piątek, 7 grudnia 2012

Dziennikarze z CBA



Relacje między mediami i tajnymi służbami to coś tak specyficznego i trudnego do ogarnięcia, że lepiej by ich po prostu nie było. Bo często wychodzi z nich nie to, czego chcieliby dziennikarze. Czego chcieliby funkcjonariusze służb nawet nie zgaduję. A pewnie chcieliby tego i owego.
Gdybym jednak miał sugerować, czego powinni chcieć czy życzyć sobie od prasy, radia i telewizji nasi tajniacy to przede wszystkim zrozumienia, że służby nie przypadkiem są tajne i na dodatek nie przypadkiem są też specjalne. A jeśli już dziennikarze nie są w stanie tego pojąc to niech się zwyczajnie odpitolą.
Kiedyś, przy okazji sprawy Kiejkut starałem się zająć stanowisko, które byłoby gdzieś po środku między godnym przedszkolaka, który nie widział  jeszcze żadnego filmu szpiegowskiego idealizmem (propagowali go pracownicy i zapraszani goście Gazety Wyborczej) a realizmem oznaczającym świadomość, że w moim imieniu i dla mojego bezpieczeństwa ktoś może robić rzeczy, na które nie tylko sam bym się nie zdecydował ale i pewnie po namyśle nie zgodził. I dlatego najlepszym wyjściem w zetknięciu z takim problemem jest niewiedza.
Tamta sprawa, wyhamowana w pewnym momencie jakby przez naszych medialnych przedszkolaków zaczęła zresztą podążać w dość ciekawym kierunku bo wprost na salę rozpraw Trybunału Stanu, na której mogłoby się toczyć postępowanie przeciwko „największym nadziejom czerwonych” w osobach Kwaśniewskiego i Millera. Widać panowie są jeszcze potrzebni więc zapomnijmy o Kiejkutach. No chyba, że jakoś da się je wcisnąć Kaczyńskiemu. Próbowano…
Ale ten zwrot akcji w tamtej sprawie wcale mnie nie dziwi. Tak to już bywa z tymi służbami specjalnymi. Coś się zacznie a później nagle wychodzi nie to, co by się chciało.
Tak jak chociażby i teraz. Kiedy pojawiła się sprawa „podszywania” agentów CBA pod dziennikarzy, jasnym było, że jest to kolejna próba „załatwienia” poprzedniego kierownictwa służby z Mariuszem Kamińskim na czele.
Szczerze mówiąc nie wiem czemu „Wyborcza” uważa, że podszywanie się ludzi służb pod dziennikarzy jest w jakiś tam sposób bardziej naganne niż na przykład pod murarzy, weterynarzy, blacharzy i wszystkie inne zawody, które kończą się ale i nie koniecznie kończą w dopełniaczu na „-arzy”. Tym bardziej nie wiem czemu akurat przeszkadza to „Wyboreczej” w której przez tyle lat przecież udzielał się niewątpliwy „człowiek służb” o przepięknym pseudonimie „Ketman”. Udzielał się a ona jakoś trwała. Trwała i nawet szła do przodu „nie znając granic ni kordonów” (w mojej podstawówce na coponiedziałkowych apelach śpiewano „granic i kondonów” na przemian z „wyrostki socjalizmu” zamiast „by rozkwitł socjalizmu…”).
Ale doś tam o „Wyborczej” i jej oraz nie jej „ludziach służb”. Wróćmy do tego czepiania się i przenikania zamiennego służb i mediów. Napisałem, że media w zasadzie powinny się odpitolić od służb i co najwyżej czepiać się jak już wiedzą a nie im się tylko wydaje, że służby są be. Bo z takiego wydawanie się mogą wyjść rzeczy na pierwszy rzut oka zabawne ale tak naprawdę dość smutne. Ot choćby takie, że służbami kieruje ktoś mało lotny.
Wróćmy więc do sprawy „dziennikarzy z CBA”. Mieli oni, jak już pisałem wcześniej, posłużyć wspomnianej gazecie do tego, by dopaść i sponiewierać Kamińskiego. Na nieszczęście posłużyli i do tego by dać okazję wypowiedzi panu szefowi służby stosownej, Wojtuniukowi.
Został on poproszony o wypowiedź przez Onet. Na swoje nieszczęście nie tylko wypowiedział się (rozmawiał pan Grzegorz Łakomy) ale i dał sfotografować w pozie kozackiej. I dowiódł, że może na fotografii to z niego zuch ale gadać raczej nie powinien.
Pan Łakomy zapytał, bo i trudno by w obecnej sytuacji było inaczej – Odkąd jest pan szefem CBA legitymacji dziennikarskich nie podrabiano?
Pan Wojtuniuk - Mogę jedynie powiedzieć, że od kiedy pełnię służbę w CBA nie widziałem takiej potrzeby, by takich legitymacji używać. Mam poważny stosunek to tajemnicy dziennikarskiej. W przeszłości to ja ujawniłem przypadek podsłuchiwania redaktora Wojciecha Czuchnowskiego. Jesteśmy bardzo wyczuleni na tym punkcie. Nie oznacza to, że w sytuacji jednostkowej wytworzenie takiej legitymacji nie byłoby możliwe.*
Wyszło zatem, że służba pod kierunkiem pana Wojtuniuka w rzeczonej sprawie (czy tam nawet aferze) jest na razie na etapie, w którym już pali ale jeszcze się nie zaciąga. Nie wyklucza jednak przy tym, że może ten większy haust wziąć. Jeśli będzie potrzeba.
No i sprawa się skomplikowała, bo jakby co, Kaminski będzie miał od razu towarzysza „pod celą”. A pan Wojtuniuk pewnie pożałuje, że taki był „wyczulony na tym punkcie”. Plus z tego, być może jedyny, byłby taki, że w celi by się panowie nie nudzili bo byłoby się czym dzielić. Trafnie choć w całokształcie bez wątpienia głupio prawi pan Wojtuniuk że ma „wiedzę porażającą”. Kamiński pewnie też, więc mieliby o czym gadać i gadać.
Przyznam szczerze, że przez moment żałowałem, że z uwagi na właściciela (Agencja Gazeta) nie mogłem wkleić konterfektu nadętego i wyraźnie dumnego z siebie Wojtuniuka (jest w tym linku** jakby kto chciał). Po namyśle uznałem, że oglądanie szefa tajnej służby to ostatnia rzecz, o której powinien marzyć obywatel. I taki szef służby powinien to czuć. Tak jaki i to, co może a czego pod żadnym pozorem gadać nie powinien.
Swoją drogą, gdy jeszcze raz przeczytałem „Mogę jedynie powiedzieć, że od kiedy pełnię służbę w CBA nie widziałem takiej potrzeby, by takich legitymacji używać.” Zaciekawiło mnie czy pan Wojtuniuk też nosi w kieszeni jakąś lub jakieś. Tylko na razie nie czuł potrzeby…
OCZYWIŚCIE SERDECZNIE, Z KAŻDYM DNIEM BARDZIEJ SERDECZNIE I NIECO ROZPACZLIWIE (CZAS!!!!!!) ZACHĘCAM DO KLIKNIĘCIA WIDOCZNEGO Z BOKU BENERU AKCJI MIKOŁAJ- BLOGERZY DZIECIOM I DO WSPARCIA AKCJI

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz