sobota, 9 sierpnia 2014

Legia, forpoczta Putina



Oczywiście polewam sobie nieco z najnowszej „tragedii narodowej”, która właśnie połączyła większość Polaków. Jak to tragedia narodowa. Przy okazji biję na głowę jednego z prawicowych publicystów, któremu fantazji starczyło, by łączyć obsuwę Legii z Donaldem Tuskiem i jego fatalnymi rządami.

Na początku napisałem, że z tytułem to żart, ale chyba nie do końca. Przyszedł on mi do głowy, gdy uświadomiłem sobie, że dla Putina i Rosji najlepszym momentem na dokonanie „niewykluczonej” przez niektórych inwazji na nas byłby kolejny występ naszych drużyn w europejskich pucharach. Gdy Legia, Lech czy jakikolwiek inny rodzimy zawodowy „manszaft” futbolowy odwali kolejny taki numer, po którym Polacy na jakiś czas zapomną o bożym świecie i nawet nie zauważą, że popadli w niewolę. Nie mówić już o stawianiu oporu.

Jak wiadomo moment rozpoczynania inwazji stał się jednym z kluczowych czynników, decydujących o powodzeniu planowanej operacji. Japończycy na przykład, startując do ataku na Hawaje wiedzieli, że obrona przeciwlotnicza wyłącza na niedzielę radar i idzie oddawać się miejscowym rozrywkom ze stosownym koktajlem, zaopatrzonym w stosowną palemkę i nieodłączną parasolkę, dzierżonym w ręku.

Każdy zły, chcący na przykład najechać Francję wie, że momentem ku temu już nie najlepszym ale jedynym jest letnie kryterium uliczne, znane jako „wyjazd Francuzów na wakacje”. Tudzież „powrót Francuzów z wakacji”. Jak wiadomo od dziesięcioleci a może nawet od stuleci wszyscy „prawdziwi Francuzi” na wakacje wyjeżdżają tego samego dnia i podobnie, jednego dnia wracają. Stojąc w wielogodzinnych korkach, w nieznośnym słońcu, osiągając ten poziom wqrwu, który można by wystawić w Sevres jako wzorzec. Nie mają niestety swojego Tuska z jego bramkami a naszego nikt jakoś nie kwapi się im sprezentować. Wraz z bramkami.

Ja potrafię to nawet psychologicznie uzasadnić ten ich upór, z jakim, pokolenie po pokoleniu, odgrywają oni ten spektakl udręczenia i cierpienia. Po prostu każdy Francuz jest przekonany, i przekonanie to przechodzi z ojca na syna, z syna na wnuka a z niego dalej,  że kiedyś jego sąsiadom w końcu zwyczajnie się to znudzi i on, jako jedyny cierpliwy, komfortowo i bez utrudnień, będzie mógł na te swoje wakacje pojechać tego dnia, co zawsze. Wszyscy muszą tak właśnie myśleć. I tkwią w pętli bo boją się, że odpuszczą a to właśnie będzie TEN dzień!

Ale wróćmy do Legii, futbolu i tragedii narodowej. Ja nie raz pisałem, że fenomen tej dyscypliny, w szczególności zaś tę dramatyczną jego stronę, przestałem rozumieć chyba jako nastolatek. Jakoś szybko po mundialu w Hiszpanii i naszych w nim przewagach.

To znaczy, rozumiem, że jest, że być musi. Istotę zjawiska najlepiej tłumaczy wypowiedź argentyńskiego dysydenta, poproszonego o ocenę czasów, gdy w jego kraju rządziła wojskowa junta. „No było bardzo ciężko. Ale potem Maradona strzelił dwie bramki i dało się żyć”.

Tak więc mogę sobie wyobrazić sytuację, że ruskie, szwabskie czy nawet czeskie czołgi będą jechać zupełnie wyludnionymi ulicami bo Naród będzie przeżywał przed ekranami kolejne przekraczanie przez naszych „zawodowców” od futbolu kolejnych „granic niemożliwego” i na takie pierdoły jak obcy najazd nie będzie miał ani czasu ani ochoty. Co najwyżej po wszystkim, po tej kumulacji najazdu i „granic niemożliwego” tradycyjnie odśpiewa nasz nieśmiertelny hymn „Polacy, nic się nie stało”.  Znacznie popularniejszy dziś chyba od „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”.

Mógłbym zacząć marudzić, że po latach odwalania przez nasze drużyny z różnych, nie tylko sportowych dyscyplin, numerów, o których nie śniło się filozofom, powinniśmy przywyknąć. I za każdym kolejnym razem podśpiewywać sobie pod nosem inny hymn, „Polska, mieszkam w Polsce, mieszkam tu, tu tu tu, tutututututututut…”. Tyle było już tych batów od amatorów z Islandii i tym podobnych. To jest, nota bene, tak naprawdę esencja upadku a nie jakiś tam błąd baby czy innego chłopa z Łazienkowskiej! Co najwyżej powinniśmy zamierać przed kolejnymi rozgrywkami w oczekiwaniu co też nasi „zawodowcy” odwalą. Wszak w „odwalaniu” jesteśmy od lat już nie w żadnej fazie grupowej, nie w fazie pucharowej ale co najmniej w półfinałach swoistej „Ligi Mistrzów”. W której nie ma miejsca dla jakichś tam Barcelon czy Bajernów. Zdominowaliśmy ją i jesteśmy jej hegemonem.

Napiszę jednak coś innego. Z niepokojem czekam, że któregoś razu, ku memu i nie tylko memu zdumieniu jakaś następna Legia, jakiś następny Lech, jakiś następny Śląsk, miast złapać w drodze na własny stadion gumę, wpakować się autokarem w ślepą uliczkę i nie umieć z niej wyjechać, pomylić dni tygodnia, wybiegną na murawę i po prostu rozwalą jakąś tam Barcelonę czy inny Bajern.

To będzie koniec pewnej epoki i kres narodowej tradycji. Nie będzie okazji by posiedzieć wspólnie, z całą rodziną, z najlepszymi kumplami ze zwieszonymi głowami, w idiotycznych szalikach i smętnie, tak, jak dawniej śpiewano „O mój rozmarynie” zakwilić to nasze „Polacy, nic się nie stało”.

To będzie koniec Polski. Przynajmniej tej, jaką znamy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz