środa, 20 czerwca 2012

„Wojskówka”


Z kilku wiadomości i wypowiedzi, w jakiś sposób ze sobą powiązanych choć z pozoru odległych wyłania się ciekawa, momentami szokująca całość.
Kiedy opowiedziałem Kobiecie Mojej Kochanej o przypadku, Mariana Kotarskiego vel Mariana Pękalskiego, esbeka żyjącego do dziś pod spreparowanym przez służby specjalne nazwiskiem i z wymyśloną na potrzeby mistyfikacji tożsamością nie kryła ekscytacji. Miała prawo tak zareagować. Jest młoda, z pokolenia, któremu na słowa „służby specjalne” przed oczami staje raczej Aston Martin agenta 007 niż trup Popiełuszki. Niemniej Kobieta Moja Kochana, jakkolwiek oszołomiona skalą pomysłowości SB, nie miała najmniejszego problemu by swój stosunek do sprawy i jej „bohatera” sformułować.
To, z czym poradziła sobie bardzo mądra ale sama jedna KMK, przerosło zbiorowy intelekt i wyobraźnię naszego największego „think tanku” ulokowanego na ulicy Czerskiej w Warszawie. W tym czasie, gdy po raz kolejny przekonaliśmy się że po PRL-owskich tajnych służbach pozostały takie rzeczy, o jakich nie śniło się filozofom, ludzie Agory ruszyli na odsiecz… Nie, nie nam, mającym prawo ciągle oglądać się z niepokojem wokół lecz tym, którzy w rzeczy przerastające wyobraźnię filozofów dali się wciągnąć.
Dziś, w drugim odcinku serialu, zapoczątkowanego tekstem „Agenci, wystąp!”* o niedolach gości w mundurach z masą gwiazdek na pagonach, którzy „zapomnieli” przyznać się do pewnych faktów z przeszłości, głos zabrał Paweł Wroński. W tekście „Nieustanna lustracja armii”** z cała finezją swego publicystycznego talentu i charyzmy przekonuje, że specyfiką naszej armii za PRL było to, że w połowie składała się z agentów i informatorów WSW, będącej dla wojska tym, czym milicja i SB razem wzięte dla cywilnej reszty kraju. Niechby sobie i byli. Wtedy. Problem w tym, że niemal bez większych zmian przeflancowali się do armii "wolnej Polski" zajmując masę eksponowanych i odpowiedzialnych stanowisk. A Wroński (et consortes), zamiast ze zgrozy rwać sobie włosy z głowy, nie tylko przechodzi nad tym do porządku ale cała rzecz stara się tłumaczyć. Pominę tę część wywodów, która wpisuje się w poetykę pisania o lustracji i agenturze w „Wyborczej”. Wiadomo, robili co musieli ale nikt z tego powodu nie ucierpiał. Standard.
Ciekawsze jest to, co i dla mnie wydaje się istotą sprawy. Awantura, która czy to już wybuchła czy też za sprawą tekstów „Wyborczej” może wybuchnąć, koncentruje się na sprawach z czasów, gdy po WSW pozostało już tylko niezbyt pozytywne wspomnienie. Ja nie mam wątpliwości a i Wroński zdaje sobie z tego sprawę, iż prawdziwym problemem jest to, że „w przypadku oficerów karana jest nie sama współpraca, ale kłamstwo lustracyjne”***
Tyle, że to szokujące odkrycie Wroński twórczo rozwija. „To prawda. Tylko że złożenie oświadczenia lustracyjnego, w którym oficer przyznawał się do współpracy, najczęściej oznaczało w czasach PiS koniec kariery.
To Wrońskiemu wystarcza jako argument mający zakończyć dyskusję. Oczywiście nie będę pisał nic o naiwności Wrońskiego bo wierzę w nią tak samo jak charakter naszej „kadry dowódczej”, który nie pozwoli im bez wątpienia pęknąć na polu walki choć nie uchronił ich najpierw przed uległością wobec WSW, później mało chwalebną postawą w starciu z PiS-em i z własną ambicją.
Wroński martwi się, że ewentualna lustracja w wojsku postawi pod znakiem zapytania nasze zdolności obronne. „Cóż, nie wiadomo, czy taka armia wstrząsana kolejnymi rewolucjami kadrowymi nas obroni, ale bądźmy pewni, że dzięki lustracji wyzwoli nas prawda.” Ja natomiast zastanawiam się na ile można mieć zaufanie do gości, którzy woleli łamać prawo niż zaryzykować złamaniem karier. Czy są w stanie ryzykować głowami? A bez takiej gotowości rozważania na temat jakości naszego dowództwa są bezprzedmiotowe.
I na koniec historyjka z pozoru całkiem nie związana z opisaną sprawą. Znakomicie jednak ilustrująca dywagacje na temat fachowości w naszej szeroko pojmowanej „mundurówce”. We „Wprost” zaprodukował się facet, znany jako Vincent V. Severski, anonsowany jako „ukrywający się pod pseudonimem oficer polskiego wywiadu. Przez wiele lat pracował poza granicami kraju. Pod przybraną tożsamością napisał powieść "Nielegalni".
Dzieląc się swymi wspomnieniami z czasów minionych opisał taki epizod: „Pamiętam, przyszedł kiedyś do Agencji Wywiadu wręczać odznaczenia i awanse. Miał brudne i niezawiązane buty. Szedł między szeregami oficerów i zadzierał głowę, bo u nas ludzie raczej wysocy. Wszyscy zastanawiali się, czy nadepnie na sznurowadło, czy nie. Fuck! Nie nadepnął! A posadzka była marmurowa...” swe wynurzenia pozwalające ocenić jego dar dostrzegania najistotniejszych dla sytuacji szczegółów kończy uwagą znakomicie pozwalającą ocenić stan jego intelektu i zawodową fachowość. „Czy odpowiedzialny człowiek mógł Kaczyńskiemu dostarczać informacji? Przecież on by nas pozabijał!”****
Nie będę złośliwy i nie zapytam komu „oficer polskiego wywiadu” Vincent V. Severski dostarczał informacji i na jakiej podstawie oceniał przy tym kto „by nas nie pozabijał” dla odmiany.
Przytoczyłem  wypowiedzi pana „asa wywiadu” by czytelnik mógł pozostać z nią sam i na jej podstawie wysnuć refleksję o „fachowcach”, którzy dbają o nasze bezpieczeństwo. Tych z WSW i tych od inwigilacji butów Kaczyńskiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz