czwartek, 7 sierpnia 2014

Rafalala i ubermensze



Przeciągana w stylu iście tabloidowym przez media mieniące się „opiniotwórczymi” i „poważnymi” sprawa między Rafalalą a… przyjmijmy na moment optykę drugiej strony i nazwijmy ją „normalnym światem” (tak go opisał Artur Zawisza), zatacza kręgi  szersze niż zasługuje. Winne temu są obie strony bo nikt zmuszał Rafalali do publikowania filmu z inicjującego dalsze awantury zajścia na „profilu prywatnym”. Nie będę się rozwodził nad tym, że profil, na który każdy może się pofatygować i czerpać z niego zamieszczone tam materiały, prywatnym nie jest. I nie ma znaczenia, że się go tak nazywa. Taką sama winę ponosi również Żalek jak też Zawisza bo nikt ich siła do telewizji w tej sprawie nie ciągnął.

Ale ja nie o tym. Wstęp był próbą uświadomienia, że nie ma o co robić „z igły widły”. Publicznie rzecz jasna bo i Rafalala i ów „pan Krzysztof”, którzy to zaczęli starciem ulicznym, pewnie mają inne spojrzenie na sprawę. Ale się robi, więc do rzeczy.

Oczywiście nie jestem przeciwnikiem dyskutowania czy negowania relatywizacji pewnych pojęć. Wręcz przeciwnie. Pewnych reguł i pewnych znaczeń bronić trzeba bo na jakimś fundamencie stać musimy.  Sam zatem stoję na stanowisku, któremu do stanowiska Rafalali bardzo daleko. Problem natomiast w stylu dyskutowania.

Moim zdaniem o tym dyskutować należy na innym poziomie niż pyskówki czy nawet grzeczne objaśnianie Rafalali, że tak naprawdę jest Rafałem. Ma to dokładnie taki sens, jak kiedyś objaśnianie wierzącym, że się mylą bo Gagarin był w niebie i Boga tam nie spotkał.

Chciałem napisać, że dla Rafalali i jej podobnych sprawa ich płci to nie kwestia rozumu lecz wiary i uczuć. Ale nie do końca. Także i rozumu, który w jej przypadku tak to widzi. Dla jednych odmiennie dla innych wadliwie. W jednym przypadku mówi się o inności a w drugim o chorobie. To ostatnie jeszcze pewnie przywołam.

Jak by się jednak tego nie widziało, dyskutowanie o racjach, czy to Rafalali czy tych, którzy źle się o niej wyrażają, kończy się w pewnym punkcie. Nie mam na myśli oczywiście zdumiewająco świetnej orientacji Zawiszy w kwestiach związanych z aktywnością Rafalali a tym bardziej w szczegółach przywołanego przez niego cennika. To sprawa między Zawiszą i Rafalalą. Chodzi mi o ten moment, w którym adwersarze Rafalali przeistaczają się w ubermenszów i odczłowieczają ją określeniem „to coś”. Jak zauważam, robią to bez refleksji, z przekonaniem a nawet z dumą.

Nie jestem ich w stanie rozumieć bo pewnie większość z nich nie tak dawna była gotowa bić się z każdym, kto o dziecku uratowanym przed wyskrobaniem przez prof. Chazana ośmieliłby się mówić „to coś”, choć podobno przypominało ono człowieka mniej, niż Rafalala kobietę.

Także i dlatego, że wielu z nich zaakceptowało danie w pysk Boniemu za określenie „niespełna rozumu” a dziwi się daniu w pysk za określenie „to coś”. Ja staram się być konsekwentny.

Szanowni „pogromcy Rafalali” łapią się w pułapkę semantycznego dysonansu. Myślę, że nikt z nich nie uzna Rafalali za osobę zdrową. W konsekwencji nazywanie przez nich Rafalali „tym czymś” jest ich, zasługującą na wytknięcie przez innych, reakcją na kontakt z osobą chorą. Czyli dokładnie tym samym, czym byłoby nazwanie „tym czymś” na przykład mijanego dziecka z zespołem Downa.

Mój stosunek do całej sprawy, którą obarczony zostałem niejako wbrew swej woli, gdyż sam z siebie pewnie bym nie miał ani okazji ani też potrzeby pozbawiania Rafalali, jest złożony.

Składa się ze współczucia dla niej. W jakimś, choć zdecydowanie mniejszym, stopniu wynikającego z tego, że tak została skonstruowana. Jest z tym chyba częściej szczęśliwa niż nieszczęśliwa więc za bardzo i ja nie cierpię za nią. Bardziej zaś współczuję, że czasem spotyka typów, którzy miast ograniczyć się do powściągliwej reakcji, muszą koniecznie zamanifestować, że noszą w sobie troglodytę, przy którym przebieranie się za kobietę, człowieka-nietoperza czy nawet i za hot-doga to nie jest żaden powód do wstydu. 

Najbardziej zaś żałuję, że Rafalala w starciu z Zawiszą powściągnęła się, najpewniej w obawie przed prawnymi konsekwencjami, i ograniczyła się do polania go wodą. Powinna być konsekwentna, co, sądząc z techniki zaprezentowanej w pierwszym filmiku, skończyłoby się dla kieszonkowego „firerka” Zawiszy spektakularnym i widowiskowym nakryciem się nogami.

Nazwanie kogokolwiek, bez względu na powód, „tym czymś”, powinno skutkować oczywistym daniem popisującemu się takim poziomem elokwencji w pysk. I prawo do tego powinno być zapisane w konstytucji. Czy jest czy nie ma, dałbym w pysk każdemu, kto w mojej obecności powiedziałby tak o mnie czy dla mnie bliskim i ważnym. Zatem nie mam prawa odmawiać tego Rafalali.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz