Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lutego 2012

Quis custodiet ipsos custodes? (za wyrusem)

I tak miałem polecić trzy ostatnie teksty wyrusa*, ale myślałem sobie przy tym „ gdzieżby mi tam się do nich odnosić”. Wszak wyrus to wyrus i potrzeby nie ma żadnej klarować po nim. Jednak rzeczywistość to, jak mawiają niektórzy, „przewrotna suka” i sama do tego pierwszego linkowanego tekstu dopisała komentarz.

„Quis custodiet ipsos custodes?" („kto nadzorować będzie samych dozorców” – za wyrusem) pytał Decimus Juwenalis w „Satyrach” wyznaczając jeden z progów, których żadna, nawet totalitarna władza przekraczać nie może, jeśli ma zamiar dalej pozostać władzą.

Ja rozumiem, że dla władzy totalitarnej rzecz jest zdecydowanie bardziej „wrażliwa” bo dla niej „utrata władzy” jest w zasadzie początkiem kolejnych, bez wyjątków mało atrakcyjnych „utrat” często kończących się dla niektórych utratą życia. Może dlatego tamta władza dbała o to, by ci umowni (ale jakże dosłowni) „dozorcy” byli ostatnimi, których dotknie jakakolwiek niedogodność, dotykająca reszty obywateli.

Wielu pamięta a ci co nie pamiętają może choć znają z przekazów instytucję „sklepów za żółtymi firankami”, służącą właśnie temu, by PRL-owskim „dozorcom” oszczędzić uciążliwości permanentnego „niedoboru dóbr konsumpcyjnych”, zaczynającego się już na poziome w przybliżeniu choćby przyzwoitego papu. Kto pamięta konserwową szynkę „Krakus”, ten wie o czym myślę pisząc „w przybliżeniu”.

Tamta władza wiedziała, że jeśli konieczna dla utrzymania społeczeństwa w ryzach jest przemoc, konieczny jest aparat przemocy. Zaś ten aparat musi być wierny. Mentalnie czy tam systemowo, ale musi. Bo nie da się w nieskończoność mnożyć nadzorców. Ostatnim w kolejności trzeba już tylko ufać. I kupić sobie ich zaufanie.

Te prawidła, zdawać by się mogło, obecna władza odziedziczyła po poprzedniej. Wraz z częścią aparatu przemocy. To może naganne ale ponoć też oczywiste. W powieści „Ciudad Trujillo” Andrzeja Wydrzyńskiego (polecam!), jeden z wysoko postawionych zbirów dominikańskiego dyktatora tłumaczy, że każda władza dziedziczy tajniaków (ponoć poza Castro ale jeśli wziąć pod uwagę, że i w STASI „robili” goście ze stażem w Gestapo to kto tam wie ilu Fidel przejął po Batiście). Jeśli wziąć pod uwagę, że w publicznym przekazie jedną z największych zbrodni „kaczyzmu” było „kuku” zrobione kolesiom z WSI, można pokusić się o stwierdzenie, że nasze „państwo”, uosabiane przez obecną „lepszą drużynę”, i w tej materii pilnie odrabia lekcję Realpolitik.

Ale chyba nie do końca. Jak wiadomo, każdy czas ma swoje wyzwania a za nimi swoje priorytety. W konfrontacji z nimi często przestawia się nieco hierarchia owych „dozorców”. Choć prawdę mówiąc, ci z „siłówki” zawsze będą na „topie”. Szczególnie zaś wobec takich głosów, jak ten wyśmiany ostatnio głos kolegi Migalskiego, wieszczącego jak Platforma będzie oddawać a raczej nie będzie oddawać władzy**

Jednak nie da się ukryć, że ostatni czas postawił na pierwsze miejsce przed naszą drużyną zupełnie inne zadanie. Tym zadaniem jest chapanie wyślizgującej się kasy wszędzie tam, gdzie się da. Trudno powiedzieć jak jej idzie, bo opierać się musimy na oficjalnych komunikatach. A wedle nich idzie świetnie. Tak świetnie jak niegdyś Gierkowi czynienie z PRL-u „jednej z dziesięciu gospodarczych potęg świata”. W każdym razie czasy obecne na pierwsze miejsce stawiają mamonę a nie pałkę. Tak więc z punktu widzenia państwa, w imieniu którego punkt widzenia ustala i określa „lepsza drużyna”, najwrażliwszą częścią ekipy „dozorców” są dozorcy, pilnujący by oddać „cesarzowi co cesarskie” na czas i w odpowiedniej kwocie.

Zatem opublikowana w „Rzepie”, z pozoru banalna i niegodna nawet uwagi informacja o wstrzymaniu „aparatowi skarbowemu” (urzędy, izby, „policja skarbowa”) wypłat nagród rocznych, potocznie zwanych „trzynastkami” jest jakimś tam obrazem stanu państwa. Ktoś powie „no i cóż tam znowu takiego?”

To, że te dywizje „dozorców” zdają się być owym niefortunnym dla nich wydarzeniem szczerze zaskoczone i jakby nieco sfrustrowane. Bo jak w tekście stoi „– Takiej sytuacji nie było nigdy”.*** A sfrustrowany „dozorca” to już nie ten dozorca co dotychczas. Szczególnie boleśnie „nie ten”, gdy się go jednocześnie wykopuje na pierwszą linię frontu walki o naszą przyszłość czy tam nasze „tu i teraz”, i gdy się go równocześnie tak nieładnie traktuje. Jak nigdy wcześniej ponoć.

Frustruje to ową dywizję „dozorców” jeszcze i z tego powodu, że poza sferą budżetową, kto mógł, płacił swoim pracownikom „trzynastki” jeszcze w styczniu, by uniknąć ponoszenia kosztów związanych z podniesieniem od lutego wysokości odprowadzanej składki zdrowotnej. Zatem opóźnienie wydaje się bardziej dotkliwe niż jest w istocie. Im musi się nagle rzecz jawić pewnie jak biblijne „pierwsi będą ostatnimi”. Czyli taki miniArmagedon.

Jeśli wziąć pod uwagę, że wspomniana grupa zawodowa nie jest jakoś szczególnie liczna z punktu widzenia państwa (choć mało kto nie wykrzyknie, że http://www.blogger.com/img/blank.gif„połowęhttp://www.blogger.com/img/blank.gif od razu na bruk!”) i koszt utrzymania jej w możliwie największym błogostanie aż tak wielki nie jest, źle to w sumie wygląda. I źle świadczy o faktycznym stanie nhttp://www.blogger.com/img/blank.gifaszych finansów publicznych. I o instynkcie zachowawczym „lepszej drużyny”.

ps. Mam nadzieje, że wyrus nie będzie miał mi za złe tej pożyczki w tytule.http://www.blogger.com/img/blank.gifhttp://www.blogger.com/img/blank.gif

* http://tekstowisko.blogspot.com/2012/02/quis-custodiet-ipsos-custodes.html
http://tekstowisko.blogspot.com/2012/02/jezus-pyta-ja-odpowiadam.html
http://tekstowisko.blogspot.com/2012/02/granice.html
** http://migal.salon24.pl/390163,dlaczego-platforma-nie-moze-przegrac
*** http://www.rp.pl/artykul/10,811265-Trzynastki-w-skarbowce-opoznione.html

niedziela, 12 lutego 2012

Czy warto dożyć emerytury? Dylemat Boksera





Chyba mało kto dzisiaj nie zadaje sobie tego pytania. Szczególnie teraz, gdy, być może w ramach „bezpartyjnego bloku wspierania rządu”, eksperci przeróżni uświadamiają nam i nas jakie czeka nas życie za tę naszą krwawice, którą od lat wypracowujemy i ufnie oddajemy naszemu państwu, czyli ludziom, którzy je uosabiają. O nich jeszcze będzie.
Znajoma przesłała mi właśnie kilka zabawnych zdjęć z netu. Obrazują „śmiesznostki” planowanego systemu, już po jego „reformie”.



Piszę to w cudzysłowie bo skomplikowana jest ta „reforma” jak gwóźdź półtoracalowy. Choć z drugiej strony dobre z naszych reformatorów paniska. Mogli przecież skasować emerytury w ogóle albo, tak pro forma, uchwalić wiek przechodzenia na emeryturę na poziomie 134 lat.

Konstrukcja owej reformy sprowadza się do takiej nieco bandyckiej zasady „więcej zabieramy, krócej wypłacamy”. Skuteczna nie tylko w sensie dosłownym. Ale i przez to przecież, że faktycznie grupa osób, które dostąpią „luksusu” przejścia w zawodowy stan spoczynku będzie mniejsza o tych, którzy uwolnią państwo od obowiązku drogą jak najbardziej naturalną. Tu od razu taka uwaga, że wcale nie zapomniałem w powyższym mechanizmie „reformy” użyć określenia „więcej” w kwestii tego, co będzie wypłacone. Ktoś tam ostrożnie próbuje wmawiać, że emerytury będą większe. To oczywiste zmyślenie, bo nie będą. Będą jakie będą i tyle. Porównać się nie da przecież.

A już na pewno nie da się zagwarantować, że te pieniądze, których ma być jakoby więcej w ogóle będą. Bo kto trzyma nad nimi pieczę? A proszę państwa szanownego ci, co się tak zatroszczyli o naszą kasę zarówno przed „wielkim przełomem” roku 1989 jak też ci, którym zawdzięczamy troskę o nią przez ostatnie dwadzieścia lat. To oni nagle odkryli, że im się drobne nie zgadzają i szukają ich teraz w naszych kieszeniach. Bo gdzie mają szukać skoro ten Orlen, co to im na sprzedaż został, bez wątpienia nie wystarczy. Nie wiem czy wystarczyłoby to, co było wtedy, gdyśmy się na wspomnianym przełomie znaleźli. Ciekawe to… Tyle przecież przy tym fortun tak przy okazji się urodziło a te największe jakoś tak dziwnym trafem tam się rodziły, gdzie były różne rządowe zamówienia, państwowe kontrakty na dostawy surowców i takie tam… Zatem jak się chce to się da.

Zatem nagle, gdy już nam tylko ten Orlon został, znów „największym skarbem” tej ziemi, po który można sięgnąć i właśnie się sięga, jestem ja. I wszyscy inni podobni do mnie, których będzie się eksploatować teraz niczym na nowo odkryte pokłady węgla. Tylko dłużej i intensywniej.

A nam nie pozostaje nic innego jak przyjąć to wszystko do wiadomości i dla higieny psychicznej wziąć sobie do serca sposób, w jaki na wszelkie niedogodności wywalczonej przez siebie antyutopii reagował koń Bokser, mieszkaniec Animal Farm. Trzeba powtarzać sobie „muszę więcej pracować”.

Pytanie tytułowe nie jest pozbawione sensu. Wręcz przeciwnie. Uwzględniwszy „ducha” zapowiadanej reformy, ma tego sensu jeszcze więcej niż dotychczas. Bo kiedy przyjdzie konfrontować się nam z rzeczywistością naszych świadczeń emerytalnych, gdy już osiągniemy ten niebotyczny wiek uprawniający, może się okazać, że dopiero zostaliśmy nabrani. Że mimo wszystko, mimo te nasze „musze więcej pracować” staniemy przed widmem szarpania się o przetrwanie w jakichkolwiek, już wcale nie godziwych warunkach. Nie wiem czy tylko ja odczuwam chłód w kręgosłupie próbując sobie wyobrazić jak to wtedy będzie. I wcale nie trzeba tu wielkiej wyobraźni. Popatrzcie wokół siebie, popytajcie mieszkających po sąsiedzku dzisiejszych emerytów. I nie chodzi mi wcale o to byście mieli okazję się nad nimi poużalać albo wzruszać ich dolą. Wy się uczcie obywatele bo najpewniej was to też nie ominie! Te pasztetowe, ubrania z odzysku, buty ze „skóry ekologicznej”, kupowane za 49 złotych w supermarketowej promocji. Trzeba wiedzieć zawczasu gdzie się obrócić i za co chwytać.

Smutne, jak dola konia Boksera jest to, że nas nawet na koniec nikt nie odda do rzeźnika, ku chwale i pożytkowi naszego państwa i tych, co teraz i zawsze nim kierują. Będziemy musieli się obijać po tym świecie z takim przyziemnym wstydem, że nam spodnie tylko do kostek sięgają, że łokcie mamy wytarte…

Dziwna jest ta perspektywa, z jakiej teraz patrzymy na ten nasz świat. Jakoś przywykliśmy do tego, że ten pan w sklepie awanturuje się, gdy poprosił o 10 deko kiełbasy a ekspedientka próbuje mu wcisnąć 13. Mamy go za pieniacza zwykłego… Dziś raczej wzrusza nas to, że taka pani Fedak, co zarabiał dziesięć tysięcy niedawno, musi teraz wiązać koniec z końcem za dwa i pół…

piątek, 10 lutego 2012

Platformo. Lepiej już było. (AWS bis)

Faktem jest, że sondażowe otarcie się o siebie PO i PiS jest zdarzeniem bezprecedensowym. W mniejszym stopniu dlatego, żeśmy się od czegoś takiego zdążyli skutecznie odzwyczaić, jak, nie przymierzając, od lutowych mrozów, ale głownie z uwagi na okoliczności, w jakim nastąpiło.

Oczywiście wiemy czemu nastąpiło i oczywiście wszyscy (tej wersji teraz najlepiej się trzymać) tego oczekiwaliśmy.

Wiemy, że jest to efekt zdumiewającej kumulacji niefortunnych zdarzeń (ładnie nazwałem, prawda?), którymi, za sprawą naszej obecnej władzy dotknięci zostaliśmy na przełomie grudnia i stycznia a w zasadzie dotykani jesteśmy nadal.

Spodziewaliśmy się wszyscy, ze to może nastąpić… Ale z zupełnie innych powodów. Jak wiadomo, Donald Tusk i jego ekipa przygotowuje się właśnie, po ponad czteroletniej rozgrzewce, do koniecznego skoku na głęboką wodę. Tak głęboką, że jak już skoczy to tak nas obryzga, że się ledwie pozbieramy. I tak naprawdę dopiero wtedy to otarcie miało mieć miejsce.

Skok jeszcze przed nami i dlatego z pozycji odpowiedzialnego i dojrzałego obywatela mam nie tylko prawo ale i obowiązek się martwić. Wszak wszyscy światli mówią, że skakać trzeba, nikt nie ukrywa, że obryzga nas jak jasna cholera. Niektórzy wręcz twierdzą, ze tak się wtedy ten obryzgany naród może wkurzyć i nieco dłużej przytrzymać „pływakom” łepek pod powierzchnią.

Dzisiejsze otarcie się ma tę wadę, ze może obecną ekipę pozbawić części lub nawet całej determinacji i ochoty do skakania. I nawet się nie dziwię. Bo w nowej rzeczywistości trudno zgadnąć o kogo już po skoku będzie się ocierać.

Zdaję sobie sprawę, że z powagi sytuacji nic sobie nie robią ci nasi koledzy i te nasze koleżanki, które ciągle uważają, że

„A Donald Tusk?

Donald Tusk tylko się uśmiecha”

Ci zaś, co jeszcze w duchu mają nadzieję, że może już wkrótce znów będzie lepiej, tak na poziomie 47,5%, powinni porzucić nadzieję.

Lepiej nie będzie bo i być nie może. Po prostu. Choć może jutro jakaś tam zbadana zbiorowość na chwilę poprawi im humor.

Lepiej to już było. Bo teraz możliwości są dwie. Ta opisana wcześniej czyli ten potrzebny i oczekiwany od dawna skok i będące jego oczywistym skutkiem utonięcie albo też poniechanie i bezsilne przebieranie kończynami w jakiejś żałosnej choreografii pozorowanych ruchów.

W skrócie zaś te rozstaje, na których dziś stoi Donald Tusk i jego „załoga na kółkach” oznaczone są drogowskazem, wskazującym albo „Drugą dziurę Bauca”, jeśli obecna ekipa postanowi po prostu „dokupić” sobie parę punktów procentowych u społeczeństwa albo „AWS II”, jeśli pójdzie drogą „reform i wyrzeczeń”.

To lepiej, co to bez wątpienia już było to te lata bezwzględnego zaufania większości roztrwonione na nic a wręcz na podgrzewanie stanu wojny.

A zaniechania się mszczą. Co właśnie oglądamy widząc jak się nam drapieżniki nagle o siebie ocierają choć jeszcze do niedawna zdawały się mieć oddalone żerowiska.

Szkoda tylko nas wszystkich. Bo nie mam wątpliwości, że na jakiś szaniec choć spróbują nas rzucić w akcie desperacji. Tyle już tych szańców zaliczyliśmy.

A nam się chyba wreszcie jakiś spokój należy. Czyż nie?

czwartek, 28 kwietnia 2011

Strategia wyborcza Platformy czyli wołowy kotlet

Od dłuższego czasu zdawać się może, że wyborczą strategią Platformy Obywatelskiej będzie odgrzewanie kotleta. W dodatku, nawiązując do postaci pewnego „geniusza” w turbanie, który niegdyś otarł się o Obamę a niedawno o Platformę, można pozwolić sobie na żart, iż będzie to zapewne kotlet wołowy. Rzecz jednako ma się nieco inaczej.

Faktycznie potrawa będzie zasadniczo odgrzewana ale rządząca ekipa postanowiła ugarnirować ją Świerzymi dodatkami. całość zapowiada się imponująco i widowiskowo.

Wsłuchując się w ton wypowiedzi polityków PO, bez wątpienia wpisujący się w zbliżającą czy może już nawet zaczęta kampanię wyborczą tej partii nie da się nie zauważyć, że nowym, dla mnie niepokojącym elementem jest pewien koncept na zwycięstwo wyborcze, który pozwolę sobie nazwać „wariantem ostatecznym”. Jeśli by szukać jego opisu, najłatwiej znaleźć go choćby w wypowiedzi pana Grupińskiego, który zapowiada, że „Dzisiaj PiS neguje wszystkie wartości demokratyczne w Polsce. Początkowo jego politycy twierdzili, że Polacy pomylili się w dniu wyborów, teraz, że wybory mogą być fałszowane, a urzędujący premier i prezydent na transparentach są nazywani zdrajcami. Następuje powolna, ale stopniowa eskalacja. Jeżeli PiS przekroczy granicę demokratycznego państwa prawa, to naturalną rzeczą winno być działanie prokuratury. Pamiętajmy, że prezes Kaczyński jest obywatelem Polski i nie widzę przyczyn, dlaczego np. prokuratura powinna traktować go inaczej, bardziej ulgowo.”*

Ten dość długi cytat polityka Platformy to nie jedyny głos w tym tonie. Pozornie można to potraktować jako coś, co jest żywiołem każdego niemal polityka czyli gadanie dla gadania. Wszak w Polsce obecnie trudno wyobrazić sobie cokolwiek, co byłoby wskazywanym przez Grupińskiego „przekroczeniem granicy”. Szczególnie w sferze werbalnej. Od przełomowego wydarzenie, jakim było nazwanie na łamach pisma, zajmującego się poważną analizą mediów, szefa opozycji „chujem” przez inną postać (jednak, mimo wszystko…) publiczną trudno wyobrazić sobie gdzie ta granica może być.

Jednak to nie do końca jest prawda. A w zasadzie to jest ten „trzeci rodzaj prawdy”. Mocno korespondujący z powiedzeniem, że „wynik wyborów zależy od tego, kto liczy głosy”. W nawiązaniu do niego pozwolę sobie zgadnąć, że granicę ustali się w jakimś gremium PO.

Tę prawidłowość w „czytaniu demokracji” zademonstrował chocby wczoraj w czystej postaci pan Niesiołowski zarówno prowadząc obrady Sejmu jak też później tłumacząc przed kamerami swoją decyzję o niedopuszczeniu do głosy posła opozycji (w trybie sprostowania) – „- Wniosek o odwołanie ministra był zupełnie bez powodu. PiS dla dorwania się do władzy zrobi wszystko”** i nazywając zachowanie owego parlamentarzysty „lepperiadą”.

Utarło się w dojrzałych, rasowych demokracjach przyjmować, że podobne wnioski personalne czy ostre oceny rządzących to „wilcze prawo” opozycji. takie zwyczajowe „dura lex sed lex”. Groźby formułowane przez pana Grupińskiego i jego kolegów (także tych z przyszłej koalicji) wskazują, że z tym już koniec, że zaczęła się na „młode wilki obława”. Że najwyraźniej nawet najwierniejsi (chodzi mi o wiarę w moc pana Donalda) tracą wiarę w to, że można wygrać w czystej grze i liczyć trzeba na rozstrzygniecie przy „zielonym stoliku”.

A z tym, na dłuższą metę, może być spory problem. Jeśli wziąć pod uwagę świergot*** pana Radosława Sikorskiego, który wszak za zręby programu wyborczego PO odpowiada, Platforma ma szczerą chęć „nie pozwolić podpalić Polski”. Jeśli pod tymi słowami ma się kryć rozwiązanie „a’la Grupiński” to ta akcja gaśnicza będzie zwyczajnym gaszeniem ognia benzyną. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Tak naprawdę ta koncepcja na wyborcze zmagania jest najlepszą recenzją mijających lat rządów PO. Jeśli po tym, przedstawianym nam jako pasmo sukcesów i heroicznych dokonań czteroleciu jedynym sposobem na wyborczy sukces ma być pohukiwanie o „jeszcze straszniejszym PiS-ie” i „jeszcze bardziej złowrogim Kaczyńskim” to o czym tu w ogóle mówić? Faktycznie trzeba brać się za ten kotlet. Wołowy rzecz jasna…



* http://www.polskatimes.pl/opinie/wywiady/395341,grupinski-jesli-pis-przekroczy-granice-powinna-wejsc,id,t.html

** http://www.tvn24.pl/-1,1701045,0,1,niesiolowski-suskiego-nie-dopuscil-klasyczna-lepperiada,wiadomosc.html

*** Skryty przed oczami gawiedzi pan Minister zwykł się ponoć kontaktować ze światem „zewnętrznym” za pomocą komunikatów publikowanych poprzez Twittera.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Bezrobocie i Kaczyński

Oczywiście Kaczyńskiego w tytuł wlepiłem ze względów czysto marketingowych. No prawie czysto… Gdybym zostawił wyłącznie bezrobocie, nikt by się specjalnie moim tekstem nie zainteresował. Bo jak mówią nic nie ożywia akcji bardziej niż Kaczyński lub parę trupów. Albo cos w tym rodzaju. Po prawdzie ostatnio nawet i Kaczyński mi nie pomaga a trupów przecież nie urodzę!

Ten mój zabieg marketingowy naciągane uzasadnienie znajduje w kolejnym opublikowanym w „Rzeczpospolitej” tekście pani Flis- Kuczyńskiej, która, rzecz dla niej zwykła, jedyne zagrożenia, jaki stoją przed naszą ojczyzną, widzi w bezrobociu i Kaczyńskim. W tym drugim bardziej bo cała drży, że „obudzimy się w IV Rzeczypospolitej, w której znowu o świcie będą brygady w kominiarkach wyciągały z domów w świetle kamer telewizyjnych, na pokaz, ludzi posądzanych o przestępstwa”.* Ma prawo rzecz jasna drżeć, przyzwyczajona do ciepłej i przytulnej III RP, w której, jak wiadomo, o świcie do drzwi dzwoni wyłącznie mleczarz a brygady, jeśli już coś do kogoś mają, to umawiają się telefonicznie, mówią o co im chodzi a po przyjściu, karnie zdejmują buty i czynności dokonują w skarpetkach. Zostawmy więc Kaczyńskiego pani Kuczyńskiej bo wśród straszących tym zagrożeniem jest ona w ścisłej czołówce, dziwnym trafem noszącej dokładnie to samo nazwisko.

Ja podzielę się garstka uwag dotyczących tej plagi mniejszej. Przynajmniej wedle oceny Kuczyńskiej.

Jeśli pamiętamy słowa pana Donalda Tuska, a nie ma absolutnie powodu, by te słowa nie utkwiły w naszej pamięci, Polska jest dziś wielkim placem budowy. Takim, jakim w swej historii chyba nigdy nie była. Może zaraz po Wielkiej Wojnie ale wtedy raczej mieliśmy do czynienia z odbudową. A to coś odrobinę innego jednak. Tak więc tyle, ile teraz, nie budowało się w Polsce nigdy. Nie budowało się więc cztery lata temu, pięć, sześć i tak dalej.

Zgodnie z tą wizją pana Donalda Tuska, zgodnie z logiką, nigdy nie było chyba większej potrzeby znalezienia rąk do pracy, chcących i gotowych pracować dla naszej lu… znaczy dla naszej Ojczyzny. Siłą rzeczy jeśli na rynku pracy miałby istnieć jakiś tam głód czy też deficyt to raczej głód rak do pracy a nie ofert pracy. Wedle tej logiki, zgodnie z którą „mury pną się do góry” faktycznie młodzi Polacy powinni pakować się w Londynie, Dublinie, Edynburgu, Madrycie i gdzie tam jeszcze nie dumają na „paryskim bruku”, w najbliższe loty do Polski by zasilić tłumy junaków na współczesnych, wielkich budowach soch… znaczy III RP.

W moim miasteczku od lat chodzi sobie po ulicach pewien pan. Kiedyś, w poszukiwaniu pracy, pojawił się nawet w szkole, w której pracowałem, gotów wziąć etat matematyka. Ma więc wyższe wykształcenie. A nie ma pracy. Upływający jemu i tym, którzy w ogóle go zauważają czas stwierdzić jest najłatwiej na coraz krótszych nogawkach jego wciąż tych samych spodni. Nie zmienia się też, mimo upływu czasu, wstyd, z jakim, rozglądając się wokół, lustruje zawartość mijanych śmietników. Ekipy się zmieniają, on trwa.

Pewnie dopiero w sobotę pojadę do miasteczka, w którym mieszkali moi rodzice i gdzie pozostał brat. Zawiozę mu przy okazji trochę pieniędzy na przeżycie i znów daruję sobie rozmowę o poszukiwaniu przez niego pracy. Tam, gdzie mieszka, jest to równie sensowne, jak poszukiwanie kwiatu paproci w świętojańską noc. Nie myślcie, że nie próbował. Kiedy na Polskę, dzięki „łasce” rządzących, spłynęło „dobrodziejstwo” „otwartych rynków pracy” za granicą, pojechał i z konieczności szukał szczęścia wśród tej części rodaków zdobywających przyczółki w kolejnych zakątkach świata, do której nawet najbardziej fundamentalni patrioci nie chcieliby się za nic przyznać. Wrócił z konieczności zaraz po sławetnej obietnicy Tuska, zapowiadającej masowe powroty. Jego obecny los rozpisał się więc po trosze na Polskę Millera, Kaczyńskiego i Tuska. Polski Kaczyńskiego doświadczał tylko zdalnie. Szkoda, że nie było szansy, by na jego miejscu znalazł się ktoś, komu wtedy „duszno” było. Miałby lepsza perspektywę. To taka uwaga na margines… Nie zmienia to faktu, że żadna z tych Polsk nie była dla niego matką zbytnio kochającą. I taką została do dziś. Mimo, że jest przecież w końcu tym „placem budowy”.

Być może ta niezwykła i niepojęta dla mnie korelacja „niepotykanej skali rozbudowy” z rosnącym bezrobociem to po prostu kolejny cud obecnej ekipy i jej pełnego wiary w „metafizykę rządzenia” szefa. Wymykający się prawom fizyki oraz logiki. Jak to z cudami zresztą bywa.

A co do Kaczyńskiego to jego miejsce w tytule jest jak najbardziej uprawnione. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że w najbliższej kampanii wyborczej na każde wspomnienie o bezrobociu przypadnie z sześciu wspomnianych Kaczyńskich. Związek jest więc oczywisty. Oczywiście nie taki, że Kaczyński za to bezrobocie odpowiada. Taki natomiast, że nikt tak świetnie nie zasłania tego problemu jak Kaczyński. Choć taki z niego, jak się szlachetnie wspomina często, mikrus.

Tak to jest, że nagle, w zasadzie wbrew ogólnemu przekazowi rządzących przekonujących nas kiedyś usilnie, że „tu i teraz” i że „modernizujmy”, czy tam „budujmy zamiast uprawiać politykę”, nagle od pełnego gara i bezpiecznego bytu ważniejsze jest zapewnienie, że „nie przejdą”, „nie podpalą”. Wiem, jakby podpalili to i pełen gar spłonie…

Ale czemu nikt choćby na chwile się od tej zainicjowanej „akcji gaśniczej” nie oderwie by sobie na palcach te „wielkie budowy” i to bezrobocie zsumować i zauważyć, że się za nic nie bilansuje.

A więc chyba tylko ja zostanę ze swym pytaniem jak to jest do jasnej cholery możliwe? Że ten plac budowy i to bezrobocie… No bo to się nie mieści… I mi się zaraz jeszcze kojarzy ze sławną uwagą Himilsbacha, który widząc, jak się tamta, gierkowska Polska „pnie do góry” na początku dekady, jeszcze przed nadchodzącym krachem, zauważył: „Tyle dróg budują a, qrwa, nie ma dokąd iść…”

* http://www.rp.pl/artykul/646207_Flis-Kuczynska--Opuszczeni-o-zmroku.html

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Zmieńcie konstytucję!

Powiem szczerze, że od stwierdzeń, że politycy PO wypowiadają się sterowani za pomocą sms-ów bardziej irytują mnie… wypowiedzi polityków PO, którzy sprawiają wrażenie, jakby ktoś nimi zdalnie sterował. Z pomocą sms-ów choćby…

Nie mogłem się oprzeć temu, by zacząć jak zacząłem. Nieźle mi nawet chyba wyszło. Choć prawdę mówiąc zasługi mojej w tym pewnie mniej niż 50%. Cała reszta to już oni, dający mi okazję do takich „finezyjnych” uwag. Ostatnio jeden w drugiego uparli się powtarzać, że „najwspanialszym pomnikiem Lecha Kaczyńskiego jest Wawel” o czym przepięknie zresztą napisał Grisza w tekście „Nowy SMS w Partii Miłości” oraz twierdzić (jakby czytali z tej samej kartki), iż Lechowi Kaczyńskiemu pomnik się nie należy bo „to była słaba prezydentura”. I że Prezydent „nie był skłonny do współpracy z rządem, blokował wszystkie jego najważniejsze ustawy”*.

Prawdy w tym stwierdzeniu tylko nieco więcej niż w kończącym wypowiedź zdaniu pana Schetyny (bo to on jest jego autorem) „Był prezydentem jednej partii i wyraźnie to podkreślał”. Nie pamiętam za bardzo by „wyraźnie to podkreślał” ale niech będzie panu Marszałkowi. I nie będę się czepiał nawet przypominając, że jakoś mu nie szło z TYM rządem, który dla pana Schetyny wyraźnie jest „najmojszy”, że w drugą stronę też za miło nie było, oraz ironizował, że kryterium „ważności” ustaw TEGO rządu było zapewnie to, czy Prezydent zawetuje czy nie. Jak wetował to od razu ranga ustawy rosła.

Ja mam inna uwagę. Taką mianowicie, że to, co wedle pana Schetyny dyskwalifikuje Prezydenta Kaczyńskiego, mieściło się i mieści w ramach prerogatyw, przyznanych jemu, jego poprzednikom i następcom na mocy konstytucji. I był w związku z tym jak najbardziej „w prawie”. Choć pewnie na bakier z oczekiwaniami pana Schetyny i reszty piewców „kiepskiej prezydentury”. Przyznam szczerze, że z całego serca rozumiem pana Schetynę i resztę piewców. W ten sposób zareagowałby każdy gdyby mu się ktoś wpakował „pod prąd” rozpędzonemu i pewnemu swego. To tak, jak na przykład ze złością nauczyciela, który, rozemocjonowany na „maksa”, właśnie jest w połowie opisu drogi plemnika ku jaju gdy mu gówniarz z ostatniej ławki wcina się z pytaniem jak to możliwe, że jego sąsiedzi będą mieli dziecko skoro nie mają ślubu.

Tyle, że można by zrozumieć podobną reakcję na gorąco, zaraz po tym, gdy Prezydent akurat zawetował kolejna „najważniejszą” ustawę rządu. Rozumiem emocje w takiej chwili. Ale obecnej „polityki sms-ów” z tą wersją interpretacji nie rozumiem ni w ząb. Oczywiście jeśli próbuję traktować cała tę ekipę poważnie i w taki właśnie sposób oceniam to co robią.

A to, co robią, to w moim odczuciu ni mniej ni więcej tylko negowanie konstytucyjnego porządku państwa. I to w stopniu znacznie bardziej posuniętym niż „delegitymizowanie legalnych władz państwa przez Kaczyńskiego” za pomocą cytatu z Herberta. Jeśli urzędnik państwowy, ściślej mówiąc jeden z najwyższych urzędników państwowych uznaje, że postępowanie zgodnie z konstytucją stanowi poważną rysę na biografii, znaczyć to może, że następcy dogłębnie powinni przemyśleć korzystanie z nadanych ustawą zasadniczą uprawnień. I raczej kierować się opinią tego czy tamtego politycznego fachury od „tu i teraz”. Często hołdującego bismarckowskiej koncepcji „konstytucji realnej”.

A może i reszta obywateli powinna pójść tą droga i przemyśleć sprawę mnie lub bardziej poważnego traktowania tego, co ktoś tam, po coś tam w ten akt prawny, jakoby najwyższy ranga, powpisywał kiedyś. Nie mając wszak żadnej orientacji w dzisiejszych kontekstach. I jeśli dojdzie do wniosku, że będzie traktował wedle własnego uznania albo utylitarnej potrzeby to tylko wcieli w życie intencje pana Marszałka.

I temu stanowczo się sprzeciwiam. Bo co jak co ale zapisy konstytucji to świętość! I wara od nich komukolwiek. Póki są takie, jakie są, robienie komuś zarzutów z działania zgodnie zanim jest przejawem czy to politycznego zacietrzewienia czy też gówniarstwa zwykłego. I tyle.

Jeśli zaś pan Schetyna i reszta „podłączonych do nadajnika sms-ów” rzeczywiście uważa, że „wetowanie najważniejszych ustaw” przez nich przygotowywanych i uchwalanych jest po prostu zbrodnią, niech odbiorą głowie państwa to uprawnienie! I niech nie robią tego na łamach tej czy innej „Gazety” lecz tak, jak Bóg przykazał, w drodze zmiany konstytucji.

Niech wytną to uprawnienie, jeśli im nie pasuje i już. Sprawa będzie jasna. Choć to akurat niesie ze sobą pewne ryzyko. Tak, jak nikt nie da gwarancji, że ma się tego czy innego Bronisława raz na zawsze tak też reki sobie nie utnie, że i Donald jest wieczny. Przynajmniej na swym obecnym stanowisku. I za jakiś czas miałczał będzie pan Schetyna, że nie ma pan Prezydent Komorowski, czy tam inny ale „nasz” jednak, możliwości wetowania „szkodliwych” ustaw konkurencji.

W związku z tym sugeruję naprawdę małą poprawkę w odpowiednim artykule ustawy zasadniczej. W art. 144 ust.2 pkt 6 konstytucji zapisie „podpisywania albo odmowy podpisania ustawy” wystarczy dodać „z wyjątkiem możliwości odmowy podpisania najważniejszych ustaw rządu pana Donalda Tuska”. I będzie jak należy. Polska będzie rosła w siłę, ludzie będą żyli dostatniej a Kaczyńskiego się pośmiertnie postawi przed Trybunał Stanu. Za notoryczne łamanie konstytucji. Będzie jak znalazł przed wyborami. A o pomniku zapomnijmy! Przestępcom się ich wszak nie stawia!


* http://wyborcza.pl/1,75478,9451234,Nie_damy_sie_szantazowi.html#ixzz1JrIBrvpb

środa, 6 kwietnia 2011

„Wszyscy jesteśmy smoleńskimi kontrolerami!”

Im bardziej zagłębić się w publicystykę osób związanych z Ruchem Autonomii Śląska, tym trudniej zaprzeczyć, że jeśli już ktoś powinien tłumaczyć się i kajać w sprawie, modelowo odwracającej w ostatnich dniach uwagę opinii publicznej to akurat nie ci, od których lwia większość tejże opinii publicznej wspomnianego pokajania oczekuje.

W zasadzie ja nawet nie dziwię się, że mający zdecydowanie więcej powodów do tłumaczenia przyjmują postawę wygodną, pomagającą na oczywistym „paleniu głupa” albo na złodziejskim zwyczaju pierwszego wrzeszczącego „łapać złodzieja”. Bo cóż mogą mieć do stracenia. Przecież alternatywą dla tej, przyjętej taktyki byłoby przyznanie, ze się zawarło koalicję a przez nią pozwoliło wypłynąć na szerokie wody polityki gościom, których powszechnie dostępnych poglądów nie raczyło się poznać. Już to jest kompromitujące. Ale chyba znacznie mniej od sytuacji, w której trzeba by przyznać, że się te poglądy zna. I jakoś nie przeszkadzają one…

A tak chyba jest, jeśli weźmie się pod uwagę, iż rzecz nie tylko w tym, że się paru panom „spoconym w wyścigu po władzę” nie chciało odfajkować choćby elementarnego czytelnictwa. Bo gdyby się nie chciało, byłaby to niejako „polska norma”. Rzecz w tym, że komuś tam się chciało i nawet stosowne opracowanie przygotował. Ale jakoś nikt z niego wniosków nie wyciągnął. A w zasadzie gdy już musiał to skrajnie idiotyczne. Zmierzające w zasadzie do twierdzenia, że jeśli cokolwiek nam grozi to nie wyobcowanie z poczucia państwowej wspólnoty tylko raczej używanie lokalnej gwary*.

Ale jak już powiedziałem, „palenie głupa” w wykonaniu „koalicjanta” w pełni rozumiem. I ten tylko nie zrozumie kto nigdy nie znalazł się w sytuacji, w której poza „paleniem głupa” nic innego nie pozostaje. Ot choćby mój kumpel ze studiów, nakryty in flagranti z pewną słabo sobie znaną damą, zachichotał nerwowo i rzucił z głupim uśmiechem „tak się tu tylko dusimy…”.

Co innego, gdy się to „palenie głupa” bierze poważnie. Albo i śmiertelnie poważnie. No ale zdarza się.

Kiedy jednak zdarza się ludziom uchodzącym za jakieś takie intelektualne „znacznie powyżej średniej” to trudno nie zastanawiać się nad tym, z czego to się bierze albo z jakiego powodu tak się właśnie dzieje.

Wiem, że najprościej byłoby przyjąć, że wspomniane „powyżej średniej” jest zdecydowanie przeszacowane. To pewnie jakaś cześć prawdy. Wiem, że kolejną załatwi tłumaczenie o elitarnym „owczym pędzie”, chęci bycia w „głównym nurcie” czy tam na fali. Taka postawa właściwie też jest odmianą tego, co przyjęliśmy jako pierwsze.

A cała reszta… Nie wiem. Trudno mi nie przyznać, że w jednym szeregu z „przeszacowanymi” i „będącymi w głównym nurcie” można znaleźć jakąś, może nawet i sporą, grupę tych, których skądinąd zna się jako całkiem rozsądnych, mających zdrowe podejście do reszty życia.

Ten i ów z tych „zdrowych” czasem tłumaczy swoje zachowania i wybory strachem. Choć jakby tak trzeźwo i neutralnie problem rozważyć, ta motywacja częściej wyzwala zachowania do bólu racjonalne niż irracjonalne. Choć bywa też i tak…

Nie wiem czy to strach (i pozostałe, wcześniej wymienione przyczyny) i przed czym strach, legł u podstaw tego radosnego i dość masowego, przynajmniej w mediach, odruchu wywołanego faktem „palenia głupa” przez kolesi, którzy z chęci władzy weszli by pewnie w koalicję z Ratko Maladiczem gdyby tylko ta opcja dawała władzę i przynależne jej konfitury. Kwestia skutków takiego „uprawiania polityki” to temat na inny, dłuższy i poważniejszy tekst. Może napiszę, może nie… W każdym razie kolesie weszli w koalicję z piewcami hasła „Meine Vaterland ist Oberschlesien” (pisanego gotykiem) a nasza elita, „znacznie powyżej średniej”, miast zawyć „ O qrważesz mać!” na wyścigi wykrzykiwać poczęła „Wszyscy jesteśmy Ślązakami”.

Bo tak ma i już. I nie ma co dalej zastanawiać się z czego to wynika. A właściwie z kogo. Czy tam przez kogo… Na ten temat dość. W każdym razie dziwić się należy, że w sytuacjach bliźniaczych niemal, jakoś potrafiła utrzymać nerwy na wodzy a strach w ryzach. Wszak mogła zareagować podobnie. Mogła, jak jeden mąż (konkubent, żona, konkubina, partner, partnerka, kochanek, kochanka – niepotrzebne skreślić) zawyć od czasu do czasu „Wszyscy jesteśmy doktorami G!”, „Wszyscy jesteśmy Michałami Boni!”, „Wszyscy jesteśmy smoleńskimi kontrolerami!”, „Wszyscy jesteśmy narkotykową mafią!”. I tak dalej, i tak dalej…

Zastanawiam się tylko nad reakcją tychże, gdyby ów trend seter, zwany (najłagodniej…) Prezesem, któregoś dnia powiedział „nasi przeciwnicy to idioci”. Czy ten mechanizm by zadziałał? Bo jeśli tak, może znaleźlibyśmy się odrobinę bliżej prawdy…



* http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/329702,przed-podsycaniem-sztucznego-separatyzmu-ostrzegalo-tez-mswia.html

wtorek, 5 kwietnia 2011

Pomnik – list do Platformy

„Nie nazywaj mnie psem bo hańbisz imię tych,

którzy legli z mojej ręki”

Wypowiedziana wczoraj przez pana Rafała Grupińskiego opinia na temat zasług Lecha Kaczyńskiego oraz należnego a raczej nienależnego mu, wedle zdania Grupińskiego, pomnika, zestawiona nadto z udawaną histerią wokół skrawka wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na temat narodowości śląskiej to bez wątpienia elementy jakiejś strategii wyborczej. I tak chyba najłatwiej je rozpatrywać. Jednak trudno nie pochylić się nad słowami Grupińskiego w sposób nieco poważniejszy. Poważny na tyle, na ile poważnie chcieliby zapewne być odbierani politycy i członkowie Platformy Obywatelskiej.

Nie wątpię, że pan Grupiński jest dużym i poważnym chłopcem. Nie żadnym tam gówniarzem, który ze złości czy bezsilności rzuca nagle coś, co pasuje do nieśmiertelnego wśród gówniarzy modelu argumentu per „twoja matka to k***a”. Jest pan Grupiński co najwyżej może dotknięty tym samym schorzeniem, na które wcześniej zapadli choćby panowie Borusewicz i Borowczak. Taką, dziwną dość w ich wieku, wybiórczą amnezją. Ale jestem ostatnim, który jemu, tamtym dwóm oraz całej reszcie odmawiałby jakichś zdolności logicznego myślenia i umiejętności racjonalnej oceny rzeczywistości.

Z takim przekonaniem mam prawo uważać, że tak naprawdę politycy PO, w tym pan Grupiński, doskonale wiedzą, iż z ich punktu widzenia pomnik dla Lecha Kaczyńskiego to najmniejszy koszt, jaki powinni ponieść. Że dla nich byłoby to wyjście najbardziej honorowe. Że tak naprawdę, za ich niewątpliwą przyczyną, na takie uhonorowanie przez nich zasługują już teraz obaj bracia- bliźniacy.

Powiedziane kiedyś zostało, że o wielkości najlepiej świadczy format wrogów, jakich posiadamy. Ostatnim zatem, co mogłoby leżeć w interesie polityka, chcącego uchodzić za poważnego i pretendującego do wielkości, jest tworzenie wrażenia, że jego życiowa droga to przepychanie się w tłumie karłów. I powtarzanie, że tak znacznie przerasta innych. Szczególnie gdy tych innych co i rusz rzuca społeczeństwu na pożarcie jako nieustającą i nieprzezwyciężoną przyczynę wszelkich swych, wcale nie rzadkich, niepowodzeń.

Powinien wziąć to sobie do serca i pan Grupiński i jego koledzy. Tym bardziej powinni to sobie wziąć do serca, że w żaden sposób on ani nikt inny z jego partii nie potrafi mnie a pewnie i wielu innych przekonać, że dla PO istnieje teraz jakiekolwiek życie bez Kaczyńskich.

Przez ostatnie lata oglądaliśmy nie tylko ciągłą wojnę polityków Platformy ze słowami, czynami a nawet myślami braci Kaczyńskich. Oglądaliśmy też konsternację, zagubienie i bezradność tej partii zawsze wtedy, gdy bracia Kaczyńscy schodzili im z celownika, z jakichś powodów się wyciszali, nie dawali wystarczających powodów do ataków. Choćby najbardziej irracjonalnych.

To nie moje odkrycie, że istotą sukcesu PO zdaje się być mniej jej sprawność w rządzeniu i przydatność dla państwa a zdecydowanie bardziej jej rozbuchana antykaczyńskość. Nie przypadkiem w każdej przedwyborczej opresji Platformy, prędzej czy później musi paść groźba „powrotu Kaczyńskiego”. Tak jest i panie i panowie z PO powinni przestać się tego wypierać.

Przyjęcia wojny z Kaczyńskimi jako permanentnego, uznanego chyba za doskonały, politycznego konceptu wyprzeć po prostu się nie da. Tym bardziej, że zaczyna on osiągać kształt wręcz groteskowy. Powoli sensem politycznego funkcjonowania PO staje się zaprzeczanie Kaczyńskiemu bez względu na to, co on powie i napisze. Nawet gdy takie zaprzeczanie jest oczywiście idiotyczne.

Zabawne było to wczorajsze napinanie się PO, która to partia wolała po stokroć dowodzić, że nie umie czytać ze zrozumieniem ani nie zna znaczenia niektórych słów, niż przepuścić okazję do ataku na szefa PiS. Zabawne było to, że oczywisty adresat inkryminowanego przez polityków i admiratorów PO fragmentu, odmiennie niż zaciągający gwarą ustawieni w rządek politycy śląskiej PO, literacką polszczyzną wyjaśnił, że nie czuje się urażony bo nie widzi żadnego powodu urazy.

Wracając zaś do wypowiedzi pana Grupińskiego, chciałbym mu podsunąć pewną, dość fantastyczną wizję. Taką, w której gdzieś na Krakowskim Przedmieściu stoi monument poświęcony Lechowi Kaczyńskiemu. Temu Kaczyńskiemu, który, o czym chcę pana Grupińskiego zapewnić i uświadomić mu, w starania o wolną i wielką Polskę zaangażował się nieco wcześniej i nieco intensywniej niż jego recenzent- Grupiński. Niech pan Grupiński popatrzy na ten monumenty i pomyśli ile nerwów i sił kosztowały jego i jego kolegów zmagania z tym człowiekiem. Czy to nie piękna wizja, panie Grupiński? Czy nie piękniejsza od tej, którą usiłujecie propagować? Wedle której pełna wybitnych mężów, niewątpliwych przymiotów i kompetencji oraz mająca dalekosiężne plany i wizjonerskie koncepcje partia, trzymająca ręką swego wybitnego wodza partia nie była w stanie zrobić kroku bez oglądania się na to, co zrobią ci dawaj mali i mierni Kaczyńscy.

Niech pan Grupiński i reszta jego koleżanek i kolegów choć na chwilę porzuci uprzedzenia i zacietrzewienie i sama sobie odpowie, czy przypadkiem każde słowo rzucane z ich strony by umniejszyć znaczenie i rolę Lecha ( i Jarosława) Kaczyńskiego nie jest przypadkiem i przewrotnie zarazem, kolejną cegiełką rosnącego z każdym dniem pomnika małości, zawiści by nie rzec głupoty Platformy Obywatelskiej.

Prawdę mówiąc nie oczekuje od PO ( w osobach czy to Grupińskiego, czy Tuska czy kogokolwiek innego) szczerego uznania i docenienia zasług ich przeciwników. Za długo miałem okazję oglądać ich w akcji by wiedzieć, że na ten typ reakcji nie mam co liczyć. Ale odrobiny mądrości ciągle, choć z coraz mniejszą wiarą, jednak oczekuję. I wyrachowania, które wreszcie uświadomi im, że umniejszając swoich przeciwników sami równocześnie karleją znacznie bardziej. I świadomości tego, że ten pomnik byłby też ich pomnikiem. Przynoszącym im bez dwóch zdań chwałę, przeciwnie do tych, które wystawiają sobie niemal co dnia tym, co mówią. W odróżnieniu do tych, małych jak oni, pomniczków ich zapiekłości, zawiści i złości.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

„Na złość mamie” czyli narodowość śląska

Oczywiście mogę a nawet mam prawo tego i owego nie rozumieć bo nie należę do żadnej dyskryminowanej mniejszości. A w zasadzie nie należę do żadnej zdiagnozowanej dotąd mniejszości. Pewnie kwestią czasu jest odkrycie tej, do której moja przynależność okaże się oczywista. Mam już nawet pewne podejrzenia o jaką może chodzić.

A co do mego niepojmowania otaczającego się świata to w tym momencie koncentruje się ono głównie na niepojmowaniu tego gwałtownego infantylnienia politycznej debaty. Ta zaś zaczyna w swym najgłośniejszym wymiarze przypominać bez dwóch zdań spór o szpadelek w piaskownicy.

Ostatnią osłoną „szpadelkowej wojny” jest akcja masowego (jak się domyślam) akcesu pewnych środowisk i ich admiratorów do śląskiej grupy etnicznej. Czymkolwiek ona jest…

Nie mnie rozstrzygać czy taka rzeczywiście istnieje czy nie ale bez dwóch zdań za niedługo utraci swój etniczny charakter na rzecz kabaretowego.

Jeśli głośne, choć na ten moment jeszcze pojedyncze deklaracje przeobrażania się Polaków w Ślązaków staną się modą i ruchem masowym, będziemy mieli sytuację, w której wśród zadeklarowanych Ślązaków, etniczni Ślązacy będą stanowili zdecydiowaną mniejszość.

Jeśli na dodatek owa moda przybierze jakąś skalę liczoną milionami konwersji, może być i tak, że ta śląska mniejszość stanie się większością a ja, ze swa deklarowana polskością, stanę się przedstawicielem polskiej mniejszości narodowej.

A efekt będzie taki, że cały ten nadchodzący spis powszechny, który wykaże, iż Polskę zamieszkują wszyscy tylko nie Polacy, okaże się gó…zik wart i psu na du… pę potrzebny. A miliony i tak na niego wydamy a raczej wywalimy. W błoto.. I będzie to zapewne najdroższy flash mob w historii naszej cywilizacji.

Oczywiście nie będą to jedyne zmarnowane pieniądze w historii mojej ojczyzny. Można nawet powiedzieć, że jeśli chodzi o marnowanie pieniędzy mamy długie i ciągle pielęgnowane tradycje. Ostatni czas, jak mi się zresztą wydaje, w zasadzi głownie do tego się właśnie sprowadza. Tedy nie byłoby o czym w ogóle gadać. Gdyby nie pewne „ale”.

Gdyby w całej sprawie chodziło o to, czy jest ta nieszczęsna ( w sensie politycznego katowania w ostatnim czasie) narodowość śląska to jakoś bym przebolał. I te zmarnowane pieniądze i te, w moim odczuciu głupie i alergiczne reakcje różnych cele brytów też jakoś bym przezył. Siedziałbym sobie i „rycał ze śmiechu na całe gardło” czytając kolejny coming out ubrany w oświadczenie typu: „w najbliższym spisie zamierzam zaznaczyć narodowość śląska choć ze Śląskiem łączy mnie tylko to, że kiedyś jechałem pociągiem, który miał postój w Katowicach, gdyż chcę zaprotestować…” i tu będzie taki przepiękny zestaw inwektyw pod adresem „skina w garniturze” Kaczyńskiego, który powinien się natychmiast „walić”.

Ale nie o to chodzi.

Ruch Autonomii Śląska to nie jest żadne koło gospodyń, które za cel stawia sobie na ten przykład ochronę tradycji ludowej wycinanki z rejonu Jaworzna- Szczakowej czy też haftowanej spódnicy z okolic Chrzanowa. To ruch polityczny, który za swój cel przyjął (co ci „kolejowi” Ślązacy bez trudu mogliby sami sobie wyczytać gdyby tylko zechcieli i gdyby ich umysły potrafiły przetrawić coś ponad komunikat „koniecznie dowalić Kaczyńskiemu”) „uzyskanie przez Śląsk pełnej autonomii politycznej, gospodarczej i kulturowej”. Wizja Polski, prezentowana w dokumentach RAŚ to … może cytat: „Ruch Autonomii Śląskaopowiada się za Europą zjednoczoną, Europą stu flag, w której znikną państwa narodowe, większość kompetencji przekazując historycznym regionom. Będzie to Europa ludów: Ślązaków, Morawian, Łużyczan, Szkotów, Bretończyków, Basków, etc., a więc Europa wracająca do swych korzeni.” Jakoś o Polakach chłopakom i dziewczynom pana Gorzelika „się zapomniało”.

To bardzo konkretne, radykalne cele. Stojące nadto w sprzeczności z interesem Polski jako państwa. I proszę mnie nie przekonywać, że jest inaczej. Trudno byłoby znaleźć przykład, wskazujący na to, że podobne tym, które prezentuje RAŚ, dążenia odśrodkowe nie są konfliktogenne i wzmacniają organizmy państwowe, w których się objawiają. Łatwo natomiast pokazać przykłady czegoś wręcz przeciwnego.

Trudno też zaprzeczyć, że cała akcja służy interesowi śląskich autonomistów. A w takim razie przyjąć trzeba, że pan Marcin Meller i inni są albo za dezintegracja Polski jako jednolitego państwa albo też sa po prostu idiotami. Potrafiącymi tylko reagować oporem na każde słowo Kaczyńskiego.

Ten wniosek nasuwa się choćby w związku z reakcjami na słowa Kaczyńskiego dotyczące narodowości śląskiej. Oburzeni, jak wynika z wyliczanki zamieszczonej przez (będąca w forpoczcie masowego, śląskiego coming outu „Wyborcza”)** są głownie… politycy PO. Wcale nie Gorzelik i spółka! Którzy to panowie z PO przy okazji nieco strzelają sobie w stopę. Oto, wedle nich, jak jeden mąż czujących się znieważonymi, Kaczyński naruszył art. 257 kodeksu karnego odnoszący się do „ publicznego znieważania grupy ze względu na…”. Ja byłbym ostrożniejszy w ferowaniu opinii, wedle których „opcja niemiecka” to zniewaga. W ten sposób zapętlamy się. Oto wiec Kaczyński znieważa Ślązaków wmawiając im niemieckość a PO znieważa Niemców przyjmując, że niemieckość to zniewaga. I jak tu się nie śmiać?

I tak nam się ta dysputa w naszej piaskownicy toczy. A ja czekam z utęsknieniem na wiece wyborcze, podczas których pan Tomczykiewicz i jego śląska, PeOwska gromadka, będą zarzekać się i w pierś z hukiem walić, że z żadnymi Ślązakami nie mają nic wspólnego. Wystarczy, że ktoś im, w ogniu kampanii wyborczej, zacytuje parę linijek z dokumentów programowych RAŚ i poprosi o komentarz. Tego akurat jestem pewien.

Póki co, do spółki z Mellerem i reszta pożytecznych…, na złość mamie, znaczy na złość Kaczyńskiemu kreują nam mniejszość co to może nawet okazać się w GUS-owskich statystykach, większością. Wszak u nas głupich nie sieją. Rozsadza ich raczej ekipa z Czerskiej swą płodna niczym królicza sperma politpoprawnością. Wystarczy więc się tylko wszystkim Mellerom świata trochę postarać. A wtedy nam, „skinom w garniturach”, mającym nieszczęście być przywiązanymi do orła w białym kolorze na czerwonej tarczy, pozostanie tylko szansa stworzenia jakiegoś Ruchu Autonomii Polski. I nadzieja, że Kaczyński, pro publico bono coś tam na nas złego powie i w dobrym tonie będzie się za nami ująć. Tak „na złość mamie” i Kaczyńskiemu.



* http://autonomia.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=8&Itemid=15

** http://wyborcza.pl/1,75248,9371722,PO__Jaroslaw_Kaczynski_do_prokuratury__Za_Slazakow.html

niedziela, 27 lutego 2011

Demokracja i anihilacja

Dość zabawnie brzmi pytanie „Gazety Wyborczej”, zawarte w tytule materiału poświęconego wystąpieniu Jarosława Kaczyńskiego na konferencji „Nic o Nas bez Nas – wolności obywatelskie i naprawa Rzeczpospolitej”. Temu, w którym Prezes PiS wskazuje na zagrożenie demokracji przez działania obecnej władzy. Redakcja z Czerskiej zapytuje o konkrety (tytuł: Kaczyński: "Musimy bronić demokracji!". Długa lista zarzutów. A konkrety?*) co ja, choć zaznaczę, że jestem niemiarodajny bo uprzedzony, odbieram z miejsca jako sugestię, że tych konkretów brak.

Pytanie brzmi zabawnie nie samo z siebie. Broń Boże! Pytanie o konkrety zawsze ma sens i nigdy śmieszne nie jest. Widać to szczególnie teraz, gdy czkawką nam (a raczej redakcjom różnym zaprzyjaźnionym) odbija te trzy lata, gdy pytanie o konkrety jakoś nie zawsze było konieczne. I nie zawsze w dobrym tonie. Ale zostawmy te dygresje. Wróćmy do humorystycznego aspektu tytułowego pytania. Jest ono zabawne w bardzo konkretnym kontekście. Ten zaś jest taki, że kiedy „Agora”… no dobrze, gdy … tu chciałem podać nazwisko tego (rzecz jak najbardziej chwalebna) dociekliwego dziennikarza gazety ale nad tekstem napisane jest „mib”. Jego strata, że nie będzie pochwały po nazwisku. Ale do rzeczy. Tak więc zabawne jest to, że „Gazeta” piórem rzeczonego „mib-a” pyta i z miejsca mamy odpowiedź. Cóż w tym jest zabawnego? A to, że wcale nie Jarosław Kaczyński, który jak wiadomo wszystkim a już na pewno „Gazecie”, gdy coś powie to absolutnie nie jest do śmiechu, udziela szybkiej odpowiedzi. Jego, jak mniemam, mimowolnymi suflerami stali się prominentni funkcjonariusze obecnego rządu. Z samym Premierem na czele. On miał się wyrazić niedawno, że „- Po to skasowaliśmy im spoty telewizyjne i billboardy, żeby nie bruździli nam za głośno. To mamy z głowy”**.W sprawie, co to miała być jakoby przeprowadzona pro publico bono. Z oszczędności i dla jakości demokracji (cokolwiek miałoby to oznaczać).Wychodzi, ze żadne tam dobro publiczne, lecz … Ale wnioski dalej. Dalej mamy uderzenie po kieszeni paru niezbyt z punktu widzenia rządzącej obecnie ekipy spolegliwych redakcji. Ja wiem, że pan Minister obiecał panu Łukaszowi i panu Igorowi, że sam się tym zajmie i skoryguje. I panowie są z miejsca zadowoleni tym jak ludzki jest pan Minister. Zaiste, jak, nie przymierzając, towarzysz Gierek w czasie „gospodarskich” wizyt. Nie podzielam zachwytu panów Igora i Łukasza bo dla mnie ta nagła i wywołująca entuzjazm gotowość Ministra do „korygowania” jest takim samym skandalem jak to zarzucone wcześniej cięcie niepokornych po kieszeni. Bo co to za system i przejrzystość postępowania jeśli Minister ot tak sobie zapowiada, że to czy tamto zrobi od ręki z ponoć transparentną procedurą.

I na koniec wyczyn pana Ministra Arabskiego, który zajechał już oczywistym, łopatologicznie wręcz podanym PRL-em. I tu do wyboru jest albo śmiać się albo wręcz przeciwnie. Mnie akurat to pierwsze przyszło do głowy bo dowcip mi się przypomniał, jak to za Gierka czy może za Gomułki do pewnego sklepu mięsnego co dzień przychodził mężczyzna i nic nie kupował a jedynie z dziwnym uśmiechem kontemplował puste haki i nieodmiennie rzucał z satysfakcją „Róbcie tak dalej”.

Róbcie tak dalej, panowie wie Tusk, Arabski, Zdrojewski…

Czar musiał jakoś nagle prysnąć bo dotychczasowe „dzieci szczęścia” nagle zamieniły się w… W takie pospolite dynie, co to ani zachwycają ani zadziwiają a już na pewno same z siebie sympatii wzbudzić nie są w stanie. Pryśniecie czaru jest o tyle ciekawe, że zza niego ci, co mieli być „lekiem na całe zło” okazują się jeszcze gorsi niż tamto „zło”, do leczenia którego zostali zatrudnieni. Gorsi i, jak widać po panu Arabskim, głupsi. Bo tamto „zło” aż takiego wyczynu, jakiego on się dopuścił, na swoje konto nie zapisało.

Wracając zaś do owej anihilacji opozycji i tej nagłej ślepoty czy to „Agory” czy też Stokrotki Mojej Ulubionej Katodiny to przypomina mi się nie wiem czyja kwestia, dotycząca teorii spiskowych. Brzmiała mniej więcej tak:„Nie wiem jak tam jest ze spiskowymi teoriami ale mam całkowitą pewność, że spisek został już zawiązany”.Nie mam pojęcia kiedy różne zaprzyjaźnione redakcje i stacje zdołają zauważyć to, co tam wyżej przytoczyłem. Może problem w tym, że w tych redakcjach całkiem nie mało takich, którzy takie mają doświadczenia życiowe, że to wszystko to żadna tam „anihilacja” tylko dziecinna igraszka bo nie takie „anihilacje” oni wcześniej oglądali i im kibicowali! Tedy takie „coś” jak to, o czym wyżej pisałem mogłoby faktycznie ujść ich uwadze. Ich uwaga w kwestii anihilacji pewnie jest w stanie się skupić dopiero jak będzie pierwszy trup. Tu zauważę nieśmiało, że już był…

Napiszę jeszcze jedną taką paralelę choć wiem, że pewnie to wielu może wzburzyć. Ale co tam. Bo mnie się zdaje, że za tym obecnym brakiem uwagi stoi takie grubsze nieporozumienie. Wiążące się z mylną ocena stanu i jego choćby pobieżną diagnozą. Wydaj mi się, że problem polega na tym, iż ci co patrzą i oceniają mają świadomość tego, że jest źle ale mylnie postrzegają źródło zła. Wychodzi im, że to obecne to jest takie zło finezyjne, o „puławskiej”, tej piękniejszej proweniencji. Takie ciut bardziej szlachetne, ciut bardziej mądre, bla bla bla bla… A tu nagle jakiś Węgrzyn czy Arabski zajeżdżają tak „Natolinem” że aż rzuca o ścianę. Tak panie i panowie. Tu zamiast doszukiwać się niuansów trzeba raczej czekać na jakiegoś „gazrurkę”

I tyle w temacie „anihilacji” i konkretów.

*http://wyborcza.pl/1,75248,9170580,Kaczynski___Musimy_bronic_demokracji____Dluga_lista.html#ixzz1F9bhkY8c

**http://wpolityce.pl/view/7678/Plan_PO___przypomniec_o_zlym_PiS__I_zmienic_nazwe_ofensywy_legislacyjnej__Z_jesiennej_

czwartek, 10 lutego 2011

Marcin Meller jak Mohamed Bouazizi?

Przyznam, iż mimo tego, że początek tego roku, śladem roku poprzedniego jest takim ciągłym siedzeniem na bombie, upubliczniony dziś list Marcina Mellera był czymś w rodzaju wybuchu który wielu zaskoczył. Nie był to wulkan a gejzer porządny najwyżej ale, wiadomo, że jest to zazwyczaj część jakiegoś bardziej skomplikowanego i zdecydowanie większego procesu tektonicznego a nie zjawisko samo w sobie. Dlatego ostatnie, co bym zalecał to lekceważenie Marcina Mellera.

Wiadomo, że mówiąc od siebie i za siebie, tak naprawdę mówi językiem swego środowiska. Co najwyżej na potrzeby opinii publicznej nieco wygładzonym. I ten element tektoniki Mellera to pierwsza z gróźb, przed którymi stanęli adresaci listu. Trudna do oceniania a przez to i zdajaca się straszną może znacznie bardziej niż jest rzeczywistości. Albo przeciwnie, straszniejsza niż się wydaje. Jest wiec Meller takim pomrukiem ukrytej siły, której wybuch anonsuje.

Ktoś, kto sądzi, że człowiek, który jest w pewnym środowisku zakorzeniony i z tego zakorzenienia żyje, zaryzykuje wszystko tylko dlatego, że mu się, powiedzmy, gemba „Mira” nie podoba? Naiwność. Raczej dlatego, że wie, że ta gęba nie podoba się bardzo wielu i w dodatku wie i to, że czkają oni aż ktoś to za nich wreszcie powie. Tak więc gejzer, jak to z gejzerami bywa, nie buchnął sam z siebie.

Ale jest i drugie zagrożenie. Wynikające z tego, że Marcin Meller to celebryta. Może i obraziłby się na mnie za to określenie ale fakt jest faktem. Ten fakt natomiast pociąga za sobą tę konsekwencję, że w celebrycie Mellerze drzemie jakiś, myślę że nie mały, potencjał terndsettera. W końcu kto by nie chciał być jak redaktor naczelny „Playboya”? No ja bym chciał :) Więc skoro nie da się mieć takich samych włosów, a już na pewno takiego samego stanowiska i zawodowego i pozycji towarzyskiej to choć można, jak on jechać Platformę.

Czasy teraz takie, że moda na jechanie Platformy jest groźniejsza niż poglądy sprzeczne z poglądami głoszonymi przez PO. Tym bardziej, że obecnie trudno z tymi „sprzecznymi” poglądami utrafić skoro nie wiadomo jakie właściwie są poglądy Platformy.

Nadto ten dzisiejszy gambit Mellera musiał a może i nadal musi być źródłem niemałej konsternacji. Tego akurat nie da się zakrzyczeć żadnym tradycyjnym okrzykiem, którym zwykli własne hufce zwoływać i ustawiać w szyku PO-wscy harcownicy.

W wypowiedzi Mellera najbardziej szokujące są jednak te fragmenty, które pacyfikują ewentualną kontrakcję z odwołaniem do retoryki najłatwiejszej. Antypisowskiej. Meller nie powiedział (i trudno tego byłoby od niego oczekiwać) że się konwertował na wiarę zakonu Jarosława Kaczyńskiego. Ale dał do zrozumienia, że to, co mamy jest gorsze od sprzedawanego Polakom przez lata „żelaznego, pisowskiego wilka”.

I ten element to jest chyba cios najmocniejszy, bo zadany niejako z dwóch stron na raz. Po nim trudniej będzie Platformie rozmawiać z ludźmi ze środowisk podobnych temu, które reprezentuje Meller a już na pewno nie będą mogli (choć kto ich tam wie zważywszy na obecną kumulację wpadek) ryzykować „antypisowskiego grepsu” nie ryzykując odwrotnego skutku.

Jestem przekonany, że list Mellera, choć nie będzie miał mocy samospalenia Mohameda Bouazizi, po którym zatrzęsła się ziemia w Tunisie, może zaszkodzić bardziej PO i Tuskowi niż burdel na kolei i skok na OFE razem wzięte. Bo ma on w sobie i ten element, że wraca do tych wszystkich spraw, które obecna władza „przykryła” lub „przykryć” usiłowała. Meller powiedział „Game Over” i zaproponował grę od nowa.

I wreszcie to, że przyznał on jak blisko był tej władzy wtedy, gdy padały obietnice, że „będzie przepięknie”. Skoro on mógł „zdradzić” to o ile łatwiej będzie tym, którzy nie byli „w holu Focusa”. Ale za to jaki wymiar ma to, że ten, który był, właśnie z „holu Focusa” wychodzi. I trzaska przy tym drzwiami wykrzykując czemu.

I choć nie było to zapewne intencją Marcina Mellera, w wielu miejscach powtarza to, co Platformie wypomina PiS. I choć PiS -owi nikt z kumpli Mellera uwierzyć nie był i nie będzie w stanie to panu Marcinowi może. I pewnie uwierzy.

A mi pozostaje przypomnieć to, co napisałem we wczorajszym tekście. Tym o TVN. Bo w końcu blisko TVN-owi i Mellerowi do siebie. Pozostaje mi przypomnieć, że przestaję rozumieć…

niedziela, 6 lutego 2011

Głowa Donalda Tuska czyli oferta dla Platformy.

Jak wiadomo jakiś czas temu oświadczyłem, że stałem się tak zwanym „elektoratem niezdecydowanym”. Oczywiście mam swoje sympatie i antypatie na scenie politycznej. W końcu wyborca ze mnie może i „niezdecydowany” ale przez to właśnie, że jednak świadomy. To zaś oznacza, że coś takiego jak „sympatia” to, wedle mnie, zbyt mało aby komuś oddać stery mojego Państwa.

Oczywiście ten wstęp, taki egocentryczny dość aż prosi się o złośliwą uwagę, że przecież ten mój głos to tyle co nic i za jego pomocą nikomu władzy „dać” czy też „nie dać” nie jestem w stanie. Byłaby to bardzo celna uwaga. Bo o tym właśnie teraz zamierzam coś powiedzieć. Jak wiadomo jeden głos nic nie znaczy. Ale, jak mówili przodkowie, i mówili mądrze (jak nie przymierzając jacyś niderlandzcy protestanci) „ziarnko do ziarnka aż zbierze się miarka”. To zaś oznacza, że głupi ten, kto zlekceważy choćby pojedynczy głos, co się tu czy tam walał niewykorzystany. Bo z takich znalezisk można sobie całkiem sporo uzbierać. Jak wiadomo powszechnie „elektorat niezdecydowany” to elektorat najliczniejszy.

Oczywiście ten, komu zawsze staje (niech nikt tu nie chichoce bo to oznacza „komu starcza”) i ma tyle, ile potrzeba by spokojnie bytować sobie na politycznej niwie, nie będzie się schylał po drobiazgi. No bo czy taki Bill Gates giąłby kręgosłup dla zobaczonego na chodniku jednego centa? Jeśli by nie giął to znaczy, że strącił instynkt.

Tak więc ofertę swoją kieruję do tych, którym jeszcze staje ale wygląda, że to może długo już nie potrwać. Ostatnie notowania naszych stronnictw czynnych w polityce pokazują, że utrwalić zdołała się tendencja, wedle której partia, której dotąd tylko rosło, teraz zaczęła wyłącznie tracić. Tu głos tam promil a w efekcie zaliczyła taki zjazd, jakiego przez trzy lata nie wdzieliśmy. Mimo skłonności do hazardu, katarskiej „czarnej polewki” i innych powodów, które by i wtedy uczyniły go zrozumiałymi.

A prawda jest taka, że, odmiennie niż pozostali, akurat siła rządząca jest niejako „na musiku”. Bo porażka, jeśli nie ma się, a oni, jako przegrani nie będą go mieli (!) „elektoratu żelaznego”. Nie będą go mieli bo on trwa przy sile rządzącej na zasadzie dostrzegania pewnej funkcjonalności. Chodzi oczywiście o dziś chyba wręcz nieszczęsny pomysł „antypisowskiego przedmurza”. Jeśli ono raz nie zadziała to już może nigdy nie zafunkcjonować. Przynajmniej tak mi logika podpowiada. Bo po co zawierzać swój los buforowi, który już raz okazał się zawodny?

Tedy przy najbliższej okazji mogą się w sposób definitywny rozstrzygnąć losy partii rządzącej. Myślę, że panie i panowie z PO czują tę presję jak… Tu miałem pozwolić sobie na niestosowny żart. Pewnie w PO by go „kupiono” ale nie zmienia to faktu, że on niestosowny.

W każdym razie ja, „elektorat niezdecydowany” informuję panie i panów z PO, że jakby co, jestem do wzięcia. Jeśli się kto teraz zdziwi albo i oburzy, mam na swą obronę to, że jestem w końcu w jakimś tam stopniu „sierotą po PO-PiS-e”. A zatem, z definicji niejako, poparcia dla PO tak całkiem wykluczyć nie mogę. Drugim, co mnie tłumaczy a nawet, wedle mego odczucia, całkiem usprawiedliwia jest to, co niżej opiszę.

Jestem gotów zaoferować swój głos PO ale nie za darmo. A już na pewno nie za bezdurno, za jakieś „Orliki”, „Euro2012” czy inną równie potrzebną nam w tej chwili bzdurę. A już tym bardziej za ogólniki w rodzaju tego, że „będzie przepięknie”. Owszem, lubię się czasem pobujać do jakiegoś fajnego rytmu ale organicznie nie cierpię jak się mnie albo mną buja. Nie wiem więc jak i co inni w kwestii tego mariażu z partią rządzącą bo ja akurat mam bardzo konkretne oczekiwania.

A w zasadzie jedno jako taki „miły początek” i coś, co byśmy nazwali „manifestem dobrej woli”. Wiąże się to z kwestią mego stosunku do PO. Jak powiedziałem wcześniej nie jest dla mnie wystarczającym powodem poparcia kogokolwiek zwykła sympatia do niego. Tym bardziej nie może takim powodem być antypatia. A tak mogę określić mój obecny stosunek do Platformy. I jest to uczucie generowane przez wąską grupę polityków wchodzących w skład jej kierownictwa. Nie, nie myślę o vicmarszłku Niesiołowskim bo o nim powiedzieć „polityk” to narazić się z miejsca na śmiertelne zejście wywołane niepohamowanym śmiechem. Dam sobie spokój z wymienianiem poszczególnych postaci z pierwszego szeregu PO, których za żadne skarby politykami bym nie nazwał.

Tak więc mogę powiedzieć, że w zasadzie chodzi o jednego polityka. Pozbywacie się go, panie i panowie i jestem wasz!

Wiem, że nie jeden raz klarowaliście społeczeństwu, że ta osoba to niemal nowy mesjasz, którego nie wiadomo dokładnie akurat nam Bóg zesłał w jakimś zbożnym celu. Ale nie przesadzajmy. Jeśli zaczniecie się przy tym upierać i ten mój warunek uznacie za niewykonalny to cóż, będę musiał uznać, że te wasze opowiastki o konkurencji, która ma być sektą wyznawców ich przywódcy do was pasują jak znalazł. A przecież powstawaliście jako nowoczesna… no nie czepiajmy się szyldów. Wszak łatwiej szyld wymienić niż szukać pod niego nowych ludzi gdy starym obrzydnie.

Wracając więc do przedmiotu naszej transakcji, mówię bez ogródek. Dajecie mi głowę Donalda Tuska a moją macie do dyspozycji. I zastanówcie się w miarę szybko. Dziś rozmawiamy w realiach waszego zjazdu z 50% do 30 z ogonkiem. Jak wam zjedzie jeszcze bardziej to moja cena wzrośnie. I nie wiecie panie i panowie czyjej głowy zażądam! To może być każdy z was!

Licznik tyka…

piątek, 4 lutego 2011

Gdyby Pitera była kobietą… (o rzeczach niemożliwych)

Z tytułu muszę się jednak wytłumaczyć, bo oczywiście nijak ma się on do tego, o czym będę pisał. No może poza nawiązaniem do nazwiska, które tam wlepiłem. Ono w tekście padnie bo paść musi. Przyszedł mi do głowy na zasadzie ciągu skojarzeniowego wynikłego z nałożenia się dwóch zdarzeń. Rzecz miała się tak, że właśnie czytałem informację o śmierci Marii Schneider, aktorki rozsławionej rolą w sławnym, acz nie widzianym przez mnie obrazie „Ostatnie tango w Paryżu” gdy z nagła wpadła do mnie koleżanka, by pochwalić się, że w toku swego romansu biurowego widziała pismo z osobistym podpisem Julii Pitery. Z francuskiego (no… dziejącego się we Francji jednak) kina i tego podpisu wyszedł mi tytuł. Nawiązujący do innego nie widzianego przez mnie obrazu z inną gwiazdą, zatytułowanego w oryginale „Gdyby Don Juan był kobietą”.

Poza tym tytuł przyciąga chyba. Czyż nie? :)

W rzeczywistości na inspirację tego tekstu złożyło się zdanie z komentarza Andera pod mym poprzednim tekstem oraz oglądane w telewizji oblicze Donalda Tuska podczas wczorajszego posiedzenia sejmu. Tego posiedzenia, na którym miał być odwoływany Bogdan Klich. Ponieważ efekt „odwoływania” oraz to, co powiedzieć miał Premier było do przewidzenia, wyłączyłem sobie fonię i tylko kontemplowałem oblicze panatuskowe. Oblicze człowieka zmęczonego, wyzbytego jakiejkolwiek siły i ochoty do odważniejszych działań oraz mocno zdezorientowanego. I wtedy z szacunkiem przeczytałem zdanie Andera: ” "Myślę, że Tusk wie, że w tej chwili jest już "za późno".*

Nie wiem od kiedy Tusk to wie, choć że wie to nie mam wątpliwości mając przed oczami jego wczorajszą minę, ale „za późno”. Jest od dawna. I od dawna, wraz z tym „za późno” jest tak, że polityczna rzeczywistość Donalda Tuska i powszechne o niej wyobrażenia bardzo się rozmijają. Kiedyś pewnie zgodziłbym się z twierdzeniem, że z PO jest tak, jak to poeta napisał „Mówimy Tusk a w domyśle PO, mówimy PO a w domyśle Tusk”. Tak to nie jest na pewno i to zresztą na własna prośbę pana Donalda. Która miała dość rozbudowana formę i składała się z dwóch elementów. Z wywalenia ministra Ćwiąkalskiego i z niewywalenia ministra Grada. A po nim nie wywalenia pani Pitery (i tytuł stał się ciałem…) ale wywalenia Drzewieckiego, o którym równocześnie powiedziane zostało, że jest i niewinny i na dodatek najlepszy z ministrów.

Do opisania nonsensowności postępowania Donalda Tuska w kwestii odpowiedzialności jego ministrów przydatny będzie, jakże głupi w swej wymowie, argument, który Premier w obronie Klicha przytoczył. Bo, by było jasne, później skrótu słuchałem… Rzekł Premier w słownej utarczce z Ludwikiem Dornem, że on Dornowi nie wypomni ofiar hali, co się w Katowicach zawaliła. Słowem pan Tusk zasugerował, że jego ministrowie mogą wylatywać z rządu ale tylko wtedy, gdy stanie się cos, co nie za bardzo leży w ich kompetencjach. jak choćby stan dachu użytkowanej przez prywatną firmę hali. Albo targający się sam (bo tak przecież ustalono) na swe życie kryminalista. A będące pod kontrolą ministrów państwowe czy też wojskowe samoloty mogą spadać a „rosomaki” wylatywać w powietrze… To wszak co innego.

Dziś wiadomo, że Donald Tusk to nie „ten” Donald Tusk, którego znamy z opowieści „z mchu i paproci” serwowanych przez „zaprzyjaźnione stacje lub czasopisma”. Kiedyś mógł wywalić ministra gdy vox populi wyrażony szybkim badaniem wskazywał że to się ludowi spodoba. Teraz, mimo tego, że lud w miażdżącej opinii domagał się głowy ministra ten dostał wotum zaufania i… kwiaty. Co pokazuje, że nie jest już Premier wyłącznym panem samego siebie.

I tu pojawia się konkluzja dotycząca tego, co tak naprawdę się stało. Oglądaliśmy po prostu efekt tego, co Premier przez te lata sam na siebie szykował. Wczoraj pisałem o tym, że „potrzebę rozwiązania problemu” Klicha widza nawet „politycy z kierownictwa PO”. Czemu zatem z tą „potrzeba” nie radzą sobie zupełnie. A właśnie dlatego, że, wracając znów do opinii Andera „że Tusk wie, że w tej chwili jest już "za późno". Bo skoro nie reagowano na „społeczne zapotrzebowanie” w przypadku innych, też wyczekiwanych, choć może nie koniecznie przez „polityków z kierownictwa PO”, zmian i dymisji to czemu teraz? To by mogło zdezorientować społeczeństwo, które przecież mogłoby nabrać przekonania, że „się wali” ten monolit, jakim PO zawsze była. Tak więc, wbrew logice trzeba trwać z tym, coraz bardziej glinianym olbrzymem.

Nieszczęściem Donalda Tuska jest to, że jednak bardziej był on szefem PO niż szefem Państwa. Cokolwiek robił, zawsze miało jakieś umocowanie w interesie jego partii a nie zawsze dało się tłumaczyć interesem państwa. karą za to jest uwiązanie Tuska do tego właśnie schematu. Teraz musi robić to, co broni jego pozycji w partii choć pogrąża partię. Musi akceptować przeróżne balasty, których pozostawanie szkodzi notowaniom akurat w roku najistotniejszym bo wyborczym. Nie jest głupi, po prostu już ich odciąć nie może. Teraz na to już jest za późno.

A wystarczyło, by, gdyby Donald Tusk był Premierem. Przede wszystkim Premierem… A taka Pitera byłaby wówczas nieistotna. Kim by tam ostatecznie nie była.

* http://rosemann.salon24.pl/275158,za-pozno-panie-klich-za-pozno-panie-tusk#comment_3922971

czwartek, 3 lutego 2011

Za późno panie Klich, za późno panie Tusk!

Minister obrony Bogdan Klich odejdzie z resortu. Pozostaje tylko ustalenie terminu - mówią "Gazecie" politycy z władz Platformy Obywatelskiej”* donosi jedno ważne medium.„Z punktu widzenia odbioru społecznego, problem ministra Klicha istnieje”** sekunduje drugie. Też ważne.... Jeśli zestawi się to z będąca leadem strony internetowej tego pierwszego medium, który, głosem kolejnego prominentnego polityka partii rządzącej ogłasza, że „Wypala się paliwo antypisowskie”***

I to jest dopiero temat! Ja wiem, że od świadomości, że „odejdzie z resortu” i „że się wypala” ani dług nam nie spadnie publiczny ani emerytury z nagła nie wzrosną. Czemu więc ten wykrzyknik, na który sobie przed chwilą pozwoliłem? Z dwóch powodów. Łączących się ze sobą zresztą dość mocno. Pierwszy jest taki, że najpewniej mamy takie pierwsze przebłyski pokazujące na czym skupi się zbliżająca kampania wyborcza. Drugi pokazujący w jak twórczy sposób przetworzona została myśl Premiera, wedle której „PO nie ma z kim wygrać”. Tak więc skoro Premier mówi, że PO nie ma z kim przegrać to trzeba to było jakoś rozwiązać. Bo jak nie ma tego „bata” to nie ma adrenaliny, nie ma „powera”, nie ma nic, przez co chce się żyć i umrzeć za… Mniejsza za co konkretnie.

Skoro więc „nie ma z kim” i na dodatek jeszcze „paliwo antypisowskie” jest na ukończeniu to trudna rada. Trzeba zrobić, jak sugerował dowcip rysunkowy bodaj z końca czasów nieboszczki PZPR, w którym jeden ważny pan ogłasza innym zaufanym „a do opozycji skierowaliśmy najbardziej zaufanych towarzyszy”. Trzeba wygrać a zarazem przegrać z „własnym sobą”. Skoro nikt inny nie dorasta to, by zwycięstwo było godne, PO musi zmierzyć się z PO i druzgocąco wygrać.

Oczywiście kpię. Bo i ten „nowy kurs” zapowiadany głosami „anonimowych polityków PO” ( ci „anonimowi”, bez względu na przynależność zawsze przypominają wyczytaną kiedyś zasadę, iż „donosy ja oczeń lublu no donoszczikow stierpiet nie magu”) to rewelacja! Rewelacja bo oczywista oznaka zadyszki, jaką rządząca partia już odczuwa i świadomości, że finiszować trzeba będzie zapewne na „długu tlenowym”.

Koncepcja rzucenia Klicha na pożarcie, jako alibi ewentualnych wpadek, na których ujawnienie i upublicznienie się bez wątpienia zanosi oraz których się już nie da uniknąć, i „przykrywkę” odwracająca uwagę od wpadek bardziej istotnych z pozoru jest posunięciem nienajgorszym. W zasadzie Klich przecież to już trup. Gdyby były choć minimalne szanse reanimacji to żaden „polityk z władz Platformy” nie sugerowałby dymisji. Ale ja na to jednak patrzę inaczej.

Widzę przede wszystkim ostatnie, to najmniej przyjemne stadium towarzyszące nieodłącznie „podążaniu swobodnym lotem”. Fazę, w której następuje lot ku ziemi wprost na mordę. W tej fazie upadku, po zjedzeniu wszystkiego, co dało się zjeść, żarłok konstatuje, że dalej chce żreć i gryzie się w nogę.

Teoretycznie można by zauważyć, że skoro Klich już trup to, znów cytując Premiera „o co kaman?” Trupy maja przecież to do siebie, że je trzeba z widoku usuwać i chować jak najszybciej.

Tyle, że tak naprawdę Klich trupem nie stał się z przyczyn, że się wyrażę, „naturalnych”. Czyli nie dlatego, że strzelił ewidentnego „samobója”. Wręcz przeciwnie! Wtedy, gdy strzelił (i nie on sam jeden zresztą) z przyczyn, które wtedy PO i jeszcze bardziej Tuskowi zdać się musiały bardzo pasującymi, prowadzono heroiczną wręcz reanimację. Za pomocą różnych „tak lądują debesciaki”, „zabije mnie” i wszystkiego innego, co mogło dowodzić, że szlachetnego i kompetentnego Ministra reputację zszargał jakiś szalony i głupi kapitan, któremu ktoś dał w ręce wolant maszyny pełnej naszego Państwa. Trupem Klich staje się decyzją czy to samego Tuska, czy też „polityków z władz Platformy”. W momencie, w którym żaden już argumenty odnoszący się do rzeczywistych jego win, zestawiony z tą dotychczasowa reanimacja, nie będzie brzmiał wiarygodnie ani nie będzie miał racjonalnego uzasadnienia. Będzie miał wymiar utylitarny.

A dla pozostałych polityków będzie sygnałem „Możesz być następny”. Bo nie ukrywajmy, z tym może być, jak z… masturbacją. Jak to gdzieś kiedyś przypadkiem wyczytałem wśród wyznań pewnego mentalnego ekshibicjonisty „jak zaczniesz to trudno zatrzymać…” Powinna zadrżeć więc Pitera, powinien zastanowić się Kwiatkowski nie mający jak dotąd żadnych sukcesów w walce z „kaczyzmem”, czy Grabarczyk, którego rzucenie „na sztos” uradowałoby pewniej najszersze spektrum wqrwionego elektoratu. Albo taki Jan Vincent, co wszedł do PO więc można go potraktować z cała partyjną surowością wywołując z miejsca łzy wzruszenia emerytów, studentów i kogo by tam nie wskazać palcem.

Może ten i ów się popłacze z radości ale nie wiem czy starczy ich by partia pana Donalda powtórzyła swój sukces i utrzymała pozycję hegemona. Bo drugim efektem tego wariantu „kampanii wyborczej” będzie odebranie przez elektorat sygnału, że dawał się robić przez lata w jajo. Przyjmując narzuconą wizje „superfachowców” o lata świetlne wyprzedzających wszystko, co kiedykolwiek polska polityka z siebie wyrodziła. Taki sposób podawania dotąd Polakom informacji o „władzy” teraz, wobec przedstawienia „innej twarzy” tych fachowców, może zachwiać cała wiarą w to, co władza o sobie mówi albo będzie mówić. No bo jak jej wierzyć skoro nagle fachowcy idą na odstrzał jako niefachowcy? Przecież tam sami fachowcy! To może i niefachowcy zarazem?

Poważniej zaś mówiąc to błędem jest moment. Skoro Tusk, czy tam politycy z kierownictwa uznali, że Klich ma posłużyć do PiaRu to powinni go byli z hukiem wywalić jakoś tak trzy dni po ostatnim pogrzebie ofiar smoleńskich. Wtedy miało to sens. Teraz będzie dowodem mataczenia. Więc , z punktu widzenia PiaRu teraz raczej trzeba by go bronić jak niepodległości. Teraz to już za późno panie Tusk, za późno panie Klich!

Na koniec taka uwaga. Miło będzie patrzeć jak ta cała zakłamana i dęta od początku „rewolucja”, zaczętą zawołaniami „zmień kraj, idź na wybory” i „jeszcze będzie przepięknie”, zakończy się bezlitosnym wywalaniem swoich by pikujący ku dołowi balon jeszcze trochę poleciał. Czekam więc kto będzie następnym „paliwem” jak już „spuści się” Klicha.


* http://wyborcza.pl/1,75248,9045483,Kiedy_odejdzie_Klich.html#ixzz1CsIPPqGz

** http://www.tvn24.pl/-1,1691464,0,1,problem-min-klicha-istnieje,wiadomosc.html

*** http://wyborcza.pl/1,75478,9044503,Gowin__Wypala_sie_paliwo_antypisowskie.html

środa, 2 lutego 2011

PiS odpowiada za ZUS, koklusz i Mubaraka… (polemika)

(dłuuugie)

Blogera Starego cenię przede wszystkim za stosunkową otwartość na dyskusję. Owszem, banuje tego i owego ale z moich doświadczeń wygląda, że w takich sytuacjach wina leży tudzież w niemożliwości osiągnięcia choćby zbliżenia stanowisk co (zdecydowanie bardziej) w poziomie emocji. Ja ze Starym nigdy chyba stanowisk nie zbliżyłem a jakoś potrafimy się traktować z atencją.

Tedy mam prawo przypuszczać że i ta polemika nie zmieni naszych relacji.

Od wczoraj rana w eksponowanym miejscu Salonu24 widnieje tekst Glogera Starego pt. „Mur”* zawierający ostra krytykę poczynań PiS. W zasadzie większość wpisów Starego do tego się właśnie sprowadza różniąc się konkretami. Tym razem padło na propozycje tej partii w sferze gospodarki, przygotowane jako oferta wyborcza i przedstawione na niedawnej konferencji w warszawskim Sheratonie.

Generalnie nie czepiałbym się bo ma prawo oczywiście Stary do krytyki PiS i negować tego prawa nie mam zamiaru. Co więcej znając niektóre propozycje przedstawione na konferencji wyłącznie na zasadzie haseł nie jestem w stanie wdawać się w polemikę w ich obronie. A nawet przeciwnie. W takim kształcie, jak je usłyszałem, byłbym skłonny zgodzić się z niektórymi uwagami Starego.

Za nic jednak nie jestem w stanie zaakceptować tej części, która odnosi się do propozycji PiS będącej alternatywą wobec rzędowego projektu, nazwę to ostro, kastracji obecnego systemu emerytalnego. Nie oprę się złośliwości i powiem, że jakoś tak w krew wszedł PO ten rodzaj zabiegu… Ale do rzeczy.

Pisze Stary:

„OFE. Komu wola do ZUSu, komu zaś do OFE bliżej, droga wolna. Tylko, że wpłaty do OFE w dotychczasowym kształcie implikują konieczność pokrycia przez budżet należności współczesnych emerytów. Kiedy się więc je nawet częściowo pozostawi w dotychczasowym stanie, to się częściowo będzie trzeba dalej o starców kłopotać. A zadłużone właśnie wskutek dotychczasowych wpłat do OFE i popieranych przez PiS przywilejów emerytalnych państwo nie wysupła na to dodatkowych środków bez powiększania długu. Czyli, tylko część emerytur będzie opłacana? Ta, którą pokryją wpłaty do ZUS od ludzi, którzy z własnej woli z OFE zrezygnują? A reszta? Może się w wypłatach emerytur pominie polskojęzycznych i w ten sposób rozwiąże problem starzenia społeczeństwa. Nieprawomyślnych się zwyczajnie zagłodzi. Zgodnie zresztą z chrześcijańską zasadą solidarności patriotycznego gospodarczo państwa.”

Fragment przydługi ale cały godny skomentowania. O „implikowaniu konieczności pokrycia przez budżet należności współczesnych emerytów” wpłatami do OFE stoczyłem ze Starym walkę w komentarzach. Pokrótce więc przedstawię swoje stanowisko. Jest to, delikatnie mówiąc, bardzo niewłaściwe widzenie problemu. „Pokrywanie należności współczesnych emerytów” z Palatami do OFE nie ma nic wspólnego. Składa się na to wiele przyczyn z których wspomnę o trzech. Pierwszą jest sam system emerytur, tak zwanych „zusowskich” oparty na zasadzie „solidaryzmu społecznego”. Ta nazwa oznacza ni mniej ni więcej tylko to, że pracujący funduje emerytury tym, którzy nie są już aktywni zawodowo. Jak by nie patrzeć na piękną nazwę tego sposobu utrzymywania emerytów jest on bez wątpienia klasyczną piramidą finansową z wszystkimi zagrożeniami jej przypisanymi. Z tym wyjątkiem, że jak piramida się sypie to, nie ma zmiłuj, trzeba w nią lądować kasę. Bo w odróżnieniu od tych klasycznych „piramid” tę organizuje Państwo więc ma nieco więcej możliwości odsunięcia krachu. Związana systemowo z tym, co przed chwilą opisałem, przyczyna druga ( zaniechanie widzenia jej to chyba grzech największy kolegi Starego) tak jak i ta pierwsza, wyprzedza chronologicznie nie tylko OFE ale również PiS a nawet PC (jeśli się nie lubi Kaczyńskich to smutna konstatacje). Jest nią mający wiele przyczyn potężny dług ZUS, którym instytucja ta wjechała w III RP. I tu można rzeczywiście mówić o winnych tego, co mamy teraz. Również u Starego zwróciłem uwagę na to, że największą winę za sytuację ponoszą ci, którzy wzięli w swoje ręce sprawy gospodarcze i społeczne a szczególnie prywatyzację państwowego majątku. Gdyby dziś próbować powiedzieć co ten proces dał nam pozytywnego to… nawet nie próbuję sobie wyobrazić reakcji zapytanego o to „przygodnego obywatela”. Bo tak naprawdę w przeważającej części przeżarliśmy nasz, może i wątły ale jednak konkretny majątek i kapitał. Jak dobry wujek fundowaliśmy „akcje pracownicze” i „pule dla menedżerów”. A dług publiczny, generowany brakami w zasobach ZUS, nie malał. I dojechaliśmy z nim przez 20 lat do momentu, w którym wreszcie wylazł na wierzch w tak bolesny sposób. Może to największa zaleta naszego przystąpienia do UE ze politycy nie wszystko sa teraz w stanie bezkarnie, czy też bez świadomości obywateli zamieść po dywan. Przyczyna trzecia to malejące wpływy ZUS. Wynika to po części z reformy, która wprowadziła OFE ale to akurat był ruch we właściwą stronę bo wyjął z tego molocha potrafiącego przetrawić w moment KAŻDE pieniądze, część środków przeznaczonych na finansowanie emerytur. Poważniejszą przyczyną jest coś, co w takich okolicznościach nazwać „zapaścią demograficzną”, której skutkiem jest starzenie społeczeństwa a za nim mniejsza liczba tych, co się na emerytów zrzucą. I tu nie potrafię się oprzeć pokusie nazwania idiotami tych wszystkich polityków, którzy przechwalali się (i dalej potrafią to robić) uzyskaniem „otwarcia rynków pracy” w innych krajach. To może mniej istotny ale kolejny powód problemów. Bo jest to drenaż tej grupy, która powinna zasilać nasz a nie francuski czy niemiecki system emerytalny. jakim by on nie był…

Jednym słowem walki na froncie OFE nie sa, jak chciałby to widzieć Stary, żadna walką z „kaczyzmem” w gospodarce. Są upartym „brnięciem ślepego w kierunku przepaści”. Są sposobem na to, by przeżreć natychmiast to, co mięliśmy szczery zamiar ulokować w spiżarni.

Problemem naszego systemu emerytalnego jest to, że nikt dotąd nie miał odwagi powiedzieć obywatelom „Zapomnijcie o drogach, wakacjach w Egipcie, stadionach na Euro2012. o Euro2012 tez zapomnijcie. Zapomnijcie o tym wszystkim póki co do złotówki nie spłacimy długu, który wynieśliśmy jeszcze z PRL-u. Długu wobec tych, którym państwo przez dziesiątki lat zabierało pieniądze mamiąc obietnicą socjalnego zabezpieczenia w postaci emerytur. Nie potrafię zrozumieć czemu nie zrobiono tego w momencie odsunięcia od władzy PZPR-u. Choć może rozumiem. Wtedy było „kochajmy się” a potrzeba było powiedzieć „musimy zaciskać pasa bo oni puścili nas z torbami”. To, co mamy teraz to istny chichot historii. Oto nagle „nie stać nas” gdy usiłujemy równocześnie sprzedać obywatelom wizję naszego „sukcesu” transformacji i integracji. teraz dopiero trudno obywatelom pojąc. Skoro bidny jak jaka Rumunia PRL była w stanie na łożu śmierci poosłaniać wszystkich zasiłkami, wyrównaniami to czemu czegoś innego pamiętający tamto obywatel miałby mniej wymagać od „tygrysa Europy”, od „zielonej wyspy”?!

Tak więc cała złośliwość Starego wobec PiS jest niezbyt na miejscu i pod niezbyt właściwym adresem. Przepisywanie na siłę PiS-owi winy za zapaść budżetu i za systemową „kontrrewolucję” zawracającą wprost do PRL-u jest wyrazem „antypisowskiego odchylenia” a nie uczciwą analizą. To, że rządowi zabraknie albo na emerytury albo na dopchnięcie kolanem wymarzonego wskaźnika zadłużenia ani z PiS ani z OFE nie ma nic wspólnego. Bo dotyczy nie ludzi, którzy w systemie OFE funkcjonują. Póki co do nich ani państwo ani nikt jeszcze nie musi dopłacać. Problemem sa ci, których emerytury są powinnością Państwa, któremu kiedyś zabrakło zdolności właściwej oceny kierunku, w którym zmierza. Ruch PO sprawia, ze w podobna sytuację ma zamiar wpakować i tych, których niemal udało się z tej sytuacji bez wyjścia wyciągnąć. Bo zamiast rozwiązać problem przesuwa się go w czasie skazując na niego i tych, którzy mieli być w OFE i do OFE kierować jakby co swe pretensje.

Ostatnie uwagi kolegi Starego zawarte w cytacie to już zwyczajna, niemerytoryczna „gęba” wedle schematu, w którym są i „polskojęzyczni” i „nieprawomyślni” i na dodatek jest „chrześcijaństwo”. Tylko co mają tu do rzeczy nie wiem.

Poza tym oczywiście że PiS odpowiada za ZUS, koklusz i Mubaraka. I za całą resztę świństwa i zła tego świata.

* http://stary.salon24.pl/274564,mur

czwartek, 27 stycznia 2011

Emerytury – kto zgasi światło? (scenariusz dramatyczny)

Starając się śledzić szalenie ciekawą dyskusję na temat obecnego oraz majaczącego właśnie zza pleców obecnej ekipy systemu emerytalnego, od jakiegoś czasu skupiam się głownie na zaangażowaniu publicystów, na ich pięknej umiejętności argumentowania i zdolnościach retorycznych w ogóle. I tyle. Od samego początku, czemu zresztą dałem wyraz w moim, może nie do końca poważnym (i przez to dosłownie „zlanym” przez czytelników, którzy „zleją” pewnie i ten tekst) w swojej formie tekście, poświęconym tej samej tematyce, jest dla mnie jasne, że tylko do tego, na co zwróciłem uwagę w pierwszym zdaniu, całe to gadanie się sprowadza. O ile nie opiera się na założeniu, że nawet nie ma o czym gadać. A faktycznie nie ma.

W moim poprzednim tekście zwróciłem na wypowiedź Donalda Tuska, który wypowiadając się w sprawie szykowanych rozwiązań umieścił je w dość zaskakującym kontekście. Otóż dla niego prawdziwym sprawdzianem wyższości nowego nad starym ma być funkcjonowanie w przypadku „niewypłacalności państwa”. I to jest pierwsza rzecz, którą warto zauważyć. I skomentować. O takich rzeczach jak „niewypłacalność państwa”, którym się rządzi, rządzący polityk nie mówi. Chyba że postradał rozum albo chce coś zasygnalizować obywatelom. A w zasadzie nie coś tylko to, o czym mówi. Skoro więc Tusk jest zdeterminowany wprowadzić rozwiązanie, które jest lepsze na czas „niewypłacalności państwa” to znaczy, ni mniej ni więcej, ze zmiany w takich właśnie warunkach będą zapewne działały. Inaczej byłoby to bez sensu. Tak, jakby nagle kazano nam ubierać się na biało bo to się sprawdza w klimacie tropikalnym.

Oczywiście można zarzucić mi, że sieję panikę zupełnie bezpodstawnie. Bo faktycznie, Premier Tusk, wypowiadając swoje zdanie w kwestii wyższości rozwiązań lepszych w „niewypłacalnym państwie” sprawiał wrażenie dość zrelaksowanego. A nie powinien skoro ma się nam zacząć walić z racji „niewypłacalności”. Tak przynajmniej postąpiłby polityk poważny. I świadom zagrożenia.

Tu mamy z pozoru paradoks. Oczywiście nie chodzi w nim o kwestię czy Tusk jest poważny czy nie. To niech każdy rozważy we własnym rozumie. Chodzi o to drugie. Czy jest Tusk świadom zagrożenia czy nie. Bo jeśli nie jest to jego słowa o „niewypłacalności” można z miejsca olać i czniać takie strachy przy jakim piwku albo i grillu. Jeśli jednak jest to skąd ten jego spokój?

Jak napisałem, paradoks jest jednak pozorny. Spokój Donalda Tuska i realność zagrożenia „niewypłacalnością” nijak się ni kłócą jeśli przypomni się inne słowa obecnego Premiera. Wszak wyraźnie określił on czasowe ramy, za które ma ochotę brać odpowiedzialność. To jest jego sławne „tu i teraz”. A „tu i teraz” jeszcze nie jesteśmy „niewypłacalni”. I w tym sekret dobrego humoru Donalda Tuska.

Myślę, że na to nakłada się i ta wiedza, że „systemowo przekształcany” właśnie system emerytalny pokaże swoje oblicze gdy Premier Tusk będzie już byłym Premierem Tuskiem. I nikomu do głowy nie przyjdzie by zajmować się jakąś archeologią śledczą i dokopywać prawdziwego sprawcy krachu. Pewnie zapłaci za niego głową jakiś nie znany jeszcze następca następców Donalda Tuska.

Skąd zatem wiadomo, że krach nastąpi. A tu akurat nie trzeba znowu być za bardzo Balcerowiczem. Wystarczy być umiejącym to i owo pokazać sobie na palcach rosemannem.

Po pierwsze skoro już dziś ekipa sięga po pieniądze odkładane na kiedyś tam to znaczy, że za wesoło to już dziś nie jest. I nie będzie. I gadanie o „wzroście gospodarczym” to kit dla naiwnych dziecin chcących tego słuchać z rozdziawionymi buźkami. A czemu nie będzie lepiej. A temu. Wystarczy najprostsza wiedza o systemie. I proszę mi nie wyjeżdżać z „indywidualnymi kontami w ZUS” bo one to ten płaszcz co to go „nie mam i co pan mi zrobi?” a nadto taki numer w dzieciństwie ćwiczyłem nie raz rysując sobie marki, dolary i każda inną walutę. Dla zabawy oczywiście ale narysować można i z innych powodów. Elementarna wiedza o systemie wystarczy by wiedzieć, że ZUS to taka maszynka, w której pieniądz włożony natychmiast jest pieniądzem wyjętym. Na żadne „indywidualne konto” nigdy nie trafi. By mu się to udało, tych włożonych musiałoby być po prostu więcej od wyjmowanych w tej samej chwili.

I teraz uwaga. Prognoza demograficzna mówi, że wkrótce będzie nas prawie trzy miliony mniej. W dodatku w konfiguracji, w której większy procent niż dziś będzie wyjmował a mniejszy wkładał.

I druga uwaga. Za niedługo odczujemy efekty otwierania kolejnych rynków pracy dla polskich obywateli. Nie chodzi mi o to, że w tej czy innej rodzinie pojawi się nagle trochę euro. One w system emerytalny nie wejdą. I w tym sęk. Spora grupa młodych i produktywnych ludzi wyjmie się sama z tego tuskowego zreformowanego ZUS-u zasilając emerytalne wory Francji czy Niemiec. A zatem jeśli obecny pomysł zostanie zmodyfikowany to raczej w kierunku, w którym kadłubkowym OFE odebrane zostanie to, co im jeszcze zostało.

No i wówczas, szanowny czytelniku wyobraź sobie sytuację, w której nastąpi ta niewypłacalność.

I to będzie moment zgaszenia światła w naszym systemie emerytalnym. Nie wiem komu przypadnie ten zaszczyt ale śmiem twierdzić, że jakiś rzutki redaktor jakiejś rzutkiej stacji wygrzebie skądś zmurszałego już wówczas Donalda Tuska i zaprosi do siebie na kawę i herbatę czy co tam by ten opowiedział nam jak to się stało. I on opowie. A czemu miałby nie opowiedzieć rodakom? Kto jak nie on?!

środa, 26 stycznia 2011

Spokojnie! Premier ma oko na pulsie! (OFE i emerytury)

Parę miesięcy, a może i nawet lat temu pan Paweł Graś (nie wiem kim był wówczas) raczył wyrazić się publicznie, że „Premier Tusk zna się na gospodarce”. Gdybym na tym zdaniu skończył niniejszą notkę, tysiące szczęśliwych obywateli mego kraju mogłoby dziś zasnąć spokojnie bez obaw, że nawiedzą ich koszmary przypominające dickensowskiego ducha przyszłego Bożego Narodzenia. Ale, niestety muszę zachwiać tym spokojem i wyjaśnić, czemu naszło mnie to wspomnienie akurat teraz. Gdyby to było tak bez powodu, sam bym uznał, że nie jest to raczej normalne.

Powód pierwszy, choć mający tylko charakter, rzec by można, techniczny, to apel Igora Janke byśmy, za przewodem pani Ewy Lewickiej, opowiadali wraz o naszych emeryturach, które nam leżą boleśnie na wątrobach, choć przecie gdzie nam jeszcze do dnia, w którym pierwszy raz przyjdzie do nas listonosz.

Powód drugi to natychmiastowe skojarzenie, które apel Igora Janke we mnie wywołał. Oto stanęła mi przed oczami krótka relacja z „gospodarskiej wizyty” Premiera Tuska sprzed dwóch dni, na budowie piramidy Cheo… znaczy stadionu na Euro 2012. Tego, który później trza będzie wyleasingować Wietnamczykom pod sprzedaż majtek bawełnianych, skarpet z napisem „Puma” i zupek w proszku. Zapomniałbym pewnie z miejsca ten telewizyjny obrazek gdyby realizator ograniczył się wyłącznie do pokazania rozanielonego oblicza naszego wielkorządcy wpatrującego się w dźwigary i różne takie tam. Ale nie! Musiał jeszcze dać Premierowi głos.

„- Nasze rozwiązanie jest znacznie lepsze. Bo gwarantuje, odmiennie niż dotychczasowe, że w przypadku niewypłacalności państwa jednak jakieś świadczenia zostaną wypłacone.”

Tak mniej więcej wyrazić się raczył nasz przywódca. „Noż zna się, qr… ka maść!!” pomyślałem przypominając sobie lizusowsko uśmiechniętego Grasia sprzed miesięcy. I zacząłem kombinować, cóż chciał nam tą wypowiedzią dać do zrozumienia nasz Premier. Nie wiem czemu, przez długi czas nie mogłem się skupić na niczym innym tylko na użytym przez pana Tuska zwrocie „niewypłacalność państwa”. Przecież idzie nam jak po irlandzkim maśle i greckiej fecie! „Co miał na myśli?”- dumałem a co mi przyszło to nie zdradzę bo straszne to było. Szczególnie wówczas, gdy łączyło się z obawą, że „jednak może się zna”. Bo jeśli tak, to faktycznie, bez dwóch zdań straszne.

Jednak przed popadnięciem w panikę uratowała mnie próba wyobrażenia sobie skąd Premier Tusk weźmie te „jakieś świadczenia”, które „jednak” dostaniemy od niewypłacalnego państwa.

Normalny ucz… Nie, nie bądźmy okrutni! Niech będzie tak: normalny licealista w opisanej sytuacji zauważyłby, że prędzej w zobrazowanej przez pana Tuska sytuacji na „jakieś świadczenia” będzie stać jednak OFE, które coś tam przecież uciułają niż niewypłacalne państwo. Logika by tak wskazywała wszak…

I wtedy uderzyła mnie myśl. Może my po prostu nie pojmujemy idei reformy?! Może polega ona na tym, że te nasze pieniądze Premier, który wszak zna się na gospodarce, w prosty sposób zabezpieczy przed krachem państwa? I gospodarki. Któremu to krachowi nic, w tym i OFE z ich uciułaną forsą, się nie oprze. Otóż Premier, ni mniej ni więcej, wyjmie nasze emerytalne grosze z systemu!

I gdzieś je zakopie!

A jak przyjdzie pora opresji i państwo się nie wypłaci, to każdego wyśle z łopatą po jego własny worek!

By wpaść na takie rozwiązanie trzeba geniuszu! A w zasadzie dwóch. Geniuszu Premiera, który już pewnie tu i ówdzie po woreczku zakopuje nasze przyszłe świadczenia i rosemanna, który potrafił to wszystko ogarnąć! Jeden jedyny!

Chwała nam obu. A Graś to by się wiele ode mnie mógł nauczyć…

* Niestety, mimo poszukiwań nie znalazłem tego fragmentu audycji TVN24. Znalazłem sporo innych fragmentów z tej gospodarskiej wizyty Premiera. W tym taki piękny, w którym znajduje się inna wypowiedź Tuska na temat wyższości jego koncepcji nad dotychczasową. Składająca się głownie z różnych „eeeee”, „aaaaa” i innych „kompetentnych” onomatopei. Na tej podstawie śmiem twierdzić, że cała dyskusja, której oczekuję Igor Janke z Ewą Lewicka jest z gruntu bezsensowna. Kiedy studiowałem, moi nauczyciele (głownie ci niżej postawieni w naukowej hierarchii) lubowali się w tłumaczeniu nam, za pomocą jednej i tej samej anegdoty, czym jest egzamin. Jest to rozmowa dwóch dyskutantów mających coś do powiedzenia na temat, którego dyskusja dotyczy. Kiedy jeden uznaje, że drugi nie spełnia tego kryterium, kończy rozmowę. I tak jest ze mną i Premierem, który się zna. Wstaję i kończę. Bo co mam robić? Czekać, aż do niego (i do Boniego) dotrze, że opieranie czegoś na „wzroście gospodarczym” kraju, który rękami i nogami wczepia się w krawędź finansowej zapaści jest zwykłą głupotą. A nawet głupotą nieprzeciętną.