niedziela, 20 maja 2012

Geniusz Hajdarowicza (będzie mi Cię „Rzepo” brakowało)


Pewnie Hajdarowicz jest wirtuozem a może i geniuszem biznesu. Nie wiem, nie znam się. Potrafię jednak pewne fakty zauważyć. Nie zawsze zrozumieć…
„Rzeczpospolitą” zacząłem regularnie kupować zaraz po tym, jak Michalski popełnił samobójstwo „Dziennika”. Z krótką przerwą na refleksję redakcji w sprawie samospalenia pod KPRM płaciłem te (ostatnio) 3,50 złotego dzień w dzień oprócz niedzieli. Teraz płacę rzadko. Nie, nie dlatego, że znów mi podpadli.
Od jakiegoś czasu zdarzało się, ze odbierając od pani z „mojego” kiosku „Rzepę” słyszałem, że specjalnie dla mnie odłożyła bo dostała jedną. Od ponad miesiąca pani mi nie odkładała poza sobotą gazety. Nie odkładała bo nie dostawała żadnego egzemplarza. Wczoraj, pierwszy raz, nie dostała i sobotniego wydania. Tak się złożyło, ze wyjeżdżałem wczoraj na jeden dzień do brata więc odbyłem najpierw peregrynację po moim mieście a później po miasteczku, w którym mieszka brat. Wszędzie słyszałem „dziś nie dostałem ani jednego egzemplarza”. Od pewnego momentu, rozeźlony, zacząłem sprawdzać, czy nie ma na „Rzepę” popytu ale wszędzie (!) okazywało się, ze na jeden, dwa, trzy egzemplarze chętni byli zawsze.
Gdybym ja i te kilka osób z każdego odwiedzonego przeze mnie punktu nagle stwierdził, ze nie będę płacił po 3,50 zł z tego czy innego powodu, zrozumiałbym to, co wczoraj odkryłem. Byłoby to z punktu widzenia biznesu zwanego „wydawaniem dziennika „Rzeczpospolita” całkiem zrozumiałe. W sytuacji, w której od dawna musiałem biegać po coraz rozleglejszej okolicy by te swoje cholerne 3,50 wcisnąć siła Hajdarowiczowi, i mi się coraz rzadziej udawało, sensu „strategii rozwoju gazety” przyjętego przez „Presspublicę” pojąć za nic nie mogę. Jak napisałem na początku, najwidoczniej geniusz biznesowy pana Grzegorza przerasta moją wyobraźnię.
Wyobraźnię, która, pytana przeze mnie o sens wydawania 130 milionów złotych po to, by zarżnąć najważniejszą i najbardziej prestiżową kurkę z zakupionego stadka, odmawia odpowiedzi. Nie, nie kieruje się żadną biznesową klauzulą poufności. Po prostu nie ogarnia.
Nie wiem już czy przypadkiem, patrząc zezem na „sukces” należącego do tegoż przedsiębiorcy „Przekroju”, nie trafiła się jedna jedyna w całym wszechświecie branża, przy której geniusz biznesowy Hajdarpowicza nie okazał się po prostu bezradny. Może to, co pozwala milionerowi z Krakowa kupować z ogromnym zyskiem piasek brazylijskich plaż, zawodzi gdy trzeba radzić sobie z nieprzewidywalnym, polskim rynkiem medialnym?
Gdy tak wczoraj biegałem po kioskach i salonikach prasowych, zaskoczyło mnie, że wszędzie tam, gdzie wiało pustką po „Rzepie”, bez kłopotu mógłbym nabyć wspomniany „Dziennik”, zalęgający wszędzie w znacznej ilości. Mógłbym liczyć na którąś z mutacji dawno już pogrzebanego przez specjalistów branży dziennika „Polska- The Times”.
Nie wiem jak się dystrybuuje gazety. Ale jakoś na logikę wychodzi mi, że skoro opłaca się takiemu „Dziennikowi” zalegać w kioskach to tym bardziej musi się opłacać przywozić gazetę tam, gdzie na nią ktoś czeka ze swoimi trzema zylami pięćdziesiąt.
Wiem, że jakakolwiek sugestia, że „plan biznesowy” Hajdarowicza polegać miał na zarżnięciu z jakichś pozaekonomicznych względów „Rzepy”, postawiona zostanie gdzieś w okolicach „helowej mgły”. Zatem nie pozostaje inne wytłumaczenie, że finansowy talent Hajdarowicza jest, przynajmniej w tej branży, mocno przeszacowany. I trzeba współczuć mu wywalenia tych 130 milionów w błoto. Bo w końcu skusze się na coś innego jak mi Hajdarowicz będzie takie numery robił.
Choć przyznam, że będzie mi Ciebie, droga „Rzepo” mocno brakowało…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz