niedziela, 18 maja 2014

Shrek i obrońcy Monte Cassino czyli ostatnia prosta



Nie za bardzo miałem ochotę cokolwiek pisać, a już szczególnie na temat kampanii wyborczej, która weszła, jak to się mawia, na ostatnią prostą. Do napisania skłonił mnie Shrek.

Nie, nie pojawił się u mnie z propozycją nie do odrzucenia. Spotkanie z nim zafundowała mi  najbardziej „zaprzyjaźniona”  ze wszystkich znanych mi stacji czyli TVN.

Shrek nie po raz pierwszy pojawia się u mnie w wyborczym kontekście. Czwarta odsłona jego przygód, którą dziś, dzięki życzliwości TVN-u, pierwszy raz obejrzałem,  weszła do naszych kin w 2010 r., niedługo przed wyborami prezydenckimi. Pamiętam to doskonale, bo byłem wówczas na czymś w kinie i widziałem puszczany przed projekcją zwiastun, w którym moją szczególną uwagę zwróciło częste wyróżnianie polskiego skrótu nazwy szlachetnej, konspiracyjnej organizacji, której w alternatywnej rzeczywistości przewodziła Fiona, ukochana Shreka. Nie pamiętam nazwy tej organizacji ale jej skrót to literki PO. Oczywiście widziałem w tym spisek, przekaz podprogowy i takie tam. Dziś widzę, że jakże niesłuszne były moje podejrzenia bo „Shrek forever” to ostatnie chyba filmidło, którym chciano by pomóc partii rządzącej. Dlatego choćby, że czarny charakter w tym obrazi wygląda tak:


Nie wiem czy tylko ja doszukuję się podobieństwa ale nie ryzykowałbym sprawdzania tego na elektoracie. I tyle Shreka przy okazji wyborów. Teraz jego rolę w dźwiganiu szans Tuska i jego partii miał przejąć Ojciec Święty ale może to nie dojść do skutku. Wtedy pozostaną jedynie maki spod Monte Cassino, co z Polskiej zrosły krwi.

W tej sprawie zadzwonił do mnie wściekły KaZet. Ja go rozumiem, jeśli chodzi o emocje ale z drugiej strony za stary z niego wróbel by sądzić, że może liczyć na uszanowanie krzyży pod klasztorem kiedy trwa kampania. Właściwie to nawet nie musiałby być tym starym wróblem by to wiedzieć. Przyjęta przez PO „linia” tej kampanii pokazała, że na klasę nie ma co liczyć.

Tak na zimno ja się nie dziwię ani wizycie na cmentarzu ani w Watykanie.  Sytuacja wizytującego wesoła nie jest. Jeśli weźmiemy pod uwagę to, że główny konkurent prowadzi kampanię w sposób sugerujący, że bardzo nie chce wygrać, oraz różnorodne wsparcie czy to w postaci „profrekwencyjnego” spotu z Bartoszewskim, czy Giertycha bredzącego o Kaczyńskim szczerbiącym miecz o kijowska bramę i wszystko inne, co widać i słychać od Woronicza po Wiertniczą i od „Wyborczej” po RadioZet, sytuacja PO jest gorzej niż zła.  

A to przecież ta mniej istotna elekcja. Dla naszej sceny politycznej ważniejsze będą nawet jesienne wybory samorządowe. Myślę, że już wtedy szanse PO będą wyraźnie mniejsze niż przy najbliższych.  Choćby przez to, że „sukcesy międzynarodowe” przestaną odgrywać jakąkolwiek rolę a na plan pierwszy wysuną się sprawy, o których PiS chyba będzie potrafił mówić tak, jak nie potrafi o dziwo mówić teraz o wszystkich grzechach Tuska i jego ekipy, wyłażących na wierzch i krzyczących głośno wobec agresywnej polityki Moskwy.

Myślę, że za tydzień PO nie może sobie pozwolić na porażkę. I Tusk doskonale wie o tym. To najłatwiejsza próba, przed jaka on i jego partia stoi. Jeśli z tym sobie nie poradzi, może już się pakować. Bo nic więcej już nie wygra.

Oczywiście nawet wygrana nie gwarantuje, że dalej już będzie tylko z górki. I nie myślę tu tylko o Tusku i PO. Dotyczy to wszystkich.

Za tydzień dowiemy się kto zgarnie najbardziej łakome kąski dostępne politykom i różnym takim, co się przy takich okazjach kręcą. I tyle. Wszystkie groźby że chodzi o jakąś „przyszłość” Europy są tak szczere i prawdziwe jak ewentualny pocałunek, złożony przez Tuska na dłoni papieża.
Naprawdę ciekawie zacznie się robić trochę później.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz