niedziela, 3 października 2010

Bolszewicy vs dopalacze czyli prawo i bezprawie.

Wiem, że czasem jest tak, że słuszna idea, czy choćby słuszny cel przesłania ogółowi fakt, że idzie się do niego jak najbardziej niesłuszną drogą. Droga, która na dobrą sprawę bez wątpienia powinna być określona bardzo konkretnym słowem – lincz. Lincz jest linczem bez względu na to czy dokonuje go uzurpujący sobie prawo do tego obywatel czy nie mający prawa tak postępować jak postępuje przedstawiciel organu państwa. Wiele jest sytuacji w których świadek obserwujący i mający świadomość tego co obserwuje, nawet najbardziej ewidentnych sytuacji dochodzenia prawa poprzez oczywiste bezprawie ma problem ze sobą bo mu to najzwyczajniej nie przeszkadza. A nawet się podoba. A to już rzecz, której nie wolno lekceważyć. Bo rzeczy przyjemne i akceptowane w nawyk wchodzą łatwiej niż te kłopotliwe.

Przyznam, że w sprawie ostatniej rozprawy z handlem dopalaczami próbuję rozdzielić sferę emocji i kwestie prawne. Rozumiem i podzielam i obawy i oburzenie związane z tym, co dzieje się i ostatnio jest nagłaśniane za przyczyną tych specyfików. Jednak czym innym są emocje obywateli a czym innym (mam przynajmniej nadzieję) oparte na zasadzie legalizmu działania organów państwa. Staram się dociec jak ma się do obowiązującego stanu prawnego akcja, która polega na wkroczeniu funkcjonariuszy państwowych do legalnie działających punktów handlowych, obracających towarem, którym obrót jest legalny i powodowanie, że te punkty tracą na jakiś czas możliwość prowadzenia swej legalnej działalności.

Jak dotąd pewne jest, że w tej sprawie decyzję podjął „zespół rządowy” z Premierem na czele czy też, jak podają inne źródła, Minister Zdrowia. Jaką formę miała decyzja? Nie mam pojęcia. W każdym razie sama realizacja tej „bitwy” zarządzonej przez Premiera miała przebieg następujący:

Oto do handlujących dopalaczami zgłosili się inspektorzy z towarzyszeniem funkcjonariuszy policji by dokonać kontroli. Miła ona sprawdzić, czy w kontrolowanych punktach nie obraca się zabronionym specyfikiem. Oczywiście obracało się jak najbardziej. I jak mogło być inaczej, skoro o tym, że specyfik jest zabroniony sprzedających informowali kontrolerzy. Tu dodać należy, że zakaz został wprowadzony w tym samym dniu, w którym na jego podstawie przeprowadzono kontrole. Najciekawsze jest to, że w trakcie kontroli zabezpieczono zabroniony środek w celu… przeprowadzenia badań laboratoryjnych.

Najciekawsze jest to, że kontrole kończyły się nakazem zamknięcia placówek. Niezastosowanie się do niego, jak oświadczył rzecznik Komendanta Głównego Policji, grozi karą pozbawienia wolności do lat dwóch. By było groźniej… albo zabawniej kara ta grozi też tym, którzy w takim punkcie dokonają zakupu. I to dopiero jest ciekawe. Wychodzi bowiem na to, że w Polsce o wprowadzeniu penalizacji jakiegoś rodzaju działalności może z dnia na dzień zdecydować… Główny Inspektor Sanitarny!!!!!
Tenże Rzecznik Komendanta, komentując wczorajsze wydarzenia dokonał bardzo istotnego podsumowania akcji.

„To nie jest ostateczny krok w walce z dopalaczami. Ostatecznym krokiem będzie zmiana prawa.”


Konkludując, w chwili obecnej, w której tak radykalnie zawalczono z procederem, prawo nie pozwala na… walkę z tym procederem. Trzeba je zmienić. Trzeba je zmienić tak, by wiedzieć czy dopuszczony produkt jest groźny dla życia lub zdrowia. Czyli teraz nie wiadomo czy jest groźny czy nie.

Rozumiem to, że większość opinii publicznej jest cała akcją zachwycona. Bo tu ludzkie życie a tam jakieś przepisy i jakaś „praworządność”. Ale mimo wszystko uważam, że na taki sposób działania nie powinno być zgody. Bo jest to sposób, który wcale nie pokazuje sprawności państwa ale coś wręcz przeciwnego! Umiejętność załatwiania na szybko i doraźnie problemów, które już się ujawniły ze swoimi ciemnymi stronami. Jest to też działania w oparciu o wyjątkowo prymitywny mechanizm. Kojarzący mi się z latynoamerykańskimi populistami w typie Perona uznającymi, że cel uświęca środki. Ten schemat w naszych realiach ćwiczyliśmy już przy okazji zapowiadanych przez Tuska rozwiązań antypedofilskich.

W całej tej szopce z dopalaczami znalazłbym oczywiście ślad dobrej woli rządzących. Ale tym śladem byłoby coś, o czym nie usłyszałem i co, jak się domyślam, nie nastąpiło. I nie nastąpi. Uznałbym, że faktycznie Państwo ma zamiar chorą sytuację związaną z tym, że w oficjalnym obrocie znajdują się u nas środki, o których od dawna pisało się i mówiło w mediach w bardzo określonym kontekście, ma zamiar naprawdę działać gdyby to działanie zaczęto od wywalenia na zbity pysk osób, które w zakresie swych obowiązków mają choćby monitorowanie takich sytuacji i wyciąganie na podstawie takich działań wniosków. Wniosków, którymi mogłyby być właśnie propozycje zmian legislacyjnych. Te, o których teraz dopiero się myśli.

Obecna władza i w tej i we wspomnianej sprawie pedofilii udowodniła, że jest w stanie naprawdę działać dopiero wtedy gdy i ona i całe społeczeństwo dostaje w serwisach bardzo konkretny przypadek gwałconego dziecka albo trupy po dopalaczach. Dla niej sama świadomość istnienia zjawiska to za mało. I kiedy już działa to robi to w stylu „wejście smoka skrzyżowane ze słoniem w składzie porcelany”. Zresztą to nasz sport narodowy. Którego zasady sprowadzają się do tego że place zabaw kontroluje się jak jakaś huśtawka JUŻ gdzieś jakieś dziecko zabije a autobusy wożące uczniów na wycieczki lub wakacje po jakiejś widowiskowej drogowej masakrze. Tak jakby w naszym języku słowo „profilaktyka” nie istniało. Albo jakby na nim kiedyś ktoś nadrukował „radykalne działania z użyciem służb porządkowych”.

To zaś powoduje że ani nie życzę sobie ani nie ukrywam, że boję się tego, że władza obecna zaczyna załatwiać spraw w ten sposób, że najpierw wyprowadza na ulice policję a dopiero po tym mówi coś niejasno o koniecznych zmianach w prawie.
Takie postępowanie ośmielę się nazwać bolszewickim. Teraz jest ono podjęte w sprawie, w której władza może liczyć na poklask społeczeństwa. Ale nauczona złym doświadczeniem może zrobić to i przeciw społeczeństwu. No bo jakie mamy gwarancje że nie? Prawo? Zmieni je później…

Powszechny aplauz po tym, w moim odczuciu, jawnym bezprawiu w walce z niepokojącym zjawiskiem, przypomina mi anegdotę z czasów wszechwładzy i kultu jednostki w Rosji sowieckiej. Stalin, zirytowany tym, że najbardziej świadomi ponoć obywatele zatracili całkowicie jakikolwiek rozsądek przejawiający się oporem przeciwko władzy nawet wówczas gdy nie ma ona racji, postanowił dać narodowi nauczkę. Wezwał na Plac Czerwony najbardziej oddanych komunistów i przemówił do nich mrowiąc, że nadszedł czas ostatecznego poświęcenia dla kraju. Aplauz zebranych. Że każdy musi ponieść najwyższa ofiarę. Aplauz zebranych. Że dotyczy to nie tylko ich ale i ich rodzin. Aplauz zebranych. Słowem, że każdy uczciwy komunista wraz ze swoją rodziną musi się dla dobra ZSRR powiesić. Aplauz zebranych. Nagle w tłumie widać jedną podniesioną rękę. Stalin z nadzieją w sercu dostrzega ją i pyta jej właściciela jakie ma wątpliwości. Ten pyta:

- Towarzyszu Stalin. A sznurki mamy mieć swoje czy państwowe?

Cóż za różnica towarz… obywatele III RP? Cóż za różnica…?

Na podstawie:
http://www.tvn24.pl/0,1676139,0,1,to-nie-ostateczny-krok-w-walce-z-dopalaczami,wiadomosc.html
http://wyborcza.pl/1,75248,8456221,Antydopalaczowa_akcja_w_calym_kraju__inspektorzy_sanitarni.html
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Pogrom-sanepidu---zamknieto-797-sklepow-z-dopalaczami,wid,12722028,wiadomosc.html?ticaid=1afe7

sobota, 2 października 2010

Lewica (na kanwie ostatnich zdarzeń…).

Dość dawno napisałem, że Polska potrzebuje nurtu lewicowego. Prawdziwej lewicy, która zwolniłaby z obowiązku „troski o najsłabszych” te, która lewą stronę naszej sceny zajmuje obecnie. I troszczy się głownie o siebie. W zasadzie trudno się nawet jej dziś czepiać z tego powodu bo istotnie tak słaba dawno nie była.

To, że wracam do tematu, choć jak wiadomo ten nurt uważam za potrzebny nie dla mnie osobiście lecz jako dyscyplinujący i mobilizujący nurt prawicowy oraz centrum, zawdzięczać należy ciekawemu zbiegowi ostatnich zdarzeń.

Przede wszystkim dziś swą działalność zainauguruje kolejna „wielka nadzieja lewicy” co już od jakiegoś czasu pokazuje zęby Napieralskiemu i jego ekipie. Że niby rozszarpie ich na sztuki. A później pewnie nas…

Druga okoliczność to humorystyczne stanowisko dotychczasowej „wielkiej nadziei lewicy”, tu reprezentowanej przez „Stowarzyszenie im. Stanisława Brzozowskiego”, odwołujące się w sporze z Jarosławem Kaczyńskim do, powiedzmy, swej „działalności programowej” oraz preferencyjnych warunków, na jakich jest ona prowadzona.
Cóż. Lewica w Polsce chyba już nie doczeka się w tak zwanym „głównym nurcie” niczego, co nie byłoby karykaturą tego, jak powinna lewica wyglądać. W miejsce dzisiejszego nieporozumienia programowo- ideowego, zwanego SLD ma się pojawić partia, ruch czy też stowarzyszenie budowane do spółki przez wódczanego milionera, czterdziestopięcioletniego chłopczyka wożącego się porsche 911 i paru równie zaprawionych w „walce klas” gigantów. Dołączy do niego nadto jedna z „twarzy” (przynajmniej tak sądzić można na podstawie częstotliwości pojawiania się w programach telewizyjnych) rządzącej „centroprawicy”.

Konkurencja, z którą, przyznaję, jakieś nadzieje na wykolegowanie PZPR-owskich sierot sam niegdyś wiązałem, też nie „zasypia gruszek w popiele” (kto wymyślił tę idiotyczną, zakodowaną już powszechnie formę z nieszczęsnym „zasypia”?). Tworzy, działa, wydaje performuje… I ma szczęście jak cholera no bo czy to ich wina, że akurat Rada Dzielnicy miała na podorędziu 1300 metrów kwadratowych? Czy to ich wina, że te metry kwadratowe znajdują się akurat pod adresem Nowy Świat? Czy wreszcie to ich wina, że wspomniana Rada zaśpiewała sobie te 12 zł za metr? No nie ich!
Nie tak dawno, z Kobietą Moją Kochaną przechodziliśmy koło północy przy „Nowym Wspaniałym Świcie”. Od razu było widać, że miejsce jest wzięte i na mapie stołecznej kultury potrzebne. Sądząc z frekwencji nawet bardzo. Przez spore witryny widać było jak sprawnie wyginają ciała przy aktualnych trendach muzycznych młode i powabne adeptki lewicowej myśli, jak w tym tańcu ich partnerzy (oczywiście płci obojga!) starali się pozostawić na czole choćby ślad zatroskania o ludzkość i okolice. A przed wejściem cerberzy selekcjonowali oczekujący tłumek. Ciekawe z czego odpytywali by nie wpuścić jakiegoś „prawicowego” albo nie daj Boże „nacjonalistycznego” odchylenia.

O „lewicy „ Palikota usłyszymy szybko. I nie mam wątpliwości, że będziemy słyszeć często i intensywnie. Zadba o to już teraz zachwycona ta część mediów, która dotąd była „zaprzyjaźniona” tak intensywnie, że zdawała się „nie mieć bogów innych przed mną”. Napisałem „lewica” w cudzysłowie bo nie mam wątpliwości, że poważnie brać tego rzeczownika w odniesieniu do tego zjawiska nie ma po co. Już w chwili, gdy wrota Pałacu (ściślej zaś Sali Kongresowej) jeszcze oczekują na otwarcie, do obozu byłego „centroprawicowego” barona Lubelszczyzny doszlusowują kolejni rzecznicy „środowisk defaworyzowanych”, którzy skazują już na starcie i tę inicjatywę na tupanie wokół bardzo określonych, by nie rzec oklepanych tematów, które na dłuższą metę społeczeństwo mogą raczej zirytować niż porwać. I nie ma co tu wymachiwać Palikotem bo jego dotychczasowa aktywność polityczna wskazuje, że wielu konkretów spodziewać się nie należy.

O „lewicy” Sierakowskiego raczej nie usłyszymy. Nigdy. Mimo buńczucznych zapowiedzi tegoż że pokaże. Nie usłyszymy bo znalazła ona sobie niszę, w której czuje się jak pączek w maśle. Tak dobrze, że nie zauważyła, iż właśnie jej ktoś pakuje się w szkodę. Jakiś czas temu czytałem opinię o tym środowisku jako o zjawisku, które znalazło sposób na przejęcie kontroli nad umysłami tych, którzy są ponoć przyszłością i polityki i państwa czyli pokolenia aktywnych i ukierunkowanych na działalność społeczną „młodych i wykształconych”. Ponoć tym czarodziejskim kluczem jest kultura. Nie wiem ile prawdy jest w tej kontroli. Ale jeśli coś jest na rzeczy to nie da się ukryć, że w tej chwili pojawia się moloch, który jednym haustem pożre cały owoc mrówczej pracy dziewczyn i chłopaków spod sztandaru ze Stasiem Brzozowskim. I tyle z tego wysiłku pozostanie. Bo owoc ewidentnie idzie na zmarnowanie.

Czy będziemy słyszeć o lewicy Napieralskiego? Owszem. Przecież nie ma zamiaru oddawać pola bez walki. I być może to ona będzie największym beneficjentem ruchu Palikota. Raz, że ma kadry i zaplecze. Dwa, że te kadry i to zaplecze znajduje się w mocno rozbudowanej strukturze. Trzy, że to goście, którzy wiedzą o co w tej zabawie chodzi. Cztery, że mają jakiś tam „żelazny elektorat”. Pięć, ze wreszcie ma asumpt do tego, by podnieść wreszcie tyłki i wziąć się do roboty jeśli chce przetrwać. Palikot zaś pokazał, że w organizacji i konkretnych działaniach nie jest najlepszy. I nie trzeba przywoływać tu ani przykładu „przyjaznego państwa” ani rozdrapywać wyborczego wyniku PO w jego mateczniku. Wystarczy zastanowić się jaką „wartość dodaną” wytworzył on dotąd będąc politykiem „prawicy”.

Ni i co wreszcie z PO? O tym chyba nie tutaj. Wszak PO to ponoć prawica.

piątek, 1 października 2010

Biskup i zadeklarowana lesbijka czyli koniec republiki.

(długie)
Nie trudno zauważyć, że za kulisami największych bitew wojny polsko- polskiej rozpalał się, będący być może najprawdziwszą choć wcześniej mało eksponowaną przyczyną tamtych zmagań, spór o rządy dusz zamieszkujących przestrzeń między Bugiem a Odrą. Co ciekawe, wydaje się, że w sporze tym górą jest i, co przyznaję zarówno z żalem jak i z lękiem, zapewne pozostanie ta strona, która w coś takiego jak dusza nie wierzy. Będzie ona górą choć z pozoru realna ocena układu sił wskazywać powinna, że szanse ma niewielkie. Ale tak to jest, że w każdej walce zwycięża ten, kto potrafi wskazać pole, na którym będzie się ona toczyła.

Spór, o którym piszę jest konfliktem, który paradoksalnie równocześnie wpisuje się w fundament obecnego systemu jak też bez najmniejszych wątpliwości rozsadza ten system. Paradoks polega na tym, że jego istotę próbuje się opisywać jako walkę toczoną w imię nienaruszalności demokratycznych reguł ale bez wątpienia z klasycznie pojmowaną demokracją wcale ewentualnym jej obrońcom nie po drodze. Stąd wziął mi się ów „koniec republiki w tytule”. Ale zaczerpnąłem go też z podążającego w podobnym kierunku co moje wynurzenia, tyle, że zdecydowanie bardziej skupiającym się na sferze realnego zarządzania i to głownie zarządzania finansami świeżo skleconej europejskiej wspólnoty, artykułu Ziemkiewicza z wczorajszej „Rzeczpospolitej” zatytułowanego „Europa czyli nowa Jugosławia”*. W nim, (streszczając w znacznym uproszczeniu) opisując „wyjmowanie” z demokratycznych reguł i oddawanie w ręce fachowych (mniej lub bardziej) technokratów coraz to nowych obszarów kierowania wspólnotą, przedstawia Ziemkiewicz pokrótce ewolucję Unii od rzymskiej republiki aż do Jugosławii tuż przed jej upadkiem. Jugosławii, w której rolę Tity odgrywa Komisja Europejska i cała reszta europejskich struktur.

Oczywiście samo hasło „Jugosławia” i zaakcentowanie przez Ziemkiewicza kwestii „narodowych imperializmów” powinno budzić grozę. I budzi.

Ja chciałbym do problemu zabawy demokracją odnieść się pozostając na rodzimym podwórku. To bowiem, co wykluło się nam jako efekt politycznego rozegrania emocji pierwszego półrocza roku 2010 jest ze wszech miar ciekawym przejawem tego, jak bardzo nie po drodze jest z demokracja tym, którzy pewnie pierwsi zapisaliby się na „żywe torpedy” gdyby padło hasło „Demokracja w niebezpieczeństwie”.

Pierwszy raz w sposób ewidentny, nie pozostawiający wątpliwości i odarty z jakichkolwiek subtelności z rzeczywistym stosunkiem liberalnej części naszych elit politycznych zetknąłem się bodaj przed kilkunastu laty przy okazji, która należała do tych najbardziej dzielących świat na „oświecony” i pozostający w „odmętach ciemności”. Nie pamiętam dokładnych kulis sprawy ale rzecz dotyczyła jakiejś spektakularnej zbrodni i towarzyszących jej głosów „opinii społecznej” domagających się przywrócenia kary śmierci i bezwzględnego zastosowania jej wobec sprawców. Zapytany wówczas o opinię na temat tego naprawdę dominującego nad głosami przeciwnymi vox populi polityk ówczesnej Unii Wolności a dziś senator PO zirytowany oświadczył publicznie, że w tak drażliwych i wrażliwych kwestiach nie tylko nie można ale i nie wolno decyzji zostawiać poddającemu się łatwo emocjom tłumowi.
W tym rzecz. Tłum łatwo poddaje się emocjom. Równie łatwo to sprawić jak też wykorzystać jako argument świadczący na rzecz pozbawiania tegoż rozemocjonowanego tłumu kompetencji decyzyjnych w kolejnych sprawach a nawet całych obszarach życia społecznego. Choć bez dwóch zdań zbyt demokratyczne to nie jest. Ale czy musi? W demokracji w zasadzie tak…

I tu przejdę do zasygnalizowanego w tytule sporu o wartości a w istocie o rząd dusz. Gdyby podejść do niego statystycznie, czyli w sposób, który powinien tak naprawdę być jedynym stosowanym w systemie demokratycznym, to bez wątpliwości zadeklarowana lesbijka szans z biskupem mieć nie powinna. Wszak wedle (jak mawia ten i ów zawyżonych) szacunków, za nią stoi jakieś 10% społeczeństwa a za biskupem koło 80%. Nawet jakby wziąć pod uwagę tych w światopoglądowym i moralnym „rozkroku” to i tak wynik wydawałby się przesądzony.

I z tego powodu właśnie zapomnieć trzeba i statystyce i o republice i o całej tej demokracji. Jakże przydatny w tym przypadku okazuje się klasyk, wedle którego decydują nie masy lecz kadry. To one toczą ze sobą bitwę a masy uruchamia się dopiero wtedy, gdy kadry są już pewne, że masy przemówią ich głosem.

W kwestii kadr wyjaśnić trzeba jedno. Nie chodzi tylko o potencjał ludzki ale i o zaplecze techniczne. „Techniczne” w tym znaczeniu oczywiście, w jakim zapleczem są media. Czy to elektroniczne czy tradycyjne. Właściwie można przyjąć, że „posiadanie” tego zaplecza całkowicie ustawia, a w naszym przypadku ustawiło wynik rywalizacji. I nie tylko dlatego, że jedne kadry mogły na nie liczyć a drugie nie. Raczej dlatego, że drugie też chciały. I to był ich błąd największy.

Same „kadry” w tym konkretnym przypadku właściwie to nic porywającego. Z jednej strony jakaś tam liczba znanych nazwisk, które przez całe swoje publiczne i społeczne życie nie nauczyły się niczego innego ponad pisanie płomiennych „listów otwartych” a po drugiej „nowe twarze Kościoła”. „Twarze”, które zastanawiają (niektórych wcale a wcale…) zarówno swą skłonnością do działań wyłącznie defensywnych a z drugiej wiarą, że w ten sposób mogą stać się pupilami massmediów. Jak, nie przymierzając, jaki Wajda czy inny Olbrychski. I w tym zapewne celu uciekają się do rozmaitych, osobliwych performance budzących zdumienie i brak zrozumienia większości ich „owieczek”. Ale żeby tylko zdumienie i niezrozumienie. Również pomieszanie w głowach. A z pomieszanych głów pożytek jest żaden.

Przy takim podejściu nie da się wygrać ani w mediach ani w opinii społecznej nawet tak durnego starcia jak bój z idiotami twierdzącymi, że nauczyciel- homoseksualista może uczyć w katolickiej szkole i dlatego właśnie katolik nie może być ministrem od równości. Głupio to uprościłem? Ależ ja niczego nie uprościłem bo tego cały spór dotyczy. A że paru etyków umie obudować go słowotokiem zaś społeczeństwo ten słowotok kupuje to już zupełnie inna sprawa. Inna ale istotna i wymagająca zastanowienia po stronie tych potencjalnie skazanych na zwycięstwo, którzy tak sromotnie przegrywają. Już dawno powinni oni pojąć, że polityka giętkich kolan to też polityka „bolącego tyłka”. Mam pewność, że w końcu to do nich dotrze ale i obawę, że wtedy będzie już za późno. I gdy zagrzmią nieuniknionym „non possumus!” w odpowiedzi usłyszą jeden masowy ryk śmiechu. Śmiechu, który połączy w jedno i gejów i liberałów i ateistów i wreszcie masy katolickich „owieczek”. I, gdyby nie przewidywane dalsze konsekwencje tego hipotetycznego zdarzenia, rzekłbym bez wahania, że usłyszą to, na co zasłużyli.

Ziemkiewicz u siebie zauważa, że, zdaniem możnych i mocnych, ekonomia to nie jest miejsce, w którym można pozwolić motłochowi decydować. To, co wynika z naszego, wcale przecież nie występującego tylko u nas, konfliktu o generalia świadczy o tym, że nie tylko ekonomia. Z czasem chyba wszystko zabrane zostanie „nieprzewidywalnemu motłochowi” i oddane zostanie w ręce różnych „trzydziestu sygnatariuszy listu otwartego”. A „motłoch” przełknie to bo przecież te nazwiska „trzydziestu sygnatariuszy” co dzień zaśmiecają rubryki w jego ulubionych magazynach więc nie mogą brać się „z przypadku”.

Trudno więc nie przyznać racji tym, którzy w jakimś sensie wieszczą koniec historii. Przynajmniej jako procesu owocującego nowymi rozwiązaniami społecznymi. Jesteśmy teraz w stadium wykonywania widowiskowej pętli nie do końca wiedząc w którym momencie naszej przeszłości się ona skończy (i zacznie następna). Bez ryzyka popełnienia błędu można sobie zanucić „Nad Europą twardy krok legionów grzmi, nieunikniony wróżąc koniec republiki”**
Grzmi dziarski krok legionów postępu...

* http://www.rp.pl/artykul/9133,542706-Ziemkiewicz--Europa--czyli--nowa-Jugoslawia-.html
** J. Kaczmarski’ „Lekcja historii klasycznej”

czwartek, 30 września 2010

I co my NATO czyli gen. Bieniek na ważnych salonach.

Zbiegły się wczoraj, zapewne całkiem przypadkiem, informacja o objęciu przez gen. Mieczysława Bieńka stanowiska Zastępcy Dowódcy Strategicznego NATO ds. transformacji z mocną publicystyką Artura Bilskiego w „Rzeczpospolitej” pt. „Znikająca polska armia”* będącą przygnębiającym opisem obecnego stanu naszej armii. Opisem, który nijak nie koresponduje z tym, wspomnianym na samym początku wyróżnieniem polskiego generała (mającego jakiś udział w tym stanie bieżącym naszych sił zbrojnych) a jeszcze bardziej z tą „transformacją”. Bo przecież rozumieć ją należy jako coś innowacyjnego a nie jako zamiar zastosowania w skali sojuszu naszych rozwiązań, nad którymi pochyla się Bilski.

Absurdalności tego zestawienia informacji dotyczącej generała i opisu zamieszczonego w „Rzeczpospolitej” dopełnia na dokładkę komentarz telewizyjny (wiem, że nijak nie obciążający ani natowskich decydentów ani gen. Bieńka lecz jakąś telewizyjną niemotę) będący czymś w rodzaju uzasadnienia tego wyróżnienia polskiego oficera. Wynika z niego, że za największą zasługę gen. Bieńka uznać należy to, że ten przyszły modernizator i transformator sojuszu… oddał ponad 3000 skoków na spadochronie. Wiem, że jest to wyczyn bo sam nie oddałem ani nie oddam zapewne choćby jednego, tylko jak się te skoki mają do kompetencji potrzebnych gen. Bieńkowi obecnie?

Zdaje sobie oczywiście sprawę, że gen. Bieniek nie jest osobą, która jakoś szczególnie odpowiada za to, że dziś armia państwa aspirującego nie tylko w regionie do roli „mocarstwa kieszonkowego” (skala Panie i Panowie!), liczącego 40 milionów obywateli, jest w stanie z ledwością ratować przed powodzią dwie, trzy gminy a już przerasta jej możliwości organizacja defilady z okazji wojskowego święta. Jeśli wskazać przyczynę tego stanu to zdecydowanie bardziej nazywa się ona „cywilna kontrola nad armią” niż Mieczysław Bieniek (i jakikolwiek inny generał). Ten idiotyczny koncept, zapoczątkowany groteskowo przez admirała Kołodziejczyka, który „cywilną kontrole” sprawował chyba dlatego głownie, że zamiast w mundurze marynarki wojennej, do ministerstwa przychodził w garniturze, sprawił i sprawia, że za zdolność bojową, lepiej lub gorzej, przez ostatnie dziesięciolecia odpowiadali ludzie wysyłani do resortu w roli liczykrupów uważających, ze jest jeden bóg- budżet a jego prorokiem jest minister finansów. Efektem tego były już wcześniejsze opisy armii zmieniającej bieliznę raz w miesiącu i tyleż razy mającej okazję zapoznać się z niezwykłym dla niej wynalazkiem prysznica. I to, że dziś chyba właśnie nasza armia najdalej posunęła się w realizacji sławetnej koncepcji „taniego państwa”.

Odsyłając do tekstu Bilskiego zaznaczam, że jest to istny thriller dla ludzi o mocnych nerwach. A już na pewno nie powinny go czytać osoby rozmiłowane w oglądaniu po różnych kanałach edukacyjnych programów poświęconych technice wojskowej.
Oczywiście po stanie naszych sił zbrojnych trudno spodziewać się jakichś szczególnych zaskoczeń jeśli za jego wykładnie przyjąć sławetny cytat z obecnego Prezydenta RP o lotnikach latających na wrotach od stodoły. W efekcie tak nieomal jest. Latają nasi wojacy na czymś co obecnie jest niewiele skuteczniejsze od tych wrót a jeżdżą w puszkach po konserwach.

Przypuszczam a właściwie pewien jestem, ze skoro smutną wiedzę o stanie naszych sił zbrojnych i naszych zdolności obronnych (a i zaczepnych) posiada pan Bilski to tym bardziej nie stanowi ona żadnej tajemnicy dla tych, którzy powinni ją posiadać niejako w imieniu największego militarnego sojuszu na naszym świecie.

I w tym kontekście składanie odpowiedzialności za rozwój sił NATO w ręce kogoś, kto tak naprawdę bardziej niż dowódcą sprawnej armii był kimś w rodzaju kustosza jednego z największych militarnych skansenów świata budzi mój niepokój. Bo skoro nasza armia gwarantuje mi co najwyżej, że jakby co to kiedyś przypłynie po mnie amfibią, ktoś musi mi gwarantować, że mnie obroni.

Poniekąd wyjaśnieniem całej sytuacji z wyniesieniem gen. Bieńka jest ta część informacji o jego awansie, która podaje, że swoje stanowisko gen. Bieniek będzie pełnił „rotacyjnie” wraz z przedstawicielem Włoch. Jest więc prawdopodobnym, że mamy tu do czynienia z podobna w swej istocie (czyli nie do końca poważną) konstrukcją jak wspomniana wcześniej „cywilna kontrola nad armią”. Służąca bardziej temu, by obywatele takiej Polski czy takich Włoch mogli się od czasu do czasu poczuć pewniej. A jak się poczują to rotacyjnie tę samą szanse dostaną, dajmy na to (tak mi się fajnie powiedziało:) Hiszpanie czy Duńczycy.

Ale sęk w tym, że wcale nie czuje się przez to lepiej. Wręcz przeciwnie. Jeśli mam na temat tego mechanizmu i, jak mam prawą sądzić licznych działających podobnie, wyrazić swoją opinię to przyznam, że zamiast czuć się dowartościowanym czy też „mile połechtanym” przez NATO, wolałbym po prostu czuć się dzięki owemu NATO bezpieczniej. A do tego na pewno nie są mi potrzebne żadne tam rotacyjne obsadzania Włochami, Bawarczykami czy wręcz Eskimosami stanowisk dowódczych w sojuszu.

Konkluzja jest taka, że radość z faktu, że w NATO wykrojono jakąś tam liczbę stanowisk dla ludzi, którzy dotąd dowodzili czymś, co jest raczej jakimś qui pro quo a nie armia posiadająca bojową zdolność to raczej wiadomość dość groźna. I nie zmniejsza tej grozy fakt, że są to oficerowie z mojego kraju. Będą c w nim na co dzień i przyglądając mu się dokładnie powiem nawet, że raczej tę grozę powiększa.

* http://www.rp.pl/artykul/9133,542071-Bilski--Znikajaca-polska-armia-.html

wtorek, 28 września 2010

Dwie śmierci, dwie prawdy (a każda inna…)

„XX nie tylko trwa w poczuciu własnej racji ale czuje się bezkarny w rzucaniu kolejnych oskarżeń, przeciw osobie, która nie może się bronić.”*

Kogóż może dotyczyć powyższy fragment i gdzie można go znaleźć? Gdyby faktycznie zadać publicznie takie właśnie pytanie, dotyczące zamieszonego cytatu pewien niemal jestem, że większość odpowiadających „strzelałaby”, że to kolejny przejaw „obsesji” Jarosława Kaczyńskiego. Umieszczony zapewne na stronie PiS-u, w „Naszym Dzienniku” albo ostatecznie w „Rzeczpospolitej” i dotyczący któregoś z „kulturalnych i wrażliwych inaczej” adwersarzy specjalizujących się w rozpowszechnianiu „prawd” o „przyczynie smoleńskiej tragedii- Lechu Kaczyńskim”. Nic bardziej błędnego! Ani miejsce ani autor! Ba, nawet przedmiot troski jakże odległy.

Nie chodzi o bezkarne obrażanie Lecha Kaczyńskiego. W miejscu którego zaczerpnąłem cytat obrażanie Lecha Kaczyńskiego nie tylko uchodzi ale znajduje gorących orędowników jako najdoskonalsza emanacja wolności słowa. W tym miejscu za publicznym obrażaniem Lecha Kaczyńskiego opowiadają się artyści uczeni politycy… A miejsce im niemal nieba przychyla. Bo tym jest w pewnych kręgach udostępnianie tamtych łamów.

Nie będę dłużej nadwerężał cierpliwości ewentualnego czytelnika. Cytat pochodzi z „Gazety Wyborczej”, jest subtelnego autorstwa pana Czuchnowskiego i dotyczy śmierci pani Blidy.

Ściślej zaś jest gorącą filipiką przeciwko prawu do wyrażania opinii o przyczynach, które popchnęły panią Blidę do tego, co sama sobie zrobiła. Do wyrażania wspomnianych opinii przez zainteresowanego w sprawie Zbigniewa Ziobrę.

Pan Czuchnowski wyliczył pewnie wszystkie argumenty, którymi posłużył się Ziobro obstając przy uznanej przez siebie za prawdopodobną wersji przyczyn targnięcia się przez Blidę na życie. I za nic mu nie wychodzi, nie tylko to, że Ziobro może mieć rację. Za nic mu nie wychodzi jak też można bezkarnie coś takiego bez żadnych dowodów opowiadać.

Pyta o to pan Czuchnowski choć pewnie nie umknęło mu, jak bezkarnie, co jego macierz- gazeta relacjonowała ochoczo i, można odnieś wrażenie, rumieniąc się z emocji, opowiadał ten i ów o jakiej presji albo i o libacji, przez którą katastrofa stała się nieunikniona. Nie tylko nie mając dowodów ale i wiedząc, że dowody wskazują coś przeciwnego. Ale w tamtej sprawie dla pana Wojciecha i jego macierzy- gazety to taki nieistotny szczegół. Nie na tyle ważny by grzmieć.

No właśnie szanowno Agoro. Przedstaw choćby tak nieprzekonujące jak te przedstawione przez Ziobre argumenty, które pozwalały na twoich łamach rzucać oskarżenia na Lecha Kaczyńskiego. A jeśli znajdziesz tylko takie, jak te, które przytacza Ziobro (o ile takie znajdziesz) to wyślij pana Wojtka by zapytał czemu czuje się bezkarny Palikot, Niesiołowski i zgraja inteligentnych i kulturalnych inaczej. Wszak Lech Kaczyński, o czym zapewnie nie tylko pan Czuchnowski ale i nawet pan Adam Michnik sam wie zapewne doskonale wraz z panem Kurskim Jarosławem, też już sam bronić się nie może!

Nigdy nie ukrywałem, że Zbigniew Ziobro do moich ulubieńców nie należy. Powodem tego mojego braku sympatii do wspomnianego polityka są głownie jego wypowiedzi. Te, w których każda jego wpadka, a miał ich nieco, jawi się jako jednoosobowe powstrzymywanie ziobrową piersią ostatecznego nadejścia Goga i Magoga. Której dupereli przez siebie spieprzonej onże Zbigniew by nie bronił.

Ale prawda jest taka, że wolno mu (szanowny panie redaktorze „ostoi demokracji w kraju, na świecie, w domu i zagrodzie”, Wojciechu Czuchnowski) ani więcej ani też i mniej niż takim miłośnikom demokracji i praworządności jak to choćby Wajda, Palikot, Jackowska, Niesiołowski, Kutz. I nie ma znaczenia, panie Czuchnowski a nawet cala redakcjo, że tych lubicie a tamtego nie. Jak przestanie być wolno tamtym bezkarnie to i on bezkarny nie pozostanie. Bo, panie Czuchnowski i redakcjo cała, prawo wyboru w demokracji nie polega wcale na tym, że się wybiera, komu wolno a komu nie. W tym prawie chodzi o coś zupełnie innego.

* http://wyborcza.pl/1,75968,8435858,Bezkarnosc_Ziobry.html

sobota, 25 września 2010

„Wróg w moim domu” czyli PO w termidorze.

„Dzisiaj Platforma może być zagrożeniem sama dla siebie”

D. Tusk. 25.09.2010 r.



Wychodzi na to, że dawna trauma Tuska zaszkodziła jego sekcie bardziej niż niedawna trauma Kaczyńskiego sekcie „kaczyńskiej”. I nie o sondaże tu chodzi bo jak wiadomo w sondażach z Donaldem na ten przykład Doda wygrywa lekko i bez wysiłku. I taka jest smutna prawda o tak zwanej „opinii społecznej”. Raz najbardziej ufa Radkowi, raz Bronkowi a znowuż za jakiś czas Bartoszewskiemu profesorowi. Ale zapytać tę „opinię” co ten Radek uczynił, że mu tak nagle mniej ufać zaczęła i co dla odmiany zrobił Bronek, że tak go hołubi to nic nie powie, tylko gębę rozdziawi i mruknie z wyrzutem, że „przecież jedno pytanie miało być”. Jak bardzo na tę opinię powoływać się jest niebezpiecznie doświadczyli jakiś czas temu Amerykanie gdy sami sobie, na pytanie o największego Amerykanina wszech czasów, wybrali Homera Simpsona ze Springfield. Przed Lincolnem, Benem Franklinem, Davy Crockettem i pewnie nawet Waytatem Earpem co to w OK. Corral rozwalił od niechcenia i Clantonów i McLaurie. A najlepsze w tym jest to, że wcale nie zmyśliłem tej prawdy o „opinii społecznej” i największym Amerykaninie. Bo lepsza ona niż cała moja fantazja. Ja bym tego nie wymyślił. Podobnie jak wielu rzeczy przychodzących do głowy tej naszej „opinii społecznej”

Wróćmy jednak do traumy Donalda. Kto pamięta ten pamięta, że tuż przed nią był entuzjazm, tłumy wożone „na własny koszt” autokarami do „Olivii”, błękitne oczy Tuska na tle jego błękitnej koszuli i ta pewność sugerująca że świat już szykuje się by paść do stóp. I nagle szok po którym nie było już tych oczu tylko jakże inne. I entuzjazmu nie było. Zamiast niego był strach.

Po tamtej porażce jedynym, na co Tusk nauczył się liczyć jako na coś niezawodnego i skutecznego jest epatowanie wyborców lękiem. Potrafi oczywiście być miły ale to jego oblicze widać tylko do momentu w którym jasnym zaczyna być że jego chłopcy, jak nikt inny, potrafią schrzanić najłatwiejsze sprawy i zaprzepaścić najoczywistsze zwycięstwa. Wtedy pojawia się, usunięty przez samego siebie pierwej w cień, Donald i rzuca jakąś dramatyczną przepowiednię z PiS-em w roli „żelaznego wilka” albo z Jarosławem chcącym do niego, Donalda strzelać w windzie. Później pewnie idzie do domu i składa ręce do Bozi by mu tego PiS-u za nic nie zabierała bo co on bez niego pocznie. To jednak nie takie proste. PiS PiS-em ale taki mechanizm wchodzi w krew i zostaje jako nałóg. Jakby popatrzeć na to, co działo się ostatnio to nie tak trudno zauważyć, że największy lęk partia rządząca odczuwała wtedy, gdy PiS i jej prezes nagle milkli. Wyglądało to wówczas na pożar w mrowisku gdy ten i ów z tej „światłej” strony dokonywał coraz to bardziej złowrogiej egzegezy tego złowrogiego milczenia. Ten lęk nie mógł pozostać bez śladów i bez prób ich zabliźniania.

Myślę, że dziś PO już PiS-u tak mocno nie potrzebuje. Potrafiłoby sobie bez niego świetnie poradzić. Wyrobiło w sobie mechanizm wojenny tak uniwersalny że jak będzie trzeba to i tak jakoś to „swoje” pociągnie. Choćby miało charakterystyczną dla siebie poetykę oprzeć na zwalczaniu zagrożenia ze strony jakiegoś mitycznego Jasia Kowalskiego z Psiej Wólki (jeśli taka miejscowość naprawdę istnieje to proszę by mieszkańcy wybaczyli mi to nadużycie). I nie od rzeczy ten Jaś Kowalski będzie. Myślę, że mało kto nie zgodzi się ze mną że czas, który u zarania ochrzczony został czasem „miłości” nie znajduje w tym co przez dwadzieścia ostatnich lat się działo nic choćby bliskiego mu jeśli chodzi o poziom skłócenia społeczeństwa. Oczywiście większość bezrefleksyjnie wytłumaczy to sobie i innym przy okazji za pomocą mitu „strasznego kaczora”. Tyle, że bezwiednie w ten sposób zaprzecza swemu przekonaniu o tym, że ów „kaczor” to miernota i szaleniec którego czas mija. Bo jawi się on jako demiurg rozdający karty w sytuacji, w której przecież na czele państwa stoi, zbrojny w bezprecedensowe poparcie, najwybitniejszy ponoć od lat nasz mąż stanu. I równie bezwiednie przyznaje, ze dupa straszna z tego Donalda, który mając to, co ma, daje sobą i swoim krajem kręcić takiej miernocie bez poparcia jaką ponoć jest „kaczor”. Jakoś kupy to się nie trzyma.

Bo i nie musi. Siłą partii Tuska jest przecież odwoływanie się do tych emocji obywateli, które za nic mają logikę i racjonalność. Kto miał lub ma jakąś psychozę, wie to najlepiej.

Ot choćby rosemann. Przeraza go już sama myśl o tym, że na swej drodze mógłby natknąć się na jakąś czarną mambę, kobrę królewską lub nawet na spokojnego połoza stepowego. I drży na samą taką myśl nie dając się nikomu przekonać, że przecież ani ta mamba ani też kobra ani nawet ten połoz spokojny nie mają zwyczaju wpadać z wizytą do rosemanna. Bo to nie ich klimaty…

I w tym rzecz, że nie trzeba się tłumaczyć przed tłumem wielbicieli z tego, że w ten sam dzień niemal mówi się, że PiS i Kaczyński to zero, nul oczywisty z którym i grać nie ma co i grzmieć na swoje stadko zbite w przerażeniu by nie lekceważyło tegoż zera. Ale to jednak za mało. W końcu przez to całe zaufanie, jakim a to Bronisława a to Radosława a czasem i samego Donalda „opinia publiczna” obdarza może stać się i tak, że w końcu jakoś zaskoczy i uzna, ze jak ten i ów zaufany mówi, że „kaczor” to zero to pewnie tak jest. I nie ma czego się bać!

I na ten problem jakieś panaceum trzeba mieć w zanadrzu. Więc się szczypnie od niechcenia Kościół tak, że purpuraci na wyścigi przepraszają jakby osobiście Donaldowi jaką prababkę na stosie spopielili. Ale i to za mało bo przecież Janusz, co sobie monopol na takie „szczypy” prawie zapewnił (jeszcze trochę mu w interesie miesza Napieralski ale Janusz już zapowiedział, że konkurencję zmiażdży) idzie swoją drogą.

Nie pozostaje więc nic innego jak tylko liczyć na siebie. I to dosłownie. Choć to wręcz niewiarygodna autarkia na scenie politycznej i pewnie w kanonach politycznego pisarstwa nie odnotowana. Poza oczywiście wzmiankami drobnymi o tym, co się za murami Kremla działo ale zaiste drobne one bo ci, co je pisać mogli zapatrzyli się wujkowi Soso w oczy.

Tak więc to, czego nie zaobserwowano wówczas, gdy swoje porządki czynił w swojej partii ów wielki językoznawca dałoby się pewnie zobaczyć teraz, gdy naszej partii rządzącej zabrakło pomysłów na to, kogo by tu jeszcze można było dorwać i na oczach zachwyconej opinii publicznej zglanować. Oczywiście będzie to mikroskala bo raz, że to nie ten wymiar i nawet się tuskim chłopakom nie chciało sformułować jakiejś efektownej nazwy dla inkryminowanego odchylenia a poza tym nie ukrywajmy, Tusk to jednak nie ten format. Choć może on i diament ale jakby karatów mu nieco brakło. I to chyba nie tak mało.

Metoda trwania u władzy za pomocą permanentnego konfliktu to jak dotąd jedyny pomysł PO na władzę. Trochę to dziwne, szczególnie w chwili, gdy konflikt wymaga poświęcenia jakiejś tam grupy zasłużonych towarzyszy. Oczywiście żadnych tam „Zinowiewów” i „Kamieniewów”. Tych Donald załatwił zanim został tym naszym „Soso w miniaturze”. Dziwne o tyle, ze przecież skończył pan Donald fakultet, który go powinien nauczyć, by w przeszłości szukać wskazówek gdzie pewne kroki mogą kroczącego zaprowadzić. Ot choćby pomyśleć powinien pan Donald o tym momencie, w którym niegdyś rewolucja zaczęła nie tylko zjadać ale wręcz pożerać swe dzieci i o kończącym tę ucztę termidorze.

Ciekawe więc pozostaje tylko to, kto i kiedy powie "Donaldzie, będziesz następny " jak i to kto odegra rolę Talliena. Reszta to tylko kwestia czasu. Jak już się meble zaczęło w poszukiwaniu czających się za nimi „wrogów” poruszać to spokój z domu wyparował.

piątek, 24 września 2010

Media uciekają ze Smoleńska

[Miałem pisać o czym innym. Napisze później…]

Wczesnym rankiem (brzmi to jak cytat z czytanki dla pierwszoklasistów- sześciolatków ale 4.50…) przejrzałem serwisy i wyszło mi na myśl, że media uciekają ze Smoleńska. Oczywiście nie dosłownie i nie wszystkie. Nie dosłownie bo ich tam tak naprawdę nie ma a jeśli już są to sporadycznie. Na co dzień są w takich swoich własnych Smoleńskach budowanych jak jaki Second Life. Jedne dłubią w nim tak głęboko i z takim uporem, że czasem nawet ci, co widza w tym oczywisty sens nieśmiało sugerują przesadę. Inne znowu od początku o Smoleńsku wiedziały wszystko i jeszcze więcej więc nie czuły żadnej potrzeby dłubania. A nawet jak zaczęły to poniechały tego jakiś czas temu. I później zdarzało się, że coś tam znalazły na wierzchu i obnosiły się z tym tak, jak było im najwygodniej.

Nie wszystkie zaś uciekają bo te tylko, dla których Smoleńsk dotąd nie był tym miejscem, gdzie rdzewiał wrak i walały się ludzkie kości lecz takim, gdzie punktem centralnym było Wawelskie Wzgórze zbezczeszczone ciałem mordercy a na ulicach kwitła przyjaźń polsko- radziecka i spacerował Kuba Wojewódzki śpiewając piosenki i meldując prezesowi wykonanie zadania.

Te przenosiny z jednego miejsca w drugie to zjawisko zastanawiające i znaczące zarazem. Znaczące bo dość zaskakująco potwierdzające rzucone kiedyś słowa, że „Prawda zwycięży”. Choć zgaduję, że w tych akurat redakcjach znane raczej w wersji „Prawda, k***a, zwycięży” wypowiadanej towarzyszeniem przeciągłego jęku zawodu.
Zastanawiające bo z miejsca rodzące pytanie „Czemu Adamie, czemu Mariuszu?”
Można nie zgodzić się z moją oceną a nawet ją wyśmiać ale dla mnie to dowód oczywisty tego, że czeka nas jakiś znaczący zwrot postępowania w sprawie katastrofy. Zwrot, wobec którego pozostawanie na stanowisku, że jest oczywistym i pewnym, iż to „Kaczor” zabił 96 osób a współpraca z Rosją jest skuteczna i owocna, obarczone być zaczęło zbyt dużym ryzykiem wyjścia na skończonych idiotów. Jeśli chce się pozostać „opiniotwórczym obiektywnym medium” i nie zostać tylko „opiniotwórczym”. Takim ryzykiem, które dałoby się porównać z trwaniem w dzisiejszych czasach przy opinii, że ziemia jest płaska. Mimo tego nawet, że tę „płaska ziemię” udało się wcisnąć tym 60% co im wawelski pochówek przestał pasować.

Ostrożne dołączanie „zaprzyjaźnionych” mediów do zwolenników „spisowych teorii” zastanawia jeszcze z jednego powodu. Zastanawia i to jeszcze jak będą te media się teraz przyjaźnić podważając równocześnie oficjalną wersję o tym, jak pani Minister przesiała ziemię, jak misternie ciała poskładała kawałek po kawałku niczym puzzle że nic nie brakowało i nie zostało. Jak będą się z uznaniem wyrażać o współpracy i pokazywać obok tego jak „fachowo” można pozwolić zdematerializować się koronnemu dowodowi leżącemu od miesięcy na betonowej płycie i na to jak nasi „moskiewscy przyjaciele” bez żenady najmniejszej ciągnęli miesiącami łacha z naszych „fachowców”.

Ale są w końcu na tym świecie rzeczy, które nie śniły się nawet filozofom. Więc tym bardziej nie zakłócą one snu tym, których całą filozofią jest przeczytać coś u Adama, obejrzeć coś u Mariusza i przyjąć to za swoje. Oni będą nadal przyjmować tę wypłaszczoną ziemię nie zwracając najmniejszej uwagi że im się „prawda” kolejnych odcinków nie zgadza z dotychczasową fabułą.

Spektakl będzie trwał dalej. A że zmieni się nieco wymowa? Cóż, w końcu to spektakl ponoć oparty na faktach. Choć dla nich to chyba gorzej.