poniedziałek, 14 lipca 2014

„Wodzirej” czyli z dziejów honoru w III Rzeczy



Mocno zastanawiam się czy tekst jest z kategorii polityki czy raczej kultury. Dylemat wynika choćby z nawiązań, które zawarłem w tytule. Druga jego część zapożyczona jest oczywiście z tytułu dzieła redaktora naczelnego medium, które w dziele redefinicji pojęcia „honor” poniosło i nadal ponosi wielkie zasługi i równie wielkie ofiary. Największą jest chyba niejaki Andrzej Maleszka aka „Ketman”. O pierwszej z tytułowych inspiracji oczywiście też będzie, ale nieco dalej.

Sprawa Boni- Korwin czy, jak kto woli, Korwin-Boni wybuchła nagle acz głośno. Głośniej od tego plaskacza, który odbił się od oblicza byłego wielokrotnego konstytucyjnego ministra i obecnego (o zgrozo) reprezentanta Polski i Polaków w szerokim świecie. Zakończyć się zaś miała, jak mniemam, od pogrzebania „faszysty” Korwina i sprawy, której on patronuje i która napędza niemałego strachu naszej elicie od KPRM począwszy, przez różnych Andrzejów Celińskich aż po największe redakcje i Azraela Kubackiego, który, jak wielu wie doskonale, jest dżentelmen, który sawuarwiwr zapija sojową latte na każde śniadanie.

To, że sprawa umarła równie nagle jak nagle Boni dostał w pysk, wynikło wcale nie z tego, że, jak na początku przekonywano w związku z nią, „w sieci wrze z oburzenia” ale właśnie dlatego, że niewspółmierna do wrzącego „oburzenia” była skala poparcia czynu Korwina oraz kpin z Boniego – beksy, czy też, jak go jeszcze częściej nazywano, „cipy”.

Można by powiedzieć, że ów obiecujący serial skończył się, tak jak ów w którym zagrała pani Mia Wallace, na tak zwanym „pilocie”. Jak widać nauka „honoru” autorstwa „Wyborczej”, pokazującej „jak hartowała się stal” w oparciu o osobiste przykłady Jaruzelskiego i Kiszczaka, zdecydowanie poszła w las.

A skoro jesteśmy już przy filmowych klimatach, można pomyśleć, że to wymarzony pomysł na ciekawy scenariusz. Zgadam się. Tyle, ze został on już nie tylko napisany ale i zekranizowany. Wielu szanownych czytelników oglądało zapewne film „Wodzirej” Feliksa Falka z 1978 r. Pewnie byli dotąd szczerze przekonani, że jest to film o wyjątkowej szui czy też, jakby to powiedział Korwin, gnidzie, która dla osiągnięcia konkretnej korzyści była w stanie posunąć się do każdej podłości. Kto tak uważał, dziś, A.D. 2014 musi przyznać, że był w tak zwanym „mylnym błędzie”. W rzeczywistości to opowieść o rzutkim i niebanalnym młodym człowieku, który ma, owszem, swoje wady, ale konsekwentnie dąży do wyznaczonego celu i, co najważniejsze, osiąga go. W zamian spotyka go despekt ze strony pewnego nienawistnika i trwające już ponad 30 lat niezrozumienie.

Kulminacją tej historii jest scena, w której Lutek Danielak, zaraz po tym gdy mówi mu „dzień dobry”, dostaje z liścia od Romana Hawałki i wykrzykuje „[…]uderzył mnie w twarz. To nie jest normalne!!”*… Ups, to znaczy zaraz po tym, gdy powiedział „Ale im pokazaliśmy” dostaje z liścia od Romana Hawałki i wykrzykuje „Romek! Za co?”.

 Tak poważnie ciekawe, czy specom z Czerskiej, Wiertniczej lub Celińskim i Azraelom przeróżnym przyszłoby do głowy, by  wciskać dziś obywatelom, że danie w mordę Danielakowi to było coś haniebnego, za co „nikt przyzwoity” nie powinien nawet oddychać tym samym powietrzem co Romek Hawałka?

To oczywiście pytanie retoryczne, bo nieoczekiwana dla wspomnianych reakcja „przypadkowego społeczeństwa” równie mocno poszła pod prąd „poczuciu przyzwoitości” części elit i wsparła działanie wedle tych elit nieprzyzwoite. Nie stanęło ono, to społeczeństwo, na wysokości zadania sprytnie przygotowanego przez owe elity.

Gdyby chcieć zastanowić się, czemu tak się stało, warto zauważyć choćby i to, że Korwina poparła całkiem spora liczba osób, którzy go nie popierają jako polityka i nie mają zamiaru popierać jego politycznych planów i zamysłów. Poparły one Korwina przekonane, że jego samosąd był aktem sprawiedliwości, na który, w cywilizowany rzecz jasna sposób, nie było stać państwa i stworzonego przez nie systemu sprawiedliwości. W przekonaniu bardzo wielu sytuacja, w której człowiek władzy nie ponosi konsekwencji swej oczywistej niegodziwości, na której został publicznie pochwycony, i w poczuciu swej bezkarności czerpie korzyści z publicznej aktywności, jest przejawem oczywistej niesprawiedliwości.

Szczere (choć oczywiście nie zawsze słuszne i czyste w swej istocie) poczucie niesprawiedliwości jest zawsze przyczyną samosądów. Każdy chyba miał w swym życiu przypadek, w którym miał problem z potępieniem oczywistego samosądu. Miał problem bo w jakiejś sytuacji państwo i jego organy miały problem z takim wykonywaniem swych obowiązków, by nie przywodzić na myśl takich słów jak „nieudolność”, „niedbałość”, „niechlujstwo”. Tak już jest, że Danielakom dajemy w mordę nie zastanawiając się co na to kodeksy i paragrafy. To w sumie zdrowy odruch. I prawie każdy z nas jakiegoś Danielaka ma na rozkładzie.

Tak naprawdę czyn Korwina, cokolwiek by myśleć o jego poglądach i wyborach, nie mieści się bez wątpienia w opisie „dziejów honoru w Polsce”, w których „ludźmi honoru” są Jaruzelski, Kiszczak i, jak wykazałem wyżej, Lutek Danielak.  Ta historia, do której Korwin dopisał się dając w gębę Danielakowi… znaczy Boniemu jest znacznie krótsza. Jeden z kolegów zasugerował, że, przy bardzo wielu różnicach, mieści się obok takich historii jak ta, której bohaterem był Stanisław Helski, uderzający 11 października 1994 r. w księgarni na placu PeKaWueN-u (już wtedy i dziś pl. Legionów ale stara nazwa jakby bardziej adekwatna) we Wrocławiu kamieniem w twarz Jaruzelskiego. Wtedy też głosów oburzenia było sporo. Ale Jaruzelski przestał jeździć i „spotykać się z czytelnikami”.
Ktoś z gruntu zły ale nie pozbawiony inteligencji albo zwyczajnie głupi mógłby próbować teraz zażyć mnie erystycznie i zapytać, czy w tym schemacie mieści się też pamiętny uczynek Cyby. Technicznie oczywiście tak. Tyle, że akurat nie moim problemem jest stworzenie sytuacji czy tam atmosfery, w której ktokolwiek za słuszne i sprawiedliwe mógł uznać mordowanie ludzi inaczej myślących.

Ps. W historii Stanisława Helskiego pojawia się kolejny „człowiek honoru”, pan Micewski. Autor uchwały sejmowej komisji, potępiającej Helskiego. I, jak wyszło, kolega Boniego „we wojsku”. A raczej „w służbie”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz