piątek, 6 lutego 2015

Przemoc kulturowa



Jak zauważyłem wielu komentatorów, krytycznie odnoszących się do dzisiejszego przyzwolenia dla ratyfikacji konwencji w sprawie zapobiegania i zwalczanie przemocy wobec kobiet porzuca argumentację związaną z ideologiczną stroną tego dokumentu i zwraca się uwagę, że ta i podobne jej konwencje to w istocie prawo martwe. 

Trudno jest mi się zgodzić zarówno z tym zmiękczeniem stanowiska jak też z merytoryczną stroną argumentacji. Tym łatwiej, że jakby nie argumentować, zawsze dojdziemy właśnie do tej ideologii, którą  z oczywistą szkodą dla samej idei walki z przemocą próbuje się dość ordynarnie przemycić w sposób z założenia odbierający przeciwnikom owej ideologii może nie sensowną argumentację ale raczej odwagę jej artykułowania. Może będę niesprawiedliwy ale przekonanie czy raczej przekonywanie, że konwencja będzie „martwym prawem” do tego się chyba sprowadza i jest takim „alternatywnym”, bezpieczniejszym argumentem.

Oczywiście zgadzam się z tymi, którzy pozwalali sobie ironicznie komentować dzisiejsze głosowanie w Sejmie stwierdzeniem „oto mamy koniec przemocy w Polsce”. Jasne jest, że sama wola sejmowej większości nie sprawi, że przemoc wobec kobiet czy rodzin zniknie. Powiem szczerze, nie sądzę nawet, by sprawiła ona, że państwo będzie w walce z przemocą skuteczniejsze. Ba, nawet nie będzie ani trochę żwawsze w tej sprawie. O to mogę się założyć.

Rzecz bowiem nie w tym, że bez tej konwencji nie dało się zwalczać takiej czy innej przemocy w Polsce. To oczywista bzdura. Jeśli działania państwa i jego służb były dotąd nieskuteczne, to nie z braku konwencji ale z braku umiejętności, determinacji, czasem odwagi czy zwykłej empatii po stronie ludzi, którzy z racji pełnionych obowiązków za zwalczanie przemocy odpowiadają.  Po przyjęciu konwencji to znów oni będą odpowiadać i w tym przede wszystkim rzecz.

Jedyne, czego możemy być pewni w związku z przyjęciem konwencji, to to że bardzo szybko i dynamicznie zostaną wprowadzone w życie te przepisy czy też raczej zalecenia, których włączenie to konwencji było kontestowane przez środowiska przywiązane do tradycyjnych wartości i które niewiele albo zgoła nic nie mają wspólnego z przyczynami przemocy, której konwencja jest poświęcona.

Ile by nie gardłowali zwolennicy przyjętego tekstu, są w niej takie zapisy i nietrudno je znaleźć. Starczy po prostu przeczytać choćby i pobieżnie tekst konwencji.

Oczywiście wiem, że zatwardziali zwolennicy konwencji znają jej treść. I mimo to, twardo, nie bawiąc się w coś takiego jak przedstawienie niepodważalnych czy jakichkolwiek dowodów, będą stać na stanowisku że „społeczne role” oraz kontekst historyczny, religijny i społeczny to główny powód tego, że jakiś tam chłop bije babę. Nie żadna tam indywidualna skłonność czy inne cechy osobnicze, na które żaden obficie dofinansowany „prodżekt” nic nie pomoże.

Oczywiście żadną podstawą do dyskusji dla nich nie będzie argument, że w takim razie każdy katolik, każdy rolnik czy wręcz każdy Polak lać powinien swą kobietę (ups! co za  określenie! kwalifikujące się z miejsca o objęcie mnie przepisami konwencji) a jakoś tego nie robi. Ani też to, że ponoć nam liczba wierzących spada, prawie tak szybko jak zaufanie do Kościoła a liczba katowanych kobiet dla odmiany wcale a być może nawet wzrasta.

Oczywiście ja wiem, że fakty nie mają tu znaczenia. Gdzieś w sieci krąży porównanie skali przemocy wobec kobiet w Unii czy tam zachodniej Europie (z nami ta „zachodnia” jest liczona), z którego wynika, że daleko nam do najbardziej postępowej Skandynawii. W skali przemocy a nie jej zwalczania.  Mimo konwencji, mimo wszystko inne.

Czy w takim razie konwencja jest potrzebna?

Poza dzieciństwem, gdy zdarzało mi się przylać siostrze, nigdy nie zdarzyło mi się uderzyć kobiety. Nie zamierzam też robić tego ani w bliższej ani w dalszej przyszłości. Nie jestem więc żadnym „damskim bokserem”. To takie wyjaśnienie na wszelki wypadek zanim stanowczo powiem, że do niczego ona nie jest potrzebna. No prawie do niczego. To nie konwencja ale obowiązujące prawo ma służyć walce z przemocą. Czy jest ono w stanie jej zapobiegać?  Tak, jak prawo karne jest w stanie zapobiegać kradzieżom, morderstwom i innym występkom oraz zbrodniom. Z konwencją będzie podobnie. No prawie.

I tu, w tym „prawie” właśnie mieści się istota tej walki o przyjęcie konwencji. Kto czytał jej tekst, widzi i wie, że w zasadzie jest to nie typowy przepis prawny a dyrektywa czy też list intencyjny. Wskazujący najczęściej rozwiązania, o których mówi się od dawna albo które w prawie już są przewidziane. Novum konwencji jest nałożenie na państwo obowiązków, które wywołują właśnie obawy. 

I właśnie  tego, że ta właśnie część konwencji będzie szczególnie żywa  jestem szczególnie pewien.
Nie będzie, jak mi się zdaje, ona miała żadnego wpływu na skalę przemocy. Bo i nie ma mieć. Od dość dawna nie tylko chyba ja widzę, że istotą działania wielu NGO-sów jest rozwiązywanie problemów a nie ich rozwiązanie. Z „rozwiązywania” jako procesu ustawicznego da się nieźle żyć. „Pod konwencją” życie to będzie jeszcze lepsze. Nie, akurat nie tych bitych kobiet bo nadal będzie tak, że której pisane bicie, pobita zostanie. 

Swoją drogą, jako domorosły znawca prawa mam, najpewniej mylne bo jakże by inaczej, przekonanie, że konwencja nie tyle jest sprzeczna z konstytucją co gwałci jedną z jej fundamentalnych zasad. Zasadę równości wszystkich wobec prawa. Gwałci już samym tytułem. Liczę na to minimum inteligencji czytelników i daruję sobie nawet powierzchownego wyjaśniania czemu.

Mam też nadzieje, że nie znajdzie się dyskutant – debil (paru w sieci już widziałem) z argumentem „ale wyście byli przeciw tej konstytucji to się nie powołujcie”.  Poza tym „wy”, które nieuprawnione byłoby i ze względu na mą wrodzoną skromność i na fakt, że taki dyskutant g*** wie przeciwko czemu ja czy tam „my” byłem cala reszta tym bardziej jest debilna. Od kiedy fakt, że byłem (teoretycznie czy faktycznie) przeciwko wprowadzeniu jakiegoś przepisu czyni ten przepis nieobowiązującym z mego punktu widzenia?

Zatem w moim odczuciu przyjęto konwencję bo się ładnie nazywa, niewiele z niej wyniknie poza tym, że się różne babyryby i inne „środowiska” na niej czy raczej przy niej nieźle upasą. I tak to ze „stanowieniem prawa” w tej naszej Polsce.

czwartek, 5 lutego 2015

Schetyna i czterej śpiący



Jak wiadomo wojnę z Ruskimi zacząć miał Andrzej Duda. Taki przynajmniej przekaz, mniej lub bardziej skutecznie, szerzy się tu i ówdzie jako całą prawdę całą dobę. Prawdy zaś w tym tyle, że cała doba jest jak najbardziej cała. Ale wróćmy do Ruskich i do wojny. Jak wiadomo gdyby wojnę z nimi zaczął Duda, byłaby to, wedle standardów skonstruowanych przed wiekami przez Pawła Włodkowica, wojna jak najbardziej niesprawiedliwa. Wszystko, co robi Prawo i Sprawiedliwość jest ponoć niesprawiedliwe. I lewe przy okazji.

Pech chciał, że jeszcze do końca nie ucichły wyimaginowane surmy bojowe, przy dźwięku których miał nas Duda poprowadzić na Moskwę, gdy prawdziwy, choć nieco inny w charakterze konflikt z Moskwą wywołał urzędujący Minister Spraw Zagranicznych Grzegorz Schetyna. Po co wywołał trudno powiedzieć. W mojej ocenie jest to ewidentny „syndrom ucznia czarnoksiężnika” sprowadzający się do tego, że Schetyna coś tam chlapnął a później, usiłując zachować twarz, brnął dalej w starciu z obudzonym i trudnym do opanowania żywiołem.

Taką przynajmniej mam nadzieję choć krystalizujący się właśnie koncept zaproszenia całego prawie świata by rocznicę zakończenia wojny uczcić w Gdańsku zdaje się mieć jakby więcej autorów a przynajmniej ojców chrzestnych. I na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie pomysłu przemyślanego. 

Nie chcę jednoznacznie oceniać Schetyny. Wiem, że jego postępowanie w tej akurat sprawie zbiera z różnych, czasem dość zaskakujących stron, różne recenzje. Od pochwał za to, że się postawił nie byle komu, przez pochwały że ma (no bo chyba musi mieć) jakiś tam szczwany plan i pomysł na politykę wschodnią aż po pochwały bez uzasadnienia. Wynikające z faktu, że to przecież minister tej władzy. Dla niektórych to argument decydujący. Oczywiście są tacy, co Schetynę krytykują ale to chyba z przyzwyczajenia albo ze złej woli. Tacy są oni nieprawi i niesprawiedliwi.

Mnie się w tym, co zrobił i robi Schetyna coś jednak bardzo podoba. Nie dla tego oczywiście, że było to mądre, rozsądne i zgodne z regułami dyplomacji. Bo oczywiście nie było. Cokolwiek by nie mówili broniący ministra.

Ów nowy kierunek „polityki wschodniej” obecnej ekipy faktycznie kiepsko wstrzelił się w próby zrobienia z Dudy militarysty i rusofoba. Trudno mieć go za kogoś takiego w chwili, gdy w rosyjskich mediach to Schetyna prezentowany jest jako amerykański piesek w stylu sławetnego, zimnowojennego „Krokodyla”.

Ale nie to akurat mnie ujęło, że tak na ochotnika zluzował Schetyna Dudę na froncie wschodnim. Ujęło a raczej, bądźmy szczerzy, ubawiło to, że w dość dziwnej sytuacji znaleźli się ci, co jeszcze wcale nie tak dawno polską rację stanu widzieli w ostentacyjnym obnoszeniu bohaterstwa Armii Czerwonej. Obnosili je latając palić znicze na wojenne cmentarze, dość łzawie przypominając „prostych chłopaków”, którzy „niosąc wolność” z polityką nie mieli nic wspólnego (oczywiście jak na narzędzie realizacji tej polityki przystało) i stając murem za powrotem na Pragę pomnika „czterech śpiących”.

Jeśli teraz ów nagły zwrot wektora naszej oficjalnej „polityki historycznej” zaowocuje choćby odesłaniem wspomnianego monumentu w miejsce mniej eksponowane, będzie miał u mnie Schetyna plusik.

A skoro już jesteśmy przy tej wspomnianej, oficjalnej polityce historycznej, trudno nie zauważyć, że obecnej ekipie wychodzi ona dość groteskowo. Kiedy w 2009 postanowiono w naszym imieniu uczcić okrągłą rocznicę rozpoczęcia wojny, najwyższymi rangą i przez to szczególnie fetowanymi gośćmi na Westerplatte byli kanclerz Merkel i premier Putin. Co by nie mówić, spadkobiercy tych, którzy akurat 70 lat wcześniej wojnę zaczynali od najazdu na nas.

Teraz, gdy czcić mamy koniec wojny, zanosi się, że przedstawicieli największych zwycięzców wojny akurat zabraknie natomiast możemy liczyć, że dane nam będzie podziwiać uśmiech szefowej tych, co wojnę ponoć z kretesem przegrali.

Ma to oczywiście swoją mocno edukacyjna wymowę. Tę mianowicie, że nie wszystko jest takie, jak na pierwszy rzut oka wygląda. I że nie warto się nad tym zbytnio zastanawiać bo do dziwnych wniosków można wtedy dojść.

wtorek, 3 lutego 2015

Nowe otwarcie Ewy Kopacz



Krystalizujący się właśnie obraz zapowiadanego niedawno przez premier Ewę Kopacz „nowego otwarcia” musi zastanawiać a być może nawet i zdumiewać. Myślę, że to drugie dotyczy także jeśli nie przede wszystkim zgnębionych i sponiewieranych nieco przez ostatnie, dość liczne niefortunne przypadki zwolenników i wyznawców obecnej władzy.

Kiedy po ostatnim tąpnięciu ekipy, zakończonym odejściem w niesławie najbliższych współpracowników Kopacz, zapowiedziała ona wspomniane „otwarcie”, mogło się zdawać, przynajmniej tym, którzy bardzo na panią Kopacz liczyli, że przygotowywana jest jakaś wunderwaffe, dzięki której ekipa odbije się od ściany, pod którą od jakiegoś czasu stoi i przejdzie do takiej ofensywy, że…  

Ja te oczekiwania doskonale rozumiem. Jeśli polityk na niewiele więcej niż pół roku przed wyborami zapowiada zmiany, ma na myśli, musi mieć na myśli nie kosmetykę tylko prawdziwa rewolucję. Z kosmetyką można wtedy dać sobie spokój a jeśli nie można, robi się ją w zaciszu gabinetów. Tak, by jej efekty nie za bardzo i nie za gwałtownie rzucały się w oczy.

„Nowe otwarcie” Ewy Kopacz może zdumiewać. Ba, musi zdumiewać!  Najważniejsze nazwiska, które po otwarciu ukazały się oczom oczekujących z nadzieją, mogą oznaczać bardzo wiele ale z nadzieją raczej się nie kojarzą. Wobec potrzeby rzeczywistego wunderwaffe są chyba dosyć beznadziejne. 

Jeśli lekarstwem na  obecną sytuację społeczną, na rosnące oczekiwania i roszczenia finansowe kolejnych grup społecznych i zawodowych ma być pan Jacek Rostowski, to trudno nie zareagować zdumieniem. I stwierdzeniem, że lepszym „otwarciem” byłoby zamknięcie rozdziału „premier Ewa Kopacz”. Włączenie do ekipy najmniej chyba popularnej i najgorzej chyba kojarzącej się społeczeństwu postaci, jaką Platforma w ogóle mogła znaleźć wydaje się błędem, głupota lub prowokacją. Albo dowodem na absolutny już brak jakichkolwiek sensownych rezerw kadrowych rządzącej partii. Dodanie do niego „Miska” Kamińskiego, który  mocno stara się zapracować na pozycję najmniej sympatycznej postaci sceny politycznej oraz pani Kidawy – Błońskiej, która może i jest sympatyczna i lubiana przez żurnalistów (takie uzasadnienie podała sama pani Kopacz) ale sprawnością i przesadną liczba przymiotów nie grzeszy, to wrażenie pogłębia. Z poprzedniego „rzecznikowania” znana jest przecież pani Błońska głównie dzięki genialnemu stwierdzeniu, że to są na pewno jakieś kwoty, które wynikają z różnych takich działań.

Decyzje kadrowe, podjęte dzisiaj świadczą chyba o tym, że Ewa Kopacz (nie wiem jak reszta PO) swą przyszłość zaczyna widzieć w kategorii cudu, który się ziści i pozwoli partii wygrać wybory a jej samej utrzymać władze nad państwem i partią. W szczególności na to wskazuje wyniesienie Michała Kamińskiego, który, zasłużenie czy nie, ma ugruntowana opinię spindoktora -  cudotwórcy.

Nie wiem jeszcze jak odebrane zostały nominacje ogłoszone przez Kopacz. Jak na razie wzbudziły one entuzjazm Jana Tomaszewskiego, który zadeklarował poparcie dla działań zgłaszając akces do Platformy. To pewnie nie jest sygnał, który z kolei mógłby wzbudzić entuzjazm w PO i jęk zgrozy  u konkurencji. Jeśli już to chyba odwrotnie.

Ciekawe tak przy okazji jak Ewie Kopacz udało się skruszyć opór czy może tylko sceptycyzm współkoalicjanta wobec kandydatury Rostowskiego. Dotąd wszak na hasło „Rostowski” PSL warczało i demonstrowało czarne podniebienie. A może to żadne tam „skruszenie” lecz taka szpila za wystawienie Jarubasa?

poniedziałek, 2 lutego 2015

Bracia Karnowscy, tablomedia i penis fantomowy



Oczywiście twardo stoję na stanowisku, że Anna Grodzka jest mężczyzną. By było jasne…
 Jednak od tego co ja sobie myślę znacznie istotniejsze jest co myśli w tej sprawie Anna Grodzka. A chyba najciekawsze, znacznie mniej istotne ale jednak najciekawsze, przynajmniej psychologicznie, jest to, co sobie, qrwa, myśleli Karnowscy. W całej tej historii najbardziej na moją wyobraźnię działa scena, kiedy to  Redaktorzy zlecają robotę, TĘ ROBOTĘ, swemu człowiekowi. Cóż on sobie dla odmiany pomyślał?

Do Karnowskich mam wielki dystans od czasu, gdy nie stać ich było by zrobić rzecz arcyprostą oraz arcyoczywistą i uderzyć się w pierś po bezpodstawnym oskarżeniu  śmiertelnie chorego Andrzeja Turskiego.  Dostępne w sieci kolejne warianty ich odpowiedzi na związane z tym zarzuty uważam za jedno wielkie kuriozum. Od którego jeszcze większym kuriozum jest, że po masowej publikacji czegoś takiego panowie Karnowscy nie zmienili nazwisk i nie przeprowadzili na sobie operacji. Zmiany twarzy nie płci. Że są i nadal walczą. Ze złem. 

 Ale wróćmy do tekstu o Grodzkiej. Nie mam w tej sprawie pewności, czy bardziej chodzi o pokręcona etykę redaktorów czy raczej o testy nowego czy też zmodernizowanego formatu „tygodnika opinii”.

Ten nowy format, choć trudno mi jednoznacznie wskazać, kiedy wdarł się on w niszę, w której wcześniej puszyły się tygodniki opinii, powiedzmy, z prawdziwego zdarzenia, nazwę umownie „Formatem Wprost”. Ten właśnie tygodnik najśmielej korzysta, zarówno w sensie doboru treści jak też uzyskiwanych profitów, z możliwości, jakie daje genetyczna krzyżówka poważnego periodyku o tematyce polityczno – społecznej z epatującym sensacyjkami tabloidem ze stajni Axela Springera czy Ruperta Murdocha. Być może to jest  ta droga, którą iść trzeba bo nie ma innej alternatywy. Oczywiście powie ktoś że „Polityka” trzyma się mocno i nie ustępuje. Spoko. „Wyborcza” też kiedyś wydawała się gigantem, któremu nikt nie podskoczy. Dziś raczej przypomina golema, któremu wielu przygląda się z ciekawością, czekając, kiedy padnie na twarz. A „Fakt” przejdzie po niej i nie zauważy. Być może za jakiś czas i „Polityka” pójdzie tą drogą. Tą czyli albo „Faktu” albo „Wyborczej”. A reszta? „Newsweek” Lisa zlustrował Rajmunda Kaczyńskiego doszukując się jego enigmatycznych romansów, „Do Rzeczy” zlustrowało Kieżuna nie wiedzieć po co, „W Sieci” zlustrowało krocze Anny Grodzkiej. Jak na razie ostatni tytuł zdecydowanie wysunął się na czoło. Aż się nasuwa PRL-owski żart o „członku z ramienia wysuniętym na czoło”.

Znam argumenty, wedle których to Grodzka i Biedroń oparli swa polityczna karierę na własnej seksualności. Nie podzielam zapatrywań Grodzkiej na pewne fundamentalne sprawy ani, tym bardziej, skłonności Roberta Biedronia, ale w tym miejscu sprzeciwię się takiej manipulacji. Śledzę scenę polityczną może mniej wnikliwie od tabloi… tygodników opinii ale na tyle uważnie, że zauważyłbym niechybnie, gdyby Anna Grodzka choćby półgębkiem spróbowała mnie czy kogokolwiek epatować publicznie SWOJĄ seksualnością. Kogoś tam pewnie epatuje ale, jak mniemam, zdecydowanie prywatnie. Gdyby spróbowała publicznie, zająłby się tym właśnie „Fakt” a nie jakieś tam tygodniki a ja  i nie tylko ja do dziś bym bez wątpienia to pamiętał. Chcąc nie chcąc.
Owszem, sprawy seksualności zajmują oboje polityków ale w taki sam sposób, w jaki inni w polityce epatują swoją rolniczością, górniczością, hutniczością i całą masą innych odniesień do spraw, w imię których zdecydowali się kiedyś tam angażować w politykę.

Kończąc ów tekst pozwolę sobie na krótkie przesłanie do tych, którzy zechcą bronić intencji „W Sieci” lub, co nie daj Boże, widzieć w nich „społeczny interes”. Wyobraźcie sobie, że to wam TAM ktoś zagląda wbrew waszej woli. Nie mówcie mi, że jeśli będą to bracia Karnowscy, wszystko będzie OK.

niedziela, 1 lutego 2015

Elity modyfikowane genetycznie



Zajrzałem wczoraj do stojącego na półce saloniku prasowego  pierwszego numeru miesięcznika „Fronda” Grzegorza Górnego. Zaznaczenie obecności Górnego to brak zaufania do orientacji czytelnika w rynku medialnym. W każdym razie nie mój brak. Sam tytuł wyróżnia obecność  Górnego i  ma mieć to swoją wymowę. 

Jak napisałem, do tej „Frondy” tylko zajrzałem zatem nie będzie tutaj recenzji. Nowy tytuł na rynku zainspirował mnie znalezionym wewnątrz interesującym dyptykiem. Jeden z materiałów opisywał ocalały bez większego uszczerbku po upadku sowieckiego systemu model kształtowania elit państwowych w Rosji, drugi starał się odpowiedzieć na pytanie o etos naszej państwowej elity. Punktem wyjścia dla tego drugiego było przekonanie Sokratesa, że celem wychowania człowieka jest przygotowanie go do roli władcy albo do roli niewolnika czy też sługi. Dalej autor lub autorzy, których niestety nie zapamiętałem, zastanawiali się, którą drogą poszły nasze elity. Nie wiem do jakich wniosków doszli snujący te rozważania ale temat jest bezsprzecznie szalenie interesujący. I, jak mi się zdaje, mogący wywołać gorącą dyskusję.

Gdyby chcieć określić jakoś umownie ramy, do których należałoby zawęzić czas poszukiwań dowodów na to, że nie tylko inkubujemy ale w ogóle mamy jakieś „elity państwowe” od razu trzeba przyjąć, być może wbrew rzeczywistej praktyce, że nie bierzemy pod uwagę  wcześniejszej „elity” z PRL-owskich „central handlu zagranicznego”, fulbrightowskich stypendystów z zetemesowskiego zaciągu a już szczególnie dyplomatów i „dyplomatów” z moskiewskim epizodem i takimż sznytem. Nie wszystkim im rzecz jasna odmawiam patriotyzmu, profesjonalizmu i dobrej woli ale łatwość, z jaką potrafili adaptować się po systemowym nicowaniu budzi obawę, że to ich cecha organiczna. Zatem dla państwa nie za bardzo przydatna a może nawet niebezpieczna.

Po roku 1989 nastąpił chaos wynikający z pomieszania pospolitego ruszenia „nowych elit” z dość nachalnym flancowaniem w „nowej glebie” i pudrowaniem części starych. W 1991 podjęto próbę ubrania procesu tworzenia elit państwowych w kształt przemyślany i celowy. Mam oczywiście na myśli powołanie Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, wzorowanej na francuskiej ENA. Pamiętam wspomnienia z pierwszych lat działania szkoły, podkreślające przede wszystkim odwagę, z jaką sięgano nie tylko po wykształcone ale nawet uczące się jeszcze roczniki KSAP oraz powierzano im nawet wysokie stanowiska kierownicze w administracji państwowej. Mam kolegę ze studiów, który ukończył wtedy szkołę, doświadczył chyba jak mało kto tego państwowego głodu przygotowanych kadr i… I dziś chyba jest jednym z najbardziej wymownych przykładów, że nawet tak dobrze rokujące przedsięwzięcie potrafimy utłuc jeszcze w dziecięctwie. Nazwisko oczywiście zachowam dla siebie.

Dziś rzadko w życiorysach osób pojawiających się w gorących medialnych przekazach można by znaleźć „ksapowski” ślad. Wikipedia w materiale „Absolwenci Krajowej Szkoły Administracji Publicznej” wymienia jedynie 14 nazwisk* a sama szkoła na swej stronie wymienia 8 „znanych absolwentów KSAP"**.*  Spośród tej czternastki  z Wikipedii najwięcej osiągnęła pani Elżbieta Bieńkowska oraz osoby, których przygotowanie zdecydował się wykorzystać Lech Kaczyński. 

Choć naprawdę trudno mieć pretensję do Kaczyńskiego czy tych, którzy wypromowali obecną panią komisarz za to, że nie chcieli by stworzony przez KSAP kapitał się marnował , w tych kilku karierach najlepiej widać, że to raczej nie przygotowanie czy rozwiązania systemowe  ale polityczne umocowanie układa nam listę elit. I przez to lista ta jest, jaka jest i osoby pokroju „ksapowca” Władysława Stasiaka zdecydowanie na niej nie przeważają.

Upadek nadziei, jakie pewnie kiedyś pokładano w KSAP to niestety nie „wypadek przy pracy” nad konstruowaniem nowoczesnej Rzeczypospolitej. Pamiętam jak skończyła się historia oficerów, których swego czasu Rzeczpospolita wysłała, by kształcili się w najlepszej a w każdym razie najbardziej prestiżowej szkole wojskowej świata w West Point.  Utknęli oni później, po powrocie z nauk na podrzędnych stanowiskach, upchnięci tam, jak się domyślano, by nie przeszkadzali „dziadkom” z generalskimi wężykami, zdobytymi raczej dzięki kompetencjom z moskiewskiej „woroszyłowki”.

Jeśli miałbym zamknąć symbolicznie eksperyment  „genetycznej modyfikacji” naszych państwowych elit, za jego kres uznałbym objęcie przez Donalda Tuska stanowiska „prezydenta Europy”. Oczywiście, tak jak wszyscy, wiem, że wedle oficjalnej wersji, był to niesamowity sukces, szalone wyróżnienie już nie tylko Tuska ale w jego osobie całego Narodu.

Nie mnie sadzić jak to jest z tym wyróżnieniem narodu. Mam swój pogląd na owo wyniesienie i, co chyba nie będzie zaskoczeniem, daleki jest on od oficjalnej, państwowej wersji.

Przypadek człowieka, którzy przez lata buduje swą pozycję, dochodzi do miejsca, w którym nieomal sam trzyma w garści cały proces decyzyjny państwa by z tego zrezygnować na rzecz reprezentacyjnej ale pozbawionej rzeczywistej władzy funkcji to znakomita ilustracja słów Sokratesa o dwóch drogach i celach, do których prowadzą.  Nie dam się przekonać, że uczynienie z uzyskania przez Tuska stanowiska w europejskich strukturach jednego z głównych celów naszej dyplomacji nie jest działaniem przynoszącym nam wstyd. 

Ja oczywiście jakoś nawet rozumiem, że dla niektórych zdecydowanie więcej warte jest bycie ósmym, dwunastym czy dwudziestym w Brukseli niż pierwszym w Warszawie. Tym bardziej rozumiem, że bycie tu czy tam niesie ze sobą pewne profity, które od siebie się znacznie różnią.
Niestety źle mi się kojarzy preferowanie innych stolic jako miejsc, w których chciałoby się ustawiać w hierarchii znaczenia.

Nic nie sugeruję tylko stwierdzam, że fatalnie mi się kojarzy. I w dodatku jest fatalną lekcją dla przyszłych „elit”.