy czyta się co ma nam do powiedzenia BBWR/wydawca.
„Wiarygodność musi być naszą najwyższą wartością. Jeszcze raz wszystkich przepraszam.

Grzegorz Hajdarowicz, Prezes Zarządu "Presspublica Sp. z o.o."**
Jeśli chwiałoby się uwierzyć, że facet, robiący po nocach za „Głebokie Gardło” pana Grasia a w dzień za „czwartą władzę” patrzącą temuż Grasiowi wnikliwie na ręce, mówi poważnie to co mówi i wie co oznacza słowo „wiarygodność”, zajść by musiała pewna okoliczność. Ta, którą sugeruje Hiu w przytoczonym tekście. Inaczej to właśnie Hiu jest najwłaściwszym kandydatem do pracy u tego pana bo mamy raczej do czynienia z Kabaretem Presspublica niż z poważnym medium i poważnym wydawcą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz