środa, 20 sierpnia 2014

Fryc w spódnicy i Katarzyna w spodniach



Pod informacją o sprzeciwie Angeli Merkel wobec ewentualnych baz NATO w Europie środkowo-wschodniej, zamieszczoną  na stronie TVN24 znalazłem w bardzo wczesnych godzinach porannych tylko jeden komentarz. Pozostawiony przez jakiegoś mającego zapewne dobre a może i nawet szlachetne intencje idiotę o nicku antipolitics. Komentarz brzmiał „precz z obcymi wojskami w polsce !”*. Polska pisana mała literą to zapewne przeoczenie, popełnione przez autora bez świadomości a już tym bardziej bez złych intencji.

Punkt widzenia kolegi „antipolitics” jest zasadniczo słuszny. Jego problemem jest chyba niestety bardzo ograniczona wyobraźnia. Pomijająca choćby zasadniczą, jeśli nie najważniejszą, kwestię czyli ustalenie w jaki sposób ów postulowany przez niego „precz” ma zostać wprowadzony w życie a następnie utrwalony na jakiś dłuższy, zadowalający mieszkańców „polski” okres. Istotny problem, z którym autor lakonicznego manifestu chyba nawet nie próbował się zmierzyć, polega na tym, że obce wojska, które swym magicznym „preczem” „antipolitics” stara się od nas odpędzić i trzymać na dystans, mogą pojawić się u nas na dwa sposoby. Pierwszy, wobec którego tak zdecydowanie ów autor się uniósł, jest taki, że je do nas zaprosimy. Drugi zaś jest taki, że mogą się ona pojawić bez zaproszenia i wbrew naszej woli. Nie muszę chyba nikomu (poza oczywiście kolegą antipolitic) tłumaczyć, że lepszym rozwiązaniem jest bez wątpienia to pierwsze, które czyni jakby mniej prawdopodobnym to drugie.

Proszę mi wybaczyć te powyższe rozważania, zainspirowane niespodziewanym dla mnie głosem w dyskusji na temat któremu miał być poświęcony ów tekst. Chodzi oczywiście o ów sprzeciw pani kanclerz Niemiec, Angeli Merkel. 

Oczywiście zarówno my, jak też Litwini, Łotysze czy Estończycy, moglibyśmy skwitować sprzeciw pani Kanclerz „Andżeli” niezbyt grzeczną prośbą by nam na pukiel skoczyła. Tyle, że poza, być może ze wszech miar uzasadnionym,  brakiem kultury osobistej wykazalibyśmy się, wraz z Litwinami, Łotyszami i Estończykami, bardzo powierzchownym potraktowaniem tego zdarzenia.
Tym czasem pokazuje ono chyba, że kanclerz „Andżela” coraz śmielej zaczyna wchodzić w buty któregoś z pruskich Fryderyków. Nie mam rzecz jasna pojęcia którym „Frycem” czuje się pani Merkel. Nie mam też pretensji do pani Merkel o to „czucie się”. Wolno jej! Tak, jak wolno na ten przykład czuć się naszemu panu Sikorskiemu Józefami Piłsudskim i Beckiem w jednym. Problem pojawia się wówczas, gdy z owego „czucia się” rodzą się jakieś słowa czy, nie daj Bóg, czyny. Jak choćby to oczywiste wpindalanie się „Fryca w spódnicy” w sprawy, które nie zawsze leżą w kompetencji kanclerza Niemiec. Bo to, czy dogadamy się (oczywiście hipotetycznie bo w zdolność dogadania się Sikorskiego z kimkolwiek w jakiejkolwiek sprawie, poza wyborem wina do obiadu, zwyczajnie nie wierzę) z kimkolwiek i zainstalujemy u nas jakąś zbrojną forpocztę któregoś z naszych sojuszników, powinno być sprawą tylko naszą i tego ewentualnego sojusznika.

Oczywiście ja rozumiem, że akurat do „baz NATO” jakiś tam tytuł własności pani Merkel może sobie słusznie przypisywać. Jednak publiczne ogłaszanie jak tym swoim kawałkiem „części wspólnej” zamierza rozporządzać za mądre nie jest. Znacznie bowiem pomniejsza ono siłę składanej równolegle deklaracji, że na NATO z „Andżelą” na białym koniu polegać możemy jak na Zawiszy.

Pojawienie się czy też ujawnienie się wspomnianego „Fryca w spódnicy” może budzić tym większy niepokój, gdy na wschodzie od jakiegoś czasu zaczęła grasować „Jekaterina Wielka” wcielona we Władimira Władimirowicza. Taka kumulacja to niezbyt dla nas przyjemna okoliczność. Szczególnie, że u nas u władzy jest akurat ekipa ewidentnych „królów Stasiów”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz