To chyba o pogłoski o powodzeniu, jakim wśród niektórych kobiet cieszyć się miał na przełomie nieprawdziwej i prawdziwej Polski Jerzy Urban ktoś (nie pamiętam już kto) wyraził okrutną choć nie pozbawiona podstaw opinię o guście płci pięknej.”Znaczy to, że kobieta jest w stanie spodobać się wszystko”.
To samo przyszło mi na myśl, gdy w kontekście ostatnich przetasowań sondażowych zadumałem się nad dość znaczącym wzrostem notowań partii o nazwie Ruch Poparcia Pajacyka. Bo miałem świadomość specyficznych preferencji znacznej części wyborców. O dziwo takich, których naprawdę (mówię szczerze) można nazwać „świadomymi”. Preferencji, które w skrócie można sprowadzić do „arcymądrej” uwagi „A niech paliwo będzie po dziesięć złotych za litr byleby Kaczyński nie wrócił do władzy”. Jednak przekonany byłem, że i oni uczą się czegoś na skutkach kierowania się takimi właśnie założeniami.
„Czarny koń” ostatniej kampanii wyborczej, w zetknięciu z realną polityką i rzeczywistą pracą parlamentarną pokazał, że jest raczej konikiem na biegunach. Zaś wykreowana „nowa jakość polityczna” to rozdęty do granic wytrzymałości balon.
Co ciekawe wychodzi na to, że ta smutna z punktu widzenia oczarowanych, zaczadzonych i omotanych w ogniu elekcji prawda, nie wytrzymująca konfrontacji z oczekiwaniami jest głownie wina samego lidera, pana Pajacyka.
Przyznam szczerze, mam świadomość tego, że w drużynie zebranej przez błazna z Biłgoraja są ludzie, których poglądów nie podzielam z przyjemnością. Dokładnie z przyjemnością słucham ich by móc nie podzielać. Odnosi się to głownie do osoby, która ma wiele „przymiotów” sprawiających, że powinno mi się na wymioty zbierać. Za przykład starczy choćby bycie wiceUrbanem. Pan Rozenek, co by o nim mówić i co myśleć, na tle naszych wyjadaczy politycznych z ugrupowań wszelakich prezentuje się dość korzystnie.
Jakiś czas temu miałem okazję oglądać dyskusję lokalnych parlamentarzystów z miasta, w którym pracuję. Było to zaraz po wyborach, gdy na Ruch Pajacyka patrzyliśmy jeszcze przez pryzmat pana Tarasa i już przez pryzmat pana Biedronia i pani Grodzkiej. Kiedy więc w dyskusji przyszła kolej na „pajacykowca” aż mi ślinka pociekła na ubaw, który miałem zobaczyć. Nie zobaczyłem. Zobaczyłem sensownie gadającego młodego człowieka.
I, wracając do pana Pajacyka i tego, w jakim kierunku prowadzi to nie pozbawione ciekawych ludzi stadko nie mam wątpliwości, że jest sam szef tak naprawdę najsłabszym ogniwem. Z punktu widzenia polityki traktowanej poważnie. Bo to on, w sytuacji, w której w społeczeństwie narasta niezadowolenie, które bardzo prosto zdiagnozować jako ocenę pogarszającej się sytuacji ekonomicznej i społecznej, angażuje swój ruch w jakieś oczywiste bzdety. Bo cała działalność tej gromadki to bzdet za bzdetem. On też odpowiada za to, że twarzami partii są ludzie w rodzaju Nowickiej, Kotlinowskiego, Grodzkiej czy Biedronia.
Zatem czemu rośnie, skoro przyjęta przez Pajacyka taktyka powinna odstręczać od niego każdego, co jakieś tam nadzieje na „ożywczy powiew” w polskiej polityce z Ruchem Pajacyka wiązali. Powinien wręcz zadziałać efekt „zdradzonej kochanki”. Wqrwionej, dyszącej nienawiścią i chęcią zemsty niczym rozjuszony Toro po pieszczotach pikadorów i banderilleros. Przy Pajacyku pozostać powinni tylko goście od „Wolnych Konopi” i wolnych związków. Bo dla nich faktycznie to jedyna opcja.
Czemu zatem jak najpoważniej traktuję to, co straszy z tytułu? I z wyników badań opinii społecznej. Z tego przede wszystkim, że ten balon nadęty w poprzednim roku jest teraz dopompowywany tak, jak się dopełnia co jakiś czas gaśnicę by była w gotowości. A ta „gotowość” akuratnie może przyjść szybciej niż przeciętny zjadacz chleba mógłby pomyśleć.
Wobec poziomu emocji między jednymi i drugimi (kogo by tu za „jednych” i „drugich” nie uznać), nikt przy zdrowych zmysłach, spośród tych, co tym interesem kręcą, nie pozwoli sobie na swobodny vox populi i żadne tam akty „demokratycznych wyborów”. Trzeba ów vox i wybór jakoś „mądrze czy tam „rozsądnie” skanalizować. Cokolwiek by pod tym rozumieć. W szczególności zaś pod pojęciem „kanał”.
A poza tym… Poza tym, co na początku już zasygnalizowałem. Racjonalne dywagacje o gustach obywateli to czynność jałowa by nie rzec, że z założenia głupia. Bo po „wyborczym sukcesie” i przy obecnych szybujących notowaniach „Ruchu Poparcia pajacyka” widać, że polski wyborca jest w stanie zaakceptować wszystko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Palikot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Palikot. Pokaż wszystkie posty
piątek, 10 lutego 2012
niedziela, 24 października 2010
Mój kawałek teorii wszechrzeczy (Uwaga! Słownictwo!)
Przeczytałem sobie, na początku z zainteresowaniem, wywiad, jaki przeprowadził był dla „Rzeczpospolitej” pan Mazurek z obywatelką Bielik - Robson. I cóż… Powiem, że już mi się gadać nie chce o tym, co ludzie jej pokroju mają pod dekielkiem a jedynie wysłuchać rady udzielonej niegdyś Wilq-owi przez komisarza Gondora odnośnie tygodnika „Przekrój”.
Nie wróciłbym do tematu gdyby nie to, że dzień wczoraj był piękny więc udałem się na spacer a na spacerze napatoczyłem się na kolegę z czasów studenckich. Powiedzmy, że Piotruś mu na imię. Po prawdzie mało go z tamtych czasów pamiętam bo… bywało, że percepcję miewałem zamgloną a Piotruś wtedy raczej towarzysko był dość powściągliwy. Odbija więc sobie to teraz sugerując podczas rzadkich, przypadkowych spotkań jakobyśmy byli najserdeczniejszymi kumplami mającymi za sobą niejedną beczkę soli zjedzoną czy tam wypitą. Ma też Piotruś i ten zwyczaj, że dla podkreślenia konfidencji, co charakteryzuje według niego i te spotkania przypadkowe i całą naszą znajomość, używa takiego wyluzowanego języka, którego „wyluzowanie” sprowadza się do częstego stosowania słów typu „qrwa”. Głownie tego słowa… Wygląda to dość zabawnie bo Piotruś „przerywnika” na początek używa tak co drugie, trzecie zdanie a później, jak już się rozkręci to co drugie słowo.
Rosemann, choć jest z natury rzeczy ujmujący, szarmancki i kulturalny jak, nie przymierzając całe Ministerstwo Dziewictwa Narodowego, musi się do tego, niestety, dostosować. No bo jak by to wyglądało, gdyby naprzeciw piotrusiowego „qrwa” stanął ze swymi „ą” i „ę”? Zgoła tak jakby to Piotruś wtedy był panem świata a rosemann tylko jakimś marginalnym obserwatorem tego panowania.
Jak więc już się na Piotrusia napatoczyłem ten musiał (!) za punkt wyjścia w rozmowie ulicznej wybrać „straszną tragedię”. Znając go dobrze poczekałem aż rozwinie temat bo mogło się tak zdarzyć, że różnić się mogliśmy fundamentalnie już w punkcie ustalania co za „straszną tragedię” bierzemy. I to czekanie na rozwinięcie narracji przez Piotrusia mocno ukierunkowało naszą rozmowę. Właściwie czy rozmowę? Ale wróćmy.
Rzekł więc Piotruś, że stała się tragedia, że politycy zawiedli i że na szczęście pojawiło się na scenie coś tak ożywczego jak inicjatywa Palikota, która…
„No qrwa żeż…!” zakrzyczał rosemann nakazując Piotrusiowi milczenie dłonią podniesioną. Jak Mojżesz gdy Naród Wybrany chciał przez morze prowadzić. Piotruś z miejsca uciszył się jakby tym gestem rosemann wyrwał mu język wraz z tchawicą, przełykiem i całym układem pokarmowym aż do samej odbytnicy.
- Co Ty, Piotrusiu szanowny, pitolisz?!
- No bo intelektualiści, ludzie kultury…”
Poniosło rosemanna no bo i ponieść musiało. Wszak Piotruś to nie był głąb ostatni pokroju pani Bielik- Robson której od liczebności fakultetów skończonych mózg chyba zaczął jakoś inaczej odbierać sygnały jakby jej kosmici jaki magiczny durszlak na czerep zainstalowali. Uczył się pilnie przez całe ranki, stypendium naukowe dostawał… Fakt, że je wtedy, gdy dostawał, zapewne w ramach powszechnej równości, PRL rozdawał każdemu, kto osiąg 3,8 średniej uzyskał ale wbrew pozorom nie było to takie łatwe. Raz, że marazm był wtedy taki iż człowiekowi jeśli już coś się chciało to pić z rozpaczy albo by sobie ogląd świata umilić a w takich warunkach 3,8 było mało prawdopodobne. Dwa, że zawsze się jakiś skurwl czerwony po drodze do osiągu trafił, co na egzaminie o wysokość plonów buraka pastewnego w województwie lubelskim w Roku Pańskim 1952 zapytać potrafił. I stawiał pały jakby z Maxima strzelał do białej armii.
- „Czemu ci intelektualiści i ludzie kultury?” – spytał rosemann a widząc, że Piotruś otwiera usta dał wymownie znać, że pytanie ma charakter retoryczny i by się Piotruś nawet nie trudził.
- Jest tak, Piotrusiu drogi, że intelektualiści i ludzie kultury mają takie dziwne upodobanie. Lubią pasjami być dżebani. Bardziej oczywiście intelektualnie lubią. Przynajmniej jeśli chodzi o ten kontekst, o którym tu mówimy. Jak się popatrzy teraz choćby na główne punkty ich narracji to zawsze w tle albo nawet i na pierwszym planie jakiś kult phallusa, vaginy i poróbstwa w ogóle musi się pojawić. Nawet jak rzecz dotyczyłaby podręczników szkolnych dla pierwszoklasistów. Lubią i już. A już szczególnie lubią byś dżebani przez kogoś z nizin społecznych. Przez podkrakowskie chłopstwo lub gruzińskich górali na ten przykład. I to lubienie a może i oczekiwanie na to zdaje się im przesłaniać wszystko. Znasz na przykład Piotrusiu relacje gości, co ich do dziś się ma za intelektualny fundament nowoczesnej Europy, z wizyt u wuja Soso. Gdzie nie udało im się nic niewłaściwego zauważyć choć na Kołymie setki tysięcy jęczało a drugie tyle już gryzło ziemię. Albo ten zachwyt naszych intelektualistów i ludzi kultury, co z taką radością wystawiali się na heglowskie ukąszenie po którym widzieli tylko elektryfikację i walkę z analfabetyzmem. A taki robol z Powiśla czy Żerania jakoś na ząb Hegla okazywał się wyjątkowo odporny i w lot łapał, że rządzą państwem zwykli mordercy i bandyci. Pewnie dlatego, że potrzebę kopulacji zaspokajał we własnym zakresie, traktował ją mniej religijnie i nie wymagał, żeby mu osobiście Bierut wkładał.
I teraz znów mamy tak, że najgłośniejsza zaczyna być pewna cześć elity, pewnie ta najbardziej spragniona powrotu porządku, w którym ktoś się zabierze za ich odwłoki. A padło akurat na tego gościa bo raz, że on uosabia coś, co jest osobliwą hybrydą szlifu i prostoty, takim gumiakiem owiniętym w szal jedwabny a dwa że akurat on otwarcie wyraża chęć by im dogodzić. I tyle w tym sensu. Reszta to opakowanie. Najczęściej w jakąś „opiniotwórczą” gazetę…
Piotruś stał z rozdziawionym ustem i nawet nie próbował polemizować. A rosemann, okrutnik, musiał dodać.
- Tedy, Piotrusiu szanowny, nastawiaj się na tę świeżość. Zapewniam, że ci od niej oczy na wierzch wyjdą nadzwyczajnie. I jak już następnego dnia obudzisz się z bólem z tyłu to wspomnij co ci wujo mówił.
(tu zaznaczam, że między rosemannem a Piotrusiem żadne więzy rodzinne nie istnieją a słowa „wujo” z rozmysłem rosemann użył jako brzmiącego familiarnie a więc lepiej trafiającego)
Po czym rosemann pożegnał stojącego nadal z otwartymi ustami Piotrusia i sobie poszedł. Bez większej nadziei na to, że ów zadba jakoś uważniej i rozsądniej o własny odwłok. Który najwidoczniej elitarnie i intelektualnie łaknie świeżości i ożywienia.
****
Jest prawda taka, że rozmowa powyższa właściwie nie zaistniała w opisanej formie. Piotruś, takim, jakim został opisany, istnieje na swoje nieszczęście naprawdę. Naprawdę też rosemann przeprowadził rozmowę o „łódzkiej tragedii” i „ożywczym prądzie” tyle, że nie z Piotrusiem i bez użycia słownictwa, lecz ze swoim szefem. Po rozmowie tej, co była bardziej afektownym monologiem rosemanna, szef (co jest kobitą) przez trzy dni chodził tak zasępiony jakby zastanawiał się nad tym czy nie warto się od razu zabić skoro wszystko idzie tak do dupy albo też jakby bał się, że rosemann się targnie przybity tym, że wszystko jest tak do dupy.
I jeszcze uwaga konieczna. Z Bielik - Robson rozmawiał, oczywiście Piotr Skwieciński.
Nie wróciłbym do tematu gdyby nie to, że dzień wczoraj był piękny więc udałem się na spacer a na spacerze napatoczyłem się na kolegę z czasów studenckich. Powiedzmy, że Piotruś mu na imię. Po prawdzie mało go z tamtych czasów pamiętam bo… bywało, że percepcję miewałem zamgloną a Piotruś wtedy raczej towarzysko był dość powściągliwy. Odbija więc sobie to teraz sugerując podczas rzadkich, przypadkowych spotkań jakobyśmy byli najserdeczniejszymi kumplami mającymi za sobą niejedną beczkę soli zjedzoną czy tam wypitą. Ma też Piotruś i ten zwyczaj, że dla podkreślenia konfidencji, co charakteryzuje według niego i te spotkania przypadkowe i całą naszą znajomość, używa takiego wyluzowanego języka, którego „wyluzowanie” sprowadza się do częstego stosowania słów typu „qrwa”. Głownie tego słowa… Wygląda to dość zabawnie bo Piotruś „przerywnika” na początek używa tak co drugie, trzecie zdanie a później, jak już się rozkręci to co drugie słowo.
Rosemann, choć jest z natury rzeczy ujmujący, szarmancki i kulturalny jak, nie przymierzając całe Ministerstwo Dziewictwa Narodowego, musi się do tego, niestety, dostosować. No bo jak by to wyglądało, gdyby naprzeciw piotrusiowego „qrwa” stanął ze swymi „ą” i „ę”? Zgoła tak jakby to Piotruś wtedy był panem świata a rosemann tylko jakimś marginalnym obserwatorem tego panowania.
Jak więc już się na Piotrusia napatoczyłem ten musiał (!) za punkt wyjścia w rozmowie ulicznej wybrać „straszną tragedię”. Znając go dobrze poczekałem aż rozwinie temat bo mogło się tak zdarzyć, że różnić się mogliśmy fundamentalnie już w punkcie ustalania co za „straszną tragedię” bierzemy. I to czekanie na rozwinięcie narracji przez Piotrusia mocno ukierunkowało naszą rozmowę. Właściwie czy rozmowę? Ale wróćmy.
Rzekł więc Piotruś, że stała się tragedia, że politycy zawiedli i że na szczęście pojawiło się na scenie coś tak ożywczego jak inicjatywa Palikota, która…
„No qrwa żeż…!” zakrzyczał rosemann nakazując Piotrusiowi milczenie dłonią podniesioną. Jak Mojżesz gdy Naród Wybrany chciał przez morze prowadzić. Piotruś z miejsca uciszył się jakby tym gestem rosemann wyrwał mu język wraz z tchawicą, przełykiem i całym układem pokarmowym aż do samej odbytnicy.
- Co Ty, Piotrusiu szanowny, pitolisz?!
- No bo intelektualiści, ludzie kultury…”
Poniosło rosemanna no bo i ponieść musiało. Wszak Piotruś to nie był głąb ostatni pokroju pani Bielik- Robson której od liczebności fakultetów skończonych mózg chyba zaczął jakoś inaczej odbierać sygnały jakby jej kosmici jaki magiczny durszlak na czerep zainstalowali. Uczył się pilnie przez całe ranki, stypendium naukowe dostawał… Fakt, że je wtedy, gdy dostawał, zapewne w ramach powszechnej równości, PRL rozdawał każdemu, kto osiąg 3,8 średniej uzyskał ale wbrew pozorom nie było to takie łatwe. Raz, że marazm był wtedy taki iż człowiekowi jeśli już coś się chciało to pić z rozpaczy albo by sobie ogląd świata umilić a w takich warunkach 3,8 było mało prawdopodobne. Dwa, że zawsze się jakiś skurwl czerwony po drodze do osiągu trafił, co na egzaminie o wysokość plonów buraka pastewnego w województwie lubelskim w Roku Pańskim 1952 zapytać potrafił. I stawiał pały jakby z Maxima strzelał do białej armii.
- „Czemu ci intelektualiści i ludzie kultury?” – spytał rosemann a widząc, że Piotruś otwiera usta dał wymownie znać, że pytanie ma charakter retoryczny i by się Piotruś nawet nie trudził.
- Jest tak, Piotrusiu drogi, że intelektualiści i ludzie kultury mają takie dziwne upodobanie. Lubią pasjami być dżebani. Bardziej oczywiście intelektualnie lubią. Przynajmniej jeśli chodzi o ten kontekst, o którym tu mówimy. Jak się popatrzy teraz choćby na główne punkty ich narracji to zawsze w tle albo nawet i na pierwszym planie jakiś kult phallusa, vaginy i poróbstwa w ogóle musi się pojawić. Nawet jak rzecz dotyczyłaby podręczników szkolnych dla pierwszoklasistów. Lubią i już. A już szczególnie lubią byś dżebani przez kogoś z nizin społecznych. Przez podkrakowskie chłopstwo lub gruzińskich górali na ten przykład. I to lubienie a może i oczekiwanie na to zdaje się im przesłaniać wszystko. Znasz na przykład Piotrusiu relacje gości, co ich do dziś się ma za intelektualny fundament nowoczesnej Europy, z wizyt u wuja Soso. Gdzie nie udało im się nic niewłaściwego zauważyć choć na Kołymie setki tysięcy jęczało a drugie tyle już gryzło ziemię. Albo ten zachwyt naszych intelektualistów i ludzi kultury, co z taką radością wystawiali się na heglowskie ukąszenie po którym widzieli tylko elektryfikację i walkę z analfabetyzmem. A taki robol z Powiśla czy Żerania jakoś na ząb Hegla okazywał się wyjątkowo odporny i w lot łapał, że rządzą państwem zwykli mordercy i bandyci. Pewnie dlatego, że potrzebę kopulacji zaspokajał we własnym zakresie, traktował ją mniej religijnie i nie wymagał, żeby mu osobiście Bierut wkładał.
I teraz znów mamy tak, że najgłośniejsza zaczyna być pewna cześć elity, pewnie ta najbardziej spragniona powrotu porządku, w którym ktoś się zabierze za ich odwłoki. A padło akurat na tego gościa bo raz, że on uosabia coś, co jest osobliwą hybrydą szlifu i prostoty, takim gumiakiem owiniętym w szal jedwabny a dwa że akurat on otwarcie wyraża chęć by im dogodzić. I tyle w tym sensu. Reszta to opakowanie. Najczęściej w jakąś „opiniotwórczą” gazetę…
Piotruś stał z rozdziawionym ustem i nawet nie próbował polemizować. A rosemann, okrutnik, musiał dodać.
- Tedy, Piotrusiu szanowny, nastawiaj się na tę świeżość. Zapewniam, że ci od niej oczy na wierzch wyjdą nadzwyczajnie. I jak już następnego dnia obudzisz się z bólem z tyłu to wspomnij co ci wujo mówił.
(tu zaznaczam, że między rosemannem a Piotrusiem żadne więzy rodzinne nie istnieją a słowa „wujo” z rozmysłem rosemann użył jako brzmiącego familiarnie a więc lepiej trafiającego)
Po czym rosemann pożegnał stojącego nadal z otwartymi ustami Piotrusia i sobie poszedł. Bez większej nadziei na to, że ów zadba jakoś uważniej i rozsądniej o własny odwłok. Który najwidoczniej elitarnie i intelektualnie łaknie świeżości i ożywienia.
****
Jest prawda taka, że rozmowa powyższa właściwie nie zaistniała w opisanej formie. Piotruś, takim, jakim został opisany, istnieje na swoje nieszczęście naprawdę. Naprawdę też rosemann przeprowadził rozmowę o „łódzkiej tragedii” i „ożywczym prądzie” tyle, że nie z Piotrusiem i bez użycia słownictwa, lecz ze swoim szefem. Po rozmowie tej, co była bardziej afektownym monologiem rosemanna, szef (co jest kobitą) przez trzy dni chodził tak zasępiony jakby zastanawiał się nad tym czy nie warto się od razu zabić skoro wszystko idzie tak do dupy albo też jakby bał się, że rosemann się targnie przybity tym, że wszystko jest tak do dupy.
I jeszcze uwaga konieczna. Z Bielik - Robson rozmawiał, oczywiście Piotr Skwieciński.
poniedziałek, 4 października 2010
Samoobrona A.D. 2010 czyli historia jako farsa.
(długie)
Od kilku dni w moich tekstach i komentarzach pojawia się jak jakie natręctwo uwaga, że o sukcesie w polityce decydują nie masy (4000 zajętych miejsc) lecz kadry (czyli… no właśnie). Odczekałem pierwszą euforię i pierwsze odruchy wymiotne i pozwolę sobie zwrócić uwagę na ten właśnie aspekt wydarzenia, które, dorobiwszy się kilku wzniosłych i kilku obelżywych określeń, zaszło dnia 2 października. I jeszcze na kilka towarzyszących temu wydarzeniu okoliczności.
Jakkolwiek zapewne zostanie to zinterpretowane jako zwykłe a może nawet nadzwyczajne czepianie się przyznam, że z całej tej medialnej zawieruchy wywołanej powstaniem nowej „siły politycznej” najbardziej interesująca wydała mi się obecność w Sali Kongresowej, ponoć w roli specjalnie zaproszonego gościa, pana Piotra Misztala, osoby, która do nowej inicjatywy pasuje pozornie jak pięść do nosa. Pozornie bo w istocie pasuje nie mniej niż osoba samego inicjatora i lidera. W przypadku pana Misztala a jeszcze bardziej pana Palikota nie mam żadnych wątpliwości, iż ich politycznym programem jest… Miałem zamiar napisać bycie u władzy ale to chyba zbyt konkretne. Raczej bycie postaciami znaczącymi w głównym nurcie polityki. Program to rzecz drugorzędna. Jak bardzo świadczy fakt, że liderowi, rzec by można, pisze go ulica. Nie przypadkiem za główny atut Palikota uznane zostało to, że „mówi głośno to, co myśli wielu tylko boja się powiedzieć. Nie przypadkiem właśnie to mówi Palikot. Choć różne rzeczy zdążył mówić i robić w swych kolejnych ideowych wcieleniach.
Ale wróćmy do Misztala. Jego obecność, która swą ostentacyjnością nieco mnie zaskoczyła, daje sygnał o zapewne dość licznej, acz jak najmniej ostentacyjnej reprezentacji pewnego nurtu czy też raczej autoramentu osób. Takich, których nazwisk nie poznamy zapewnie dość długo albo i nigdy. Kiedy przychodzi do rozważań na temat szans zaistnienie jakiejś nowej jakości na naszej scenie politycznej dość częstym głosem negującym taką możliwość jest przypomnienie najpoważniejszej i ponoć będącej nie do przeskoczenia bariery w postaci finansowania naszej sceny politycznej. Ta bariera nie przeszkadzała jednak zaistnieć ani Samoobronie ani Platformie Obywatelskiej więc, jak mniemam, nie przeszkodzi i ruchowi Palikota. Gwarancja tego, że nie przeszkodzi jest zresztą sam lider. Człowiek na tyle biegły w świecie interesów że z cała pewnością nie pakujący się w coś, co nie ma obiecującego zaplecza finansowego.
I tu pojawia się pewna wątpliwość dotycząca fundamentu nowego ruchu. Wątpliwość, która obecność pana Misztala wzmacnia bardzo poważnie. Otóż trudno założyć taka koincydencję, w której obok nowej inicjatywy politycznej pojawia się tez nowy kapitał gotowy ją wspierać. Śmiem sądzić, że kapitał jest już nieco leciwy i, w odróżnieniu od inicjatywy, już jakiś czas obecny w naszej polityce.
W tytule mej notki pojawia się złowroga dla wielu nazwa, która zdawała się być bez wątpienia pieśnią przeszłości. Obawiam się, że to, co oglądaliśmy w sobotnie popołudnie (znaczy ja akurat dość pobieżnie bo trafiłem na „panelistę” Tarasa i zaraz TVN24 przestał transmitować :) było wielkim powrotem zjawiska wiązanego dotąd z Andrzejem Lepperem. Oczywiście powrotem ducha tamtego ruchu w wersji stuningowanej i uszlachetnionej. Bez „gości z wystająca z butów słomą” bo ich zastąpili „młodzi i wykrztałceni” (pisownia zamierzona) w przyzwoitych garniturach.
To, co mnie najbardziej w tym zjawisku niepokoi to to, że mało kto z tych zasiadających w Sali Kongresowej miał świadomość, że zasiada tam w interesie, którego na tyle nie rozumie, że ni jest w stanie pojąć, iż nie jest to w żadnym wypadku jego interes. Że najistotniejsze było to, o czym ani lider ani nikt inny nawet przez chwilę się nie zająknął. Siedząc tam na miękkim, stołecznym krzesełku taki przybysz był zauroczony i oszołomiony skalą tego, co go otaczało. I przez myśl mu nie przeszło pytanie „kto za to wszystko płaci?”. I jeszcze drugie, tysiąc razy istotniejsze „czemu za to płaci?”. W świecie obracającym milionami albo i miliardami bywały jestem raczej niespecjalnie. Ale wiem, że ten świat oparty jest na zasadzie dwukierunkowości przepływów. Cokolwiek w nim jest dawane jest od razu albo po czasie (oczywiście z godnym procentem) odzyskiwane w postaci jakiegoś ekwiwalentu.
Podejrzewam, że ten kapitał, który w naszą politykę od lat był inwestowany, dziś zakorzeniony jest przy tych siłach już coś na scenie politycznej znaczących. Każda nowa inicjatywa, by na jego przychylność muc liczyć musi okrzepnąć i dowieść, że nie jest efemerydą. To krzepnięcie i dowodzenie trochę musi potrwać i, co istotniejsze, nieco kosztować. I tu jest pole do popisu dla kapitału, który jeszcze się nie zakorzeniła albo już próbował z kiepskim skutkiem. Tak, jak nie tak dawno pan Misztal.
Jakkolwiek ideowo może wydawać się stawianie obok siebie ruchu Palikota i Samoobrony jakimś horrendalnym nieporozumieniem to absolutnie nieporozumieniem nie jest. Bo i mówienie o ideowości obu tworów w równym stopniu nie ma sensu. I w jednym i w drugim przypadku sfera ideowa została, że się obrazowo wyrażę, wzięta z ulicy i dolepiona. Przy czym w przypadku Leppera miało to na początku jak najbardziej naturalny dla rodzących się ruchów przebieg i dopiero później nastąpiło „odejście od założeń”. W ostatnim przypadku nie mam wątpliwości, że gdyby istniało „na mieście” akurat największe zapotrzebowanie na jakiś podlany ekologią i druidyzmem nacjonalbolszewizm to tą właśnie drogą powiódłby zebrane tłumy „wizjoner z Biłgoraja” wspierany przez uzbrojonego w jakąś srogą replikę „Rambo” Tarasa. I że pieniądze na tamten hipotetyczny zjazd byłyby dokładnie te same co były teraz.
Pojęcie postpolityki, ku memu zaskoczeniu, jakoś łatwo zaakceptowane przez politycznych komentatorów, wyrugowało a przynajmniej zepchnęło na margines dzisiejszej walko politycznej wątki ideowe. I nagle okazuje się, że skutkiem tego jest klasa polityczna oczytana w Ludlumie albo w analizach oczekiwań konsumenta. I idealnie obrotowa. Taka, która jest i w SLD i PO i równocześnie przeciwko nim. Bez jakichkolwiek zarzutów o brak konsekwencji ze strony najaktywniejszych recenzentów sceny politycznej. A wręcz przeciwnie, przy zachwytach nad „nową jakością polityczną” uderzającą w skostniały establishment. Mimo nazwisk Kalisza i Środy na plakatach którzy są tak samo „nową jakością” jak wwożony zza niemieckiej granicy 15 – letni VW Golf.
I to w tej powtarzającej się historii ma właśnie wymiar farsy. Z ruchem Palikota rzucającym wyraźny cień Samoobrony. Tyle, że taki obyty, oszlifowany, nowoczesny.
Od kilku dni w moich tekstach i komentarzach pojawia się jak jakie natręctwo uwaga, że o sukcesie w polityce decydują nie masy (4000 zajętych miejsc) lecz kadry (czyli… no właśnie). Odczekałem pierwszą euforię i pierwsze odruchy wymiotne i pozwolę sobie zwrócić uwagę na ten właśnie aspekt wydarzenia, które, dorobiwszy się kilku wzniosłych i kilku obelżywych określeń, zaszło dnia 2 października. I jeszcze na kilka towarzyszących temu wydarzeniu okoliczności.
Jakkolwiek zapewne zostanie to zinterpretowane jako zwykłe a może nawet nadzwyczajne czepianie się przyznam, że z całej tej medialnej zawieruchy wywołanej powstaniem nowej „siły politycznej” najbardziej interesująca wydała mi się obecność w Sali Kongresowej, ponoć w roli specjalnie zaproszonego gościa, pana Piotra Misztala, osoby, która do nowej inicjatywy pasuje pozornie jak pięść do nosa. Pozornie bo w istocie pasuje nie mniej niż osoba samego inicjatora i lidera. W przypadku pana Misztala a jeszcze bardziej pana Palikota nie mam żadnych wątpliwości, iż ich politycznym programem jest… Miałem zamiar napisać bycie u władzy ale to chyba zbyt konkretne. Raczej bycie postaciami znaczącymi w głównym nurcie polityki. Program to rzecz drugorzędna. Jak bardzo świadczy fakt, że liderowi, rzec by można, pisze go ulica. Nie przypadkiem za główny atut Palikota uznane zostało to, że „mówi głośno to, co myśli wielu tylko boja się powiedzieć. Nie przypadkiem właśnie to mówi Palikot. Choć różne rzeczy zdążył mówić i robić w swych kolejnych ideowych wcieleniach.
Ale wróćmy do Misztala. Jego obecność, która swą ostentacyjnością nieco mnie zaskoczyła, daje sygnał o zapewne dość licznej, acz jak najmniej ostentacyjnej reprezentacji pewnego nurtu czy też raczej autoramentu osób. Takich, których nazwisk nie poznamy zapewnie dość długo albo i nigdy. Kiedy przychodzi do rozważań na temat szans zaistnienie jakiejś nowej jakości na naszej scenie politycznej dość częstym głosem negującym taką możliwość jest przypomnienie najpoważniejszej i ponoć będącej nie do przeskoczenia bariery w postaci finansowania naszej sceny politycznej. Ta bariera nie przeszkadzała jednak zaistnieć ani Samoobronie ani Platformie Obywatelskiej więc, jak mniemam, nie przeszkodzi i ruchowi Palikota. Gwarancja tego, że nie przeszkodzi jest zresztą sam lider. Człowiek na tyle biegły w świecie interesów że z cała pewnością nie pakujący się w coś, co nie ma obiecującego zaplecza finansowego.
I tu pojawia się pewna wątpliwość dotycząca fundamentu nowego ruchu. Wątpliwość, która obecność pana Misztala wzmacnia bardzo poważnie. Otóż trudno założyć taka koincydencję, w której obok nowej inicjatywy politycznej pojawia się tez nowy kapitał gotowy ją wspierać. Śmiem sądzić, że kapitał jest już nieco leciwy i, w odróżnieniu od inicjatywy, już jakiś czas obecny w naszej polityce.
W tytule mej notki pojawia się złowroga dla wielu nazwa, która zdawała się być bez wątpienia pieśnią przeszłości. Obawiam się, że to, co oglądaliśmy w sobotnie popołudnie (znaczy ja akurat dość pobieżnie bo trafiłem na „panelistę” Tarasa i zaraz TVN24 przestał transmitować :) było wielkim powrotem zjawiska wiązanego dotąd z Andrzejem Lepperem. Oczywiście powrotem ducha tamtego ruchu w wersji stuningowanej i uszlachetnionej. Bez „gości z wystająca z butów słomą” bo ich zastąpili „młodzi i wykrztałceni” (pisownia zamierzona) w przyzwoitych garniturach.
To, co mnie najbardziej w tym zjawisku niepokoi to to, że mało kto z tych zasiadających w Sali Kongresowej miał świadomość, że zasiada tam w interesie, którego na tyle nie rozumie, że ni jest w stanie pojąć, iż nie jest to w żadnym wypadku jego interes. Że najistotniejsze było to, o czym ani lider ani nikt inny nawet przez chwilę się nie zająknął. Siedząc tam na miękkim, stołecznym krzesełku taki przybysz był zauroczony i oszołomiony skalą tego, co go otaczało. I przez myśl mu nie przeszło pytanie „kto za to wszystko płaci?”. I jeszcze drugie, tysiąc razy istotniejsze „czemu za to płaci?”. W świecie obracającym milionami albo i miliardami bywały jestem raczej niespecjalnie. Ale wiem, że ten świat oparty jest na zasadzie dwukierunkowości przepływów. Cokolwiek w nim jest dawane jest od razu albo po czasie (oczywiście z godnym procentem) odzyskiwane w postaci jakiegoś ekwiwalentu.
Podejrzewam, że ten kapitał, który w naszą politykę od lat był inwestowany, dziś zakorzeniony jest przy tych siłach już coś na scenie politycznej znaczących. Każda nowa inicjatywa, by na jego przychylność muc liczyć musi okrzepnąć i dowieść, że nie jest efemerydą. To krzepnięcie i dowodzenie trochę musi potrwać i, co istotniejsze, nieco kosztować. I tu jest pole do popisu dla kapitału, który jeszcze się nie zakorzeniła albo już próbował z kiepskim skutkiem. Tak, jak nie tak dawno pan Misztal.
Jakkolwiek ideowo może wydawać się stawianie obok siebie ruchu Palikota i Samoobrony jakimś horrendalnym nieporozumieniem to absolutnie nieporozumieniem nie jest. Bo i mówienie o ideowości obu tworów w równym stopniu nie ma sensu. I w jednym i w drugim przypadku sfera ideowa została, że się obrazowo wyrażę, wzięta z ulicy i dolepiona. Przy czym w przypadku Leppera miało to na początku jak najbardziej naturalny dla rodzących się ruchów przebieg i dopiero później nastąpiło „odejście od założeń”. W ostatnim przypadku nie mam wątpliwości, że gdyby istniało „na mieście” akurat największe zapotrzebowanie na jakiś podlany ekologią i druidyzmem nacjonalbolszewizm to tą właśnie drogą powiódłby zebrane tłumy „wizjoner z Biłgoraja” wspierany przez uzbrojonego w jakąś srogą replikę „Rambo” Tarasa. I że pieniądze na tamten hipotetyczny zjazd byłyby dokładnie te same co były teraz.
Pojęcie postpolityki, ku memu zaskoczeniu, jakoś łatwo zaakceptowane przez politycznych komentatorów, wyrugowało a przynajmniej zepchnęło na margines dzisiejszej walko politycznej wątki ideowe. I nagle okazuje się, że skutkiem tego jest klasa polityczna oczytana w Ludlumie albo w analizach oczekiwań konsumenta. I idealnie obrotowa. Taka, która jest i w SLD i PO i równocześnie przeciwko nim. Bez jakichkolwiek zarzutów o brak konsekwencji ze strony najaktywniejszych recenzentów sceny politycznej. A wręcz przeciwnie, przy zachwytach nad „nową jakością polityczną” uderzającą w skostniały establishment. Mimo nazwisk Kalisza i Środy na plakatach którzy są tak samo „nową jakością” jak wwożony zza niemieckiej granicy 15 – letni VW Golf.
I to w tej powtarzającej się historii ma właśnie wymiar farsy. Z ruchem Palikota rzucającym wyraźny cień Samoobrony. Tyle, że taki obyty, oszlifowany, nowoczesny.
sobota, 2 października 2010
Lewica (na kanwie ostatnich zdarzeń…).
Dość dawno napisałem, że Polska potrzebuje nurtu lewicowego. Prawdziwej lewicy, która zwolniłaby z obowiązku „troski o najsłabszych” te, która lewą stronę naszej sceny zajmuje obecnie. I troszczy się głownie o siebie. W zasadzie trudno się nawet jej dziś czepiać z tego powodu bo istotnie tak słaba dawno nie była.
To, że wracam do tematu, choć jak wiadomo ten nurt uważam za potrzebny nie dla mnie osobiście lecz jako dyscyplinujący i mobilizujący nurt prawicowy oraz centrum, zawdzięczać należy ciekawemu zbiegowi ostatnich zdarzeń.
Przede wszystkim dziś swą działalność zainauguruje kolejna „wielka nadzieja lewicy” co już od jakiegoś czasu pokazuje zęby Napieralskiemu i jego ekipie. Że niby rozszarpie ich na sztuki. A później pewnie nas…
Druga okoliczność to humorystyczne stanowisko dotychczasowej „wielkiej nadziei lewicy”, tu reprezentowanej przez „Stowarzyszenie im. Stanisława Brzozowskiego”, odwołujące się w sporze z Jarosławem Kaczyńskim do, powiedzmy, swej „działalności programowej” oraz preferencyjnych warunków, na jakich jest ona prowadzona.
Cóż. Lewica w Polsce chyba już nie doczeka się w tak zwanym „głównym nurcie” niczego, co nie byłoby karykaturą tego, jak powinna lewica wyglądać. W miejsce dzisiejszego nieporozumienia programowo- ideowego, zwanego SLD ma się pojawić partia, ruch czy też stowarzyszenie budowane do spółki przez wódczanego milionera, czterdziestopięcioletniego chłopczyka wożącego się porsche 911 i paru równie zaprawionych w „walce klas” gigantów. Dołączy do niego nadto jedna z „twarzy” (przynajmniej tak sądzić można na podstawie częstotliwości pojawiania się w programach telewizyjnych) rządzącej „centroprawicy”.
Konkurencja, z którą, przyznaję, jakieś nadzieje na wykolegowanie PZPR-owskich sierot sam niegdyś wiązałem, też nie „zasypia gruszek w popiele” (kto wymyślił tę idiotyczną, zakodowaną już powszechnie formę z nieszczęsnym „zasypia”?). Tworzy, działa, wydaje performuje… I ma szczęście jak cholera no bo czy to ich wina, że akurat Rada Dzielnicy miała na podorędziu 1300 metrów kwadratowych? Czy to ich wina, że te metry kwadratowe znajdują się akurat pod adresem Nowy Świat? Czy wreszcie to ich wina, że wspomniana Rada zaśpiewała sobie te 12 zł za metr? No nie ich!
Nie tak dawno, z Kobietą Moją Kochaną przechodziliśmy koło północy przy „Nowym Wspaniałym Świcie”. Od razu było widać, że miejsce jest wzięte i na mapie stołecznej kultury potrzebne. Sądząc z frekwencji nawet bardzo. Przez spore witryny widać było jak sprawnie wyginają ciała przy aktualnych trendach muzycznych młode i powabne adeptki lewicowej myśli, jak w tym tańcu ich partnerzy (oczywiście płci obojga!) starali się pozostawić na czole choćby ślad zatroskania o ludzkość i okolice. A przed wejściem cerberzy selekcjonowali oczekujący tłumek. Ciekawe z czego odpytywali by nie wpuścić jakiegoś „prawicowego” albo nie daj Boże „nacjonalistycznego” odchylenia.
O „lewicy „ Palikota usłyszymy szybko. I nie mam wątpliwości, że będziemy słyszeć często i intensywnie. Zadba o to już teraz zachwycona ta część mediów, która dotąd była „zaprzyjaźniona” tak intensywnie, że zdawała się „nie mieć bogów innych przed mną”. Napisałem „lewica” w cudzysłowie bo nie mam wątpliwości, że poważnie brać tego rzeczownika w odniesieniu do tego zjawiska nie ma po co. Już w chwili, gdy wrota Pałacu (ściślej zaś Sali Kongresowej) jeszcze oczekują na otwarcie, do obozu byłego „centroprawicowego” barona Lubelszczyzny doszlusowują kolejni rzecznicy „środowisk defaworyzowanych”, którzy skazują już na starcie i tę inicjatywę na tupanie wokół bardzo określonych, by nie rzec oklepanych tematów, które na dłuższą metę społeczeństwo mogą raczej zirytować niż porwać. I nie ma co tu wymachiwać Palikotem bo jego dotychczasowa aktywność polityczna wskazuje, że wielu konkretów spodziewać się nie należy.
O „lewicy” Sierakowskiego raczej nie usłyszymy. Nigdy. Mimo buńczucznych zapowiedzi tegoż że pokaże. Nie usłyszymy bo znalazła ona sobie niszę, w której czuje się jak pączek w maśle. Tak dobrze, że nie zauważyła, iż właśnie jej ktoś pakuje się w szkodę. Jakiś czas temu czytałem opinię o tym środowisku jako o zjawisku, które znalazło sposób na przejęcie kontroli nad umysłami tych, którzy są ponoć przyszłością i polityki i państwa czyli pokolenia aktywnych i ukierunkowanych na działalność społeczną „młodych i wykształconych”. Ponoć tym czarodziejskim kluczem jest kultura. Nie wiem ile prawdy jest w tej kontroli. Ale jeśli coś jest na rzeczy to nie da się ukryć, że w tej chwili pojawia się moloch, który jednym haustem pożre cały owoc mrówczej pracy dziewczyn i chłopaków spod sztandaru ze Stasiem Brzozowskim. I tyle z tego wysiłku pozostanie. Bo owoc ewidentnie idzie na zmarnowanie.
Czy będziemy słyszeć o lewicy Napieralskiego? Owszem. Przecież nie ma zamiaru oddawać pola bez walki. I być może to ona będzie największym beneficjentem ruchu Palikota. Raz, że ma kadry i zaplecze. Dwa, że te kadry i to zaplecze znajduje się w mocno rozbudowanej strukturze. Trzy, że to goście, którzy wiedzą o co w tej zabawie chodzi. Cztery, że mają jakiś tam „żelazny elektorat”. Pięć, ze wreszcie ma asumpt do tego, by podnieść wreszcie tyłki i wziąć się do roboty jeśli chce przetrwać. Palikot zaś pokazał, że w organizacji i konkretnych działaniach nie jest najlepszy. I nie trzeba przywoływać tu ani przykładu „przyjaznego państwa” ani rozdrapywać wyborczego wyniku PO w jego mateczniku. Wystarczy zastanowić się jaką „wartość dodaną” wytworzył on dotąd będąc politykiem „prawicy”.
Ni i co wreszcie z PO? O tym chyba nie tutaj. Wszak PO to ponoć prawica.
To, że wracam do tematu, choć jak wiadomo ten nurt uważam za potrzebny nie dla mnie osobiście lecz jako dyscyplinujący i mobilizujący nurt prawicowy oraz centrum, zawdzięczać należy ciekawemu zbiegowi ostatnich zdarzeń.
Przede wszystkim dziś swą działalność zainauguruje kolejna „wielka nadzieja lewicy” co już od jakiegoś czasu pokazuje zęby Napieralskiemu i jego ekipie. Że niby rozszarpie ich na sztuki. A później pewnie nas…
Druga okoliczność to humorystyczne stanowisko dotychczasowej „wielkiej nadziei lewicy”, tu reprezentowanej przez „Stowarzyszenie im. Stanisława Brzozowskiego”, odwołujące się w sporze z Jarosławem Kaczyńskim do, powiedzmy, swej „działalności programowej” oraz preferencyjnych warunków, na jakich jest ona prowadzona.
Cóż. Lewica w Polsce chyba już nie doczeka się w tak zwanym „głównym nurcie” niczego, co nie byłoby karykaturą tego, jak powinna lewica wyglądać. W miejsce dzisiejszego nieporozumienia programowo- ideowego, zwanego SLD ma się pojawić partia, ruch czy też stowarzyszenie budowane do spółki przez wódczanego milionera, czterdziestopięcioletniego chłopczyka wożącego się porsche 911 i paru równie zaprawionych w „walce klas” gigantów. Dołączy do niego nadto jedna z „twarzy” (przynajmniej tak sądzić można na podstawie częstotliwości pojawiania się w programach telewizyjnych) rządzącej „centroprawicy”.
Konkurencja, z którą, przyznaję, jakieś nadzieje na wykolegowanie PZPR-owskich sierot sam niegdyś wiązałem, też nie „zasypia gruszek w popiele” (kto wymyślił tę idiotyczną, zakodowaną już powszechnie formę z nieszczęsnym „zasypia”?). Tworzy, działa, wydaje performuje… I ma szczęście jak cholera no bo czy to ich wina, że akurat Rada Dzielnicy miała na podorędziu 1300 metrów kwadratowych? Czy to ich wina, że te metry kwadratowe znajdują się akurat pod adresem Nowy Świat? Czy wreszcie to ich wina, że wspomniana Rada zaśpiewała sobie te 12 zł za metr? No nie ich!
Nie tak dawno, z Kobietą Moją Kochaną przechodziliśmy koło północy przy „Nowym Wspaniałym Świcie”. Od razu było widać, że miejsce jest wzięte i na mapie stołecznej kultury potrzebne. Sądząc z frekwencji nawet bardzo. Przez spore witryny widać było jak sprawnie wyginają ciała przy aktualnych trendach muzycznych młode i powabne adeptki lewicowej myśli, jak w tym tańcu ich partnerzy (oczywiście płci obojga!) starali się pozostawić na czole choćby ślad zatroskania o ludzkość i okolice. A przed wejściem cerberzy selekcjonowali oczekujący tłumek. Ciekawe z czego odpytywali by nie wpuścić jakiegoś „prawicowego” albo nie daj Boże „nacjonalistycznego” odchylenia.
O „lewicy „ Palikota usłyszymy szybko. I nie mam wątpliwości, że będziemy słyszeć często i intensywnie. Zadba o to już teraz zachwycona ta część mediów, która dotąd była „zaprzyjaźniona” tak intensywnie, że zdawała się „nie mieć bogów innych przed mną”. Napisałem „lewica” w cudzysłowie bo nie mam wątpliwości, że poważnie brać tego rzeczownika w odniesieniu do tego zjawiska nie ma po co. Już w chwili, gdy wrota Pałacu (ściślej zaś Sali Kongresowej) jeszcze oczekują na otwarcie, do obozu byłego „centroprawicowego” barona Lubelszczyzny doszlusowują kolejni rzecznicy „środowisk defaworyzowanych”, którzy skazują już na starcie i tę inicjatywę na tupanie wokół bardzo określonych, by nie rzec oklepanych tematów, które na dłuższą metę społeczeństwo mogą raczej zirytować niż porwać. I nie ma co tu wymachiwać Palikotem bo jego dotychczasowa aktywność polityczna wskazuje, że wielu konkretów spodziewać się nie należy.
O „lewicy” Sierakowskiego raczej nie usłyszymy. Nigdy. Mimo buńczucznych zapowiedzi tegoż że pokaże. Nie usłyszymy bo znalazła ona sobie niszę, w której czuje się jak pączek w maśle. Tak dobrze, że nie zauważyła, iż właśnie jej ktoś pakuje się w szkodę. Jakiś czas temu czytałem opinię o tym środowisku jako o zjawisku, które znalazło sposób na przejęcie kontroli nad umysłami tych, którzy są ponoć przyszłością i polityki i państwa czyli pokolenia aktywnych i ukierunkowanych na działalność społeczną „młodych i wykształconych”. Ponoć tym czarodziejskim kluczem jest kultura. Nie wiem ile prawdy jest w tej kontroli. Ale jeśli coś jest na rzeczy to nie da się ukryć, że w tej chwili pojawia się moloch, który jednym haustem pożre cały owoc mrówczej pracy dziewczyn i chłopaków spod sztandaru ze Stasiem Brzozowskim. I tyle z tego wysiłku pozostanie. Bo owoc ewidentnie idzie na zmarnowanie.
Czy będziemy słyszeć o lewicy Napieralskiego? Owszem. Przecież nie ma zamiaru oddawać pola bez walki. I być może to ona będzie największym beneficjentem ruchu Palikota. Raz, że ma kadry i zaplecze. Dwa, że te kadry i to zaplecze znajduje się w mocno rozbudowanej strukturze. Trzy, że to goście, którzy wiedzą o co w tej zabawie chodzi. Cztery, że mają jakiś tam „żelazny elektorat”. Pięć, ze wreszcie ma asumpt do tego, by podnieść wreszcie tyłki i wziąć się do roboty jeśli chce przetrwać. Palikot zaś pokazał, że w organizacji i konkretnych działaniach nie jest najlepszy. I nie trzeba przywoływać tu ani przykładu „przyjaznego państwa” ani rozdrapywać wyborczego wyniku PO w jego mateczniku. Wystarczy zastanowić się jaką „wartość dodaną” wytworzył on dotąd będąc politykiem „prawicy”.
Ni i co wreszcie z PO? O tym chyba nie tutaj. Wszak PO to ponoć prawica.
Etykiety:
lewica,
Palikot,
Sierakowski,
SLD
środa, 8 września 2010
Esencja polskości czyli buc narodowy
Olśniło mnie wreszcie dzisiaj w sprawie wstydliwej. Wstydliwej bo nie dającej spokoju choć bardzo bym chciał by w ogóle nie zaprzątała mej głowy. Pewnie nie tylko ja zastanawiałem się i zastanawiam w czym tkwi magia faceta, który ani za mądrze (ani ciekawie) nie mówi ani za pięknie nie wygląda. Słowem nie ma w sobie nic, co przeważnie pociąga albo porywa w ludziach innych ludzi.
Wstydliwość tej sytuacji bierze się z tego, że to wszystko zaprząta mnie za sprawą nie kogo innego lecz biłgorajskiego błazna.
Fenomen tego człowieka z pozoru wydaje się nie do wyjaśnienia. Błąd wynika z przyjęcia błędnego założenia, że przy całej naszej ułomności chcemy być rządzeni lub reprezentowani przez kogoś, kto naszych słabości jest pozbawiony i każdemu zdaje się być taką zdecydowanie lepsza, stuningowana rzec by można wersją samego siebie.
Przyznaje, że to, co opisałem wyżej jest powtórzeniem mojego sposobu myślenia o ludziach którzy mają mną rządzić albo mnie reprezentować. Bo inaczej jaki jest sens by cedować na kogoś troskę o mojej sprawy i mój wizerunek.
Od dawna mam świadomość tego, że pajac z Biłgoraja konsekwentnie idzie ścieżką wytyczona przez Andrzeja Leppera. Oczywiście jeśli wziąć pod uwagę estetykę tej aury, która jako polityk wokół siebie wytwarza. Już tamten przypadek powianiem wskazać mi błąd w rozumowaniu ale tamto potrafiłem sobie przetłumaczyć specyfiką elektoratu będącego melanżem zawodu rzeczywistością i naiwnej wiary, że można ją zmienić bardzo prostymi, by nie rzec prymitywnymi środkami. W tamtym przypadku miałem świadomość filtra, który deformuje wszelkie rozważania o ogólnej istocie zjawiska.
W tym przypadku tego wszystkiego już nie ma. Ci, którzy przyznają się do fascynacji błaznem z PO są dość daleko od schematu wyborcy Leppera. Narzucają nam swój wizerunek opisany takimi atrybutami jak otwartość, umiłowanie wolnej myśli, spora i uporządkowana wiedza. I można by długo pisać tę laurkę. Laurkę ponoć rozpisująca się gdzieś na około siedmiu tysięcy elementów. Tyle, że ta laurka byłaby z gruntu fałszywa.
W bezczelnym typie można wiele znaleźć ale raczej nie tego, co opisałem. Przeglądając serwisy natknąłem się na wpis biłgorajskiego pajaca poświęcony odszkodowaniu, które odebrała Marta Kaczyńska z tytułu polisy jej rodziców. I, tak jak napisałem na początku, olśniło mnie.
To, co znajduję w słowach pana pajaca to w czystej postaci polski buc narodowy. ta przypadłość, która tak mocno nam doskwiera w każdym niemal z naszych sąsiadów i która czasem budzi się w nas samych.
By poznać jej naturę trzeba wiedzieć, że najłatwiej ją odnaleźć wokół tych, którym coś się uda, którym fortuna przyniesie szczęście albo kto osiągnie jakiś tam wyróżniający się status materialny. Wtedy do głosu dochodzi taki buc, który tu i tam opowiada, że to wszystko skandal, że takie pieniądze, że pewnie kradzione, że powinno się je ludziom rozdać… Nie będę więcej wymyślać bo któż nie zna tego ze swego otoczenia.
Rozumiem też teraz ów podnoszony od jakiegoś czasu, także przez ludzi zgłaszających również do tego, by być odbieranymi jako ludzie kultury, ze biłgorajski pajac „mówi to, czego inni powiedzieć się boją”. Dotąd sądziłem (nie rozumiejąc zupełnie owego strachu zważywszy, że to co mówi pajac jest bardzo modne i nośne i nie spotkałem się z żadnym, przypadkiem by mówienie czegoś takiego skończyło się jakimiś przykrymi konsekwencjami) ze chodzi o strach przed represjami, przed jakimiś kłopotami. Dopiero teraz dotarło do mnie, że ci artyści i intelektualiści boją się po prostu by nie wyjść towarzysko na takich samych buców jak ich uwielbiony „buc narodowy”. Po prostu im nie wypada i cieszą się aż do granicy, wybaczyć proszę, poszczania, z tego, że znalazł się taki jeden buc, który za nich powie to coś, co ich aż rozsadza ale im akurat nie bardzo wypada.
Radosny błazen zaś, mimo swego wykształcenia całego i przekonania, że pozjadał wszystkie rozumy, nie zauważa tej swojej roli przydatnego głupka, który ku uciesze wszystkich powie a to „dupa” a to „gówno” wywołując tym dość powszechny rechot.
Niestety Polak ma to do siebie, że najłatwiejszym uczuciem, które z siebie umie wykrzesać jest zazdrość a zaraz za nim zawiść. Uwielbia źle mówić o innych i słuchać jak inni o innych źle mówią. Jest w stanie się opamiętać dopiero wówczas gdy tym „innym” o którym zaczyna się mówić staje się on sam. Wtedy dopiero pojmuje, że to boli. Nie inaczej.
Jeśli więc Polaku powtarzasz teraz za biłgorajskim błaznem „skandal” i ręce ci drżą ze złości to zamiast cieszyć się, że jesteś na czasie i w dodatku w większości pomyśl, że do twojego tańca przygrywa ci wzorzec naszych narodowych przywar wcielonych w postać buca narodowego
Wstydliwość tej sytuacji bierze się z tego, że to wszystko zaprząta mnie za sprawą nie kogo innego lecz biłgorajskiego błazna.
Fenomen tego człowieka z pozoru wydaje się nie do wyjaśnienia. Błąd wynika z przyjęcia błędnego założenia, że przy całej naszej ułomności chcemy być rządzeni lub reprezentowani przez kogoś, kto naszych słabości jest pozbawiony i każdemu zdaje się być taką zdecydowanie lepsza, stuningowana rzec by można wersją samego siebie.
Przyznaje, że to, co opisałem wyżej jest powtórzeniem mojego sposobu myślenia o ludziach którzy mają mną rządzić albo mnie reprezentować. Bo inaczej jaki jest sens by cedować na kogoś troskę o mojej sprawy i mój wizerunek.
Od dawna mam świadomość tego, że pajac z Biłgoraja konsekwentnie idzie ścieżką wytyczona przez Andrzeja Leppera. Oczywiście jeśli wziąć pod uwagę estetykę tej aury, która jako polityk wokół siebie wytwarza. Już tamten przypadek powianiem wskazać mi błąd w rozumowaniu ale tamto potrafiłem sobie przetłumaczyć specyfiką elektoratu będącego melanżem zawodu rzeczywistością i naiwnej wiary, że można ją zmienić bardzo prostymi, by nie rzec prymitywnymi środkami. W tamtym przypadku miałem świadomość filtra, który deformuje wszelkie rozważania o ogólnej istocie zjawiska.
W tym przypadku tego wszystkiego już nie ma. Ci, którzy przyznają się do fascynacji błaznem z PO są dość daleko od schematu wyborcy Leppera. Narzucają nam swój wizerunek opisany takimi atrybutami jak otwartość, umiłowanie wolnej myśli, spora i uporządkowana wiedza. I można by długo pisać tę laurkę. Laurkę ponoć rozpisująca się gdzieś na około siedmiu tysięcy elementów. Tyle, że ta laurka byłaby z gruntu fałszywa.
W bezczelnym typie można wiele znaleźć ale raczej nie tego, co opisałem. Przeglądając serwisy natknąłem się na wpis biłgorajskiego pajaca poświęcony odszkodowaniu, które odebrała Marta Kaczyńska z tytułu polisy jej rodziców. I, tak jak napisałem na początku, olśniło mnie.
To, co znajduję w słowach pana pajaca to w czystej postaci polski buc narodowy. ta przypadłość, która tak mocno nam doskwiera w każdym niemal z naszych sąsiadów i która czasem budzi się w nas samych.
By poznać jej naturę trzeba wiedzieć, że najłatwiej ją odnaleźć wokół tych, którym coś się uda, którym fortuna przyniesie szczęście albo kto osiągnie jakiś tam wyróżniający się status materialny. Wtedy do głosu dochodzi taki buc, który tu i tam opowiada, że to wszystko skandal, że takie pieniądze, że pewnie kradzione, że powinno się je ludziom rozdać… Nie będę więcej wymyślać bo któż nie zna tego ze swego otoczenia.
Rozumiem też teraz ów podnoszony od jakiegoś czasu, także przez ludzi zgłaszających również do tego, by być odbieranymi jako ludzie kultury, ze biłgorajski pajac „mówi to, czego inni powiedzieć się boją”. Dotąd sądziłem (nie rozumiejąc zupełnie owego strachu zważywszy, że to co mówi pajac jest bardzo modne i nośne i nie spotkałem się z żadnym, przypadkiem by mówienie czegoś takiego skończyło się jakimiś przykrymi konsekwencjami) ze chodzi o strach przed represjami, przed jakimiś kłopotami. Dopiero teraz dotarło do mnie, że ci artyści i intelektualiści boją się po prostu by nie wyjść towarzysko na takich samych buców jak ich uwielbiony „buc narodowy”. Po prostu im nie wypada i cieszą się aż do granicy, wybaczyć proszę, poszczania, z tego, że znalazł się taki jeden buc, który za nich powie to coś, co ich aż rozsadza ale im akurat nie bardzo wypada.
Radosny błazen zaś, mimo swego wykształcenia całego i przekonania, że pozjadał wszystkie rozumy, nie zauważa tej swojej roli przydatnego głupka, który ku uciesze wszystkich powie a to „dupa” a to „gówno” wywołując tym dość powszechny rechot.
Niestety Polak ma to do siebie, że najłatwiejszym uczuciem, które z siebie umie wykrzesać jest zazdrość a zaraz za nim zawiść. Uwielbia źle mówić o innych i słuchać jak inni o innych źle mówią. Jest w stanie się opamiętać dopiero wówczas gdy tym „innym” o którym zaczyna się mówić staje się on sam. Wtedy dopiero pojmuje, że to boli. Nie inaczej.
Jeśli więc Polaku powtarzasz teraz za biłgorajskim błaznem „skandal” i ręce ci drżą ze złości to zamiast cieszyć się, że jesteś na czasie i w dodatku w większości pomyśl, że do twojego tańca przygrywa ci wzorzec naszych narodowych przywar wcielonych w postać buca narodowego
Etykiety:
Palikot
środa, 7 lipca 2010
Kto ma krew na rękach i czyją…
Każdy, kto próbował wypowiadać się na temat Janusza Palikota i jego wyskoków na pewno zetknął się z reakcją części czytelników sugerująca, że takie, i każde inne, skupianie uwagi na tym człowieku jest czymś niewłaściwym. Niewłaściwym z tego powodu, że swym postępowaniem dowiódł, iż nie zasługuje na to by się nim zajmować. Że zajmowanie się nim uwłacza temu, kto te uwagę mu poświęca. W moim odczuciu jest to pogląd głęboko nietrafny.
Obecnie z Januszem pali kotem jest jak z Mount Everestem. Oczywiście nie sugeruje w ten sposób wielkości tego człowieka lecz jego specyfikę. Swoja obecnością w politycznym zyciu naszego kraju, a w zasadzie negatywnymi jej aspektami zasłużył by powtórzyć to, co o najwyższej górze świata rzekł kiedyś George Mallory. Bo jest.
Pan Palikot już dawno zasłużył na to, by jego osobą ciąć po oczach za to że jest. Zrobił tak wiele w swym dziele sprowadzania polityki do rynsztoka, że aż się samo narzuca pytanie jego znaczniejszych i mniej znacznych kolegów czy im to leżenie obok niego w tym ścieku pasuje. Z jakiegoż to powodu mam ich z tej trudnej a może nawet nieprzyzwoicie trudnej do wyjaśnienia kwestii zwalniać? Czy to ja obciążyłem ich tym cuchnącym towarzystwem? Czy może oni, cała Platforma Obywatelska, ubrana w drogie garniturki, wyperfumowana i ufryzowana na „prawdziwą Europę” to jakieś towarzystwo specjalnej troski któremu ja mam ułatwiać życie udając wraz z nimi że nie widzę tego g***a, w które jakiś czas temu wlazła ta „polityczna elita” i zadowolona z siebie nie widzi, że tkwi ono ciągle na ich bucie?
Zaiste znakomicie zainaugurowana została kadencja pana Prezydenta Komorowskiego. I przy okazji zamanifestowana radość Platformy Obywatelskiej z tej inauguracji. Trzymanym ostatkiem sił przez prawie kwartał bluzgiem w wykonaniu „ najbardziej rozpoznawalnej twarzy” tej partii. I poza kilkoma głosami jakichś pomniejszych ludzi PO nie wywołała reakcji! Znaczy, że tym językiem można mówić!
A zdawało się, że jest inaczej. Wszak na wykonanie czeka wyrok na Pospieszalskiego, który nawet nic podobnego nie powiedział lecz stał obok gdy ktoś mówił w emocjach. Ale wyroku doczeka gdy tylko okoliczności zmieni się na bardziej sprzyjające. Wychodzi na to, że za słowa biłgorajskiego kuriozum ukarać chyba trzeba tego admina, który stał obok gdy Palikot swe bluzgi umieszczał na swoim blogu.
O Palikocie i jego wyskokach nie tylko powinno się pisać i mówić. To właściwie obowiązek każdego przyzwoitego człowieka. Bez względu na polityczne poglądy i sympatie. Trzeba pisać i przypominać całokształt działań tego człowieka w jego dziele sprowadzania polskiej polityki do poziomu dyskusji żulii znających trzy słowa na krzyż z których dwa to powtórzone słowo qrwa.
Palikot, w momencie, który dla wielu ( słusznie czy też jako wynik iluzji i chciejstwa) jest naszym prawdziwym wejściem do Europy, jest oczywistym kompasem wskazującym do której części tej Europy wchodzimy.
Jasnymi jest kilka kwestii. Pierwsza to ta, że standardy „starej Europy” nijak nie zaakceptują rzucającego kalumnie typa jako poważnego i nowoczesnego polityka. Tam za mniej nierozważne słowa żegnano się z polityką. Po drugie nie ma najmniejszych powodów, by twierdzić, że Palikot jest bo jest. Jednak Mount Everestem on nie jest i nigdy nie będzie. Jest bo ktoś tego chce i na to pozwala! I nie ma co się oszukiwać. Jest bo chce tego i pozwala na to i Donald Tusk i Bronisław Komorowski. Dwaj pierwsi obywatele naszego państwa! A skoro pozwalają to znaczy, że nie przeszkadzają im ludzie, którzy używają bluzgów. Nie przeszkadzają one zresztą wielu osobom. Artystom, dziennikarzom, całej masie postaci publicznych.
Jest to dla mnie zjawisko niebywałe, zważywszy na to, jak tymi samymi ludźmi wstrząsnęły niedawno słowa wypowiedziane w jednej z sekwencji filmu „Solidarni 2010”. Niebywałe jest odkrycie przeze mnie mentalności tych ludzi, dla których najwidoczniej istotne jest to, kto może a kto nie może mieć krwi na rękach oraz komu tego typu zarzut można stawiać a komu w żadnym wypadku.
Nie ukrywam, że oczekiwana przeze mnie, przyznam, że już za długo, reakcja Tuska i Komorowskiego na słowa Palikota to test na ich przyzwoitość. Choćby tę publiczną. Nie kupie twierdzeń, że Palikot jest wolnym człowiekiem i mówi co uważa. Bo właśnie tego oczekuje, by był wreszcie wolnym człowiekiem. Wolnym od sprawowanych funkcji i partyjnej przynależności. Inaczej Donaldzie Tusku i Bronisławie Komorowski nie da się ukryć, że jest tak, jak to wy byście razem z Palikotem obrażali pamięć osób, które Bronic się nie mogą odreagowując jakieś tam swoje frustracje. Chyba że wam cholernie pasuje, że ta krew jest jednak na innych rękach…
Obecnie z Januszem pali kotem jest jak z Mount Everestem. Oczywiście nie sugeruje w ten sposób wielkości tego człowieka lecz jego specyfikę. Swoja obecnością w politycznym zyciu naszego kraju, a w zasadzie negatywnymi jej aspektami zasłużył by powtórzyć to, co o najwyższej górze świata rzekł kiedyś George Mallory. Bo jest.
Pan Palikot już dawno zasłużył na to, by jego osobą ciąć po oczach za to że jest. Zrobił tak wiele w swym dziele sprowadzania polityki do rynsztoka, że aż się samo narzuca pytanie jego znaczniejszych i mniej znacznych kolegów czy im to leżenie obok niego w tym ścieku pasuje. Z jakiegoż to powodu mam ich z tej trudnej a może nawet nieprzyzwoicie trudnej do wyjaśnienia kwestii zwalniać? Czy to ja obciążyłem ich tym cuchnącym towarzystwem? Czy może oni, cała Platforma Obywatelska, ubrana w drogie garniturki, wyperfumowana i ufryzowana na „prawdziwą Europę” to jakieś towarzystwo specjalnej troski któremu ja mam ułatwiać życie udając wraz z nimi że nie widzę tego g***a, w które jakiś czas temu wlazła ta „polityczna elita” i zadowolona z siebie nie widzi, że tkwi ono ciągle na ich bucie?
Zaiste znakomicie zainaugurowana została kadencja pana Prezydenta Komorowskiego. I przy okazji zamanifestowana radość Platformy Obywatelskiej z tej inauguracji. Trzymanym ostatkiem sił przez prawie kwartał bluzgiem w wykonaniu „ najbardziej rozpoznawalnej twarzy” tej partii. I poza kilkoma głosami jakichś pomniejszych ludzi PO nie wywołała reakcji! Znaczy, że tym językiem można mówić!
A zdawało się, że jest inaczej. Wszak na wykonanie czeka wyrok na Pospieszalskiego, który nawet nic podobnego nie powiedział lecz stał obok gdy ktoś mówił w emocjach. Ale wyroku doczeka gdy tylko okoliczności zmieni się na bardziej sprzyjające. Wychodzi na to, że za słowa biłgorajskiego kuriozum ukarać chyba trzeba tego admina, który stał obok gdy Palikot swe bluzgi umieszczał na swoim blogu.
O Palikocie i jego wyskokach nie tylko powinno się pisać i mówić. To właściwie obowiązek każdego przyzwoitego człowieka. Bez względu na polityczne poglądy i sympatie. Trzeba pisać i przypominać całokształt działań tego człowieka w jego dziele sprowadzania polskiej polityki do poziomu dyskusji żulii znających trzy słowa na krzyż z których dwa to powtórzone słowo qrwa.
Palikot, w momencie, który dla wielu ( słusznie czy też jako wynik iluzji i chciejstwa) jest naszym prawdziwym wejściem do Europy, jest oczywistym kompasem wskazującym do której części tej Europy wchodzimy.
Jasnymi jest kilka kwestii. Pierwsza to ta, że standardy „starej Europy” nijak nie zaakceptują rzucającego kalumnie typa jako poważnego i nowoczesnego polityka. Tam za mniej nierozważne słowa żegnano się z polityką. Po drugie nie ma najmniejszych powodów, by twierdzić, że Palikot jest bo jest. Jednak Mount Everestem on nie jest i nigdy nie będzie. Jest bo ktoś tego chce i na to pozwala! I nie ma co się oszukiwać. Jest bo chce tego i pozwala na to i Donald Tusk i Bronisław Komorowski. Dwaj pierwsi obywatele naszego państwa! A skoro pozwalają to znaczy, że nie przeszkadzają im ludzie, którzy używają bluzgów. Nie przeszkadzają one zresztą wielu osobom. Artystom, dziennikarzom, całej masie postaci publicznych.
Jest to dla mnie zjawisko niebywałe, zważywszy na to, jak tymi samymi ludźmi wstrząsnęły niedawno słowa wypowiedziane w jednej z sekwencji filmu „Solidarni 2010”. Niebywałe jest odkrycie przeze mnie mentalności tych ludzi, dla których najwidoczniej istotne jest to, kto może a kto nie może mieć krwi na rękach oraz komu tego typu zarzut można stawiać a komu w żadnym wypadku.
Nie ukrywam, że oczekiwana przeze mnie, przyznam, że już za długo, reakcja Tuska i Komorowskiego na słowa Palikota to test na ich przyzwoitość. Choćby tę publiczną. Nie kupie twierdzeń, że Palikot jest wolnym człowiekiem i mówi co uważa. Bo właśnie tego oczekuje, by był wreszcie wolnym człowiekiem. Wolnym od sprawowanych funkcji i partyjnej przynależności. Inaczej Donaldzie Tusku i Bronisławie Komorowski nie da się ukryć, że jest tak, jak to wy byście razem z Palikotem obrażali pamięć osób, które Bronic się nie mogą odreagowując jakieś tam swoje frustracje. Chyba że wam cholernie pasuje, że ta krew jest jednak na innych rękach…
Etykiety:
Komorowski,
Palikot,
PO,
Tusk
Subskrybuj:
Posty (Atom)