środa, 16 lipca 2014

Kibole, menele i dżentelmeni (dwa teksty o kulturze)



Od tematu kultury bycia w polityce niestety uciec się nie da. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby na przykład problem kręcił się wokół kwestii czy premier Donald Tusk powinien całować w rękę wicepremier Bieńkowską czy też odwrotnie. Niestety o kulturze w tej dziedzinie przypomniano sobie dopiero wówczas, kiedy przyszło nam dokonać wyboru między honorem i dyshonorem na kanwie donosicielstwa i kłamstwa Boniego oraz rękoczynu Korwina.

Nie tylko o zdarzeniu ale, jak mi się wydaje, o jego moralnej, prawnej i każdej innej ocenie powstało dziesiątki, może setki a nawet tysiące tekstów, polemik i komentarzy. Żaden jednak nie jest tak misternie skonstruowany, jak wywiad pana profesora Zbigniewa Mikołejki, udzielony na wspomniany temat dziennikowi „Polska The Times”.*

Ów uczony nie ma wątpliwości, że dając Boniemu (którego Mikołejko nazywa „Michałem” i przyznaje, że zna go od wielu lat „jako człowieka niezwykle łagodnego”) w twarz,  Mikke zakłada fałszywy kostium. „Ów "dżentelmen" przebiera się jedynie za człowieka honoru: zakłada muszkę, pozoruje nienaganne maniery”. W rzeczywistości  jednak „… jest tak naprawdę kibolem czy menelem”.

Jednak pytany, czy wraz z tym policzkiem nadchodzi nowa era agresji w polityce, zauważa, że ta era już nastała a w czynie Korwina przekroczyła tylko pewną, już wcześniej dość daleko posuniętą granicę. Sypie też Mikołejko przykładami, ilustrującymi to swoje przekonanie, że nie Korwin był pierwszy. Wymienię wszystkie przykłady, bo one w wizji Mikołejki są, choć on pewnie tak tego nie widzi jak ja, szalenie istotne. Przykładami  Mikołejki są agresywni w uczynkach Wipler i Agent Tomek oraz w słowach Pawłowicz, Wróbel i Kępa. Można się dziwić, oburzać, że zabrakło Niesiołowskiego i naszych mistrzów „ojczyzny polszczyzny” spod znaku Sowy i Przyjaciół, obficie ubierających język ojczysty w makaronizmy albo sugerujących, że dałoby się zajeb** PiS komisją”. Ale widać Mikołejko ma taki (jak zwykł ostatnio mawiać seaman) „feblik”. Albo też szczerze uważa, że legitymacja niektórych partii czyni człowieka z urzędu dżentelmenem a innych kibolem i menelem. I trudno mieć do Mikołejki pretensję. Jak mniemam, wolność słowa zawiera w sobie także wolność i dowolność dobierania przykładów.

Oczywiście wynurzenia a jeszcze bardziej przekonania Mikołejki w poruszanej materii nie byłyby same z siebie godne uwagi. Głównie właśnie na ten wspomniany „feblik” i na tę „wieloletnią znajomość” z „Michałem”.  Jednak czasowo, a jeszcze bardziej wymową, znakomicie komponuje się z opinią pana Jana Krzysztofa Bieleckiego. Który to Bielecki nie zabiera akurat głosu w sprawie Korwina i Boniego ale już w sprawie tego, jak pojmować honor i zachowywać się honorowo już owszem.

Wziął nasz rycerz Orderu Orła Białego (ktoś mógłby poprawić mi to na „kawalera” ale przypominam, że ów order ma tylko jedną klasę, która formą przypomina najwyższe stopnie Virtuti i Polonia Restituta, wyższe o stopień od komandorii a o dwa od krzyża kawalerskiego czy złotego) na tapetę nieporozumienie między panami Hausnerem i Belką. Konkretnie zaś opinie tego pierwszego, że drugi nie powinien się ubiegać o ponowną kadencję na stanowisku szefa NBP.**

Pominę to, że dla Bieleckiego Belka jest kimś w rodzaju Leonarda Da Vinci finansów. Na chwilę zatrzymam się na osobliwym rozumieniu przez Bieleckiego przepisów prawa. Bo dość zabawne ono jest.  Zarzuca Bielecki Hausnerowi jego nieznajomość czy też niezrozumienie. Oczekiwanie Hausnera, że Belka nie będzie się ponownie ubiegał o stanowisko, kwituje uwagą „Wydaje mi się, że to jest nieporozumienie prawne. Tutaj kandydata musi wskazać prezydent i to prezydent z tym kandydatem idzie do parlamentu i prosi o przegłosowanie”. Trudno mi zgadywać, czy wedle „politycznej matki” („ojcem” jest ponoć Aleksander Hall, zgodnie z reguła, że ojciec dba o prostowanie kręgosłupa moralnego a matka o papu i przepierkę) Donalda Tuska gdyby Belka na propozycję Prezydenta odparł „nie, dziękuję” (czego oczekuje Hausner), Komorowski pośle siepaczy, którzy siłą zaciągną kandydata do gabinetu w NBP a jeśli będzie chciał zbiec, przykleja go albo gwoździami przybija do fotela. To taka śmiesznostka.

Istotniejszy jest inny fragment wypowiedzi Bieleckiego. Także krytyczny dla Hausnera. Odnosi się on do motywów, które kazały Hausnerowi oczekiwać od Belki takiego a nie innego zachowania po tym, gdy Belka użył pod adresem Hausnera słowa, będącego wulgarnym określeniem męskiego organu płciowego. Mówi Bielecki „Jeżeli by o mnie ktoś mówił na taśmie, to starałbym się udawać, że tego nie słyszałem, a nie dostarczać dowodu, że mnie to poruszyło i chcę się odegrać. U mnie w duszy sportowca jak się oddaje, to bezpośrednie a nie tak. To jest dla mnie niezrozumiałe.” Nie tak, jak Hausner w mediach. I, zgodnie z logiką, nie tak, jak Boni w mediach.

Zatem jeśli ktoś nie rozumie, czemu Korwin strzelił Boniemu, musi wczuć się w dusze sportowca, który „jak oddaje, to bezpośrednio a nie tak”. Albo też niech, za Mikołejką, uzna Bieleckiego za kolejnego z kiboli i meneli.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz