sobota, 24 listopada 2012

Jak wystawiono Tuska (anatomia dyplomacji)



W uzupełnieniu wczorajszego tekstu chciałbym wyjaśnić cóż najistotniejszego wynika dla nas z zakończonego brakiem porozumienia, nie, nie piszę fiaskiem bo chcę wierzyć dość intensywnie uspokajającym nas naszym negocjatorom, brukselskim szczytem.
Wcale nie to, że straciliśmy jakieś tam miliardy. Może straciliśmy, może nie straciliśmy. To się jeszcze zobaczy.
Natomiast bez najmniejszych wątpliwości zobaczyliśmy jak marnej jakości kompetencjami wykazali się ci, którzy w naszym imieniu prowadzą politykę zagraniczną. I jeśli na cokolwiek chcemy liczyć to niejako przy okazji. Zakładając że czegoś tam nam nie utną bo musieliby i sobie.
Kto śledził przedbiegi przed szczytem owocujące i w rozjazdy naszego Premiera i „nasze” (czyli Premiera i kilku innych zaangażowanych w cała sprawę) dość nierozważne wypowiedzi wskazujące jak bardzo miękcy w negocjacjach mamy zamiar być w Brukseli miał prawo sądzić, że wynika to wszystko z doskonałego rozeznania i braku najmniejszych złudzeń ile naszym i na co możemy liczyć.
Dlatego dość zaskakujące były relacje, według których w Brukseli „zaskoczono nas”. Prawdę mówiąc mieli prawo być zaskoczeni jeśli, mimo wcześniejszych peregrynacji nikt z ich partnerów nie uprzedził ich o swej negocjacyjnej strategii. Szczególnie, że nie uprzedzili ich Niemcy.
Gdyby Tusk wiedział że pani Merkel jest zdecydowana negocjować bardzo twardo, aż do fiaska szczytu, byłby w zupełnie innej sytuacji. Oczywiście nie tam, w Brukseli skąd wróciłby dokładnie z tym samym lecz w Warszawie, gdzie jego działania były wnikliwie obserwowane. Ale i w Brukseli mógłby a nawet powinien się wówczas zachowywać całkiem inaczej.
Gdyby europejscy partnerzy i sojusznicy Tuska mieli go w takim poważaniu jak próbuje się to u nas przedstawiać, widziałby on zawczasu co może się stać, jaki może być efekt szczytu i kilku rzeczy by nie robił a na inne mógłby sobie bez ryzyka pozwolić.
Przede wszystkim nie byłoby, a w każdym razie nie powinno być tak ugodowego stanowiska, sygnalizowanego jeszcze przed wyjazdem na szczyt. Nie ja pierwszy mówiłem i ponownie powiem że tak się nie robi gdy prowadzi się grę. Dyplomatyczną i każdą inną dopuszczającą blef.
Wreszcie w Brukseli, będąc świadomym ( a miał prawo tego od partnerów oczekiwać) jak się będzie toczyć gra, mógłby spokojnie i całkiem bezpiecznie na potrzeby własnego „ciemnego ludu” odegrać spektakl „Donald- najtwardziejszy* negocjator” miast oglądanego przez nas „Donalda – amatora”. Wiedząc, że i tak do niczego to nie może doprowadzić, mógł Europę szantażować wetem i ogłaszać, że „nie odda ani miliarda”. To naprawdę wyglądałoby lepiej niż zaskoczona mina w zetknięciu z tym, co działo się na szczycie.
To, że dał się pan Tusk zaskoczyć i odegrał wspomnianego „amatora” pokazuje przede wszystkim jego (nie, nie nasze) miejsce w „wielkiej europejskiej politycznej rodzinie”.  Przykre to ale przy okazji cenne jako informacja w natłoku propagandy z „lepszą drużyną” mającą „silnych sojuszników” w Europie, sączoną nam od dość dawna.
Dość żałośnie teraz brzmią uspokajające słowa szefa naszego rządu jeśli zestawić je z wcześniejszym przekonywaniem że naszą racją stanu jest załatwienie sprawy właśnie na tym szczycie. Nawet kosztem pewnych ustępstw. Ustępstwa były, szczyt nic nie załatwił a życie toczy się dalej.
My się czegoś nauczyliśmy a przy okazji i pan Tusk z nami. Z potarmoszonym nieco prestiżem i najpewniej jęczącą duszą może bardziej realnie będzie spoglądał na swoich „europejskich przyjaciół” i nie da się im więcej wystawić w tak widowiskowy sposób.
UWAGA
Po południu lub wieczorem wystartujemy z kolejną edycją akcji „Mikołaj – blogerzy dzieciom”. Zapraszam więc ponownie do siebie i do udziału w akcji.

* nie jest to błąd tylko celowe użycie niepoprawnej formy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz