wtorek, 12 lutego 2013

Nie dawajcie sprawy „Starucha” Tulei!



Nie dawajcie! Bo wrażliwy sędzia, o ile mu rzecz jasna nie stwardniała w ostatnim czasie skóra, może tego nie przeżyć! Ciekawe czy zdąży wykrzyczeć, że to mu przypomina już nie stalinizm ale nazizm w czystej postaci. I będzie miał rację. Oczywiście w tych kategoriach, w których on rozumuje i wydaje sądy.
W ogóle ta sprawa, przyjmując dla jednych spodziewany a dla innych zaskakujący obrót, jest ciekawą ilustracją stanu naszego państwa czasu „prestiżowych sukcesów”. W jakiś tam sposób (z czym świetnie korespondują zbyt trudne do pojęcia przez Stokrotkę Moją Ulubioną słowa Romaszewskiego tłumaczącego się ze Staruchowicza) przypominającą wypisanie w 1976 pałkami na plecach niegrzecznym chłopakom z Radomia bilansu programu „Aby Polska rosła w siłę a ludzie żyli dostatnio”.
Wiem, że Piotr Staruchowicz aniołem nie jest. I pewnie do roli „więźnia stanu” III RP za bardzo nie pasuje. I, co oczywiste, wcale się o tę rolę nie ubiegał. Ale stało się i jakoś z tej matni propaganda obecnego układu rządzącego będzie musiała się wykaraskać. Jak się domyślam, w ten sposób, że za jakiś tam odprysk (może za tę „lampę” odpaloną piłkarzowi Rzeźniczakowi) zasądzi te odsiedziane 8 miechów. Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie sądził Igor Tuleja. I tego akurat nie piszę jako przytyku w stronę sędziego- publicysty.
Ale wróćmy do sprawy „więźnia stanu”. W tym ujęciu jest ona o tyle ciekawa, że nie kończy się tak naprawdę na samym „Staruchu” ale obejmuje też zdecydowanie mniej drastyczne ale nie mniej skandaliczne karanie białostockich kibiców za obrażanie „konstytucyjnego organu państwa” o nazwie Donald. Co prawda tylko grzywną ale kara jest karą i jako taka powinna być oceniana.
Z tego co widać i słychać, sprawa wojny Tuska z kibicami, jakiś czas temu ogłoszona zwycięstwem na punkty szefa naszej egzekutywy może mieć jeszcze jedną rundę w której „naczelny organ” zaliczyć może KO. I tu trzeba jedną rzecz jasno powiedzieć i pewną zaszłość przypomnieć.
Powiedzieć trzeba, że póki nie znajdzie się jakikolwiek twardy dowód w postaci choćby bilingu wskazującego, że się Kancelaria „Małego Pałacu” łączyła z gabinetem któregokolwiek sędziego czy prokuratora, prowadzącego sprawy przeciwko „wrogom państwa” umundurowanym w szaliki, oskarżanie Tuska czy kogokolwiek z jego otoczenia o nękanie wspomnianych wrogów będzie nadużyciem. W tym momencie wygląda raczej, że mamy do czynienia bardziej z wyglądającym przerażająco z punktu widzenia naszego zaufania do państwa i naszego poczucia bezpieczeństwa w relacjach z tym państwem desantem oczywistych „lizydupów”, którzy sami z siebie starają się po prostu odgadywać myśli tych, którzy nami rządzą i wyprzedać ich oczekiwania.
I tu musi się narzucać odczucie, że mamy do czynienia ze skutkiem tej atmosfery, której wywołanie zarzucano władzy poprzedniej. Chodzi o tę atmosferę, która u tak wielu powodowała tak wielkie duszności, ze się ze swym cierpieniem tak chętnie obnosili na łamach i w eterach. W wyniku obecnego nacisku na prokuratorskie kołnierzyki najpewniej „Starucha” potraktowano jakby szykował kolejny zamach na WTC a Donalda Tuska jako „organ” dopisano do konstytucji.
Ale choć cała sprawa może być jedynie wynikiem nadgorliwości chcącego się przypodobać ręce, która daje jeść „wymiaru sprawiedliwości” trudno zaprzeczyć, że jeśli sędzia Tuleya (albo ktoś taki jak on) rozniesie akt oskarżenia w proch i pył (a na to, sądząc z publikacji tych, którzy akt przeczytali a akta starannie przekartkowali), zdecydowana mniejszość rzecz cała uzna za kompromitację li tylko prokuratury. Większość będzie widzieć po prostu klęskę Donalda Tuska i jego odmiany III RP

poniedziałek, 11 lutego 2013

Wytłuczcie nas co do jednego!



Jeśli się przyjrzeć temu, co dzieje się od jakiegoś czasu po lewej stronie, szczególnie zaś wśród lewicowej elity, można odnieść wrażenie wyjątkowej niecierpliwości, która zaczyna przechodzić w jakąś niezrozumiałą nerwowość. Tak, jakby za kilka dni nasza Ziemia miała przestać istnieć a ambicją wspomnianej elity jest, by rozpadająca się Ziemia pękła jako lewicowy Eden. Oczywiście może to być taka zwykła niecierpliwość pomieszana ze złością, która wynika z tego, że my, czyli „konserwa” trzyma się ciągle mocno choć siły i środki, od lat rzucane by nas zmiękczyć są wszak niebagatelne. I niektórym zaczyna przychodzić do głowy, że mogą ziemskiego Edenu nie dożyć. I może to ich przerażać bo przecież na ten prawdziwy Eden raczej nie liczą.
Prawdę mówiąc miałem zamiar zwrócić wspomnianemu towarzystwu uwagę na znane rosyjskie przysłowie „tisze jedziesz, dalsze budziesz” i dodać by działali „bez nerw”. Nie tak, jak choćby panie z rodziny Hollandów, z których pani starsza „nie będzie więcej głosować na oszustów” a młodsza właśnie się pakuje do wyjazdu bo jej się Polska przestała podobać. Pani Agnieszce chciałbym złożyć skumulowane kondolencje. Po pierwsze, że mogła od razu na oszustów nie głosować a po drugie by się z tym „więcej” nie wyrywała tak publicznie bo szykują się właśnie do elekcji tacy oszuści, przy których ci dzisiejsi to przedszkolaki co najwyżej podmieniające mydełka kwiatkowego domina a ja dam sobie głowę uciąć, że właśnie na nich pani Agnieszka zagłosuje. Bo od oszustwa (chciałem napisać „cygaństwa” ale po „żydzeniu” pani Dykiel strach nieopatrznie szafować archaizmami).
Wszystko, ta złość i te pakowane walizki, przez „stereotypy kulturowe i religijne”, które sprawiają, że się tu żyć nie daje. Co prawda jeśli wierzyć „guglowi” ciężkie życie pani starszej oraz pani Kasi wygląda dość sympatycznie ale najpewniej to tylko pozory. Pewnie męczy się pani Kasia wykrzywiając usta w uśmiech do kolejnej sesji zdjęciowej czy też do kamery w „Pytaniu na śniadanie”. Bo przecież żyć tu się nie da.
Niestety dla pani Agnieszki, dla pani Kasi i dla całej reszty w lewo skrzywionych „stereotypy kulturowe i religijne” kształtują się przez stulecia. I myślę, że tyle samo czasu potrzeba, by je wyplenić. Oczywiście w drodze naturalnych procesów społecznych. Można to wszystko przyspieszyć ale niestety ma to z reguły dość burzliwy przebieg. I akurat pani Agnieszka coś na ten temat powinna wiedzieć bo swego czasu była dość blisko tego tygla, w którym próbowano te wszystkie „stereotypy kulturowe i religijne” utrzeć na taki macerat, z którego dałoby się ulepić całkiem nową jakość, nowego człowieka i nowe społeczeństwo. Podczas tego „ucierania”, jak pewnie pamięta pani Agnieszka, jednym z niezbędnych składników była krew.
To jakby przepis alchemiczny, taki kamień filozoficzny, bez którego z byle czego złota się nie da uzyskać.
Zatem, skoro już przy tym „sprawdzonym sposobie” jesteśmy, musi sobie pani Agnieszka i pani Kasia i cała reszta powiedzieć wprost, że wszystko musi jednak potrwać. Albo też trzeba będzie nas, obciążonych beznadziejnie tym „stereotypem kulturowym i religijnym” zwyczajnie wybić. Co do jednego. Niestety nie rokujemy żadnych nadziei na reedukację. A kmerska metoda wbijania „nowego światopoglądu” przez otwór wybity motyką w potylicy też jest czasochłonna.
Oczywiście zakładam, że dla pani Agnieszki i dla pani Kasi dzień dzisiejszy nie do końca jest stracony. W końcu jeden katol podał się do dymisji. Ale to krótka radość bo tylu ich jeszcze zostało.

sobota, 9 lutego 2013

Czy lemingi lubią d*** Maryny



Czytając omówienie niedawnego, sondażowego spadku poparcia dla PO i wysnuty ze „szczegółowego przeglądu tabelek” wniosek, ze się „żelazny elektorat” PO wkurzył postawą tej partii a właściwie jej „konserwatywnego skrzydła” ucieszyłem się. Nie, nie tylko z tego, że Platformie spadło, choć to oczywiście też. Ucieszyłem się, że nie mieszkam w „wielkim mieście” i z tego powodu na ten „żelazny” się nie łapię. I nie muszę w związku z tym zacząć popierać Platformy. A czemu bym musiał?
Pan Paweł Wroński, który się przyjrzał szczegółowo wspomniane tabelki i co tam ujrzał, zaraz opisał, zauważył, że ostatni spadek notowań PO, globalnie wynoszący 6 punktów procentowych wśród dotychczasowych zwolenników z miast od 500 tys. mieszkańców sięgnął aż 21 punktów a wśród posiadających wyższe wykształcenie 18. I zawyrokował, że mieszkańcy wielkich miast, szczególnie ci najlepiej wykształceni nie mogą Platformie darować, że się ze związkami partnerskimi nie mogła uporać. To taka nawet nie zawoalowana sugestia pana redaktora, adresowana do władz PO, by temat jak najszybciej przepchnąć przez machinę legislacyjną bo wykształcony naród „nie wytrzyma”. Wyszło mi, że jeśli swym głosem nie wesprę PO w wymienionym „segmencie elektoratu” faktycznie „Gowiny” wrócą ciupasem i podniosą rękę tam, gdzie jeszcze nie tak dawno trzymały ją pod kołderką. Znaczy na kołderce. Na szczęście nie łapię się na te „wielkie miasta”.
Ale nie tylko dlatego poczułem się zwolniony z  obowiązku. Pod tekstem Wrońskiego znalazłem znakomite podsumowanie. Krótsze niż panaredaktorowe „szczegółowe przeglądanie tabelek” ale mające w sobie więcej twardej logiki niż cała twórczość redaktora.
Normalnie jaja. Przyczyna związki partnerskie, a Palikotowi nie wzrosło. Nie róbcie ludziom wody z mózgu. Prawdziwą przyczyną jest gospodarka. Lemingi zaczęły odczuwać 'zieloną wyspę". Napisał komentator agap.e. I nie był wcale jedynym, który prezentował diametralnie inny punkt widzenia na przyczyny dołowania partii rządzącej w ostatnim badaniu niż pan Wroński.
Ale akurat z punktem widzenia agap.e nie do końca się zgodzę. Nie mam nic przeciwko temu, by Wroński i Agora nadal tę wodę z mózgów robili. Niech przekonują, że ci z „wielkich miast” mający wyższe wykształcenie o niczym innym nie marzą jak o tym by móc legalnie wchodzić w związki partnerskie. Taka woda z mózgów strategów Platformy to znakomita substancja. Ona sprawi, że w kraju, w którym narastają poważne problemy gospodarcze i społeczne elita władzy będzie skupiona na „d*** Maryny”. Przypadkiem mi takie dwuznaczne zdanie wyszło. Oczywiście jest jakaś, może i niemała grupa byłych a może i aktualnych ale na ten moment lekko zawiedzionych wyborców Platformy, legitymujących się świetnym wyksztalceniem i równie świetnym adresem, którzy nie kiwną palcem za PO póki ta nie zrobi przeróżnym partnerom dobrze. Ale nie dam się przekonać, że spośród wszystkich problemów, jakie wykształcony człowiek (choćby i wyborca Platformy) jest w stanie zobaczyć przede wszystkim tę „dyskryminację”.
Ja oczywiście wiem, ż pan Wroński nie pisze jak jest, tylko jak by chciał, żeby było. I on i całe środowisko maja swoje priorytety a do tego naprawdę ogromne możliwości kształtowania opinii społecznej. Przynajmniej tej jej części, którą łatwiej zbadać niż jakąkolwiek inną. I wcale go agap.e nie złapał na niezrozumieniu problemu. Złapał go na takim drobnym elemencie inżynierii społecznej, robionej na zasadzie „a nuż się uda”. To prosty chwyt w rodzaju „kto nie skacze ten…”. Nie mam pojęcia ilu z tych, którym się ostatnimi czasy to lub owo przestało podobać zacznie skakać z panem Wrońskim tylko dlatego, że lubi się tak fajnie identyfikować. Sądzę, że całkiem sporo będzie takich, którym zobojętnieje to, że chłodno i głodno bo im starczy, że dwa piętra niżej jakiś tam związek partnerski zostanie zalegalizowany sprowadzając życie społeczne do d***. Maryny rzecz jasna.

piątek, 8 lutego 2013

Donald Tusk też nie ma jaj



Jadąc dziś sobie w sprawach służbowych, słuchałem jednego zaprzyjaźnionego radia, które nieomal transmitowało jak pan Donald Tusk już ładuje do worów te miliardy, które nam z Brukseli przywiezie. Ale to akurat mniej mnie zainteresowało bo po „zaprzyjaźnionych mediach” trudno spodziewać się czegokolwiek innego, jak tylko obrazu pana Donalda w pozie heroicznej. Zainteresowała mnie informacja, dodana jako taki „gratis” do opisu przewag pana Tuska na polach Brukseli. Otóż w czasie omawiania, jaki to sukces Europa, a z nią i Polska odniosły przyjmując a raczej nie odrzucając kolejny raz wieloletniego budżetu, wspomniano, że sprawa tak do końca nie jest jeszcze przyklepana bo kilka państwa ostro walczy jeszcze o „swoje”. Wymieniono Czechy, Rumunię i Łotwę. Uważasz, czytelniku, Łotwę. Wszystkie przy nas to jakaś drobnica w sumie bo my wszak jesteśmy europejskim prawiemocerstwem a nasi politycy to „lepsza drużyna”, która by pewnie i Chinami pokierowała nie przycierając lakieru sąsiadom.
Powie ktoś, że protestować sobie mogą bo na swoje wewnętrzne  potrzeby polityczne pracują, by się tam obywatelom pochwalić, że twardo grali.
Ale zaraz czytam, że „Jeśli chodzi o rolnictwo, dokładnej sumy jeszcze nie ma, ale zgodnie z tym projektem, jest niemal pewne, że z puli prawie 30 miliardów euro Polska straci około pół miliarda euro. Stanie się tak, bo przewodniczący Rady Europejskiej podarował prezenty kilkunastu krajom.*
Stoi, że „kilkunastu krajom” a dalej, że „Polska straci”. Te „kilkanaście krajów” to obok Francji i Włoch także Czechy i Słowenia. I dostaną one, bo się Polsce utnie. Może ktoś powie, że pól miliarda to szczegół ale chodzi o zasadę. O to, że z ekip, które pojechały do Brukseli taka Słowenia czy Czechy wrócą i powiedzą obywatelom, że twardo stawali i w końcu coś ugrali. Nasz najważniejszy przedstawiciel też będzie pewnie coś tam mówił o sukcesie ale w jego wykonaniu będzie to pewnie tłumaczenie, że mogliśmy oddać więcej ale on nie dał.
W sumie nie wiem jak tam radził sobie pan Tusk. Nie wiem czy równie skutecznie jak Słoweńcy i równie odważnie jak Łotysze. Czy tak jak oni zainteresowany był interesem swoich rodaków i swojego kraju czy raczej wpatrzony w Europę, jako „wielką rodzinę krajów”. Jeśli to pierwsze, pozostanie pytać czemu Słoweńcom dano a nam zabrano, jeśli to drugie, pytać trzeba czemu tylko on. Nie chcę wierzyć ale niestety nie wykluczam, że tylko on z całej tej ferajny ma jakąś tam wizję proporcji między poszczególnymi członkami Unii i wynikającej z nich hierarchii. Której, z racji tego, że tylko on ją widzi, tylko my musimy się poddać.
Choć ten realizm z pozoru świetnie świadczy o naszym Premierze, jest dokładnie tym samym, czym był realizm gości, twierdzących wiele lat temu, że pociąg poruszający się z prędkością ponad 20 km/h spowoduje urwanie głów siedzących w nim pasażerów.
Głów nam nie urwie nie tylko dlatego, że tamci się mylili. Nie urwie i z tego powodu, że dzięki panu Tuskowi i jego „lepszej drużynie” takiej szybkości, która mogłaby to sprawić, nie osiągniemy. Będziemy w związku z tym mogli pomachać Słoweńcom gdy nas będą mijać doładowani miliardami, które z naszej puli wyrwali.
Ktoś zapyta skąd tytuł. W zasadzie to jasne ale proszę samemu tę zagadkę rozwiązać.

czwartek, 7 lutego 2013

Janicki jest idiotą, Janicki jest idiotą, Janicki jest…



Miałem pisać o czymś zupełnie innym (z wrażenia nawet nie pamiętam o czym) kiedy przeczytałem informację o „udostępnieniu” przez szefa BOR „Gazecie Wyborczej” tajnej dotychczas a odtajnionej właśnie przez Janickiego teczki, dotyczącej organizacji wizyty Lecha Kaczyńskiego w Katyniu w 2007 r. I nie pozostaje mi nic innego jak stwierdzić, że szef BOR, generał Marian Janicki w mojej ocenie jest największym nieporozumieniem kadrowym III RP i oczywistym idiotą. Gdyby był idiotą tylko na swój własny użytek, rzecz cała, mówiąc kolokwialnie, latałaby mi koło d**y. Jednak pan Janicki jest tym idiotą w służbie państwa i to w dodatku na stanowisku, które decyduje i odpowiada za bezpieczeństwo najważniejszych osób państwa. Swoją droga, z uwagi na to, że obecne „najważniejsze osoby w państwie” pasują mi tak sobie, w zasadzie powinno mi zwisać to, że im akurat nie robi fakt, że powierzają swe bezpieczeństwo albo i życie komuś, kto dla mnie jest oczywistym i skończonym idiotą. Jednak to moje państwo, moje, choćby i najpośledniejszej jakości „najważniejsze osoby w państwie” i w związku z powyższym oburza mnie działanie wbrew interesowi tego mojego państwa. Jeszcze bardziej oburza mnie to, jakie przesłanki stanęły za tym skrajnie nieodpowiedzialnym i oczywiście durnym krokiem naszego szefa ochrony państwa i uosabiających je osób.
Jak się dowiedziałem, powodem było to, że jacyś wcześniejsi szefowie BOR źle ocenili sposób, w jaki organizował on wizytę Prezydenta w Smoleńsku i w Katyniu. Tu taka uwaga, ze nie musiał brać tego do siebie. Wszak nasz bohaterski generał już wrobił w to swego nieżyjącego więc nie mogącego się bronić podwładnego i ponoć kolegę.
To, że tamte wcześniejsze wizyt były (być może) organizowane jeszcze gorzej nie ma dla tego, co zrobił pan Janicki, który w moim mniemaniu jest oczywistym idiotą. Zdradzanie tajnych (panie bałwanie Janicki te teczki miały z jakiegoś istotnego powodu klauzulę tajności!) informacji by wybielić siebie lub pogrążyć konkurentów) albo przeciwników pokazuje, ze ów pan, który wedle mnie nie raz dowiódł, że jest idiotą, ma za nic interesy państwa i skupiony jest wyłącznie na sobie. I dla tej miłości własnej czy może dla chronienia własnej d**y jest w stanie zaryzykować interes państwa.
Udostępnianie tajnych materiałów dziennikarzom jest niczym innym jak udostępnianiem im wszystkim w koło. Udostępnianie wszystkim w koło materiałów dotyczących sposobów zabezpieczania najważniejszych urzędników w państwie nie są informacjami, które wszyscy w koło powinni poznać. I jeśli nie pojmuje tego Janicki, co mnie zresztą nie dziwi skoro uważam, że jest on skończonym idiotą, powinni to wiedzieć ludzie, którzy są władni pozostawić go na obecnym stanowisku lub go z niego wywalić. Leży to tak w interesie państwa jak i w ich własnym. Nie sądzę by byli zainteresowani ani tym bardziej zadowoleni z faktu, że ich ochronę organizuje ktoś, kto dla mnie (jak sądzę, nie tylko) jest oczywistym idiotą.
Jeśli Janicki uznał, że jego poprzednicy wypełniali swe obowiązki jeszcze gorzej, powinien rzecz przekazać do sprawdzenia prokuratorom a nie redaktorom z Czerskiej. Nie wiem czy on w ogóle wie, że na Czerskiej nie mieści się żaden organ państwa tylko całkowicie prywatna spółka prawa handlowego. Może oczywiście tego nie wiedzieć będąc, jak mniemam, skończonym idiotą.
Mam tylko nadzieję, że znajdzie się w tym kraju ktoś, kto zwróci się do Prokuratora Generalnego z prośbą o sprawdzenie, czy odtajnienie materiałów służby chroniącej najważniejsze osoby w państwie powinno się odbywać w takim celu i w oparciu o takie przesłanki.