czwartek, 11 listopada 2010

Artykuł XVII- Naród w iluzji rzeczpospolitej

O narodzie, Ludzie czy też Demosie napisać obiecałem niejako w jednym z ostatnich tekstów. Właściwie nie o nim w ogóle bo temat to na ogromną literacka spuściznę a nie na jedną notkę przy czym nawet i tak ledwie parę aspektów tematu udałoby się tknąć. Ja zaś spróbuję odnieść się do kilku spostrzeżeń, które zainspirował jeden z rozdziałów ostatniej książki Rymkiewicza „Samuel Zborowski”. Chodzi o tę część, w której autor odnosi się do XVII „artykułu henrycjańskiego” jak nazywa go (a i pozostałe szesnaście) staromodnie Rymkiewicz. O tę, która, jak myślę, była jednym z głównych powodów takiego a nie innego przyjęcia książki nawet przez tych recenzentów, którzy z natury rzeczy nie byli do niego nastawieni, parafrazując jednego z głównych adwersarzy, „zoologicznie”. Chodzi o zachwyt autora nad zapisem, który ongiś szlachta wraz z innymi zapisami kazała zaprzysięgać swoim kolejnym władcom. Ten konkretnie, w którym stało: "A ieślibyśmy (czego Boże uchoway) co przeciw prawom, wolnościom, artykułom, kondycyom wykroczyli, abo czego nie wypełnili: tedy obywatele Koronne oboyga narodu, od posłuszeństwa y wiary Nam powinney, wolne czyniemy."*

Może problem, jaki z książką Rymkiewicza (nie napisze z jej zrozumieniem bom jeszcze nie skończył lektury tedy twierdzić nie mam prawa ani tego że lepiej czy właściwiej ani że gorzej od nich, wspomnianych recenzentów go rozumiem) tkwi w tym, że jednak autor dopuścił się pewnego nadużycia i skrócił sobie ów zapis. Choć z drugiej strony gdyby tego nie zrobił rzecz byłaby jasna a autor obroniony. Tak się składa, że w całości zapisu zdecydowanie mocniej tkwi akcent kładziony nie na owo nieposłuszeństwo poddanych lecz na wiarołomstwo władcy.

To, na co ja, a jak mniemam i sam Rymkiewicz zwraca uwagę zawiera się natomiast w użytych przeze mnie w poprzednim zdaniu dwóch pojęciach. I nad nimi a nie nad rymkiewiczowym pisaniem się chcę skupić. Chodzi o pojęcia „poddany” i „władca”. Już wtedy, w Rzeczpospolitej (!!!!) wieku XVI zdecydowanie traciły one swą wcześniejszą ostrość i przewartościowywały swe znaczenie. I jeśli ktoś w oparciu o ten nieostry klucz pojęciowy wysuwa dziś zarzut że pisząc dobrze o tamtym „narodzie” gloryfikuje się anarchię ten pewnie a raczej na pewno nie może jasno patrzeć na to co dzieje się z naszym państwem pod rządami współczesnego nam systemu rządów.

Gdyby prześledzić to, w jaki sposób dziś patrzy się na system sprawowania władzy to trudno nie zauważyć, że w tym wszystkim najmniej uwagi poświęca się temu w jakiej kondycji jest ów element systemu, który o jego wydolności decyduje w stopniu największym. Gdybym tu przerwał i zapytał czytelnika o czym czy om kim myślę, sądzę, że odpowiedź mogłaby nastręczyć kłopotów i nie od razu paść w formie poprawnej. Tak się teraz rozkłada akcenty.

Ot choćby kiedy człowiek rządzący Państwem o marnej infrastrukturze, zapchanym na drogach, oblężonym kolejkami do szpitali i trapionym dziesiątkami innych niezałatwialnych bolączek mówi, w formie wyborczego hasła, „nie robimy polityki lecz budujemy…” i tu wymienia co budujemy. To hasło, przez speców od marketingu zapewne uznane za świetne, jest niczym innym jak jawną obrazą inteligencji tych, do których z tym hasłem ów rządzący startuje. By ich do siebie przekonać. Pomyślmy oto nad sensem prawdy wypowiadanej w 2010 roku przez człowieka, który w polityce miesza od lat 20. Gdyby tę jego dwudziestoletnią obecność w polityce próbować ocenić jego rzeczywistym dorobkiem to nie da się ukryć, że jednak zdecydowanie bardziej on „robi politykę” niż „buduje”. Dlaczego więc tak mówi? Bo wie, że może sobie na to pozwolić bezkarnie. Bo wie, że nikt go z jego rzeczywistego dorobku nie rozliczy. Bo nikomu nie będzie się chciało. Ot co.

A czemu tego nie zrobi? A bo nie umie, a bo nie chce a bo … W tym właśnie rzecz. W postępującym paraliżu tej funkcji Narodu, Ludu czy też Demosu, która jest niewątpliwie jego największym skarbem i, jeśli coś takiego jak Naród, Lud czy Demos rzeczywiście istnieje, największym darem przekazanym mu w dziejowym procesie ucierania się tego, co nazwano ludowładztwem. Chodzi mi o atrofię rzeczywistego poczucia bycia suwerenem.

Kiedy zbliża się kolejny, mniejszy lub większy paroksyzm ludowładztwa największą troską przy tej okazji wyrażaną przez tych, co z powodów zawodowych lub z uwagi na swą wrodzoną wrażliwość nie potrafią o tym elemencie demokracji zapomnieć, jest to, jak bardzo Naród, Lud czy Demos zamanifestuje, że ma w dupie bycie suwerenem. W takich okolicznościach zresztą pojawiają się też paradne propozycje zapobieżenia temu, by suwerenowi taki stosunek do bycia suwerenem zbytnio w krew nie wszedł. Chce się brać więc suwerena za pysk i jak za jakie wirtualne wędzidło siłą przyciągać do wypełniania tej sprawowanej okresowo, czynnej roli suwerena. Toż taki pomysł sam w sobie pokazuje w jakim poważaniu ma się tego suwerena i jego władzę.

Zmuszanie suwerena… To zaiste najlepszy punkt wyjścia by tamtą, zanarchizowaną ponoć Rzeczpospolitą porównać z tą naszą, która jest w samym oku tego cyklonu, co z takim impetem nawiewa do nas wszelkie najwłaściwsze wzorce tego wszystkiego czego wzorców tak jako nowoczesne społeczeństwo łakniemy. Ponoć łakniemy. Z tą Rzeczpospolita co jest teraz takim prężnym pawiem i papugą… Ładnie wykoncypowałem? :) Ale nie zbaczajmy teraz konceptami ładnymi na mielizny, z których nigdzie dopłynąć nie zdołamy.

Wróćmy więc do porównania tamtej anarchii z dzisiejszym porządkiem. Czy istotnie tamta anarchia taką straszną była? Jak na tamte czasy chyba nie. Gdzie nam do buntów i masakr, które „lepszych” od nas w wymyślaniu i krzewieniu politycznej nowoczesności „w domu i zagrodzie” nurtowały. Czy to myśmy Hugenotów wyrzynali, „kawalerów” po wrzosowiskach pędzili albo przez 30 lat z Europy robili cmentarz? Gdzie nam z naszymi wojnami kokoszymi i rokoszami do tamtych anarchii? Nasze anarchie o jednym tylko świadczyły. O tym mianowicie, że nam się obywatel (w tamtym rzecz jasna rozumieniu) politycznie wyrobił i wiedział o co idzie w polityce. Tak sam z siebie lub z innego obywatela. Albo się z nim zgadzając albo zgoła przeciwnie. I jak im wyszło, że są jakoś „wkręcani” to potrafili nawet krwi utoczyć.

Dziś obywatel, co ponoć jest suwerenem pełną gębą i z żadnym elekcyjnym pomazańcem swej suwerenności nie dzieli utoczyć jest w stanie jedynie kulkę z tego, co sobie z nosa wydłubie ślęcząc przed telewizorem. Z niego bierze sobie bowiem to co ten jego zanarchizowany praszczur brał ze swej głowy. Na więcej ani intelektualnie ani swymi chęciami gotów nie jest. I z tej niechęci i tego braku gotowości jest nieomal na poziomie istoty, z którą kontakt nawiązać można jedynie przy użyciu jakichś prymitywnych piktogramów i krótkich słownych komunikatów. Stąd takie teraz zapotrzebowanie na różnych magików co proste sztuczki suwerenowi- idiocie będą w ramach jego suwerennych rządów sprzedawać. Sprzedawać bez obaw, że szablą przez łeb zaliczą. Takie to ryzyko jak się nam od czasu wygolonych czubów i wylanych brzuchów tak w imbecylizmie suweren posunął. I tyle z tego, że siedzi zadowolony i myśli, że ta rzeczywistość to tak naprawdę. I nie odróżnia postaci fikcyjnej od realnej. Ojciec Mateusz i Premier za jedno mu są. A ten pierwszy nadto jakby milszy.

* http://www.trybunal.gov.pl/wszechnica/akty/art_henr.htm

1 komentarz:

  1. :)))

    Bardzo ładnie. Jaki fajny tekst...

    Pozdrawiam bardzo serdecznie

    OdpowiedzUsuń