Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 września 2011

Gazeta z Czerskiej – miedzy Trybuną a Sturmerem


Nad problemem pochylił się już Chinaski ale rzecz na tyle jest ciekawa, że trudno to ot tak porzucić jeśli wcześniej nabrało się chęci. Tym bardziej, że w mojej ocenie (to ważne stwierdzenie zważywszy na wrażliwość koncernu medialnego) właśnie „Gazeta z Czerskiej”, świadomie lub nie, postanowiła dać dowód tego, że jednak mogą mieć rację ci, którym serwowany przez nią „wyborczy” koktajl z faktów i ideologii kojarzy się z organem prasowym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z lat wczesnych pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Czasy były wtedy takie, że jak się koniecznie chciało psa uderzyć, to najłatwiej było to uczynić swastyką. Ci, co mogli to oglądać „na żywca” jak i ci, co z powodów naukowych czy też hobbystycznych zajrzeli do archiwalnych wydań wspomnianego organu pamiętają „przezabawne” i jakże konsekwentnie powtarzalne konterfekty satyryczne różnych wrogów ludu, czy to Adenauerów przeróżnych czy też „zaplutych karłowe reakcji” z literkami AK na ramieniu, których rachityczne, budzące obrzydzenie sylwetki z jakichś paranormalnych powodów najczęściej rzucały cień masywnego i przerażającego typa w charakterystycznym hełmie albo przypominającej siodło czapce.

Prawdę mówiąc wartość artystyczna tamtych dzieł była przeważnie wątpliwa. Dokładnie taka sama jak czasów, w których powstawała. Ale przecież nie o artyzm wtedy chodziło.

Tak jak zapewne i teraz. Choć stwierdzić o co chodzi do końca nie czuje się na siłach. Bo sensu w tym nie widzę żadnego. O ile oczywiście miałbym brać na poważnie wszelkie zapewnienia a i oburzenia dotyczące tego jak redakcja z Czerskiej i jej szef postrzegają demokrację i przypisane do niej wolności oraz jak reagują gdy ktoś zasugeruje, że postrzegają nie tak, jak to się powinno postrzegać.

Trudno dopatrzyć się sensu w coraz bardziej nonsensownych działaniach „Gazety” związanych z debiutem dziennika „Gazety Polskiej”. Nonsensownych od samego początku zważywszy, że obie redakcje grają na różnych boiskach. I to w najszerszym możliwym rozumieniu. Raz, że nie ma chyba zbyt wielkich szans by między oboma tytułami miał czy choćby mógł nastąpić jakikolwiek przepływ czytelników. Target przedziela gruba ściana. Dwa, że formaty obu wydawnictw są różne a spółka „Agora” chyba już dała sobie spokój z atakiem na rynek tabloidów.

Jedyne co pozostaje, co się narzuca na podstawie „powitalnych tyrad” z Czerskiej pod adresem nowego tytułu, to chyba tylko, jak mi się wydaje, niepojęta niechęć do wolności słowa. Bo jak dotąd trudno znaleźć jakiś konkretny zarzut podniesiony przez „Wyborczą” przeciw „Gazecie Polskiej Codziennej”

Tekst Siedleckiej bez wątpliwości takich zarzutów nie przynosi. Przynosi natomiast co innego. Zawoalowaną mocno próbę sugestii, że rodzi się oto nasza mutacja „Sturmera”. Tak mi się zdało podczas lektury. Przyznam szczerze, że jakkolwiek w polskich mediach widziałem wiele przykładów poświęcenia rozumu w służbie polityki, w tym zaś przypadku polityki redakcyjnej, ale czegoś takiego przypomnieć sobie nie umiem. Nie umiem więc dokonać poważnej analizy tekstu. Jeśli już to raczej takiej domorosłej analizy stanu umysłu pani autorki. Bez wątpliwości opisana przez nią reakcja i skojarzenia przytoczone w związku z klipem reklamowym nowej gazety normalne nie są. Powiem wprost. Jeśli kobieta na widok efeba zaczyna myśleć o „Mein Kampf”, zwartych szeregach, koszulach w ponurym kolorze, znak to, że ma nierówno pod deklem. Bo w takiej sytuacji, jeśli jest zdrowa na umyśle, skojarzenia powinna mieć diametralnie inne. Nie miejsce tu teraz na to, by roztrząsać jakie. Wyobrażenie na temat stanu umysłu autorki tekstu w „Wyborczej” może tez dać i ten fragment, w którym pisze ona „Ale to jeszcze małe piwo. Klip robi tak silne wrażenie, że nie zdziwiłabym się, gdyby zainspirował kolejnego, nie do końca zrównoważonego człowieka do ataku na siedzibę którejkolwiek partii czy komitetu wyborczego.”*

To już chyba kłopoty autorki z pamięcią. Bo chyba nie sądzi pani Siedlecka, że za przywołanym wydarzeniem stała gazeta, która jeszcze wówczas nie istniała i klip, którego tamten „niezrównoważony człowiek” nie miał najmniejszych szans obejrzeć. I poddać się temu „wrażeniu”, które tak silnie odczuwa Siedlecka patrząc na efeba. To kolejny powód by się nad umysłem pani redaktor pochylić. Bo w kim normalnym młody chłopak budzi chęć mordu?

Wracając zaś do tej zawartej w sugestii Siedleckiej zabawy czasowym kontinuum. W odróżnieniu od „Gazety Polskiej Codziennej” i tego klipu co to smród się od niego rozchodzi jak autorka sugeruje, jej tytuł prasowy jak najbardziej istniał. I miał na temperaturę życia politycznego wpływ niebywały. taki, jakiego zapewne Sakiewicz ze współpracownikami nie uzyska nigdy, bez względu na to ile będzie miał tytułów i ilu nie zawaha się użyć. Jeśli więc już ryzykujemy obstawianie czyja wina był ten „„niezrównoważony człowiek”, ja raczej bym obstawiał „Trybunę” niż „Sturmera”.

Na koniec taka uwaga do „reprezentantów prawnych” wydawnictwa „Agora coś tam coś tam”. Jeśli nie podoba się wam czy waszym klientom jak wam ktoś to czy owo wciska, starajcie się pilnować, by „nie czynić drugiemu co tobie niemiłe”. Bo z tym Sturmerem, co to się u was (jak mi wyszło w czytaniu) jako cień „Gazety Polskiej” pojawia, działacie tak jakbyście (cytując Alcmana) „źdźbło w oku innych widzieli a belki w swej d***e nie zauważali.

* http://wyborcza.pl/1,75968,10268633,Pieniadze_czasem_smierdza.html#ixzz1XoH0hpsR

wtorek, 26 kwietnia 2011

Spacerem po Grobach i kazaniach (o delatorach odświętnych)

Początkiem swego wpisu przypomniał mi bloger Stary wczorajszy, zapomniany jednak, zamiar pochylenia się nad pewnym, obserwowanym od lat (dokładnie zaś od momentu gdy mi rodzice jeszcze w dzieciństwie w PRL-u pokazali „młodzieżowego aktywistę”, który chadzać zwykł na msze by sprawdzać, czy „jego młodzież” też bywa…) zjawiskiem, które nasila się szczególnie w okolicach Wielkiej Nocy. Po PRL-u śladu już jakoby nie ma a zwyczaj ów, jeśli czymś się różni to chyba tylko nasyceniem elektroniki u praktykujących go. Dziś jednak w jego kultywowaniu dawnych, bezinteresownych w swej ideowości aktywistów oraz etatowych, choć nie za bardzo podkreślających ów fakt po pracowników „bezpieczeństwa” zluzowali pracownicy mediów. Choć nie do końca o czym cytat ze wspomnianego już tekstu Starego świadczy dobitnie.

Kiedy Wielki Tydzień zmierza ku końcowi przeróżne „czerwone telefony Radia Zet” czy tam „Kontakt TVN” faktycznie robią się chyba czerwone z gorąca. Bo jakże inaczej wozy transmisyjne wiedziałyby, że trzeba czym prędzej popędzić do Rumii na ten przykład? Czy tam do innego Kłaja? Myślę, że towarzysze z „bezpieczeństwa”, choć już dziś na zasłużonej emeryturze albo w prywatnych, intratnych biznesach, uronili zapewne łezkę wzruszenia widząc, że choć ich już w służbie nie ma, w narodzie zwyczaj delacji nie ginie. A nawet wręcz przeciwnie! Wszak kiedyś temu i owemu trzeba było przed nosem czym kompromitującym machnąć, postraszyć nieco albo zaszantażować. A dziś? Sami się pchają! No chyba że mi jakiś aspekt działalności „mediów elektronicznych” zdołał umknąć.

W każdym razie kontemplowałem w Święta przebitki z grobów „smoleńskich”, wyłapanych w ten opisany a może w jakiś inny, bardziej cudowny sposób. I zastanawiałem się czy ten Grób, przy którym ja byłem, z pozoru nie epatujący „smoleńską” symboliką (brzozowe krzyże, lotnicza szachownica…) nie kwalifikował się jednak do jakiegoś „obywatelskiego donosu” hasłem- cytatem z Jana Pawła II „Ojczyznę wolną racz na m panie przywrócić”. No bo o jakie „przywrócić” może chodzić skoro ta nasza III RP wolna jak ta lala?!

Relacje nie miały w sobie tej jednostronności „Solidarnych 2010” bo na każda trojkę oburzonych „epatowaniem polityka” znajdował się jakiś jeden odmieniec, który widział w Smoleńsku zdarzenie doniosłe, które przecież istotny ślad po sobie musiało zostawić.

Owszem, bywało drzewiej w Polszcze, za tego PRL-u przytoczonego już wyżej, że się tłumy zlatywały oglądać bożonarodzeniowe szopki i Groby Pańskie zgadując, co się pod instalacjami kryje albo i nawet zgoła będąc zwolnionymi z tego wysiłku. Wtedy też się to nie podobało niektórym co zresztą tamta telewizja pewnie też transmitowała. Ale to w końcu było, zanim Bóg nam „raczył przywrócić” ojczyznę. Wraz z wolnością słowa i wyrażania poglądów ponoć…

Ale to jeszcze mniej zdumiewa. Bo to i wiadomo, kiedy pójść i sprawdzić a jak już się sprawdzi, gdzie dzwonić. Dużo bardziej dziwią a czasem wręcz zdumiewają umieszczane w odruchu oburzenia w gazetach albo i w telewizyjnych programach wierne cytaty z kazań przeróżnych, wygłaszanych czasem i bez wynikających z odświętności dnia okazji. szokuje mnie ta wierność, co świadczyć pewnie by mogła o talentach niezwykłych naszych obywateli rozmaitych. Gdybym w takie talenty osobiście wierzył. Zastanawiam się właśnie, czy nie uwierzyć. Bo to byłoby, mimo wszystko, bardziej zrozumiałe niż na ten przykład zabieranie ze sobą jakichś elektronicznych urządzeń rejestrujących, które „odpala” się gdy kapłan ośmieli wyrazić się nieprawomyślnie. Albo wyjmowanie takich małych notesików i kopiowych ołówków (to taka moja szarża wyobraźni…) by wiernie zanotować stosowne fragmenty homilii.

Oczywiście może być i tak, że redakcje mają od dawna upatrzonych kapłanów, na których stale maja oko. I jacyś redakcyjni „oficerowie prowadzący" co niedziela i święto meldują się na mszy i uruchamiają aparaturę. Sprawdziwszy wcześniej u jakiegoś „źródła” o której godzinie ich „ulubieniec” odprawia. Bo przecież nie siedzą całą niedzielę z tymi swoimi magnetofonikami, dyktafonikami czy tam notesikami po kościołach!?

Jeśli zaś siedzą to jak ten problem Bóg w Trójcy Jedyny rozstrzygnie gdy przyjdzie mu sądzić takiego, jednego z drugim, „redaktora prowadzącego”. Bo z jednej strony niepięknie to tak donosić czy też szpiegować ale z drugiej czy kto wnikliwiej od nich słucha nauk kapłanów?

piątek, 15 kwietnia 2011

Cytat czyli zamach stanu

Od razu zaznaczę, że nad problemem cytowania czy też niecytowania rozwodzić się nie mam zamiary. Wiadomo wszak, że nie o wolność czy niewolę cytowania chodzi lecz o Kaczyńskiego. I że nie będzie dla mnie niczym dziwnym jeśli lada dzień z podobnych apelem o poniechanie wykorzystania ich dzieł do walki politycznej wystąpią producenci odzieży i obuwia, które akurat miał wówczas na sobie Prezes.

Za mną chodzi raczej odbiór i oddźwięk tego, co Kaczyński powiedział był za pomocą słów poety a raczej to, co niektórzy raczyli usłyszeć czy, mówiąc ściślej, pojąć z tych słów. I z całego dalszego biegu zdarzeń. Chodzi mi o te wypowiedzi, które kulminację znalazły w stwierdzeniu pana Wałęsy, że Kaczyński szykuje czy tam szykował zamach stanu. Nie wiem gdzie Wałęsa widział przyzwoity czy wręcz jakikolwiek zamach stanu poza tymi, które mu się w głowie roją ale tą swoją wizją wzbudził we mnie (nie pierwszy zresztą raz) zdrowy śmiech. No bo zamach stanu… Czym, panie Wałęso, czym?! Wiem, wiem, że wedle pana można nie taki rzeczy zrobić jednoosobowo oraz „siłom i godnościom osobistom” ale tego pańskiego punktu widzenia nie podziela chyba nikt inny. W każdym razie nikt mający choć kroplę oleju we łbie. Tym bardziej, że ci „zamachowcy” od Kaczyńskiego to raczej ludek co najwyżej mocny w gębie. Niech się ludek na mnie jednak z miejsca nie obraza przypadkiem bo chodzi mi nie o całokształt ale o skłonność do agresji. Tak więc tyle w nim tej „siły zbrojnej”. Ja zaś nie słyszałem jak dotąd o żadnym zamachu stanu przeprowadzonym za pomocą otworów gębowych. Od nich się co najwyżej zaczynało a zaraz po tym z gracją lub zamaszyście do akcji wkraczały czołgi. Tak więc nie zostaje mi nic innego jak zadać panu Wałęsie sparafrazowane pytanie, rzucone niegdyś i w innych okolicznościach przez Józefa Dżugaszfili aka Stalin „Ile ten Kaczyński ma dywizji?”. Nie za wiele choć taki pan Czapiński, jakoś w sprzeczności z tym, co moje oczy widziały, twierdził w „Rzepie”, że w ostatnią niedzielę pod pałac „większość przyszła z transparentami”.

Zdecydowanie poważniej zastanowiłbym się nad opadłymi zaraz po 10 kwietnia stwierdzeniami sugerującymi, że cytując Herberta Kaczyński (a przy okazji pani Stankiewicz) postawił się poza ramami, nawiasem czy czym tam jeszcze. Od razu pozwolę sobie przytoczyć autorytatywną (zawsze takie są!) opinię Kobiety Mojej Kochanej, która, komentując użyte przez kogoś w temacie stwierdzenie o „postawieniu się poza granicą dyskursu” stwierdziła, że jeśli już, to w centrum (wszak o nikim innym się nie gada) a „poza granicami” to się nie da i już.

W każdym razie ciekawi mnie co ci wszyscy (albo każdy z nich z osobna) mieli na myśli gdy sytuowali Kaczyńskiego poza „ramami”, „nawiasem” i co tam jeszcze było wymieniane. Bo chyba coś mieli na myśli a nie tylko mniej lub bardziej zgrabna figurę retoryczną. Piszę to jak najpoważniej. Tym poważniej, że już kiedyś z „dożynaniem watah” wyszło jak wyszło.

Czy te ich rozmaite „wyrazy bliskoznaczne” cokolwiek znaczą? Na przykład tyle, co równie „bliskoznaczne” stwierdzenie, że w jakiś sposób „wyjął się spod prawa”? Tak jakoś bowiem mi to zabrzmiało. I przyznam że złowrogo. Gdyż mam takie podejrzenie, że mało rzeczy u nas mówi się i robi bez powodu i bez przyczyny.

A jeśli jednak mówi się bez przyczyny, czyli, inaczej mówiąc, gada się żeby tylko gadać, zwracam uwagę, by raczej ważyć słowa. jeśli bowiem obywatelom wmawia się, że ktoś jest jak tykająca bomba albo wściekłe zwierze to poprzestać na tym jest zwykłym niedbalstwem. Minięcie tykającej bomby bez jakiejkolwiek reakcji, przy świadomości, że ona tyka, podpada chyba nawet pod jakiś paragraf.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w przypadku Kaczyńskiego, a raczej jego odbioru przez niektórych, obowiązują zupełnie inne reguły, zasady. Czasem odnoszę nawet wrażenie, że inne prawa fizyki i przyrody. I na dodatek ci, którzy w ten sposób reagują nie mają sobie nic do zarzucenia gdy im się to bez wątpliwości najmniejszych choćby wykaże i dowiedzie. Tak jest i już.

Zatem żadnych „domniemań niewinności”. Dla niego odwraca się i tę zasadę zbudowanych na solidnym humanistycznym fundamencie cywilizacji, wedle której to oskarżanemu trzeba winę udowodnić a nie on ma dowodzić swej niewinności. taki szlachetne zasady są wyłącznie dla „nas i naszych kolegów”.

Tedy niech się tłumaczy Kaczyński z tego zamachu stanu, który przeprowadził był wypowiadając wers z Herbarta. Robiąc te minę, którą zrobił. Marszcząc czoło jak zmarszczył. Wszystko świadczy przeciwko niemu!

Tedy czyńcie swoją powinność!!!!!

wtorek, 15 marca 2011

Dobre i złe „prawo łaski” czyli pan Komorowski i jego krasnale

Zważywszy na to, że od początku a nawet jeszcze przed tym początkiem znane były a i nawet przez niektórych podziwiane niedostatki obecnego prezydenta, wydawało się oczywistym, iż właściwym sposobem ich neutralizacji będzie otoczenie Bronisława Komorowskiego szczelnym kordonem kompetentnych współpracowników, przez który nie przedrze się nic, co mogłoby zaważyć na wizerunku aktualnej głowy państwa*. Wydawało się to oczywistym przynajmniej dla mnie. Okazuje się, że mojego sposobu widzenia nie podzielił ani pan prezydent (co mnie nie dziwi) ani też, o ile istniał ktoś taki, nikt z tych co panu Komorowskiemu skład ekipy polecili.

Może to była i jest taka świadoma taktyka w myśl odwiecznego przekonania, że karzeł przy skrzatach jest olbrzymem. Może chodzi właśnie o to, by uwagę od kolejnych ewentualnych gaf pana Komorowskiego, które są nie tylko prawdopodobne ale oczywiste zważywszy na wiek pana prezydenta w którym na jakiekolwiek oddziaływania edukacyjne jest zdecydowanie zbyt późno, odwracać nachalnymi wręcz wpadkami jego otoczenia.

Od jakiegoś czasu wygląda na to że skrzaty czy tam krasnale z Dużego Pałacu sprawiają sioe przednio. I przyznać trzeba, że mają do tego wrodzone predyspozycje przerastające te, które w genotypie odziedziczył ich pryncypał albo też przyznać im trzeba skalę talentu domagającą się natychmiastowego uhonorowania wszelkimi możliwymi Oscarami, Legiami Honorowymi, Orderami Podwiązki. Póki co muszą im starczyć Orły Białe rozdawane jak arbuzy z ciężarówki (taka scenka mi przed oczami stanęła z czasów ruskiego ataku na Gruzję).

Ten długi wstęp, sprowadzający się do konkluzji, że spryt ekipy Dużego Pałacu skażony jest taka „skazą Midasa” na opak, sprawiającą, ze czego się dotkną, w g…o się zmienia, wprowadzić ma czytelnika do, jak mniemam, krótkiego komentarza w sprawie udowadniającej ową konkluzję jak nic, co z pałacu wyszło wcześniej. No może poza zapętleniem się w prezydenta dramatycznym uścisku ambiwalentnych uczuć wobec Jaruzelskiego.

Na początku tej historii była oczywista intryga, która bez udziału krasnali Komorowskiego ( niektórzy pokazują paluszkiem na pana Sławka N, pomińmy litościwie resztę nazwiska) nie mogła mieć miejsca. Chyba że po kancelarii prezydenta każdy łazi jak po dworcu kolejowym. Okazało się że poprzedni Prezydent ułaskawił skazanego na dwa lata w „zawiasach” „zbrodniarza”, który miał jakieś „niebezpieczne związki” z zięciem poprzedniej Głowy Państwa. Początkowe reakcje krasnale przewidzieli jak się należy bo i trudno było tego nie przewidzieć. Ale to, co powinni tez przewidzieć jako konsekwencję tej, jak im się pewnie zdawało, „genialnej wrzutki”, jakoś w głowie nie postało im chyba nawet przez chwilę. Stąd w odpowiedzi na zgłoszone niedługo później, oczywiste oczekiwanie ujawnienia dorobku obecnego prezydenta, który w rzeczonej materii okazuje się istnym Stachanowem, usłyszeliśmy idiotyczne tłumaczenia o „poszanowaniu” tego i owego. Przyznam szczerze, ze lepiej by chyba wyglądało gdyby powiedzieli, że im się papiery zgubiły. Ale nie zgubiły się niestety… Niestety dla prezydenta i jego krasnali. Bo skoro się nie zgubiły to jasnym było, że kiedyś ktoś do nich zajrzy. a jak tego szczęścia dostąpi to i nie omieszka się nim podzielić z reszta Narodu.

Efektem „genialnego” planu krasnali (niektórzy palcem wskazują na Sławomira N, który na takiego Gapcia tu nam wyrasta) są pogłoski o tym, że przy „przypadkach”, które ma na koncie prezydent Komorowski, ów Adam S to zaiste anioł który do nieba może być nawet żywcem wzięty. Bo gdzie mu tam do pospolitej „gangsterki” albo „damskich bokserów”, mogących jakoby liczyć na łaskawość pana Bronisława. Nadto gdzie tym urzędnikom poprzedniego Prezydenta do krasnali podsuwających swemu szefowi dokumentację ze wszelkimi możliwymi negatywnymi opiniami.

Może te doniesienia prasowe to bzdura, przekłamanie albo i oczywisty spisek godzący w dobre imię i publiczny wizerunek pana prezydenta i, być może niesłusznie określanych przeze mnie mianem „krasnali”, jego kompetentnych urzędników i doradców. Może te liczne przypadki dotyczą wyłącznie staruszek przyłapanych podczas przechodzenia na czerwonym świetle albo dziatwy ukaranej uwagami w dzienniczku za sporadyczne naruszanie dyscypliny na lekcji. Nie ma lepszego sposobu tylko ten audyt, który oberkrasnal Nałęcz zapowiedział we wiadomym przypadku, rozszerzyć na dorobek obecnego prezydenta a efekt badań podać do publicznej wiadomości. I pozwolić na to by sami obywatele a nie jakiś ktoś (niektórzy szepcą coś o panu Sławomirze N) decydował co jest OK. a co jest „be”.

Wtedy zobaczymy. I to zobaczymy wiele. Choćby to które media też gotowe są w sposób jawny założyć publicznie krasne czapki a nie udawać „obiektywizm”. Chciałbym chyba nawet popatrzeć w jaki sposób uzasadnia się c cała powagą, że gdzie tam jakiemuś, dajmy na to, „Słowikowi bis” do tego Adama S co to miał czelność popełnić zbrodnię prowadzenia interesów z Dubienieckim.



* By było jasne przypomnę, że od czasu oficjalnej wizyty pana Jaruzelskiego, którego uważam i zawsze będę uważał za bandytę, nie czuje się zobowiązany do stosowania w tytulaturze pana Komorowskiego dużych liter. Tym, którzy moje tłumaczenie uznają za dęte i kłamliwe pragnę zwrócić uwagę, że Donalda Tuska, którego nie lubię i nie szanuję znacznie bardziej niż pana Komorowskiego, zawsze tytułuje panem Premierem.

czwartek, 3 marca 2011

Pierwszy brukowiec III RP

„Okropnie smutne i rozczarowujące, że młody prawnik ze świetlaną przyszłością angażuje się w takie gówniane interesy. Żeby chociaż była to jakaś porządna piramida finansowa, mielibyśmy w perspektywie własnego Madoffa. A u nas, niestety, jak zawsze - wszystko na ćwierć gwizdka. Nawet afery. Czy Dubienieckiego nie stać na coś więcej?”* kończy swoje wynurzenia, czynione bez najmniejszej wątpliwości na pełen gwizdek a może nawet „gwizdek z dopalaczem”, wschodząca gwiazda „gównianych interesów” „Gazety Wyborczej”, „dziennikarz” Grzegorz Sroczyński. Pewnie z dumą stawiał ostatnia kropkę w tym akapicie czując się niemal jakCarl Bernstein albo też Bob Woodward. A może nawet jak obaj razem i „Głębokie gardło” przy okazji. Bo przecież nie da się inaczej jak tylko mając poczucie misji i coś w rodzaju doskonale czarnych gogli spawalniczych na oczach by nie zauważyć w jakiej pozycji postawiono jego talent czy tam „stan gotowości” albo zwykły, zawodowy oportunizm.

Punktem wyjścia do tego zacytowanego szczytowania redaktora Sroczyńskiego jest poczucie szczerej radości z powodu faktu, że „Tabloidy - za wczorajszą "Gazetą Wyborczą" - maglują sprawę …”. Faktycznie jest to powodem do radości ale, bynajmniej ani dla pana Grzegorza ani dla redakcji z Czerskiej a już najmniej dla wszelkich związanych z nią „autorytetów moralnych”. No bo jak to brzmi, z punktu widzenia tych poważnych redaktorów i tych czcigodnych „autorytetów” gdy tak zacna redakcja, choćby nawet i ustami czy tam rękami kogoś tak mało jeszcze w tamtejszej redakcji znaczącego jak pan Sroczyński, ogłasza, że właśnie stoczyła się na pozycję „kreatora trendów rodzimej prasy brukowej”.

Przyznam, że pierwszy materiał najświeższego serialu „Wyborczej” wzbudził we mnie nieco złości bo odbierałem go tylko jako bezpardonowy i bezwzględny atak wymierzony poniżej pasa znienawidzonego na Czerskiej politycznego wroga. Którym, co oczywiste, nie był, nie jest i nigdy nie będzie Marcin Dubieniecki. To taka uwaga dla mniej wnikliwych i mniej wyrobionych czytelników wspomnianego organu Z każdą następną rewelacją czułem już tylko pomieszanie rozbawienia i politowania. Takiego, które da się zamknąć w krótkiej konkluzji: „No i co cyngle? Naprawdę nic nie macie na Kaczyńskiego, że kopiecie po bokach?”

Oczywiście nie mam wątpliwości, że stada wyznawców Red. Naczelnego, gotowe wszak na wiele gdy im Red. Naczelny wyklaruje, że etos tego wymaga, oraz „zoologicznych” (jak mawia czasem Red. Naczelny) antypisówców z miejsca kupi tezę, że największym zagrożeniem dla polskiej demokracji jest „sprawca wielu afer” (jak „nie wprost” „nie sugeruje” „Gazeta” dłonią red. Sroczyńskiego), prawnik M. Dubieniecki (pewnie by chętnie napisano zamaszyście Marcin D. ale wtedy głupszy czytelnik by się nie połapał i strzał byłby mocno chybiony). Nie takie tezy kupowali i jedyne co mi pozostało to tylko zadedykować im wyczytany u wyrusa cytat zElizabeth George z lekka modyfikacją:

Jezu Chryste, zlituj się nad NIMI wszystkimi**


Dla nich nic więcej zrobić już nie jesteśmy w stanie. Jakoś szczególnie mi z tego powodu markotno nie jest…

Tym bardziej, że dla tych, którzy w gronie wspomnianych nieszczęśników się nie znaleźli cała ta „śledcza” działalność „gwizdków” z „Wyborczej”, wśród których na pierwszym planie znajdują się znani skądinąd ze „znakomitego warsztatu”, „niezwykle etyczni” oraz „krystalicznie czyści” panowie Głuchowski i Kowalski, jest powodem równie pozytywnych odczuć. Ci dwaj na przykład, na „sztos” rzucili cały swój talent „wybitnych reportażystów” co i widać wyraźnie gdy czyta się smakowite literacko wytwory tegoż talentu w rodzaju: „Uwadze tabloidów nie uszło, że gdy Marta Kaczyńska -Dubieniecka odebrała trzymilionowe odszkodowanie za śmierć rodziców, on wymienił luksusowego SUV-a BMW X6 (za niespełna pół miliona zł) na ekstrawaganckie porsche 911 carrera (grubo ponad pół miliona). Wcześniej jeździł terenowym subaru.”***. Cóż za mistrzostwo w wychwyceniu tej „koincydencji czasowej” między „odebrała” i „wymienił” i co za precyzja w radzeniu sobie z takim niuansem jak różnica między „niespełna pół miliona” i „grubo ponad pół miliona”. I tylko nie rozumiem czemu zapomnieli podać „po czemu był” ten subaru terenowy. Czy za „niespełna” czy za „grubo ponad”? No ale nie zabrakło szczerego wyznania, że uwadze „tabloidu” to jednak nie uszło. Dzięki za tę szczerość.

Oto więc oglądamy sobie (ja idąc do pracy i widząc eksponowany w kioskach „opiniotwórczy tabloid”), szanowny Red.Naczelny et consortes, te wasze wygibasy będące żałosną próba dokopania ( w sensie „robótek nożnych”) się do Prezesa PiS oraz, cytując sławnego przed wojną Stanisława Cichockiego, znanego jako Szpicbródka, „cytamy sobie, rycymy na całe gardło i myślimy „a gówXX!” :)


* http://wyborcza.pl/1,75968,9194076,Dubienieckiego_nie_stac_na_wiecej_.html?fb_xd_fragment#?=&cb=f26738f236da83c&relation=parent.parent&transport=fragment&type=resize&height=21&width=120#ixzz1FXcUUWAu

** http://tekstowisko.blogspot.com/2011/02/cytat-z-elizabeth-george.html

*** http://wyborcza.pl/1,75478,9192362,Dubieniecki__Wykonalem_zlecenie_klienta.html#ixzz1FYLAJvWO

wtorek, 1 marca 2011

Pytania, których zadawać nie wolno… (polemiki)

Rzecz jest wałkowana ostatnio na wszystkie strony ale z toku tego wałkowania wychodzi, że to dobrze. Bo przy okazji, niejako na zasadzie bonusu, to i owo wychodzi dodatkowo. Nawet mi się lekko zrymowało…

Po fali bezkompromisowej krytyki pana Ministra, co to, wedle słów samego Premiera, „podzielił się […] przemyśleniami z szefem państwowej agencji, jaką jest PAP”* przyszła fala druga. Niosąca panu Ministrowi otuchę i zrozumienie dla tej jego chęci „dzielenia się przemyśleniami”. I znajdująca cała masę uzasadnień dla tego, co „dzieląc się przemyśleniami” tak naprawdę zrobił. Ot choćby wypowiada się na ten temat kolega folt37 w tekście zatytułowanym „Naciski Min. Arabskiego z moralnością w tle” (tytuł podaję w transkrypcji starającej się odgadnąć intencje autora…)** racjonalizując długim opisem postępowanie ministra tłumaczenie zamyka taką niezwykle zręczną klamrą, wychodząc od stwierdzenia „Wizyty premiera za granicą mają charakter regulowania problemów współpracy zagranicznej, a nie zajmowanie się sprawami wewnętrznymi.” i kończąc rzecz w sposób następujący „Na tle powyższego w pełni zasadna wydaje się reakcja min. Arabskiego, który nie bez racji określił ją jako działanie w imię polskiej racji stanu.”**

Pięknie to wyszło autorowi a i zamieszczona pośrodku miedzy tymi zdaniami argumentacja jest cudnej urody. Sprowadza się ona z grubsza do tego, że z całej reprywatyzacji państwo polskie zdołało tylko zająć się naprawą krzywd Kościoła Katolickiego zapominając solidarnie i o trzymanym prawem kaduka (najczęściej dosłownie) mieniu pożydowskim i o pokrzywdzonych obywatelach polskich innej niż mojżeszowa proweniencji. Czego tamci z radością z cała pewnością przyjąć nie mogą. Publiczne mówienie w takiej sytuacji o reprywatyzacji samo w sobie byłoby niezręcznością, zaś mówienie o tym na oczach społeczności żydowskiej byłoby niezręcznością szczególną. Natomiast zadawanie pytań o to i oczekiwanie odpowiedzi na wspomniane pytanie to już nie jest niezręczność ale zgoła zdrada stanu.

Konkluzje kolegi folt37 współbrzmią z opinią pana posła Niesiołowskiego, który uważa, że to, co niektórzy uznali za oczywiste naruszenie wolności mediów w istocie „To nie jest zamykanie ust, to odpowiedzialne działanie ministra”. Odpowiedzialny minister zrobił więc to, co powinien gdyż „Pewnych pytań nie wolno zadawać „. Broniąc tego stanowiska Niesiołowski zaznacza, że „Jeżeli się ustala, że to pytanie w Izraelu ma nie paść, no to powinno się go w imieniu odpowiedzialności za Polskę nie zadawać. To nie jest żadna cenzura”***. Nie jestem Niesiołowskim i nie za bardzo rozumiem kilku rzeczy, które pan poseł a zapewne i pan Premier rozumieją doskonale. Pierwszą niewiadomą dla mnie jest to, kto z kim i kiedy ustalił, że „pytanie ma nie paść”. Jeszcze bardziej ciekawe wydaje mi się, że wedle pana posła pytanie paść nie mogło akurat w Izraelu. Co pan Niesiołowski ma przeciwko Izraelowi? A przy okazji takie pytanie do pana Niesiołowskiego czy nie ma on takiego poczucia, że od odpowiedzialnych ministrów, biorąc pod uwagę przytoczone przez niego kryterium, szczególnie roiło się za poprzedniego systemu, w czasach PRL-u. Wtedy prawie każdy z tych dygnitarzy, z zamkniętymi oczami, potrafił wymienić całą masę pytań, których „nie wolno zadawać”. Ale wróćmy do sprawy.

Od biedy mogę przyjąć i finezyjne argumenty kolegi folt37 a nawet, jak się zepnę i sprężę, łopatologię pana Niesiołowskiego. Mogę założyć i przyjąć, że gdyby jakiś dziennikarz, z głupia frant postanowił, złośliwie czy dla żartu, zadać Premierowi jakieś podchwytliwe czy kłopotliwe pytanie akurat w Izraelu by go publicznie i na oczach milionów widzów ośmieszyć czy upokorzyć, byłoby to faktycznie sprzeczne z polską racją stanu.

W tym przypadku jednak zarzucanie czegoś podobnego dziennikarzowi jest chyba jednak nadużyciem jeśli nie kalumnią wręcz. To, że dziennikarz Polskiej Agencji Prasowej miał zadać akurat to pytanie wobec którego wywołane zostało całe zamieszanie i że zamierzał to zrobić akurat w Izraelu nie wynikało ani ze złośliwości ani nie było żadnym żartem. Stać się to miało z bardzo oczywistego powodu.

Pytanie dotyczyło ustawy, której opracowanie i przyjęcie zapowiedział w kwietniu 2008 roku Donald Tusk. Owa zapowiedź miała miejsce również w Izraelu.

Nie mam pojęcia czemu akurat tamto miejsce Premier uznał za najwłaściwsze by tę zapowiedź czy też obietnicę upublicznić. Miał widać w tym jakiś swój a może i zgodny z polską racją stanu cel. Ale w tej sytuacji nie jest niczym dziwnym, że teraz w podobnych, by nie rzec takich samych, okolicznościach próbuje się go z tej niedotrzymanej zapowiedzi rozliczyć.

Tak mi z tej sugerowanej logiki działań zwanych tutaj „racją stanu” wynika, że jeśli wspomniane pytanie z ową racją jest sprzeczne to i tamta zapowiedź też była z nią na bakier. Jeśli natomiast Premier w 2008 roku postępował zgodnie z racją stanu to i rozliczenie go ze złożonej obietnicy tej racji nie zaszkodzi. Jeśli już, to raczej szkodzi jej niewątpliwa opieszałość czy też nieudolność pana Premiera. I szkodzi też ta „odpowiedzialność” pana Ministra, który w przyszłości, jeśli będzie miał ochotę dzielić się z kimś „przemyśleniami” może by uszczęśliwił tym na przykład swą wielce szanowną małżonkę (jeśli posiada takową) a nie koniecznie przełożonych osób, których jego „przemyślenia” dotyczą.

* http://wiadomosci.onet.pl/kraj/tusk-ucina-spekulacje-to-bylaby-tandetna-zagrywka,1,4197282,wiadomosc.html

** http://foltynowicz.salon24.pl/283072,naciski-min-arabskiego-z-moralnoscia-w-tle

*** http://www.wprost.pl/ar/233725/Niesiolowski-pewnych-pytan-nie-wolno-zadawac/

środa, 9 lutego 2011

Co z tym TVN czyli przestaję rozumieć…

Rozumiem, że wczorajszy temat dnia (jak się u jego schyłku okazało), czyli hmmm… pewne niedociągnięcia w organizacji i przebiegu wizyty „zespołu reanimacyjnego” Trójkąta Weimarskiego wywołał oddźwięk głownie w postaci wymiany ciosów niezbyt merytorycznych. I nie odnoszę się tu wyłącznie (jeśli w ogóle) do tego miejsca. tak w ogóle było o parasolu i takich tam… Nawet w TVN.

I to mnie dopiero zastanowiło. Pewnie nie miałoby szans gdybym, skacząc zwyczajowo po telewizyjnych kanałach, nie natknął się na ten moment „Szkła kontaktowego” w którym dyskusja odbywała się w cieniu szokującego dla mnie, zacytowanego zwyczajem programu na dolnym pasku, sms-a o Treście (cytuję z pamięci) „Nie podobał się wam kartofel no to macie buraka”. I gdyby na tym poprzestano, wszak trudno odpowiada za uszanowanie wolności wypowiedzi telewidzów, to jakoś bym to przetrawił. Ale dyskusja, oczywiście i o tym nieszczęsnym parasolu również, trwała dalej i to z udziałem już nie „przypadkowego widza” ale i prowadzących. Na stronie TVN24, co z miejsca wyklucza argument, że to takie „żarty” bo „Szkło” to „program satyryczny”, znalazłem analizę wczorajszych wydarzeń pod jakże znamiennym tytułem „Prezydentowi zabrakło towarzyskiego obycia”*. W nim nie tylko wyliczono mniejsze i większe wpadki zaliczone przez Bronisława Komorowskiego i jego współpracowników ale i pozwolono wygłosić panu specjaliście od protokołu tytułowa opinię, będąca taką kulturalną wersją powiedzenia o „słomie w butach”.

Jeszcze w czasie tego „Szkła” demaskującego rodzaj wyściółki prezydenckiego obuwia zastanawiałem się niemal jak Lis Tomasz „Co jest z tym TVN-em?”. I przez chwilę przyszła mi na myśl teoria pierwsza:

Teoria nr 1

Pomyślałem, że wobec nie dającego się ukryć za kulisami „zjednoczonej i jednomyślnej” fasady Platformy konfliktu między liderami nr jeden i nr dwa ten mocniejszy i obyty w takiej robocie nie od dziś powrócił do operacji wyrzynania nadmiaru „tenorów”. Jak wiadomo nie tak dawno media obwieściły, że czas jednowładztwa w PO minął i że na czele znów jest triumwirat. jak wiadomo jednego z „triumwirów” Donald Tusk ostatnio „kopał przez cztery godziny” by w końcu usłyszeć „przepraszam”. Wyszło mi, że to robienie przez TVN, w którym wszak „mamy przyjaciół”, „buraka” z trzeciego „triumwira” to metoda by i on nie za bardzo podskakiwał. tym bardziej, że nie ma dnia by z jego otoczenia nie wyciekła jakaś plotka o krojącym się vecie.

Teoria nr 1 obowiązywała jednak tylko kilka minut. Dokładnie do momentu, w którym do „Szkła” nie zadzwonił pierwszy telewidz. W swej wypowiedzi odniósł się on do wcześniejszego programy pani Moniki O. , Stokrotki mojej ulubionej, w którym, co według niego było oczywistym skandalem, nie dała ona szans panu Ministrowi Janu Vincentowi ( „Janu” napisałem świadomie) by wyjaśnił narodowi o co mu chodzi i przekonał naród, że to, o co mu chodzi to jest fajne nie tylko dla niego ale i dla narodu. Ów telewidz, pan Maciej (z imieniem nie pamiętam na 100%) z Radomia (to na pewno bo telefon dał panom od „Szkła” pretekst do żartów o p. Kępie) zakończył zapewnieniem, że przez Stokrótkę mą ulubioną naród nie miał szans pojąć pana Jana Vincenta, zapewnił, że akurat on pojął świetnie i na koniec zaapelował dramatycznie by z tym, czego się dopuściła Monika O. „cos zrobić!”. Ciekawe co?- spytam tak na marginesie. „No koniec świata!” pomyślałem a zaraz po tym i to też, że TVN gra nie przeciwko konkretnym ale przeciw wszystkim „tenorom” z tym głównym włącznie. I przeciw towarzyszącej im całej orkiestrze. Ostro gra…

I przyszła mi wtedy na myśl teoria nr 2:

Teoria nr 2.

TVN pojął, że ta ciążąca nam już od ponad trzech lat nie jest w stanie urodzić choćby i myszy. A po co komu góra, która tylko leży sobie i nic poza tym? Tak więc zaczęła się oglądać za alternatywą i z wszystkich możliwych (czyli dwóch i pół) wybrała tę najbardziej perspektywiczną. I na nią zaczyna grac. Ale, niestety, nowy pupil nie z tych, co sam się chodzić nauczy. Trzeba mu pomóc. I w tym sedno tej wczorajszej „kampanii buraczanej” i tego doprowadzenia pana Jana Vincenta do stanu, w którym pojąc go był zdolny tylko jeden pan Maciej z Radomia. To pokazuje jak mało wiary byłoby w poszerzającej najwyraźniej spektrum zaprzyjaźnionych środowisk „prywatnej telewizji” w możliwości nowego pupila. Zamiast zachwycić naród (i pana Maćka z Radomia) pomysłami, które same z siebie by zawstydziły Jana Vincenta, trzeba, nie tak dawnym zwyczajem, zacząć z jednych robić „buraki” a innych zagłuszać. Może inaczej się nie da?

Ta teoria legła w gruzach za sprawa dwóch przesłanek. Pierwsza jest domniemanie znakomitego rozeznania „zaprzyjaźnionej telewizji” we wszystkim, co w politycznej „trawie piszczy”. Drugą zaś dzisiejszy wynik badania opinii, wedle którego wszystkim lekko w górę drgnęło tylko nowy pupil zaliczył istny „zjazd na ryju”. jakby nagle ktoś Napieralskiemu wentyl wykręcił. A skoro o „zjeździe wiem dziś i ja to „najlepiej poinformowani” musieli wiedzieć już wtedy gdy „cztery godziny” kopali Jana Vincenta i gdy prowadzili ;’kampanię buraczaną”. Bez sensu takie spektakularne odcinanie się od pewnego wsparcia na rzecz tak niestabilnego.

Teorii trzeciej na razie nie mam. A właściwie mam ale niedopracowaną. Zilustruje ją scenką z dość często przywoływanego przeze swego czasu mnie komiksu „Wilq superbohater”. W odcinku w którym zadaniem Wilqa jest poskromienie antyamerykańsko- proirackiej manify, sunącej ulicami Opola, sprawę załatwia on za pomocą kilku zabójczych dla manifestantów- lewaków słów w języku angielskim („this is the window…”) oraz rzuconego w tłum Big Maca. Na koniec kumpel Wilqa wykonuje dziwna figurę gimnastyczną.

- A ty co? – pyta Wilq

- Robię gwiazdę. Skojarzy się im z amerykańską flagą i jeszcze bardziej ich pop*****li! – odpowiada Alcman.

Przy tej liczbie „gwiazd”, których robienia mało kto na naszej scenie politycznej zdołał uniknąć, nie zdziwiłbym się, gdyby to właśnie była właściwa odpowiedź i ta moja teoria nr 3. Że z tego wszystkiego TVN po prostu pop****ło. I nic ponad to!

Dziękujemy za uwagę…

wtorek, 8 lutego 2011

Aaaa antysemitę od zaraz…( o nastrojach Polaków)

Naszła mnie taka myśl czy aby na pewno celem profesjonalnego deratyzatora jest definitywne wygubienie tego uciążliwego dla ludzi gatunku? Wszak po tym będzie on już tylko byłym profesjonalistą w tej specjalności. I czy lekarz, który od lat specjalizuje się w leczeniu jakiejś wyjątkowo trudnej i zjadliwej choroby, z radością przyjmie wieść o wynalezieniu nadzwyczaj skutecznego i dostępnego leku na te przypadłość?

Naszła mnie ta myśl gdy czytałem materiał posieczony badaniu stopnia polskiego antysemityzmu A.D. 2010.* Z pozoru na podstawie wyników nie pozostaje nic innego tylko cieszyć się szczerze. Oto wskaźniku szczegółowe lecą na łeb i przy niektórych pytaniach nie osiągają nawet w połowie takiego wyniku jak przy podobnym badaniu sprzed prawie dziesięciu lat. Ot choćby kwestia zbyt dużego wpływu Żydów na sprawy naszego kraju. W roku 2002 tak ów wpływ postrzegało 19% badanych, dziś zaś tylko 6%. Skok niesamowity! Tak wielki, że w naszym, jak niektórzy twierdza, antysemickim, społeczeństwie odsetek sympatyków wspomnianej nacji od kilku lat przeważa nad grupą nastawiona do niej niechętnie.

Czemu zatem napisałem że z pozoru nie pozostaje nic tylko się cieszyć? Musze tylko zgadywać przyczyny snując swoje teorie. Punktem wyjścia dla nich jest wypowiedź pana prof. Krzemińskiego, który, zamiast, jak sugerują, cieszyć się z podanych wyników tak, jak cieszy się choćby prof. Sułek sugerujący, że Polacy przestali być ociemniali antysemityzmem bo im standard skoczył i nie potrzebują kozła ofiarnego, jest najwyraźniej sceptyczny.

Wedle niego badanie jest jednostronne.

„ - Bada reakcje na jeden tylko element antysemickich przekonań: wiarę w ukrytą władzę Żydów. Nie bardzo się zgadzam z takim opisem antysemickich postaw Polaków. Antysemityzm jest częścią złożonego światopoglądu, w którym polskość określa się w opozycji do symbolicznego - złego! - Żyda. W dodatku antysemityzm to także element naszej świadomości politycznej, co można obserwować w Radiu Maryja. Ale to bardzo ważne, że wpływy antysemickiej kalki mentalnej słabną.”**

Prawdę mówiąc zawsze sądziłem, że główny, jeśli nie jedyny, zarzut, jaki Polak (i nie tylko Polak) -antysemita stawia tamtej nacji to właśnie to, iż zdominowała ona władzę. Nad Polską, nad światem… Nie bardzo pojmuje, bo i prof. Krzemiński tego nie raczył zdefiniować, czym jest to „symboliczne zło”. Mnie od razu kojarzy się z jakimś złem absolutnym. Takim, które zaczyna się gdzieś na poziomie straszenia dzieci. Nie spotkałem się w zasadzie z innymi argumentami. Tylko ta chęć dominacji…

Żyd jako „zło absolutne”, jeśli gdzieś się pojawia to raczej w wypowiedziach ludzi w rodzaju prof. Krzemińskiego i tych, którzy w trosce o wykorzenienie tego stereotypu znacznie wyprzedają prof. Krzemińskiego. Mam tu na myśli takich różnych zawodowych „szczurołapów” którzy od lat ogłaszają na przykład, że „Nigdy więcej”. Zastanawiam się co z nimi byłoby, gdyby nagle, z dnia na dzień, okazało się, ze faktycznie, nigdy więcej… I tu pojawia się ten dylemat z początku tekstu. Który w moim odczuciu może rzucać światło na tę dość zaskakująco powściągliwą reakcję prof. Krzemińskiego.

Czyż nie jest tak, że zbyt wiele osób od lat żyje z tego, że, wedle ich opinii a może i szczerego przekonania, w kwestii walki z polskim antysemityzmem ciągle „na zachodzie bez zmian”. takie nasze malutkie „Holocaust Industry”.

To nie jedyny problem, w którym zauważyć można to samo zjawisko. Polegające na tym, że zaangażowanie w walkę z problemem osoby i środowiska zainteresowane są bardziej tym, by walczyć niż by wygrać. To widzę choćby w przypadku światowej batalii przeciw AIDS, która konsumuje takie środki, za które pewni dawno już potrafilibyśmy się rozprawić z rakiem. A wirus HIV jak hasał tak hasa…

Na szczęście dla naszego „Przedsiębiorstwa Holocaust” przyszłość rysuje się raczej różowo. Ten sam prof. Krzemiński przewiduje:

„-Obawiam się, czy reakcja na kolejną i na pewno prowokacyjną książkę nie zaprzeczy optymizmowi sondażu - mówi Krzemiński. - Może się okazać, że oskarżenie Polaków w imieniu Żydów znów uruchomi antysemicko-narodową reakcję. Tak przecież było na początku lat 2000, a narodowe i antysemickie poglądy jakże pomogły najpierw LPR, a potem PiS. Powrót do tamtych czasów raczej nam nie grozi, ale obawiam się, że publikacja Grossa może bardzo ożywić antysemickie stereotypy, także u tych, którzy ich teraz nie deklarują.”**

Prawdę mówiąc, choć to niegrzeczne przeinaczać czyjeś myśli i słowa, wydaje mi się, że dla wielu osób, czynnie zaangażowanych w walkę z faszyzmem, antysemityzmem i z czym tam jeszcze nie powinno się walczyć, w tej wypowiedzi ta wypowiedź brzmi dość optymistycznie. pod warunkiem, że „obawiam się” zamienimy na „mam nadzieję”. Wraz ze „Złotymi żniwami” Grossa perspektywy rysują się nadzwyczajnie. Wszak prof. Krzemiński przewiduje, że lektura swoje zrobi i Polacy powrócić do swych genetycznych upodobań. Tak więc książka Grossa przedsiębiorstwu wspomnianemu gwarantuje i „złote żniwa” i plon z nich nadzwyczajny. Jak się uda to na lata starczy „polskiego antysemityzmu” który ofiarnie zwalczać będą zatroskani naszym „złożonym światopoglądem”.

Dla zainteresowanych mam jeszcze link do wyników badań:

http://bi.gazeta.pl/im/8/9062/m9062848.jpg

A dla zatrudnionych w rodzimym oddziale „przedsiębiorstwa” wynik ankiety przeprowadzonej na stronie medium, do publikacji którego się odwołuję:

SONDAŻ

Czy Twoim zdaniem Polacy są antysemitami?

61%
Tak (1178)

29%
Nie (566)

10%
Nie interesuje mnie to (193)

Liczba oddanych głosów: 1937

Stan na 8.02.2011 r., godz. 9.33.

Na koniec taka uwaga, odnosząca się do tytułu, który zdobił wczoraj wielkimi literami pierwszą stronę gazety. „Nie boję się ciebie, Żydzie” można zrozumieć różnie. Czasem jako sugestię, „byś to ty, Żydzie, zaczął się bać…”

* Poszedłem wskazanym tropem by zaprezentować wyniki ale na stronie TSN OBOP w archiwum nie znalazł w czerwcowym terminie roku minionego takich badań. Problem ten, wedle strony firmy, był badany w lutym 2008 r. http://www.tnsglobal.pl/archive-report/id/7664

** http://wyborcza.pl/1,75478,9063597,Sondaz__Nie_boje_sie_ciebie__Zydzie.html#ixzz1DM2B6Czd

poniedziałek, 7 lutego 2011

Czy Tusk był na proszkach czyli kolejny koniec POPiS-u

Czytając relacje za kulis ostatnich wydarzeń w kierownictwie PO mam uczucie deja vu. Bo to jest tak, jakbym czytał pełne satysfakcji opisy tego, jak się PiS rozleciał zaraz po mało co nie wygranej kampanii prezydenckiej Kaczyńskiego.

Z uporem wracam do fenomenu, który teraz jest już najwyraźniej wspólnym doświadczeniem obu partii, które jakiś czas termu wzięły w posiadanie ogromna większość sceny politycznej.

Byłoby ironia losu gdyby ten projekt, który w 2005 r. obudził całkiem spore nadzieje a później, po swej „niedonoszonej ciąży” wywołał takie emocje, zaistniał w dzielonego wspólnie losu na koniec tego etapu flirtu z władza. taki POPiS w koalicji upadania… I tu konioec dywagacji choć one moga stac się źródłem najgoretszej dyskusji.

Nie wiem czy ci, którzy z satysfakcja odbierali tamte zachowania Prezesa PiS teraz czują podobna satysfakcję. Oczywiście mogą twierdzić, że „to jednak co innego” ale mam odmienną opinię. I tu i tam doszło do spięcia się nieznoszących się ambicji, tu i tam efektem były dość ostre słowa i działania.

Różnicą jest ostateczny (przynajmniej na razie) efekt i próba jego zinterpretowania. No i to w jaki sposób poszczególne partie zdecydowały się prać swoje brudy. Przy tym ostatnim, jak sądzę, korzystniej w ostatecznym rozrachunku wygląda chyba PiS, stawiający na coś, co można (ze świadomością dość naciąganej adekwatności użytego pojęcia) określić jako „otwartość”. W przypadku PO zawiodła wiara w to, że tam, gdzie się wrzeszczy na oczach niemałej grupy ludzi, wszystko może pozostać „między nami”. Wydłubane jako „anonimowa relacja” ma zdecydowanie bardziej sensacyjny wydźwięk.

I trudno się dziwić takiemu odbiorowi gdy czyta się o „dwóch twarzach” Donalda Tuska (choć dla jego przeciwników akurat to żadna tam nowina) oraz o tym, że w Premierze zdaje się właśnie Mr. Hyde brać górę nad poczciwym Jekyllem.

” "Rany boskie, gdzie ja byłem? Co tam się działo!"

To takie najkrótsze podsumowanie wewnątrzpartyjnych relacji w kierownictwie PO. Relacji między „numerem jeden” w partii i niegdysiejszym „numerem dwa”. Zresztą nie pierwszy to „numer dwa” co ten smak relacji z Tuskiem poznaje na własnej skórze.

„Donald Tusk, […] przez cztery godziny kopał jedną osobę"

W przypadku Donalda Tuska i jego zwolenników mamy do czynienia z tym, co ostatnimi czasy tak często z ich strony padało jako zarzut, pod adresem politycznego wroga. Świadomie nie napisałem „przeciwnika” bo to byłoby określenia zbyt neutralne. Oto mamy pytanie, czy „ten Tusk”, wykreowany najpierw przez speców od marketingu a później wciskany klientom przez media to autentyk, czy też działania wprowadzające w błąd.

Ja wiem, że w tamtej kampanii skierowanej przeciwko Kaczyńskiemu zarzut „oszustwa” był kokieterią. I najbardziej bym się dziwił temu, gdybym uwierzył, że ci, którzy nagle „czuli się oszukani” rzeczywiście choćby przez moment myśleli o Kaczyńskim inaczej niż tak, jak dali temu wyraz po odkryciu „oszustwa”. Teraz, stwierdzam z satysfakcją, maja okazję przećwiczyć to naprawdę. I to jedyne czego można, naiwnie czy nie, oczekiwać.

Wszak przecież przeciwnicy Tuska nie mieli wątpliwości, jaki on jest. I ta prawda, ujawniona jako szczątki relacji z tuskowego linczu na Schetynie, na pewno nie jest dla nich prawdą najgorszą.

Prawdę mówiąc powinienem czekać aż jakiś uczciwszy krytyk Kaczyńskiego sprzed miesięcy (tygodni…) zacznie zastanawiać się czy Tusk przez minione lata swych „światłych” i „pełnych spokoju” rządów „robił nam przepięknie” też pod wpływem jakichś prochów. I dopiero teraz gdy „Ostatnie sondaże przybiły premiera. - Tusk zachowuje się jakby był osaczony i zaszczuty. Jakby strzelano do niego z każdej strony” ujawnił swe prawdziwe oblicze. Te, o którym przebąkiwano od dawna ale które, w odróżnieniu od oblicza jego głównego przeciwnika, nie było dotąd przedmiotem zbyt głębokiej (o ile jakiejkolwiek) analizy mediów i komentatorów.

Tym, którzy zwrócą mi zapewne uwagę, że ciągle krążę wokół nieistotnych spraw jest gdy tyle ważniejszych, odpowiem, że to oni się mylą. Nie pamiętam kiedy „spraw istotnych” było mniej. Pamiętam natomiast, że nawet wtedy kwestia osobowości polityków (gdy rządziła poprzednia opcja) dla krytyków była najistotniejsza. Nadto, przy chronicznym pomijaniu spraw istotnych przez obecna ekipę za źródło jej sukcesów uznawano przede wszystkim (poza wypalonym ponoć „antypisowskim paliwem” rzecz jasna) „drużynowe” podejście przez PO do polityki oraz wizerunek tej partii jako monolitu.

W sprawie, o której pisze znamienne jest jeszcze coś. Oto Tusk i Schetyna zdają się robić teraz wszystko, by ten ich konflikt został „zapluty, zamazany”. By go wyciszyć dając do zrozumienia, że sobie „dali po razie” i starczy. Jednak media drążą. I to media, które jeśli o coś można było podejrzewać to na pewni nie o nadmierny krytycyzm wobec rządzącej ekipy i partii. To też znak czasu wobec „miękkiego” startu Platformy do rządów puentowanego dowcipem o tym, że w „Szkle kontaktowym” akurat postanowiono, że dość „jechania” po rządzie i cza zająć się opozycją. Widać i to się znudziło. I w tym zapewne problem Tuska i te jego napady gniewu.

Ale czy kto mu obiecywał, że będzie łatwo? Obiecali? Niech teraz się tłumaczą… Nie daruje Pan, panie Donaldzie!

*wytłuszczenia za: http://wiadomosci.onet.pl/kraj/druga-natura-premiera-tuska-rany-boskie-co-tam-sie,1,4166424,wiadomosc.html

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Rażący brak symetrii (o języku debaty politycznej)

Nasza debata polityczna zapewne od zawsze a od pewnego czasu zdecydowanie oscyluje wokół tematów zastępczych. Stały się one solą (a w istocie trucizną) twej dyskusji. I tak pozostanie bo zapewne tak jest bardziej medialnie i, co stanowi oczywiste kuriozum, bardziej przystępnie dla obywateli. A skoro medialnie to trudno oczekiwać, że zadziała jedyny mechanizm mogący przywrócić rozmowę o polityce na właściwe tory. Chodzi o „czwarta władze”. Ta od pewnego czasu wykazuje wszystkie słabości ujawnione czy wręcz udowodnione już wcześniej władzom z numerkami od jeden do trzy. A nadto wnosi do zamieszania, które na scenie politycznej mamy od dawna, coś, co można określić jako „adrenalinę” podnoszącą poziom emocji. Bo emocje sprzedają się znacznie lepiej niż jakiś najwartościowszy nawet wykład z ekonomii czy przerzucanie się „gołymi” wskaźnikami.

Koniec minionego tygodnia to kolejna „awanturka” o słowa. Zaczęło się od zupełnie niepotrzebnej, by nie rzec nawet bezsensownej uwagi Jarosława Kaczyńskiego, że „małostkowość” Bronisława Komorowskiego, wówczas jeszcze marszałka sejmu, nie pozwoliła części ofiar smoleńskiej katastrofy uniknąć swego losu. Obśmiano tę wypowiedź i, niestety dla zwolenników szefa PiS, jak najbardziej słusznie.

Taki sposób myślenia i argumentowania faktycznie sprowadza dyskusję ad absurdum i pozwala obciążyć w ten sam sposób winą nie tylko zmarłego Prezydenta (co wielu natychmiast uczyniło) ale i bez wątpienia dziadków po kądzieli Tuska, Komorowskiego, Kaczyńskich a i Protasiuka też. I na tym stwierdzeniu dyskusja mogła się skończyć. Ale się nie skończyła bo i czemu miała się skończyć gdy trafia się taka gratka?

Reakcja polityków oraz dziennikarzy nieprzychylnych Kaczyńskiemu i PiS, szczerze czy też w wyniku zimnej kalkulacji, skupiła się na odmienianiu przez co się tylko dało słowa „haniebny”.

Pewnie bym nawet dał się przekonać, że faktycznie gdybym urodził się tej niedzieli albo tez świeżo wrócił z wyprawy na Alfa Centauri jako człowiek wyobcowany całkiem z ziemskich (polskich) realiów. Ale jestem tu nieco dłużej i trwam niejako z własnej w „oku cyklonu” starając się by nic mi nie umknęło.

I dlatego, pozostając ze swoim przekonaniem o absurdalności wypowiedzi Kaczyńskiego, burzę się, gdy słyszę jak słowa „haniebny” używa na przykład pan Andrzej Halicki z PO. Kto jak kto ale politycy PO powinni zdawać sobie sprawę, że za ich sprawa granica tego, co w wypowiedziach adresowanych przez ich adwersarzy można uznać za haniebne i dopuszczalne przesunięta została niemal „do ściany”. Jeśli nie mieli (w każdym razie nie przypominam sobie by artykułował to pan halicki) wrażenia „haniebności” wypowiedzi ówczesnego wiceszefa klubu PO w sejmie czy opinii wykrzykiwanych przez reprezentującego PO wicemarszałka tejże izby to o czym my w ogóle mówimy? Prawdę mówiąc po słowach Palikota i Niesiołowskiego haniebne to mogłoby być publiczne obrażenie, dajmy na to, rodzicielki pana Komorowskiego zarzutem złego prowadzenia. tak wysoko ta poprzeczka panie halicki została zawieszona.

Tłumacząc Kaczyńskiego mam na jego obronę jedynie to, że nie pogodził się on z tym zdarzeniem i pewnie długo (jeśli w ogóle) się z nim nie pogodzi. Takiego usprawiedliwienia nie mam ani dla Niesiołowskiego ani dla pajaca z Biłgoraja. Nie mam bo jeśli bym miał, musiałbym ich uznać za niezrównoważonych psychicznie. Może powinienem…? Ich żadna osobista tragedia nie tłumaczy i nie broni.

Nie broni nic też dziennikarzy a już na pewno Stokrotki Mej Ulubionej, która ma wyraźne kłopoty z zachowaniem symetrii ocen. Przypomnę, jak widać ciągle aktualny cytat z tej autorki pokazujący to, o czym wspomniałem, najdobitniej:

„Nikt nigdy nie kwestionował dobrego charakteru Lecha Kaczyńskiego poza tym, że mówiło się o nim, że jest kłótliwy. Ale dziennikarze zawsze podkreślali, że ma poczucie humoru i jest sympatyczny.[…] Nie jest też prawdą, że przez pięć lat Lech Kaczyński był bezpardonowo atakowany, nie jest prawdą, że wyzywano go kloacznym językiem, i nie jest prawda, że podważano jego patriotyzm.

Natomiast to, co przez te ostatnie dni dostaje Komorowski, w głowie się nie mieści”*

I tyle w zasadzie można mieć do powiedzenia. Przyznam szczerze, że, pomijając polityków PO, do których i tak by nie dotarło z przyczyn choćby utylitarnych, miałem zamiar zaapelować do ludzi mediów, by konsekwentnie domagali się i równie konsekwentnie sami trzymali się symetrii w ocenach. Ale pomyślałem sobie „z czym do gości rosemannie?!”. Przecież ośmieszyłbym się tylko. Wbrew pozorom nie uważam dziennikarzy, w tym tez Stokrotki szanownej za idiotów. W ich postępowaniu domyślam się zarówno świadomych wyborów jak i świadomie podejmowanych działań.

Po co zatem w ogóle poruszam ten temat. A po to by nie dożyć sytuacji, w której szanowna klasa polityczna rzeczywiście będzie do siebie mówić per „sqwysynu” przy zupełnym braku reakcji kogokolwiek. Braku oznaczającym, że to normalne i dopuszczalne. Jak pokazywane czasem przez telewizje mordobicia w niektórych zamorskich parlamentach. Jednym ze sposobów jest zachowanie tej tytułowej symetrii, która pozwoli uczciwie wskazać i ocenić słowa haniebne bez względu na to w jakich klubowych czy partyjnych barwach „biega” ich autor.



* „Ogary poszły w las”, Monika Olejnik, Gazeta Wyborcza, 9.07.2010 r., str 21

niedziela, 30 stycznia 2011

Nie kopie się leżącego! – do Roberta Mazurka.

Z tym, o czym chcę napisać, świadomie poczekałem cały dzień. Dając się nacieszyć i wypowiedzieć tym, którzy w ostatnim wywiadzie Roberta Mazurka zobaczyli to, co mieli zobaczyć czyli emocjonalny i intelektualny stan środowiska pasjami lubiącego świecić „światłem odbitym” od możnych i mocnych tego świata. To takie moje określenie, którym opisuję niemałą rzeszę osób, określanych jako „postaci publiczne”, której nie starcza ich własnej sławy czy też rozpoznawalności i czują pęd do „podłączania” się pod dominujące akurat ośrodki polityczne lub szczerze i, co ważne, publicznie się z nimi utożsamiają.

Nie da się ukryć, że krystalizowanie się tego środowiska ułatwiają media kreując nie tylko przesadzony, by nie rzec karykaturalny obraz świata „celebrytów” ale krzywdząc ich przy tym obciążaniem niezasłużoną rolą „omnibusów” mających zawsze i na każdy temat coś do powiedzenia. To właśnie ci „mistrzowie” konsumujący drugie śniadanie na wizji i popisujący się przy tym nie zawsze celnymi a często nawet kompromitującymi opiniami na każdy zaproponowany temat. Bo, co tu ukrywać, nie są „omnibusami”. Są tacy jak my. Głupsi lub mądrzejsi, elokwentni lub wręcz przeciwnie, zdolni do jakiejś wartościowej refleksji lub… zdolni do wszystkiego.

Właściwie po lekturze ostatniego wywiadu Roberta Mazurka powinienem czuć satysfakcję, która dałoby się wypowiedzieć jednym zdanie- „Macie to, na co zasługujecie!”. Temu właśnie służą te perełki dziennikarskiej profesji. Nie jeden raz o nich pisałem i pozwoliłem sobie nawet na zdumienie, że jeszcze ktoś w ogóle zgadza się na rozmowy z Mazurkiem. Jednak tym razem, przyznaję, byłem zażenowany.

Wywiad, jak niemal każdy poprzedni, czyta się świetnie. Mazurek jak zawsze w formie i jak zawsze świetnie przygotowany. I w tym właśnie tkwi to źródło mego złego samopoczucia. Bo mam do czynienia z pojedynkiem, w którym zawodnik wagi ciężkiej zmasakrował amatora.

Oczywiście mogło tak wyjść przy każdej innej okazji. Nie przeczę i nie mogę tego wykluczać znając „wagę” red. Mazurka. Ale jeśli by do czegoś takiego miało dojść to tylko wówczas, gdyby różnica „wag” wyszła w trakcie rozmowy. Na tym zresztą przejechali się wcześniejsi rozmówcy Mazurka lekceważący jego potencjał lub przeceniający swoje siły.

Tu było inaczej. Tę masakrę każdy, a już na pewno Robert Mazurek mógł z łatwością przewidzieć. A, przewidując ją, mógł ją sobie odpuścić.

Rozmówca pana Roberta Mazurka to postać naprawdę ciekawa. Przez lata swego publicznego funkcjonowania dał nam okazję byśmy poznali go zarówno jako świetnego, czasami wręcz genialnego artystę ale też i jako umysłowość, powiedzmy delikatnie, mało imponująca. Funkcjonująca na zasadzie głowy wypakowanej zbitką cudzych opinii, które jest w stanie podawać nie koniecznie we właściwej kolejności, we właściwych związkach logicznych i nie zawsze w trafnie dobranych okolicznościach. Równocześnie straszliwie popsuta przez medialne szumy wokół siebie i przez nie przekonana, że może na każdy temat powiedzieć coś trafnego i wartościowego.

Słuchając pana Olbrychskiego wypowiadającego się w sprawach innych niż jego praca albo, wspomnienia z jego niewątpliwie ciekawego życia zawsze czuję złość na tych, którzy tego wielkiego aktora i tego małego ( w sensie pewnego rodzaju kompetencji) człowieka zmuszają by próbował grać rolę zdecydowanie przerastającym go. Wszak „i w Paryżu nie zrobią z osł… owsa ryżu”. I pan Daniel Olbrychski wyjątkiem nie jest. Mimo tego Paryża i tej Angeliny Jolie.

Robert Mazurek do swoich wywiadów przygotowuje się solidnie. Tę kwerendę spraw wstydliwych i wypowiedzi, które chciałoby się ukryć przed światem widać w każdym z jego wcześniejszych starć zakończonych nokautem. Tak więc nie może się wobec tych moich uwag bronić, że „nie wiedział”, że „nie mógł przypuszczać”. Mógł i powinien. I o to mam do niego pretensję.

Mam przekonanie, że zapoznał się z ogromem bredni wygadywanych przez Olbrychskiego niemal przy każdej okazji, którą mu okrutni dziennikarze ku temu tworzyli. Przyznam szczerze, że trudno chyba znaleźć inną postać publiczną, która zdołała tyle głupot publicznie wypowiedzieć. Wnioskiem z tego przekopywania się przez „głębokie myśli” Olbrychskiego powinny być dwa wnioski. Pierwszy taki, że szkoda w ogóle gadać a drugi, że… taka rozmowa byłaby nieetyczna. Bo mająca posmak jakiegoś „reality show” dla specyficznego rodzaju widzów i polegającego na publicznym ośmieszaniu nie zdających sobie z tego ofiar. Dokładnie tak jakby Robert Mazurek próbował porozmawiać o życiu uczuciowym z mało rozgarniętą jedenastolatką. I poruszył kwestie, o których tamta ma pojęcie żadne ale ich, przez swoją naturę i stworzone okoliczności, po prostu nie odpuści. Robiąc z siebie kompletną idiotkę. I tak jest z Danielem Olbrychskim. Myślę, że z takim znawstwem, z jakim wypowiadał się o psychologii braci Kaczyńskich (tak, po tym Mazurek powinien wyłączyć nagrywanie i pogadać o innych „starych polakach”. Takich, których Olbrychski lubi i z którymi pijał wódkę…) mógłby pogadać i o energetyce jądrowej czy socjologii środowisk popegeerowskich. Taki jest i już! I da się to łatwo nazwać. Ja na przykład o kimś takim mówię, że jest bezdennie głupi. I tyle.

Egzekucja Mazurka na Olbrychskim była, w moim odczuciu, taką „jazdą”, jaką zwichnięci mądrale urządzają sobie czasem w stosunku do osób niepełnosprawnych intelektualnie. Powiem szczerze, że takie właśnie wrażenie robi na mnie Daniel Olbrychski. Roberta Mazurka obciąża to, że miał czas i możliwość by przemyśleć ten materiał. Nie tylko przecież zebrał myśli Olbrychskiego ale dokonał redakcji i przesłał swej gazecie. Nie można powiedzieć więc, że efekt poznał gdy kupił sobie, tak jak ja, „Rzeczpospolitą” w kiosku.

Pozostając więc wielbicielem talentu pana Roberta Mazurka nie mogłem przejść do porządku nad tą jego wpadką. Jakkolwiek nie przeszkadza mi ona lubić Mazurka i uważać za najwyższą jakość naszego dziennikarstwa to jednak jest i w mojej pamięci pozostanie. Jako ewidentny zgrzyt.

sobota, 15 stycznia 2011

„… w sposób nie budzący wątpliwości wykluczono”

Na początek streszczenie sprawy w kształcie, jaki miała do wczoraj. 21 grudnia opublikowałem w Salonie24 list otwarty, zatytułowany „Honor mi przyzwoitość – list do gen. Parulskiego”*. Tego samego dnia opublikowaną treść przesłałem pocztą elektroniczną na adres rzecznika prasowego Naczelnej Prokuratury Wojskowej oraz do sekretariatu Prokuratora Generalnego, pana Andrzeja Seremeta. Próbowałem zainteresować treścią również „Rzeczpospolitą” ale bez rezultatu i ostatecznie został on, za moją zgoda przedrukowany przez „Warszawską Gazetę” w dniu 29 grudnia minionego roku.

Prawdę mówiąc wówczas miałem powody sądzić, że na tym się rzecz zakończy. Zmieniłem nieco zdanie gdy 28 grudnia od pani Anny Więcek (nie sprawdzałem jakie pełni ona stanowisko) otrzymałem kopię (skan) pisma z dnia 27 grudnia, podpisanego przez panią Prokurator Janinę Serowik, prokuratora Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga oddelegowanej do Prokuratury Generalne, w którym, na podstawie przepisów Kodeksu Postępowania Administracyjnego, mój list przekazano, zgodnie z właściwością, czyli do Naczelnej Prokuratury Wojskowej.



dla chętnych , adres gdzie zamieściłem przesłany skan: http://www.flickr.com/photos/33171931@N07/5356595382/)


To sprawiało, iż miałem prawo oczekiwać jakiejś reakcji tej ostatniej instytucji. Tak po prostu nakazują przepisy. Wczoraj nastąpiła niespodziewana-spodziewana reakcja w postaci przekazanego pocztą elektroniczną listu pana płk. Zbigniewa Rzepy, Rzecznika prasowego NPW. Pozwolę sobie na publikację:


Od:Zbigniew Rzepa

Do: mnie

Wysłano: 14.01.2011 (23 godzin temu)

Temat: odpowiedź na list z dnia 21 grudnia 2010 roku;

[ odnośnie godziny wysłania - pisane 15.01.2011 r., godz. 7.43]


Szanowny Panie,


W nawiązaniu do Pańskiego pisma z dnia 21 grudnia 2010 roku, uprzejmie informuję, iż Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, postanowieniem z dnia 11 stycznia 2011 roku, wyłączyła do odrębnego postępowania karnego materiały w sprawie rozpowszechniania publicznego, bez zezwolenia, wiadomości ze śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, zanim zostały one ujawnione w postępowaniu sądowym; chodzi tu o informacje opublikowane w dniu 17 grudnia 2010 roku, w dzienniku „Gazeta Wyborcza”, w artykule pt. „Jak znaleziono Lecha Kaczyńskiego”; tj. o czyn zabroniony określony w art. 241 § 1 kk. Konsekwencją procesową wskazanego wyżej postanowienia będzie przekazanie sprawy według właściwości prokuraturze powszechnej, która dalej poprowadzi postępowanie w tym zakresie.

Jak wynika z dotychczasowych, jednoznacznych ustaleń, w sposób nie budzący wątpliwości wykluczono, aby ujawnienie tych materiałów miało miejsce w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie.



Z poważaniem,



Płk Zbigniew Rzepa

Rzecznik prasowy NPW



Przyznam, że pierwszym wrażeniem z lektury przytoczonej korespondencji było przypomnienie sobie dowcipu z lat bodaj pięćdziesiątych o reprezentacji Polski, która w meczu z ZSRR strzeliła bramkę ale, niestety, radziecki bramkarz jej nie uznał. Przyszedł mi on do głowy gdy zestawiłem ze sobą zdania „Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, postanowieniem z dnia 11 stycznia 2011 roku, wyłączyła do odrębnego postępowania karnego materiały w sprawie”i „z dotychczasowych, jednoznacznych ustaleń, w sposób nie budzący wątpliwości wykluczono, aby ujawnienie tych materiałów miało miejsce w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie.


Powiem szczerze, ze gdyby mi przyszło zajmować się, szczególnie w „odrębnym postępowaniu karnym, wyjaśnieniem czy dopuściłem się jakiegokolwiek działania mogącego nosić znamiona złamania prawa to pewnie w 100% stwierdziłbym „w sposób nie budzący wątpliwości”, że się czegoś takiego w żadnym przypadku nie odpuściłem. Nie wiem czy prokuratorom z Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie nie postała w głowie myśl, że jeśli w swoje własnej sprawie „w sposób nie budzący wątpliwości” stwierdzą, że wszystko jest OK. to „nie będzie to budzić wątpliwości” zapewne tylko ich samych. A już chociażby ich przełożonych powinno. Choć czy będzie budzić wątpię skoro dali szansę by do konkluzji o braku wątpliwości w ogóle doszło w taki właśnie sposób. Bo jak wiadomo od dawna Nemo iudex in causa sua (nikt nie może być sędzią we własnej sprawie) ponieważ Nemo non benignus est sui iudex (nikt nie jest dla siebie nieprzychylnym sędzią).

Ale załóżmy, że się czepiam, że mamy tu do czynienia z takim wyjątkiem, przypadkiem jednym na milion gdy odpowiedzialni śledczy, nie zważając na ewentualne konsekwencje dla swej firmy a i może dla siebie, wzięli się do roboty jak należy i przeprowadzili postępowanie tak, że tylko sama ziemia po ich przejściu została. Trochę trudno w to uwierzyć, gdy zestawi się datę 11 stycznia, kiedy wyłączono „do odrębnego postępowania karnego”sprawę ,opublikowania w dniu 17 grudnia 2010 roku, w dzienniku „Gazeta Wyborcza”, w artykule pt. „Jak znaleziono Lecha Kaczyńskiego” wiadomości ze śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, zanim zostały one ujawnione w postępowaniu sądowym; ( czyn zabroniony określony w art. 241 § 1 kk.) z datą 14 stycznia, gdy na mojej poczcie znalazło się zapewnienie pana Rzepy, że „w sposób nie budzący wątpliwości wykluczono, aby ujawnienie tych materiałów miało miejsce w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie”. Prawdę mówiąc nie wiem, z czego wyłączono ten watek i czy dopiero po wyłączeniu zaczęto badać tak by tę konkretną sprawę wyjaśnić. Przez to tempo pioruńskie, z którego wychodzi mi, że w tej konkretnej sprawie rzecz załatwiono w dwa dni (bo przecież jeszcze pan Rzepa musiał dostać rzecz na biurko, zapoznać się z nią i o 9.22 rano 14 stycznia pchnąć do mnie pocztę!). Mam też takie podejrzenie, że to błyskawiczne „wyłączenie” nastąpiło właśnie po to, by wątek zaraz zakończyć cytowaną konkluzją, by nie „wlókł” się „niepotrzebnie” za tą tajemną „większą całością” będąc tylko niepotrzebnym kłopotem dla prowadzących ją prokuratorów z Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie.

Ale wróćmy do założenia, że prokuratorzy i Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie są w porządku i z przekazaniem panu Czuchnowskiemu „nieoficjalnie” opatrzonych bezwzględnymi klauzulami materiałów (w tym filmów i fotografii) nie mają nic wspólnego. Daje to nadzieję, że sprawa, zachowując dotychczasowe zawrotne tępo, w kilka kolejnych dni powinna zostać wyjaśniona wskazaniem „życzliwej” dla dziennikarza „Wyborczej” osoby spoza Prokuratury. Wszak ten zasób materiałów nie mógł być dostępny zbyt szerokiemu kręgowi osób a już mało kto (ja mam wątpliwość czy w ogóle, mimo zapewnieniom Prokuratury) dostał do własnej (i, jak wyszło, pana Czuchnowskiego) dyspozycji „osobisty” pakiet. Bo po co?! Jeśli jednak ktoś taki był, łatwo prokuratorzy (podobnie łatwo jak „w sposób nie budzący wątpliwości wykluczyli”) dotrą do tej osoby. Wszak przekazanie materiałów odbyło się (jak śmiem mniemać) zgodnie z jakąś procedurą. Aż nie chcę myśleć gdzie może być usytuowana osoba z takimi przywilejami dostępu.

Załóżmy jednak coś fantastycznego. Załóżmy, że pan Czuchnowski znalazł po prostu jakiegoś, nie mającego żadnego (!) związku z czynnikami oficjalnymi „hobbystę”, który sam z siebie zgromadził rzeczony materiał, na którym pan redaktor „Wyborczej” bazował. Oczywiście możemy zakładać ale…

Materiały Czuchnowskiego powstały po części rękami obecnych w Smoleńsku BOR-owców oraz wysłanych tam prokuratorów. Jest wprawdzie możliwe, że chodził pan Czuchnowski od człowieka do człowieka i wydobywał ich „prywatne kopie” (panie płk. Rzepo, czy takie „prywatne kopie” istniały i czy istnieć mogły???) materiałów, które zabezpieczyła prokuratura odpowiednimi klauzulami. Tyle, że by zgromadzić materiał, którym dysponował, musiał Czuchnowski zetknąć się również z życzliwością niektórych prokuratorów. Gdyż część dokumentacji tworzyli oni. Poza tym w taki sposób „źródło” a raczej „źródła” Czuchnowskiego znaliby wszyscy bo tego nie dałoby się zrobić dyskretnie. Jeśli więc wspomniany materiał trafił do Czuchnowskiego z jednego źródła to, sorry panie płk Rzepo, mógł trafić tylko z Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie albo… od ludzi usytuowanych w hierarchii ponad tym szczeblem.

Ja w tej sprawie zrobiłem już prawie wszystko z tego, co mogłem. Swymi wątpliwościami mam zamiar podzielić się ponownie z panem Seremetem. Reszta to już kwestia jakiegoś fachowego dziennikarza. Prawdę mówiąc to takie teoretyczne stwierdzenie bo „myślę, że wątpię” by jakikolwiek fachowy dziennikarz zatrzymał swe spracowane oczy na tych moich wypocinach.


* http://rosemann.salon24.pl/261503,honor-i-przyzwoitosc-list-do-gen-parulskiego

piątek, 29 października 2010

Skowyt (zabić PiS-owskiego taliba…)

Zacznę od anegdoty choć może nie za bardzo okoliczności ku temu. Ale ona jakaś taka adekwatna…

Kiedy okazało się, że socjalistyczna Kuba ma poważne problemy z wydajnością pracy, comandante Fidel nakazał zbadać, co jest przyczyna tego przykrego zjawiska. Okazało się, że dzieje się tak za sprawą naturalnych skłonności kubańskiego narodu, który do pracy się nie pali ale za to ogrom energii, czasu i zaangażowania poświęca na sambę, taniec kubańskiego narodu. Stanął tedy comandante Fidel przed narodem kubańskim i, swoim zwyczajem, pół dnia klarował jaki to błąd naród popełnia wybierając takie priorytety by zakończyć płomiennym wezwaniem: „Nie samba lecz praca!” . „Trawajo si, samba no!”

- „Trawajo si, samba no!” – podchwycił lud kubański. „Trawajo si, samba no!” powtórzył gromko. I powtarzał to jeszcze wielokrotnie z każdym okrzykiem coraz śmielej kołysząc się w tanecznym rytmie.

Tuż po morderstwie w łódzkim biurze regionalnym PiS wszędzie, w mediach i w wypowiedziach polityków pojawiły się pierwsze wezwania do tego, by zerwać z mową nienawiści. I nie ustają do dziś. Z każdym dniem wykrzykiwane coraz głośniej, z coraz bardziej wykrzywionymi minami i spod przymrożonych oczu. Kiedy zauważyłem ten coraz bardziej wyczuwalny rytm, czekałem, kiedy i kto pierwszy, wrzeszcząc „skończmy z mową nienawiści”, wystuka go waląc mocno pięścią w stół.

Nie wiem kto w końcu był ze swą pięścią pierwszy ale mamy już to chyba za sobą. Teraz jesteśmy na etapie wczuwania się w ten wystukiwany coraz głośniej rytm i oczekiwania w co on może się przerodzić. Kto spojrzał już dziś w „Rzeczpospolitą” ten wie. Kto nie spojrzał powinien czym prędzej.

„Wysyłamy naszych żołnierzy do Afganistanu, żeby zwalczali ekstremistów i fanatyków religijnych. Zacznijmy więc zwalczać ekstremistów także w naszym kraju, zanim będzie za późno”* – napisał dziennikarz TVN 24, Jacek Pałasiński. W długim tekście, który streścić się da jednym zdaniem: „Zróbcie coś z tym Kaczyńskim i resztą jego wariatów, wyłącznie (!) przez których jest tak strasznie, jak jest, bo będzie z tego coś dużo bardziej strasznego”. W tej pełnej "prawd oczywistych" wypowiedzi pan Pałasiński jednego jakoś nie napisał. A może nawet sobie nie uświadomił. Tego mianowicie, że nasi żołnierze w Afganistanie „zwalczają ekstremistów” również w ten sposób, że do nich strzelają.Zabijając ich... I trudno teraz pojąć tak jednoznacznie, czy „zwalczać ekstremistów także w naszym kraju” nic chciałby pan redaktor również i tą metodą.

Jeśli ktoś w tym momencie uzna, że oszalałem sugerując coś takiego to powiadam: Nie. Nie oszalałem. Jeśli ktoś oszalał to na pewno nie ja.

Niewiele czasu po zabójstwie Marka Rosiaka potrzeba było, by o refleksji nad tą tragedią i tym, co powinno być jej skutkiem zapomniano. Dla mnie największym horrendum, który ze zbrodnia niewątpliwie się wiązało, było gwałtowne poszukiwanie dowodów na to, że tak naprawdę ani Rosiak ani Kaczyński (którego nazwisko napastnik przecież wykrzykiwał) ani PiS jako środowisko nie byli prawdziwymi adresatami agresji. Do listy współofiar starano się dopisać tego i owego by przestała być ona tak jednoznacznie i tak niewygodnie jednorodna. A jak się nie dało to tu i tam nowych list z zapałem poszukiwano. Kończąc na inkasencie z mazur i laptopie z Kędzierzyna Koźla Szczytem tej tragigroteski była próba wykazania, że tak naprawdę Rosiak zginął od rykoszetu wystrzelonego w stronę Niesiołowskiego.

Mówiąc żargonem „psa” na dziś nie da się jeszcze udowodnić, że PiS wcale nie jest ofiarą ale agresorem. Ten Rosiak nieszczęsny przeszkadza w tym i wyraźnie bruździ. Choć pewnie nie chciał a teraz za bardzo nie może… Ale wystarczy popracować. I tę tytaniczną pracę tu i ówdzie widać. Tak Pałasiński, ze swoim „Zdarzało się, że niektórzy Politycy Platformy Obywatelskiej nie pozostawali dłużni politykom Prawa i Sprawiedliwości – ale nie odwracajmy kota ogonem.” czy pani Olejnik twierdząca, że „Nie jest też prawdą, że przez pięć lat Lech Kaczyński był bezpardonowo atakowany, nie jest prawdą, że wyzywano go kloacznym językiem, i nie jest prawda, że podważano jego patriotyzm”** robią wszystko, by było wiadomo, kto tak naprawdę ma podły charakter i po kim można spodziewać się najgorszego. Za moment zaczną przekonywać nas, że w Łodzi tak naprawdę kto innych strzelał.

Boje się tylko, że to i tak za mało, że tyle nie starczy, by pomysł pana Pałasińskiego stał się rzeczywistością. Że jeszcze musi być jakiś trup po właściwej stronie. Że bez niego się po prostu nie da. A jak już będzie to cały naród pojmie, że inaczej być nie może tylko tak, jak to widziałby Pałasiński. Ściągnie się naszych chłopców z Afganistanu i wezmą się oni za ekstremistów na miejscu. Czemuś ten rytmiczny, coraz głośniejszy skowyt musi przecież służyć.

Ps. Kilka razy zdarzyło mi się słać do „Rzeczpospolitej” polemiki. Oczywiście bez skutku ale choć się starałem. Po tekście Pałasińskiego, nie widzę sensu by marnować na próbę polemiki choć sekundę. Choć w mojej ocenie jest on niemal jawnym wezwaniem do przemocy wobec legalnie działającego ugrupowania. I to wezwaniem adresowanym do państwa ze wskazaniem bardzo radykalnej metody.

* http://www.rp.pl/artykul/556045-Palasinski--Obojetni-na-nienawisc-.html
** http://wyborcza.pl/1,75968,8117438,Ogary_poszly_w_las.html

piątek, 8 października 2010

Służby specjalne są… specjalne a dziennikarze nie są.

Dziś bez wątpienia wałkowana na wszelkie sposoby będzie „zbrodnia” naszych policji politycznych” czasu IV RP więc choć miałem w zasadzie o czym innym to nie mam wyboru. I nie za bardzo to nawet boli bo o służbach specjalnych fajnie się pisze a jeszcze fajniej się o nie kłoci. Wszystko wszak zależy czyje są te „służby” które akurat na jakiejś „zbrodni” wpadną.

O tej najnowszej (choć jaka tam ona najnowsza kiedy nasze organa ścigania, co to ze szczególnej szybkości raczej nie słyną, zdołały ja wyśledzić, zbadać i umorzyć) przeczytałem już wczorajszym wieczorem. Ale szczerej chęci włączenia się do ewentualnych polemik nad tym, czy zbrodnia służb IV RP była niewyobrażalna czy tez taka sobie nabrałem słuchając w drodze do pracy Radia Zet (tu akurat proszę mi doboru repertuaru nie wyrzucać bo o tym decydował kapitan rejsu czyli kierowca autobusu) i tejże stacji newsu dnia anonsowanego jako „dziennikarze na podsłuchu”.
Nie mam pojęcia czy dziennikarze byli na podsłuchu ale szczerze wątpię. Choć „prawdę o podsłuchach” w swym materiale anonsuje również sprawca całej awantury, która dzisiaj się zapewne rozpęta czyli redakcja z czerskiej. Póki co te „podsłuchy”., zwane też eufemistycznie „gromadzeniem danych o kontaktach dziennikarzy” to bilingi rozmów wskazanych w materiale gazety dziennikarzy. Może z czasem okaże się ze podsłuchy były tylko po co wówczas służby chciałyby wykaz połączeń. Przecież mogłyby dojść do nich same.

Prawdę mówiąc i do tego, do czego doszły, biorąc pod uwagę, że są (były) przecież służbami specjalnymi, mogły dojść bez pozostawiania śladu. Nie tak znowu dawno, bo w okresie, w którym nasze „służby specjalne” prosiły się u operatorów GSM o bilingi (zwane dla lepszego efektu przez „Wyborczą” „podsłuchami”) rozmawiałem z osoba pracująca dla jednej z sieci. Zadałem jej oczywiście teoretyczne pytanie o to, czy byłbym w stanie poznać treść sms-ów wysyłanych z określonego numeru i na ten numer przesłanych. W odpowiedzi usłyszałem tylko wcale nie wygórowana (a dla służb specjalnych zapewne śmieszna) kwotę w złotych polskich. Słowem jeśli już czepiać się czegoś to raczej tego, że nasze służby działały i zapewne działają mało profesjonalnie.

I to jest tak naprawdę problem. To, że co jakiś czas coś tajnego z nich wycieka jakby używali przetaka jako systemu ochronnego. Zresztą cała afera „bilingowa”, która na szczęście będzie się nazywać „podsłuchową” (na szczęście bo to obciach mieć aferę polegająca na zamawianiu przez TAJNE SŁUŻBY bilingów u operatora) polega właśnie na tym, że służby chciały wiedzieć kto tam u nich jest dla szanownych dziennikarzy tak uprzejmy.

Nie jest natomiast i być nie może aferą to, że służby pracowały, pracują i będą pracować takimi metodami. Pamiętam mój dość zabawny spór z panem Robertem Zielińskim (wtedy ze śp. „Dziennika”), który oburzał się na mnie, że ja się nie oburzam tym, iż agent Tomek uwodził panią Beatę Sawicka co wszak jest NIEETYCZNE! Wtedy uważałem i teraz przy swoim zdaniu pozostaję, że coś takiego jak etyka obce jest i być powinno tajnym służbom. One są czymś w rodzaju zbieracza nieczystości, którego nikt z nas na kolację by nie zaprosił i na dobrą sprawę wolałby nawet nie spotykać na ulicy. Ale wie, że ten zbieracz nieczystości jest potrzebny i tyle.

Problemem służb jest i powinno być jedno. To, żeby nie dać się złapać. Natomiast to, co one robią to już wyłącznie ich sprawa.

Oczywiście nie jestem za bezkarnością służb. Jestem za tym, by każdego (!!!!!!) ZŁAPANEGO na czymś niegodziwym tajnego agenta karać z cała surowością. By nie było wątpliwości, że mogą się czuć zwolnienie z przestrzegania prawa. Ale jestem też za tym by po pierwsze płacić tym agentom tyle, by na tę surowość ostatecznie bez szemrania się godzili oraz by do zawodu szli tacy spece, których złapać na czymkolwiek po prostu się nie da.

Często w życiu spotykamy się (nawet u siebie samych) z postawą, która opiera się na przekonaniu, że „lepiej nic nie wiedzieć”. Przekonaniu, które w życiu raczej słabo się sprawdza. Ale chyba doskonale oddaje nastawienie, z jakim do służb powinien odnosić się szary obywatel.

Co w takim razie z tą sytuacja? Z tą chyba nic. Póki co, mimo pokrzykiwania mediów, które we wspomnianym Radiu Zet przyjęły formę pytania „czy rząd zdaje sobie sprawę że w ten sposób pozwala na…” i tu takie straszne scenariusze że nawet mówić strach, w tej sprawie jesteśmy na etapie umorzenia z braku stwierdzenia przestępstwa. I tyle. I nie zmienia tego faktu to, że broić mieli pupile Kaczyńskiego a ofiarą była choćby Stokrotka moja ulubiona.

Jeśli natomiast (choć nie wiem w jaki sposób skoro śledztwa już nie ma) wyszłyby jakieś grubsze i faktycznie sprzeczne z prawem grzeszki służb to po pierwsze odpowiedzieć powinni ci, co za służby odpowiadali politycznie. Bo za to biorą kasę by… odpowiadać. Wiem, że to brzmi dziwnie ale cały świat służb dziwnym jest i tyle.

Oczekiwanie zaś tej czy innej redakcji że rząd „nie pozwoli” jest dla tej, czy innej redakcji co najwyżej kompromitującym pomieszaniem porządków. Przede wszystkim komu rząd ma „nie pozwolić”? jak rozumiem ma nie pozwolić prokuratorom umarzać śledztw „zbrodniarzy z IV RP”. Jeśli tego oczekuje jakaś część naszego światka gwiazd medialnych to informuję tę cześć, że rząd może w tej sprawie skoczyć. Nasze gwiazdy mediów powinny przecież słyszeć o oddzieleniu funkcji ministra sprawiedliwości od nadzoru nad prokuraturą.

Rozumiem walkę dziennikarzy o to, by chronić swoje źródła. Na tym polega ich praca. Ale i ich ryzyko. Bo rozumiem tez walkę służb o to by chronić swoje tajemnice. Na styku tych sprzecznych interesów musi iskrzyć a nawet dochodzić do burz.
Dziennikarze są z natury rzeczy organicznym wrogiem służb specjalnych bo o ile ci pierwsi walczą o jawność to służby walczą tajnie i tę tajność sobie chwalą. I każdego, nawet bojowników walki o jawność zwalczają i będą zwalczać jeśli ci się w tę ich tajność ze swoja jawnością będą pakować. I problem tylko w tym, kto będzie skuteczniejszy.

Robienie z tego, o czym pisze „Wyborcza” sprawy, w której na szali leży nasza wolność, niezawisłość, bezpieczeństwo czy inne wzniosłe nazwane sraty taty jest śmieszna w sumie bufonadą mediów chcących być „świętymi krowami”. Bo choć faktycznie utrudnianie życia żurnalistom (pewnie się obraziliby za to określenie:) nie leży w moim interesie to w takim samym a może i większym (to „może” wynika z oczywistego i akceptowanego przeze mnie faktu że nie wiem jak jest naprawdę) zagrożeniem mego spokoju jest wpindalanie się tego czy owego w brudną robotę gości,. Co sobie po cichu łokcie urabiają bym czuł się bezpieczny.

Dlatego całej sprawie kibicuję wyłącznie na zasadzie obserwatora oceniającego kto kogo załatwi finezyjniej. Póki co obie strony mają u mnie punkty ujemne. Tajniacy za to, że paru groszy pożałowali na kupno bilingów i zrobili to droga służbową zostawiając po drodze kupę makulatury zaś żurnaliści za to, że naigrawają się ostentacyjnie z mej inteligencji wmawiając mi, że biling to podsłuch.

http://wyborcza.pl/1,75478,8480752,Parszywa_dziesiatka.html?as=2&startsz=x

ps. Szczególnie polecam „dramatyczny” śródtytuł „Prawda o podsłuchach” :))))))))

wtorek, 28 września 2010

Dwie śmierci, dwie prawdy (a każda inna…)

„XX nie tylko trwa w poczuciu własnej racji ale czuje się bezkarny w rzucaniu kolejnych oskarżeń, przeciw osobie, która nie może się bronić.”*

Kogóż może dotyczyć powyższy fragment i gdzie można go znaleźć? Gdyby faktycznie zadać publicznie takie właśnie pytanie, dotyczące zamieszonego cytatu pewien niemal jestem, że większość odpowiadających „strzelałaby”, że to kolejny przejaw „obsesji” Jarosława Kaczyńskiego. Umieszczony zapewne na stronie PiS-u, w „Naszym Dzienniku” albo ostatecznie w „Rzeczpospolitej” i dotyczący któregoś z „kulturalnych i wrażliwych inaczej” adwersarzy specjalizujących się w rozpowszechnianiu „prawd” o „przyczynie smoleńskiej tragedii- Lechu Kaczyńskim”. Nic bardziej błędnego! Ani miejsce ani autor! Ba, nawet przedmiot troski jakże odległy.

Nie chodzi o bezkarne obrażanie Lecha Kaczyńskiego. W miejscu którego zaczerpnąłem cytat obrażanie Lecha Kaczyńskiego nie tylko uchodzi ale znajduje gorących orędowników jako najdoskonalsza emanacja wolności słowa. W tym miejscu za publicznym obrażaniem Lecha Kaczyńskiego opowiadają się artyści uczeni politycy… A miejsce im niemal nieba przychyla. Bo tym jest w pewnych kręgach udostępnianie tamtych łamów.

Nie będę dłużej nadwerężał cierpliwości ewentualnego czytelnika. Cytat pochodzi z „Gazety Wyborczej”, jest subtelnego autorstwa pana Czuchnowskiego i dotyczy śmierci pani Blidy.

Ściślej zaś jest gorącą filipiką przeciwko prawu do wyrażania opinii o przyczynach, które popchnęły panią Blidę do tego, co sama sobie zrobiła. Do wyrażania wspomnianych opinii przez zainteresowanego w sprawie Zbigniewa Ziobrę.

Pan Czuchnowski wyliczył pewnie wszystkie argumenty, którymi posłużył się Ziobro obstając przy uznanej przez siebie za prawdopodobną wersji przyczyn targnięcia się przez Blidę na życie. I za nic mu nie wychodzi, nie tylko to, że Ziobro może mieć rację. Za nic mu nie wychodzi jak też można bezkarnie coś takiego bez żadnych dowodów opowiadać.

Pyta o to pan Czuchnowski choć pewnie nie umknęło mu, jak bezkarnie, co jego macierz- gazeta relacjonowała ochoczo i, można odnieś wrażenie, rumieniąc się z emocji, opowiadał ten i ów o jakiej presji albo i o libacji, przez którą katastrofa stała się nieunikniona. Nie tylko nie mając dowodów ale i wiedząc, że dowody wskazują coś przeciwnego. Ale w tamtej sprawie dla pana Wojciecha i jego macierzy- gazety to taki nieistotny szczegół. Nie na tyle ważny by grzmieć.

No właśnie szanowno Agoro. Przedstaw choćby tak nieprzekonujące jak te przedstawione przez Ziobre argumenty, które pozwalały na twoich łamach rzucać oskarżenia na Lecha Kaczyńskiego. A jeśli znajdziesz tylko takie, jak te, które przytacza Ziobro (o ile takie znajdziesz) to wyślij pana Wojtka by zapytał czemu czuje się bezkarny Palikot, Niesiołowski i zgraja inteligentnych i kulturalnych inaczej. Wszak Lech Kaczyński, o czym zapewnie nie tylko pan Czuchnowski ale i nawet pan Adam Michnik sam wie zapewne doskonale wraz z panem Kurskim Jarosławem, też już sam bronić się nie może!

Nigdy nie ukrywałem, że Zbigniew Ziobro do moich ulubieńców nie należy. Powodem tego mojego braku sympatii do wspomnianego polityka są głownie jego wypowiedzi. Te, w których każda jego wpadka, a miał ich nieco, jawi się jako jednoosobowe powstrzymywanie ziobrową piersią ostatecznego nadejścia Goga i Magoga. Której dupereli przez siebie spieprzonej onże Zbigniew by nie bronił.

Ale prawda jest taka, że wolno mu (szanowny panie redaktorze „ostoi demokracji w kraju, na świecie, w domu i zagrodzie”, Wojciechu Czuchnowski) ani więcej ani też i mniej niż takim miłośnikom demokracji i praworządności jak to choćby Wajda, Palikot, Jackowska, Niesiołowski, Kutz. I nie ma znaczenia, panie Czuchnowski a nawet cala redakcjo, że tych lubicie a tamtego nie. Jak przestanie być wolno tamtym bezkarnie to i on bezkarny nie pozostanie. Bo, panie Czuchnowski i redakcjo cała, prawo wyboru w demokracji nie polega wcale na tym, że się wybiera, komu wolno a komu nie. W tym prawie chodzi o coś zupełnie innego.

* http://wyborcza.pl/1,75968,8435858,Bezkarnosc_Ziobry.html

poniedziałek, 13 września 2010

Mechanizm (fabryka pożytecznych idiotów)

„[…]teraz interesuje mnie władza aktualna. Taki sposób patrzenia na politykę uważam za najbardziej oczywisty i polecam szanownym kolegom z zaprzyjaźnionych stacji oraz gazet lub czasopism. Oczywiście nie ze mną zaprzyjaźnionych.”* Napisało mi się tak w poprzednim, adresowanym do Dorci tekście. I zaraz po tym, jak mi się napisało naszła mnie taka refleksja, że przecież z czegoś to się bierze. Ten obecny w mediach sposób patrzenia na polityków i politykę, który byłby jak znalazł w PRL-u ale za nic nie przystaje do tego, co jest jakoby rolą wolnych mediów. Szczególnie w wolnym świecie.

Oczywiście łatwo wskazać dwie prawdopodobne przyczyny mające wspólne źródło we wspomnianym przed chwila PRL-u. Pierwsza to ten fakt, że całkiem nie mało obecnych „niekwestionowanych dziennikarskich autorytetów” swoje zawodowe szlify zdobywało właśnie w tamtym ersatzu polskiej państwowości pod okiem „mentorów” dla których tamta rzeczywistość i jej standardy (w tym dziennikarskie) to był chleb powszedni. I bułka z masłem zarazem. Druga to obecni decydenci, często właściciele i współwłaściciele „niezależnych mediów”, różnych gazet i czasopism, za którymi PRL-owski ogon ciągnie się długo i zamaszyście. Oni przecież mają jakiś wpływ na „profil” swych stacji i gazet.

Ale to jednak zbyt proste wytłumaczenie tego medialnego absurdu AD 2010, prezentowanego w dwudziestolecie „rozprawienia się z totalitaryzmem”. Media to przecież nie tylko tytuły, redakcje, właściciele. To również grupa nazwisk, będących samymi w sobie medialnymi markami. Na tyle rozpoznawalnymi i silnymi że aż nie chce mi się wierzyć, iż jakikolwiek szef redakcji, gazety lub czasopisma miałby odwagę albo byłby na tyle głupi by pójść do takiej „gwiazdy” i próbować klarować jej na czym polega „linia redakcji” i ile dla niej warto lub trzeba poświęcić. Wszak jeśli jakieś imperium medialne zbudował więc głupi nie jest i wie jak na to zareaguje ktoś, kto nie musi się bać o zawodową przyszłość nawet jeśli na takie dictum szefa odpowie „spierdalaj” i w efekcie przestanie być w zespole.

Wiem, że ostatnio rynek medialny też odczuł skutki kryzysu wzmacniając tym samym pozycję szefów i równolegle oportunizm znacznej większości pracowników branży ale ja mówię tu o tej nielicznej grupie, tej elicie, która na to swoje „spierdalaj” zawsze będzie sobie mogła pozwolić.

Tego warsztatu, do którego wypłodów ostatnio (rozumianego raczej w latach niż dniach czy tygodniach), nie tylko ja mam tak wiele krytycznych uwag, najmłodsi, a więc nie mogący być podejrzewanymi, że w jakimś stopniu PRL ich skrzywiła, uczyli się od mentorów, dziennikarskich gwiazd, gigantów (tak przynajmniej są przedstawiani). Często swój gigantyzm osiągających już w tamtym systemie. Ale ta nauka w żadnym wypadku, przynajmniej tak myślę, nie polegała na mniej lub bardziej dosłownym wybijaniu z głowy skłonności do posiadania własnego zdania ani tym bardziej na jakimś chirurgicznym pozbawieniu mózgów obiecujących adeptów zawodu tej części, która odpowiada za krytyczne spojrzenie.

W związku z tym pytam na czym polegał proces kształtowania tych najmłodszych spośród najgorętszych dziennikarskich nazwisk? Jak to się stało, że byli (są?) na tyle sprawni, inteligentni, operatywni, kreatywni i co by tam jeszcze dodać, by wypracować sobie taką pozycję w branży medialnej kraju, w którym nikt na media nie nakłada już ponoć żadnych kagańców, a teraz nie są w stanie dostrzec tej oczywistej prawdy, że bardzo aktywnie uczestniczą we wpychaniu głównych mediów w schemat, który, jak obszył, pasowałby dziś do Białorusi a kiedyś znakomicie sprawdziłby się w całych „demoludach”?

Zastanawiam się, czy gdzieś poza jakimikolwiek „niezainteresowanymi” oczami cała ta „dziennikarska elita” podpisuje jakieś glejty, cyrografy w których zaprzysięga wieczną wierność tej a nie innej politycznej opcji tuż po tym jak wyliczyła ileś tam elementów ekskluzywnego, indywidualnego pakietu socjalnego. W myśl zasady, że na każdego jest cena.

I proszę mi się nie dziwić gdy do całej tej paranoicznej sytuacji, w której dziesiątki znanych i bardzo znanych nazwisk dziennikarzy niezależnych mediów wolnego kraju bez żenady flekuje opozycyjną partię i jej lidera nie mając czasu, ani chyba też zbytniej ochoty skupić się na bez wątpienia nieudolnych rządach obecnej ekipy a jeśli już to po to by dać temu i owemu reprezentantowi władzy szansę na jakąś samochwalną laurkę.

Proszę też nie mieć do mnie pretensji że w ogóle o tym pisze jako że uważam taką sytuację nie tylko za groteskową ale i za niebezpieczną bo stawiającą obecną (a w przyszłości może i każdą bo nawyk jest nawyk) władzę poza jakąkolwiek kontrolą. Bo nie będą w stanie stanowić jej glanowani bez opamiętania przedstawiciele opozycji i, tym bardziej, nie zrobią tego, stawiający się w roli „pozytywnych idiotów” rzucających się tam, gdzie władzy najwygodniej, przedstawiciele najważniejszych mediów.

I jak tu nie dziwić się, oglądając telewizję i czytając niektóre gazety lub czasopisma że całkiem spora grupa obywateli tego państwa ośmiela się nazywać je PRL „bis”?

* Tekst poprzedni.

niedziela, 12 września 2010

Nieznośna powtarzalność rzeczy i wisząca Jakubiak (Dorci)

Napisała do mnie Dorcia z zapytaniem kiedy wreszcie wypowiem się co sądzę w sprawie pani Jakubiak i zamieszania wokół niej wywołanego. I już, już miałem uczynić zadość prośbie mej serdecznej przyjaciółki gdy, zapewne na nieszczęście dla naszych relacji (bo wybaczy ale i samo zmuszanie by wybaczała jakoś mnie obciąża) zerknąłem jeszcze do wyrusa. Do wyrusa zerkam regularnie i podobne zerkanie polecam wszystkim bo trudno znaleźć w naszej netowej przestrzeni pióro lepsze a choćby i równe wirusowemu.

W swoim tekście http://tekstowisko.blogspot.com/2010/09/zegar-tyka.html zastanawia się wyrus nad obiektywnie nielogicznym przeniesieniem uwagi i mediów i, co wynika z pierwszego, obywateli, z jakże istotnego faktu, że każdego dnia dług publiczny powiększa się o jakieś 300 milionów złotych (to tyle, że nie przepuściłaby tego kompania wyposzczonych wojaków przez dziesięć lat) na aktualne perypetie pani Elżbiety Jakubiak. Można by to oczywiście zrozumieć gdyby wmieszała się wspomniana pani w jakąś mroczną, kryminalno- uczuciową aferę ale tu chodzi tylko o to że ją zawiesili a być może wywalą z partii. Tu mnie naszła taka myśl przy okazji, że gdyby tuzy naszych obecnych mediów działały w PRL (niektóre działały ale jednak chyba za mało…) to ta osobliwa odmiana Polski trwała by do dziś. Tyle wtedy zawieszano i usuwano z partii, że nikt by nie zauważył jak się nam gospodarka osuwa ani jak nam się w handlu przysłowiowa kiełbasa kurczy.

W każdym razie 300 milionów dzienne w plecy a tu Jakubiak i Jakubiak. I pyta wyrus szanowny dramatycznie czemu.

Ja myślę, że rzecz cała w tym jak wygląda (choćby w wyobraźni) to powiększanie się długu i wieszanie Jakubiak. Zresztą i sam wyrus pewnie by przyznał, że jakby miał iść na fabułę o powiększaniu się długi i wieszaniu Jakubiak to pewnie wybrałby to drugie. Bo jak już się nudzić to lepiej mniej niż bardziej. Wieszanie Jakubiak z każdym dniem może wyglądać inaczej a 300 milionów to 300 milionów. Jakby jeszcze je ktoś kradł po prostu to co innego a one tak dzień w dzień znikają w tej samej czarnej dziurze. Dzień w dzień tak samo z taką szalenie nudną monotonią i powtarzalnością. Jakby dzień w dzień oglądać dosłownie ten sam odcinek „Stawki większej niż życie”.

Ale ja nie o tym. Miała być odpowiedź Dorci, co sądzę o sprawie Jakubiak. Otóż Dorciu kochana już nic nie sądzę. Twoje pytanie w zestawieniu ze zdumieniem wyrusa przypomniało mi, że jak zaczynałem pisać to kilka razy zwracałem temu i owemu, co mi wyskakiwał z jakimś podchwytliwym pytaniem o Jarosława Kaczyńskiego i jego otoczenie albo próbował samemu nawracać mnie na „prawdę” o tym człowieku i tym środowisku, że obecna opozycja owszem, zainteresuje mnie bardzo ale dopiero wtedy gdy dojdzie do władzy. I że teraz interesuje mnie władza aktualna. Taki sposób patrzenia na politykę uważam za najbardziej oczywisty i polecam szanownym kolegom z zaprzyjaźnionych stacji oraz gazet lub czasopism. Oczywiście nie ze mną zaprzyjaźnionych.

Mówiąc więc dosadnie każdy z nas, mając do wyboru troskę o 300 milionów dziennie lub wiszącą Jakubiak nie powinien mieć wątpliwości w wyborze tej troski większej i z miejsca powinien mieć, niech mi pani poseł wybaczy bo nie o dosłowność tu chodzi, w dupie wiszącą Jakubiak. Bo jak się wszystko walić zacznie to na pewno nie za przyczyną wieszania Jakubiak.

Gdyby na ten przykład pan Premier zaczął wieszać swoje otoczenie to owszem, byłoby to ze wszech miar interesujące. A nawet ekscytujące. Pan premier umie, jak nikt, podgrzać atmosferę… Przepraszam Dorcię i innych potencjalnych czytelników bo się dałem ponieść. Ale tak właśnie mają się sprawy. Tu 300 milionów a tam wisząca Jakubiak. Wybór należy do was.

wtorek, 7 września 2010

Platforma - permanentny sezon ogórkowy.

Przeczytałem dziś w „Rzeczpospolitej” ciekawy i smutny zarazem tekst Konrada Piaseckiego poświęcony, a jakże, PiS-owi a szczególnie Jarosławowi Kaczyńskiemu. Nie będę go omawiał (choć jak ktoś ma potrzebę popsuć sobie humor to zachęcam) ani też nie mam zamiaru w ogóle wspominać o PiS (choć pewnie z szyldu będę musiał skorzystać) ani o Prezesie. Wspomniany wyżej materiał świetnie natomiast koresponduje z powtarzanymi od lat (pewnie gdzieś trzech co najmniej) głosami zarzucającymi dziennikarzom brak profesjonalizmu widoczny szczególnie w tym, że ciężar mówienia o polityce przenoszą z oczywistych w zasadzie działań tych, co rządzą na to, co robi bądź czego nie robi opozycja. I to nie cała.

Właściwie jest to jak najbardziej argument jak najsłuszniej mogący dowodzić albo stronniczości czy nawet złej woli albo faktycznie niedostatecznego zrozumienia roli jaka w polityce powinny odgrywać media. Ale nie do końca.

Że coś jest na rzeczy postaram się pokazać na przykładzie, który przyszedł mi do głowy gdy wczoraj jednym z tematów dnia stało się zdanie Premiera Tuska, który powiedział, że nie będzie znęcał się nad Prezesem Kaczyńskim. I w tym przypadku i we wcześniejszych, podobnych, rola dziennikarzy ograniczyła się chyba tylko do palca, który wciska w dyktafonie taki guziczek obok którego jest napisane „rec”. To dość „kadłubkowe” podejście, szczególnie do wcześniejszych ripost Premiera zamykających się w zdaniu „nie będę się tym zajmował bo mam ważniejsze sprawy do roboty” pokazuje zresztą nie tylko ów brak kompetencji. Pokazuje też pokrętny profesjonalizm pana Tuska, który zdaje się być człowiekiem mającym za sobą lekcje u najznakomitszych kanciarzy albo nieprzeciętny talent w tej branży. Talent, który sprowadza się do bezczelnego zagrania na to, że po takim zdaniu żaden (ŻADEN!) nasz medialny tuz czy też adept po prostu zapyta „A co takiego panie premierze?”. Ten sam, który różnym takim daje pewność, że nie zadzwonimy pod podsunięty numer by sprawdzić referencje gościa, któremu właśnie wciskamy oszczędności życia.

Że coś jest na rzeczy świadczy historia, która dla mnie jest chlubnym wyjątkiem od opisanej wyżej reguły. Wyjątkiem pewnie dla ludzi krytycznie nastawionych do dzisiejszych mediów dość kłopotliwym bo pozytywną rolę odegrał w niej nie kto inny tylko Tomasz Lis. Rzecz działa się w okresie rządowo- prezydenckiej wojny dyplomatycznej a za tło miała trwające właśnie podchody o fotel szefa Sojuszu Atlantyckiego. Jak pamiętamy Lech Kaczyński udał się wówczas na szczyt, który tym się zajmował po czym został przez polityków PO oskarżony, że w ten sposób całkowicie przewrócił przygotowaną przez nich taktykę i uniemożliwił osiągnięcie zaplanowanych celów. I z tą wersją panowie politycy PO odbywali pielgrzymki po wszystkich stacjach telewizyjnych i gazetach aż w końcu pan Sławomir Nowak trafił do pana Lisa i gdy powtórzył znana już wówczas wszystkim śpiewkę o tym, że „Lech Kaczyński uniemożliwił realizację celów” Lis zapytał o jakie cele chodziło. I wówczas nastąpiło cos niebywałego czyli kompletny bełkot człowieka, który musiał sobie zdawać sprawę, że gada idiotyzmy. Myślę, że ci ludzie PO, którzy to widzieli modlić się musieli by Nowakowi odebrało nagle mowę. No bo jak inaczej można reagować gdy ktoś bredzi o grze o stanowisko Sekretarza NATO dla Sikorskiego” gdy w ogóle nie zgłosiliśmy tej kandydatury!

Czemu teraz takie sytuacje się nie zdarzają (czy aby na pewno?). Myślę, że powody są dwa i w dodatku zazwyczaj się kumulują. Przede wszystkim dziennikarze wiedzą, że w zasadzie polityków PO nie ma o co pytać. Druga przyczyna jest taka by zapytani nie powtórzyli spektaklu pana Nowaka. I w tym sęk.
W tym, że w państwie rządzonym przez PO od ponad trzech lat media, by mieć o czym pisać muszą wałkować bez ustanku stan opozycyjnej partii i jej Prezesa. To jest jak z potworem z Loch Ness czy innymi podobnymi wypełniaczami gazetowych kolumn trzymanymi specjalnie na czas kanikuły gdy z założenia nic ciekawego zdarzyć się nie może. Poza, powiedzmy, jakimś ciekawym toplesem jakiegoś nie koniecznie ciekawego celebryta.

Wbrew powszechnemu przekonaniu ta medialna nagonka by nie rzec to medialne oblężenie PiS nie jest dowodem na to, że PiS jest zły a PO wręcz przeciwnie. Dowodzi raczej tego, że PiS jest godny uwagi nawet wówczas, gdy, jak mówią, nie grozi mu za nic powrót do władzy i gdy nic nie robi. PO zaś ciekawa nie jest nawet wówczas, gdy rządzi niepodzielnie i ma władze nieograniczoną. Gdy nic nie robi (a to wypełnia jej lwią część czasu) bardziej ciekawa oczywiście się nie staje.

I nic na to nie poradzi. Ile by nie przekonywała, że „po prostu robi swoje”. Bo już tyle razy było, że jak to „swoje” wychodziło na jaw to był z tego zaraz taki niezbyt przyjemny zapaszek. A poza tym mamy ten permanentny „sezon ogórkowy” w polityce. Nic się nie dzieje. No nic! I gdyby nie ten PiS to byłoby ciężko…