środa, 12 grudnia 2012

Wacek – symbol III Rzeczpospolitej



To właściwie chyba tekst bardziej na dzień jutrzejszy ale wiadomo, jutro, chcąc nie chcąc, żyć będziemy czym innym i nie ma co w ogóle próbować. A szkoda by było, żeby hołd dla kogoś, komu ja i wy i tamta pani też wiele zawdzięczamy, dał się wypchnąć codziennym kłótniom. Którym ani ja ani nikt inny nie zawdzięczamy nic a nic.
O Wacku Kuropatwie dawno temu już pisałem. Bo wart był każdego dobrego słowa jakie przychodzi człowiekowi do głowy. Nie przypadkiem napisałem „był”. Choć mieszkaliśmy w tym samym mieście a nawet i dzielnicy, niemal na sąsiednich ulicach, o jego śmierci dowiedziałem się przypadkiem gdy na „W polityce” napisano o bezczelnych SB-manach mających zamiar skarżyć Rzeczpospolitą o niebotyczne odszkodowania za „krzywdy”, które im jakoby uczyniła. Tam pojawił się i on robiąc niezamierzenie tło dla tych bezczelnych typów.
Dowiedziałem się w ten właśnie sposób bo wcześniej o takich smutnych zdarzeniach dowiadywałem się od Wacka. Pilnował by wszyscy miejscowi „kumbatanty” (jak pisał) widzieli co dobrego i co złego działo się kolegom. Nie było nikogo, kto godzien byłby wejść w jego buty i rozesłać ten jego nekrolog. Wiem, ze było w gazetach i nawet w telewizji regionalnej ale nie czytam, nie oglądam. Od tego właśnie był Wacek.
Kiedy w końcu lat 80 poprzedniego stulecia poznałem Wacka, przez głowę mi nie przeszło z postacią jakiego formatu mam do czynienia. Był tak skromnym człowiekiem, że dla mnie był po prostu Wackiem, kuzynem pewnej dziewczyny, która mi się podobała a z którą zetknąłem się gdy tacy jak ja dołączali do tych, dzięki którym ówczesna proteza usilnie nazywana Polską mocno zaczęła się chwiać. Był przy wszystkim co tam dłubaliśmy  dokumentując to coś dla nas tak ważnego a z perspektywy procesu dziejowego tak nieistotnego swymi fotografiami.
Później przyszła Polska prawdziwa. I Wacek, chcąc nie chcąc… jak sądzę raczej nie chcąc bo był tego formatu, że nigdy się nie skarżył i o wszystkim mówił z uśmiechem, stał się jej symbolem. W tym znaczeniu w jakim potrafi ona pokazywać swe najbardziej beznadziejne, podłe oblicze.
Kiedy spotykałem Wacka, jak podążał przez Miasteczko na swoim składaku, opowiadał najpierw o swoich problemach z nową Polską. Jakoś tak nie było w niej dla niego bezpiecznego miejsca. Choć robił co mógł. To on ze śmiechem mi opowiadał o „efektywnej” działalności państwa w zakresie „aktywizacji zawodowej bezrobotnych” polegającej na szkoleniu tysięcy chętnych w jednym i tym samym zawodzie (bo najłatwiej było przeprowadzić ogólnopolski przetarg na realizację zadania) tak, że żaden prawie nie był w stanie po czymś takim znaleźć pracy. Przeszedł kilka tur takiego zmagania się ze znacjonalizowaną głupotą.
Ale ten problem to było nic. Tu nowa Polska okazała się tylko nieudolna. Nie wiem w którym roku zaczęła się kolejna epopeja Wacka. Sam był sobie winien w zasadzie bo zamiast zapomnieć a może nawet i przejść na ty i wypić wódeczkę, zaczął przypominać różnym SB-manom, ze jakich by nie pozakładali spółek, nie pokupowali aut i nie założyli garniturów, zawsze będą tymi samymi SB-manami.
Za SB-manów pozwano go przed sąd. Pozwali go ci, dla których nowa Polaka byłą lepszą matką. Bo ponoć byli bardziej rzutcy. Ci, którzy spotkali ich jeszcze w PRL-u pewnie chętnie potwierdzą tę „rzutkość”. Wacka ciągali przed sądy póki instancji i możliwości procesowych starczyło. Bo się czuli obrażeni ci SB-maqni że ich nazwał SB-manami. Po prawdzie łagodnie ich nazywał bo to były bydlaki i bandziory. Wygrał bo miał w sobie siły i determinację, której zabrakło naszym wielkim a pragmatycznym przywódcom. Tym, dla których za trudno było znaleźć morderców z tamtych czasów choć przecież niejeden bez problemów i dziś ich wskaże palcem.
Nie wiem co Wacek sądził o tym, co dzieje się teraz. Nie pamiętam kiedy ostatni raz spotkaliśmy się na ulicy. A kiedy się spotykaliśmy trudno było od Wacka usłyszeć o kimkolwiek coś złego. Nawet tamte typy, z którymi musiał tańczyć przed trybunałami karnymi i cywilnymi, śmieszyły go a nie złościły. Gdy ze szczegółami opowiadał mi o przebiegu kolejnych spraw, które mogły się dla niego skończyć naprawdę źle, robił to z rozbawianiem.
Nie wiem z kim by dzisiaj szedł. Może i dobrze. Bo pewnie, bez względu na to, co wcześniej sądziłem, przekonałby mnie. Bo spośród wszystkich znanych mi bohaterów, którym zawdzięczam tę porcję wolności, która mi przypadła w udziale, on jeden nigdy niczym mnie nie zawiódł.
Czemu napisałem, że jest symbolem III RP w jej najgorszej formie i z jej najgorszą twarzą? Przeczytajcie choćby w Encyklopedii Solidarności jego życiorys zwracając szczególną uwagę na to, co działo się z nim po 1990. Najczęściej, kiedy się spotykaliśmy był bezrobotny. Radził sobie i szukał ale nigdy pewnie nie miał nawet drobnej części tego, co miały te typy skarżące się sądom najpierw na niego a teraz na Polskę. Czasem myślę, że nie miał prawie nic. Poza tą swoją pogodą ducha.
Ona, nowa Polska, dała mu krzyż. Ten, który nosił a raczej woził z uśmiechem na tym swoim rowerku i zaszczytny, kawalerski.
Ostatni raz dostałem od niego pocztę (zawsze będę się szczycił tym, że mój adres miał przypisany do grupy „Kumbatanty.solidarnosci@nzs-wip-kpn.pl „) 5 września tego roku.
18 września umarł Wacek Kuropatwa. Kawaler Polonia Restituta, podziemny drukarz, współpracownik konspiracyjnych wydawnictw, w wolnej Polsce nauczyciel, operator kamery, społecznik oraz najczęściej bezrobotny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz