niedziela, 9 grudnia 2012

Koniec świata w Tychach (raport z tonącej wyspy)



Jeśli obecna władza upadnie, to prędzej przez Tychy niż przez Smoleńsk. Tak już jest że bliższa ciału koszula a każda niemal chata skraja.
Nie mogło być dla rządu gorszej wiadomość niż ta o zwolnieniach w zakładach Fiata w Tychach, obejmująca ponad tysiąc osób. Jedną trzecią pracującej w Polsce dla Fiata załogi. Nie mogło być gorszej pory jak czas przedświąteczny, kiedy chyba wszystkim bardziej zależy na tym by ich bliskim ale i dalszym los oszczędzał powodów do smutku. Tak więc wieść, że ludzie idą w Święta na bruk, to coś znacznie gorszego niż wszystko to, cokolwiek detektory wskazały w Smoleńsku i w kanapce Artemiaka.
Tychy to zresztą tylko symbol. To pewnie znacznie mniej ludzi obejdzie, ale zapowiadają się też masowe zwolnienia w sektorze bankowym. Też liczone w tysiącach. Pewnie zresztą nie tylko tam i w Tychach.
Któż powie, że rząd za to nie odpowiada i nic w tej sprawie nie może. Takiego kogoś chętnie wysłałbym do Tychów i czekał czy starczy mu odwago powiedzieć tamtym ludziom, że goście od prawie siedmiu lat biorący wynagrodzenie i przyznający sobie od czasu do czasu niemałe nagrody tak naprawdę niewiele mogą i za niewiele odpowiadają. Choć jak trzeba, chętnie i publicznie „biorą na siebie całą odpowiedzialność”.
W przypadku Tychów rzecz jest o tyle smutna, że ta sytuacja zapowiadała się od dawna. Od momentu gdy we Włoszech zapadła decyzja o wyprowadzeniu z Polski produkcji najpopularniejszego modelu koncernu. Równie i dlatego smutna, że Tychy to również Bielsko-Biała, gdzie produkuje się silniki. A tych się nie da montować w autach, które nie powstaną.
Tyskie trzęsienie ziemi jest o tyle dotkliwsze, że od dawna ci ludzie, którzy wkrótce trafią masowo do pośredniaków całkiem nie przygotowanych i nie potrafiących im pomóc, słyszeli jak znakomicie sobie radzimy z kryzysem i jak wyprzedamy innych o sto pięćdziesiąt osiem długości. Tu właśnie mamy lekcję poglądową jak to jest w rzeczywistości. To, że Fiat zaczął swoją wewnętrzną „walkę z kryzysem” od częściowego (o ile na tym się skończy) wypatroszenia fabryki w Tychach wcale nie oznacza, ze ta fabryka jest jakąś gorszą czy tam generującą większe koszty od innych prowadzonych przez koncern. Wręcz przeciwnie, to, jak się często słyszało, najlepsza fabryka firmy. Jej wadą jest to, że nie znajduje się we Włoszech. Swego czasu głośno było o aktywności rządu włoskiego w staraniach o to, by Fiat szczególnie chronił swoich włoskich pracowników i o kompletnej bierności naszej „lepszej drużyny”. Dziś, w wysłuchanej w TVP rozmowie o sprawie Tychów usłyszałem, że nowy wicepremier i równie nowy Minister Gospodarki Piechociński postawi tę sprawę na najbliższym posiedzeniu rządu. Usłyszałem też, że teraz to może sobie stawiać gdzie chce. Bo jest trochę albo mocno za późno.
Dramatu tysiąca rodzin z Tychów nie da się ponadto przykryć „mową nienawiści” ani czymś równie atrakcyjnym dla obecnej ekipy. Każda taka próba byłaby uznana za naigrawanie się z czyjegoś nieszczęścia. Kto nie wie w czym rzecz niech sobie przypomni smutny koniec Cimoszewicza, który nad konieczną empatię postawił chęć pokazania się jako chłodny mądrala.
A myślę, że wkrótce pytania o tę i najpewniej podobne sprawy będą na porządku dziennym konferencji prasowych zwoływanych przez władzę. I prawdę mówić nie za bardzo potrafię sobie wyobrazić co władza na to mogłaby powiedzieć. Szczególnie jeśli swego czasu, przez co rozumieć należy prawie półtora kadencji, padła obietnica pracy nie tylko tych z Tychów ale i dla naszej zarobkowej diaspory, wygnanej za chlebem przez brak pracy.
W takich sytuacjach jak ta przekleństwem najczęściej okazuje się to, co dotąd mogło być brane za przejaw wyjątkowej sprawności. Wieloletnie zapewnianie opinii publicznej, że mamy do czynienia z wyjątkowymi fachowcami, którzy na co dzień albo i nawet kilka razy dziennie wymyślają czy to koło czy tam proch sprawia, ze ludzie mają od nich oczekiwać czegoś nadzwyczajnego. Tak nadzwyczajnego jak nadzwyczajni byli oni dotąd w oficjalnym przekazie.
Zderzenie się tyszan z surową rzeczywistością w całkiem bliskiej przyszłości sprawić może, że z jej okrucieństwem będą musiały się zetrzeć wymuskane wizerunki reszty „najlepszej ekipy”. Dziś pewnie zadowolonej z tego, że los jak na razie poniewiera by nie rzec że kopie w dupsko tylko Arłukowicza.
Oczywiście można w przypływie desperacji sądzić, że sprawę załatwi kolejne Euro i Olimpiada w Zakopanem. Może i faktycznie załatwi ale czy akurat tak, jak by sobie życzyli ci, co tym wszystkim jeszcze kręcą? Myślę, że raczej nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz