poniedziałek, 12 maja 2014

Szaleńcy znad Wołgi, Renu i Potomaku



Przez krótką chwilę, czytając informację odnoszącą się do osobliwego poczucia humoru wicepremiera atomowego mocarstwa, jakim jest Rosja, pomyślałem, że w Moskwie naprawdę powariowali. Czy tam od zawsze byli wariatami tylko teraz, z jakichś powodów się im pogorszyło. Chodzi mi zarówno o absolutnie nie mieszczącą się w dyplomatycznych  kategoriach obietnicę odwiedzin Bukaresztu na pokładzie strategicznego bombowca jak też o zabawę w listonosza, dostarczającego pryncypałowi opatrzoną stosownymi podpisami grażdan Tyraspola prośbę o „bratnią pomoc”. Której zresztą Rosja udzieliła owym grażdanom  wiele lat przed osobliwą misją pana Rogozina. Niejako „wyprzedzając nastroje”.

Jednak moja myśl o szaleństwie Moskwy trwała naprawdę tylko chwilę. Wydające się absolutnie niepoważnym i piekielnie groźnym zachowanie Rosji nie jest absolutnie objawem szaleństwa czy czegoś podobnego. W każdym razie nie szaleństwa Putina i jego współpracowników.  Oni postępują wedle znanej z futbolu oraz innych gier zespołowych zasady, że gra się tak, jak pozwala przeciwnik. Zasady, która znana jest już dziatwie w wieku przedszkolnym, konsekwentnie testującej granice tolerancji i wytrzymałości swoich rodzicieli.

Zatem jeśli ktoś oszalał lub jest niepoważny to raczej przywódcy tak zwanego „wolnego świata”, którzy zdaja się, po miesiącach  trwania tej zabawy Putina, nie pojmować co się dzieje, jak się to może zakończyć oraz jak powinno się reagować.

Strach albo wygoda, determinujące postępowanie krajów, które nota bene są gwarantami także i naszego bezpieczeństwa to punkt, w który Rosjanie uderzają z całą premedytacją. Rosja miała wystarczająco dużo czasu by dać światu odczuć jak fajnie jest żyć bez strasznego cienia czerwonej gwiazdy. Świat miał dużo czasu by przyzwyczaić się czy też wmówić sobie, że od Bałtyku po Kamczatkę nie ma już śladu po dawnym państwie-terroryście, który nie raz dawał dowody jak bardzo świerzbią go ręce by nacisnąć czerwony przycisk. Że w Moskwie rządzą goście, którzy jedzą widelcem i nie wycierają nosa w rękaw świetnych gatunkowo marynarek.

Oczywiście przekonanie, że bandyta musi wyglądać, jakby wyrósł z grzybni i jeśli ktoś umie zapiąć guziki i zawiązać krawat, to nic z jego strony nikomu nie grozi jest równie dojrzałe jak i reakcje na rosyjskie „szaleństwo”.

Teraz Rosja bezceremonialnie wystawia rachunek za lata udawania misia Padingtona. Czując, że świat już tęskni, by do tej roli jak najszybciej wróciła.

Jedna z koleżanek – komentatorek, uroczo sugerując mi pobieranie wynagrodzenia od jednej z partii za prezentowany w tekstach punkt widzenia kapitalnie odtworzyła ten punkt widzenia, który stoi za niesamowitą skutecznymi działaniami Kremla.

Pan przecież dobrze wie ze politykę prowadzi się w zależności od tego jak Rosja się zachowuje. Ona jest jak dziki zwierz, samo bicie nic nie da, co najwyżej nas pogryzie. Rosje trzeba jak zwierzaka obłaskawić, niestety jeszcze długo będą w niej odzywać się dzikie instynkty. Taką właśnie politykę prowadzi obecny rząd i reszta Europy.”*

Jeśli tak widzą Rosję ci, którzy gwarantują nasze bezpieczeństwo, nie mówię już o przytoczonym w komentarzu „obecnym rządzie”, „prowadzącym politykę” jakby wczoraj dowiedział się, że istnieje jakaś tam Rosja i że z nią trzeba ostrożnie, to trudno dziwić się, że ta nasza Europa lada chwila rozsypie się jak źle ułożony puzzel. Kiedy Rosja wyjęła bez konsekwencji jedną bierkę, trudno by nie chciała grać w to dalej. A za jej przykładem pójdą inni, traktując niczym jaki Radziwiłł, Europę niczym postaw płótna. 

W Rosji nie odzywają się, jak by to chciała widzieć cytowana koleżanka, żadne „dzikie instynkty” tylko trzeźwa kalkulacja. Podpowiadająca im, że te wszystkie Chamberlainy obecnej doby znów dadzą nam „pokój na następne 50 lat”.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz