niedziela, 19 kwietnia 2015

Coelho w Muzeum Holokaustu



Na sprawę wypowiedzi szefa FBI pana Jamesa Comeya, która tak rozpaliła bardziej świadomą cześć naszej opinii publicznej (niektórzy twierdza, że niczym czapka na złodzieju) pogląd mam sytuujący się gdzieś pomiędzy. Pomiędzy tymi, którzy sądzą, że Comey to zwykły idiota i nieuk a tymi, co twierdzą,  że nic podobnego a jego słowa były przemyślane i powiedziane z cała świadomością ich znaczenia. I coś tam znaczą albo zapowiadają.

Nie sądzę, że Comey to idiota. Myślę, że prędzej by Jankesi idiocie oddali prezydenturę niż to stanowisko, które oddali Comeyowi. Nie przesadzałbym jednak z doszukiwaniem się w tej wypowiedzi  jakichś ukrytych sygnałów, znaczeń i zapowiedzi zwrotu w polityce USA (Comey to ponoć wpływowy republikanin).

Myślę, że jest Comey mądry tym racjonalnym i charakterystycznym dla jego rodaków rodzajem mądrości, który sprawia że nie odczuwa on potrzeby posiadania wiedzy, która do niczego mu nie jest potrzebna. Tak, jak na przykład nam, co się szczycimy tym, iż wiemy, że taki Jenisej uchodzi do Morza Karskiego. I zostajemy z tym Jenisejem, którego nigdy na oczy nie zobaczymy, niczym ów Himilsbach z angielskim.

Wydaje mi się raczej, że za całe zamieszanie i za tę, faktycznie niefortunną a nawet głupią wypowiedź odpowiada nie nieuctwo czy zła wola Comeya. Odpowiada raczej, oczywiście bez winy ze swej strony, czas i miejsce. 

Myślę, że kiedy ktoś idzie w kwietniu do Muzeum Holokaustu by wygłosić przemówienie, jak bardzo byłby racjonalny, zaczyna czuć, sądzić, że tam musi powiedzieć coś doniosłego. Coś, co przejdzie do historii, poruszy miliony. Idzie i mówi.

Najczęściej zaś wychodzi z tego coś na kształt Paulo Coelho w wyjątkowo kiepskiej formie.

Mogło więc być tak, że całkowicie niezorientowany i dotąd niezainteresowany w kwestii kto, z kim, gdzie i po co dokonał Zagłady James Comey podreptał do Muzeum i tam, na szybko zapytał portiera, zapewne wnuka uchodźców z naszej części Europy, kto tam mu dziadków chciał mordować i usłyszał o „nazistach, Polakach i Węgrach”. Być może, gdyby przodkowie portiera pochodzili z Reims, Nijmegen czy Brugii, usłyszałby o „nazistach, Holendrach i Belgach”.

Oczywiście mogę się mylić. Często mylę się więc czemu nie teraz. Być może faktycznie Amerykanie wyznaczyli sobie na oberpolicmajstra kretyna albo też gdzieś w podziemiach Wall Street zapadła już nieodwołalna decyzja, że nie będzie gwiaździsty sztandar powiewał obok biało-czerwonej. Bo to zbrukana szmata jest…
W całej tej sprawie jest pewien element humorystyczny. Związany z artykułowanym nad Wisłą oczekiwaniem dymisji szefa FBI. Założę się, że wielu z tych, którzy chcieliby ustąpienia Comeya uważa Stany Zjednoczone za największe zło świata i cieszy się, że tak może temu „światowemu żandarmowi” (a kto lubi żandarmów?) dokopać.

Jest to alogiczne. Wyobraźmy sobie, że kiedyś z jakimś sojusznikiem (bo chyba nie sami gdyż wcześniej musielibyśmy pożyczyć od Amerykanów transportowe Herculesy) będziemy wyprowadzać ostateczny atak znad Potomaku w samo serce zła. Chyba lepiej, żeby za bezpieczeństwo bestii odpowiadał jednak kretyn…

Poważnie zaś uważam, że mamy w tym swoją winę. Że Comey, zamiast od nas, uczy  się od jakiegoś portiera… Polityka historyczna, pedagogika wstydu… Te rzeczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz