wtorek, 3 grudnia 2013

Nie pojedziemy do Soczi



Kiedy dziś przez media przemknęła pogłoska, ze Rosjanie mogą wkroczyć zbrojnie na Krym, przyznam, że nie umiałem sensowni przejść nad tym do porządku. Chyba w ogóle trudno byłoby komukolwiek  w 2013 r. przejść do porządku nad możliwością wkroczenia wojsk radz… rosyjskich gdziekolwiek.
Być może takie scenariusze pojawiły się, bo najpierw „beton” z lokalnego, krymskiego parlamentu zaapelował do Janukowycza by był on twardy i gotów do stosowania „wszelkich środków koniecznych do przywrócenia porządku publicznego” łącznie z wprowadzeniem stanu wyjątkowego a niedługo po tym jeden renegat z Sewastopola wprost i na piśmie zwrócił się do Putina o „bratnią pomoc”.
Pierwsze z pytań, jakie nasuwają się w związku z tą plotką i z tym, że renegatów, „betonu” oraz mieszanek jednego z drugim na Ukrainie bez wątpienia nie brakuje jest takie czy w 2013 r. możliwa jest „bratnia pomoc” w takiej formie, jakiej ów zdrajca z Sewastopola sobie by życzył.
Odpowiedź na nie jest mocno związana z odpowiedzią na pytanie co stałoby się, gdyby ruskie tanki zanurzyły gąsienice w piasku odeskich plaż. Czy przyszłoby Władimirowi Władimirowiczowi Putinowi zapłacić czymś więcej niż tylko koniecznością rezygnacji z możliwości podziwiania jak Kamil Stoch przeskakuje na dużej skoczni Gregora Schlierenzauera a Justyna Kowalczyk rzutem na taśmę gromi Marit Bioergen?
Oczywiście najfajniejszą odpowiedzią powinno być, że dwie godziny później ruscy ambasadorowie w Waszyngtonie, Londynie, Pekinie, Berlinie, Tokio odbiorą listy z ultimatum rządów rezydujących w tych stolicach pod adresem tego z Kremla a dwa dni później na tanki z odeskich plaż spadnie ogień z aeroplanów.
Tyle, że od wielu, bardzo wielu dziesiątek lat wiemy, że o ile ruskim tankom niewiele potrzeba, aeroplany z zachodu w swych instrukcjach obsługi mają różne bezpieczniki, które ich startu nie przyspieszają. Najskuteczniejszy to „polityczny realizm” sprowadzający się do pytania „czy nam się to opłaca?”
„Nam” w Berlinie, Paryżu, Rzymie.
„Nam” w Berlinie, Paryżu, Rzymie odeski piasek może wydać się całkowicie nieistotny. I absolutnie nie wart ruszania obrosłych dobrobytem tyłków z ciepłych, grzanych ruskim gazem mieszkań przy Piccadilly, Piazza Venezia, Friedrichstraße . Może okazać się, że jedyne, co spotkałoby Putina to faktycznie dyskomfort rezygnacji z możliwości podziwiania jak Kamil Stoch przeskakuje na dużej skoczni Gregora Schlierenzauera a Justyna Kowalczyk rzutem na taśmę gromi Marit Bioergen. I jeszcze to, że Nikita Michałkow na jakiś czas mógłby stracić szansę odebrania kolejnego Oscara.
Kto czytał „Drugi najazd Marsjan”  Arkadego i Borysa Strugackich, pamięta pewnie dialog narratora tej mikropowieści, emerytowanego prowincjonalnego nauczyciela Apollina z zięciem, Charonem, byłym bo przegranym członkiem ruchu oporu przeciwko Marsjanom, którzy zajęli ziemię by od jej mieszkańców pozyskiwać soki żołądkowe. Zacytuję najciekawszy fragment monologu oportunisty z dramatyczną puentą.
„Charonie — powiedziałem z wielka łagodnością — chłopcze mój! Postaraj się  choćby na chwilę zejść z obłoków na tę grzeszną ziemię. Postaraj się zrozumieć, że najbardziej ze wszystkiego na świecie potrzebny jest człowiekowi spokój i pewność jutra. Przecież nie stało się nic strasznego. Mówisz, że człowiek zamieni się teraz w fabrykę soków żołądkowych. To tylko czysty werbalizm, Charonie. W rzeczywistości zaszło cos wręcz przeciwnego. Człowiek w nowych warunkach egzystencji znalazł świetny sposób wykorzystania swych rezerw fizjologicznych, aby umocnić swoją sytuacje w świecie. Nazywacie niewolnictwem coś, co każdy rozumny człowiek uważa za normalną transakcję handlową, która winna przynosić wzajemne korzyści.”
Mottem tej mikropowieści jest coś w rodzaju westchnienia autorów. „Ach, ten przeklęty konformistyczny świat”. Nic nie wskazuje, by to się zmieniło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz