czwartek, 22 maja 2014

Unia Europejska albo koniec świata



Ja oczywiście rozumiem powody i intencje, ale niezmiennie śmieszy mnie zadęcie, z jakim przedstawiciele obecnej władzy i ich przeróżni sojusznicy informują całe to „przypadkowe społeczeństwo” o wadze, jaka ma wybór właściwych ludzi do brukselskiego gremium legislacyjnego. Ktoś, kto w nadchodzącą niedzielę zamierza wypełnić „obywatelski obowiązek”, może poczuć się w jakiś sposób urażony użytym przeze mnie wyżej określeniem, odnoszącym się do społeczeństwa w ogóle więc i w jakiś sposób do niego. Tyle, że sposób w jaki próbuje się nam przedstawić wagę i uzmysłowić znaczenie zbliżającej elekcji jako żywo przypomina zagrania marketingowe, zmierzające do wciśnięcia klientowi czegoś, czego on jeszcze na oczy nie widział i nie miał wcześniej pojęcia, że coś takiego w ogóle istnieje.

W takich warunkach, gdyby owa Unia była czymś w rodzaju ajpoda „jedynki” ja bym pewnie i łyknął te wszelkie zapewnienia, że jak nie wybierzemy tego, kogo powinniśmy, otworzy się w ziemi otchłań i wszyscy w nią powpadamy. Wraz z naszymi żonami, psami, nie spłaconymi tojotami auris, mieszkaniami w „Miasteczku Wilanów” i słoikami od mamy. 

Ja, tak na marginesie, w jakiś sposób zgodzę się i zarazem nie zgodzę z szanownym rewidentem, który opisał kampanię w wykonaniu PiS, jako nieskuteczną.* Zgodzę się, że mogłaby być lepsza. Znacznie lepsza. Ale nazywanie jej nieskuteczną jest jakże nietrafne czy tam nieprecyzyjne. Ona jest po prostu do dupy.

Widać to szczególnie, gdy zestawi się ją z histerią kampanii PO. Ona powinna być punktem odniesienia i skarbnicą inspiracji!

Na tym poziomie, na którym dowiaduję się, że albo wybiorę kogoś PO albo nastąpi koniec świata, Którego nie będzie komu dźwigać z upadku, ja szczerze zastanawiam się, czemu w moim okręgu kandydatem jest staruszek Rostowski i niewiasta Jędrzejak. W takich okolicznościach bardziej przydatny byłby na przykład Pudzian czy nawet ten wyśmiany Adamek.

Bo jeśli chodzi o ratowanie świata czy choćby Europy sama gotowość dowiedzenia się czym jest Kioto to chyba zbyt mało. A jeśli jednak wystarczy, o co w ogóle „kaman”, że zacytuję Premiera-poliglotę.

Z Europą, z Unią i z wyborami problem mają nie tylko (rzeczywiście czy tam udawanie) histerycy z PO ale też przychylni tej politycznej „bezalternatywie” ludzie światli. Z ubawieniem czytałem sobie wynurzenia pana Radosława Markowskiego na temat tego, jak powinno się głosować w nadchodzących wyborach. Rzecz w tym, że w zasadzie nie powinno się głosować tylko pan Markowski powinien wysłać do Brukseli zapotrzebowanie na określone liczby miejsc  tam, gdzie, jak się ów szacowny profesor wyraził, jest władza.** Choć niektórzy się brzydzą, polecam lekturę bo nic tak nie poprawia humoru jak profesor, który stara się wyjaśnić sens demokratycznych procedur poprzez zaprzeczenie temu sensowi.

Tak więc, szanowny ale ciągle jeszcze zdezorientowany, „świadomy wyborco”. Jeśli faktycznie masz zamiar iść do wyborów by zatrzymać na Bugi ruskie czołgi oraz zapobiec podnoszeniu głowy nad Renem czy Sekwaną przez brunatna hydrę, posłuchaj pana Markowskiego. I zagłosuj na pana Szulca, na pana Barozo czy innego van Rumpuja. Bo tam właśnie jest ta władza, o której on mówi.

Czy rzeczywiście ona coś zatrzyma i czemuś zapobiegnie to już inna sprawa i inny temat. Nie o to się teraz rozchodzi. Wbrew pozorom.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz