wtorek, 12 listopada 2013

Ojczyznę wolną racz nam wrócić…



Przypadkiem zupełnym na spacer po Warszawie z Kobietą Moją Kochaną wybraliśmy się wczoraj ulicami, którymi w znacznej części przebiegać miała później trasa marszu. Nie, nie tego złego. Tego, w którym było tak radośnie i o którym jeden z jego uczestników, pan Zbigniew Janas, były bohater solidarnościowej opozycji, opowiadał u pani Gozdyry wieczorową porą  zaznaczając, że imprezy tej nikt nie musiał pilnować i ochraniać. Gdyby tak nie powiedział, pewnie w ogóle bym o tym i żadnym innym marszu nie pisał.
Wysiedliśmy więc na Rondzie de Gaulle’a bo KMK chciała dłuższym spacerkiem pójść do Łazienek. Najpierw obejrzeliśmy sobie przez szybę wystawę salonu firmowego Ferrari, co to ulokowany jest na parterze bywszego „Domu Partii”, dając najlepsze świadectwo temu, jak ta nasza transformacja przebiegła i dokąd nas zaprowadziła. Jednych za kierownice ferrari a innych za szybę luksusowych salonów.
Dalej już wystaw nie oglądaliśmy prawie bo zafascynowało nas co innego, rzadszego w tym miejscu na co dzień. W sensie bywania a nie liczby wówczas, gdy na to patrzyłem. Chodzi mi o funkcjonariuszy służb mundurowych przeróżnych, którzy rozstawieni byli wzdłuż całej trasy naszego spaceru a więc i radosnego marszu Pana Prezydenta. Ilość ich, jak zgaduję, przewyższała znacznie liczbę wszystkich ferrari, jakie kiedykolwiek zostawiły ślad na warszawskim bruku. Policjanci, miejscy strażnicy i wojskowi żandarmi stali w grupach po dwóch, trzech, oddalonych od siebie co kilkanaście metrów. Stali przy każdym przejściu przez ulicę, przy każdym wyjściu z podziemnych przejść.
Kiedy się przyjrzałem, zobaczyłem, że dość dyskretnie ale widocznie poupychane były w pobliżu trasy policyjne czy żandarmskie auta, które te wszystkie mundury musiały tam wcześniej zwieźć. Nawet kiedy zaciągnąłem KMK do „Cafe Rozdroże”, już w przedsionku spotkaliśmy trzech miejskich strażników a kiedy popijaliśmy kawą pyszne W-Z-ki lokal odwiedziło co najmniej czterech, pięciu żołnierzy żandarmerii wojskowej. Jedli, pili i czekali.
„Czego się tak boicie?” – zapytałem w duchu tych, którzy sobie tych wszystkich wojaków pozwozili w takiej liczbie. Tym bardziej pytam pana Janasa, co opowiada, że nie było trzeba.
Drugie pytanie zadałem im, gdyśmy wracali. Wtedy do tych mundurów, widzianych wcześniej dołączył widok pojawiających się co i rusz i znikających pędem konduktów samochodów na sygnale. Głownie policyjnych. Jechały szybko, na sygnale sznurami i wyglądało to tak, jakby ktoś potężny w węża właśnie sobie pogrywał. Może to przesada ale wtedy głowę bym dał, że z pięciu mijanych wtedy samochodów aż trzy pędziły w takich właśnie konduktach.

 „Na kogo to wszystko?” – zapytałem wtedy.
Całość sprawiała wrażenie, jakbym znalazł się nieznanym mi sposobem w środku jakiegoś kieszonkowego stanu wojennego, w którym władza znów potrzebuje pałek, gazów a może i czegoś mocniejszego by prowadzić dialog z obywatelami. Pachniało wojną. Nie inaczej.
Kiedy widzi się coś takiego w samym środku dnia jak ten, w samym środku kraju, w samym sercu jego stolicy, trudno mieć wątpliwości co do tego, jak to się skończy.
„Z szaconkiem, bo się może skończyć źle…”
Kiedy widzi się coś takiego łatwo odczuć lęk. A jeśli jest się na niego odpornym, łatwo wpaść we wściekłość.
gdy wyjeżdżałem z Warszawy, marsz dopiero ruszał. Jeszcze w pociągu dostałem od KMK wiadomość, że spłonęła tęcza. W domu włączyłem więc telewizor i od razu natknąłem się na panią Gozyrę sekundującą starciu pana Janasa z Marianem Kowalskim, jednym z liderów środowisk narodowych i organizatora marszu. Na żółtym pasku przeczytałem „Bilans zamieszek: spalona tęcza na Placu Zbawiciela i budka przy ambasadzie Rosji.” Nie zmyślam. Taki był bilans tych rozruchów. Dziś w Onecie oglądam „dokumentację fotograficzną, pokazującą po kilka, kilkanaście ujęć z trzech miejsc.*  Przez miasto przeszło ponoć kilkadziesiąt tysięcy „nazioli” a nie było gdzie robić zdjęć…
A dziś od rana na zmianę pan Kuźniar w TVN-ie opisując barbarzyństwo zaciskał zęby, by obok naturalnych dla niego złośliwości nie wykrzyczeć, że strzelać było trzeba i specjaliści zastanawiali się nad zdarzeniami „stającymi się powoli tradycją”. A ja czekałem kiedy któryś z nich połączy tę tradycję z władza, za której się ona urodziła i rośnie, rośnie…
Niemal wzruszył mnie mocno smutny pan Tusk, gdy zrzucał winę na Kaczyńskiego a w rzeczywistości zdawał się mieć do niego pretensję o to, że tamten samego go zostawił z tą płonącą ambasadą, płonącym totemem i całą resztą. Koledzy tak nie robią. Koledzy robią tak, jak robią koledzy z Dumy, ochoczo obwiniając za Tuskiem Kaczyńskiego**
I nikt też nie zapytał gdzie do cholery pojechały te wszystkie samochody na sygnale, które ja widziałem skoro nie było ich akurat w jednym najoczywistszym miejscu na całej trasie. Kto się w tego węża bawił tak po amatorsku? I czy aby na pewno?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz