Pisał już dziś o tym Michał Kot ale sprawa jest ciekawa i, rzec by można, rozwojowa. Już teraz właściwie jest dwiema sprawami, toczącymi się równolegle (przenikającymi się nadto bez dwóch zdań). Chodzi o wojnę, którą niejako wypowiedział państwu, w imieniu swego (czy też i wszystkich innych) samorządu Rafał Dutkiewicz, Prezydent Wrocławia. Oczywiście pisząc „państwu” mam na myśli tych jedynie, którzy w jego imieniu obecnie myślą, mówią i czynią. Szczególnie zaś pana Ministra Rostowskiego. Ten zaś Minister umyślił sobie „dyscyplinowanie” samorządów w kwestii zadłużania się. Śmiało można powiedzieć, że oznacza to gwałtowne wygaszenie „inwestycyjnego rozbuchania” samorządów. Słowo „gwałtowne” nie w pełni oddaje skalę przedsięwzięcia. „Kreatywność” księgowa pana Ministra głęboko przeorze zamierzenia a i dość daleko posunięte w przygotowaniach plany samorządów. Nie chciałbym być uznany za intencjonalnie ustawiającego się wrogo do poczynań rządu (choć nie uniknę tego bez wątpienia) ale przypomina mi to skutki wyschnięcia strumienia dewiz w połowie gierkowskiej „prosperity”. Piszę to w cudzysłowie bo ona prosperity nie była nigdy we właściwym rozumieniu tego słowa. Po niej zostały tu i tam wiadukty w szczerym polu, puste, nie dokończone fabryczne hale i wiele innych równie głupich pomników.
Jakoś mi taka wizja radosnej twórczości naszego obecnego „geniusza kreatywnej księgowości” nijak nie pasuje do wciskanego nam od lat etosu tuskowej ekipy, który ma być wszak za jedno z nieograniczona modernizacją i dziesiątkami innych, jedna w drugą pozytywnych „izacji”, cholera wręcz wie jakich. Wszak miałoby tak być, jakby nas nagle, w tym 2007 gwałtownie poderwano z takiego przeżartego rdzą traktora i wsadzono w rakietę na Marsa!
A tu nagle dupa! I niewypał.
Zostaną więc ci burmistrze z rozgrzebana infrastrukturą. Ale niestety dla ministra, wcale nie „zdyscyplinowani”. Wręcz przeciwnie ale w nieco innym rozumieniu niż by tego sobie życzył. Można powiedzieć, że panowie tuskowcy, biorąc się za ulepienie pakietu „antyopozycyjnego” (antypisowskiego na dobrą sprawę), tak mimochodem sami na siebie bacik ukręcili. Mały bo mały ale nie jest powiedziane, że nie urośnie.
W tym przypadku na myśli mam nieco inną, dla mnie w oczywisty sposób wynikająca z tego wqrwienia „burmistrzów” kreatywnością pana Ministra, inicjatywę. Jak wieść gminna niesie, zmawiają się „burmistrze” by się wystarać o taką reprezentacje, której już pan Minister a nawet i jego pryncypał milczeniem i grożeniem palcem zbyć nie zdoła. Jeśli się dogadają, może być wesoło.
Jak wiadomo, w kilku ośrodkach panowie „burmistrze” pokazali, że dysponują polityczną siła, która znacznie przerasta doraźną potrzebę zdobycia tego czy innego ratusza. W tych miejscach zaraz więc pojawiły się spekulacje na temat ewentualnego zawalczenia o szczebel nieco wyższy niż tylko lokalne (albo regionalne) podwórko. I, jak ta wspomniana wieść gminna niesie, teraz wspomniani „burmistrze” knuć zaczęli by z tych podwórek sklecić coś na kształt nowego „państwa w państwie”. Takiego, którego ominąć nie zauważywszy już się nie da.
Po prawdzie na dziś nawet nie jest to potrzebne za bardzo. Obecna władza, pełna zadufania w sobie i wynikającego z niego przekonania, że na nią „nie ma mocnych”, tak przemeblowała prawo wyborcze, by w izbie wyższej być monopolistą.
No i znów dupa!
W poprzednim systemie mogli rządzący panowie roić sobie, że faktycznie są „nad wszystkie mocarze”. Wymyślili więc takie kulawe nieco JOW by te mocarstwowość ostatecznie przyklepać. A co się przy tym ich pryncypał później nachwalił! I tu właśnie niespodzianie otwiera się furtka dla „dutkiewiczowców”, „szczurkowców” i reszty ludzi popieranych lokalnie przez innych popularnych „burmistrzów”. Ja doskonale wiem, że ten Senat to taka atrapka polityczna co to może najwyżej utrudnić czy tam uprzykrzyć, ale zaszkodzić władzy nie jest za bardzo w stanie. Tyle, że, przy dalszym pogłębianiu efektów „radosnej kreatywności”, której ofiarą padną samorządy, ta ewentualna próba, jeśli by okazała się udana, może przecież zaowocować jakąś ogólnokrajową inicjatywą. Taką skrojona już na resztę „władzy ustawodawczej”
I to byłoby ciekawe. Z kilku powodów.
Zacznę od powodu najwięcej mającego w sobie ironii losu. Jak wiadomo największą trudnością, jaka napotkać może hipotetyczna inicjatywa burmistrzów jest niejednorodność ideowa czy tam polityczna skupionych wokół włodarzy środowisk. Powstałoby więc coś, w sensie programowej spójności, na kształt pierwszej Solidarności, łączącej wszystko, od Sasa do Lasa, pod wspólnym hasłem „precz z komuną!”. Tyle, ż e teraz miejsce „komuny” zajmą nasi szanowni cudotwórcy od „diamenta tysiąclecia”. Jak sobie to uświadomiłem to ryczałem ze śmiechu długo i szczerze. Choć po prawdzie cudem jest zaiste pożenić ogień z wodą!
Drugi powód jest taki, że byłaby to oferta dla pragmatyków. Takich, którzy nie patrzą, że jest w niej i kojarzony niegdyś z PO Dutkiewicz i „postkomunista” Majchrowski (te nazwiska rzucono póki co…). A każdy bez wahania wskaże, gdzie najłatwiej szukać „pragmatycznych wyborców” oraz czyj elektorat zrobił się ostatnimi czasy wyjątkowo drażliwy i do tego tak zauważalnie mobilny.
Trzeci powód jest wreszcie taki, że zawsze „bliższa koszula ciału”. I jak będzie miał taki wyborca zdecydować czy wspierać tych, co go chcą bronić przez „strasznym Jarosławem” czy też przed permanentnie i już na zawsze (z braku zabranej przez „Maestro finansów” kasy) rozkopanym własnym podwórkiem, wybiorą to drugie. Bo Jarosława to oni widzieli w telewizorze i raczej po nocach im się nie śni a jak utkną w korku to raczej nie będzie to tylko telewizyjna transmisja.
Oczywiście mogę się mylić. Oczywiście może okazać się, że będzie odwrotnie. Że PO zagarnie 100% Senatu i z 60% Sejmu. Ale z drugiej strony pamiętajmy ile kosztowało swego czasu pewną „prawie wygraną” siłę polityczną jedno zdanie na temat ubezpieczania plonów i obejść.
Gdy jeszcze weźmie się pod uwagę, że byłaby to siła zdolna rozbić ten nasz zwarty w zabójczym uścisku polityczny duopol, dla wielu byłoby po prostu ekstra.
Jedynym, co mnie lekko niepokoi to jest osoba inicjatora. Boję się, że po raz drugi może nasza „wielka nadzieja białych” zwyczajnie spanikować i cofnąć się w pół kroku. Uznając, że „lepszy wróbel w ręku niż dzięcioł na sęku” i pozostając w tym swoim (i moim!) Wrocławiu by użerać się z naszym „wielkim destruktorem” o każdą złotówkę. Szkoda by było takiej pięknej perspektywy…
http://www.rp.pl/artykul/16,643216_Dutkiewicz-buduje-nowa-sile--.html
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rząd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rząd. Pokaż wszystkie posty
piątek, 15 kwietnia 2011
piątek, 4 lutego 2011
Gdyby Pitera była kobietą… (o rzeczach niemożliwych)
Z tytułu muszę się jednak wytłumaczyć, bo oczywiście nijak ma się on do tego, o czym będę pisał. No może poza nawiązaniem do nazwiska, które tam wlepiłem. Ono w tekście padnie bo paść musi. Przyszedł mi do głowy na zasadzie ciągu skojarzeniowego wynikłego z nałożenia się dwóch zdarzeń. Rzecz miała się tak, że właśnie czytałem informację o śmierci Marii Schneider, aktorki rozsławionej rolą w sławnym, acz nie widzianym przez mnie obrazie „Ostatnie tango w Paryżu” gdy z nagła wpadła do mnie koleżanka, by pochwalić się, że w toku swego romansu biurowego widziała pismo z osobistym podpisem Julii Pitery. Z francuskiego (no… dziejącego się we Francji jednak) kina i tego podpisu wyszedł mi tytuł. Nawiązujący do innego nie widzianego przez mnie obrazu z inną gwiazdą, zatytułowanego w oryginale „Gdyby Don Juan był kobietą”.
Poza tym tytuł przyciąga chyba. Czyż nie? :)
W rzeczywistości na inspirację tego tekstu złożyło się zdanie z komentarza Andera pod mym poprzednim tekstem oraz oglądane w telewizji oblicze Donalda Tuska podczas wczorajszego posiedzenia sejmu. Tego posiedzenia, na którym miał być odwoływany Bogdan Klich. Ponieważ efekt „odwoływania” oraz to, co powiedzieć miał Premier było do przewidzenia, wyłączyłem sobie fonię i tylko kontemplowałem oblicze panatuskowe. Oblicze człowieka zmęczonego, wyzbytego jakiejkolwiek siły i ochoty do odważniejszych działań oraz mocno zdezorientowanego. I wtedy z szacunkiem przeczytałem zdanie Andera: ” "Myślę, że Tusk wie, że w tej chwili jest już "za późno".*
Nie wiem od kiedy Tusk to wie, choć że wie to nie mam wątpliwości mając przed oczami jego wczorajszą minę, ale „za późno”. Jest od dawna. I od dawna, wraz z tym „za późno” jest tak, że polityczna rzeczywistość Donalda Tuska i powszechne o niej wyobrażenia bardzo się rozmijają. Kiedyś pewnie zgodziłbym się z twierdzeniem, że z PO jest tak, jak to poeta napisał „Mówimy Tusk a w domyśle PO, mówimy PO a w domyśle Tusk”. Tak to nie jest na pewno i to zresztą na własna prośbę pana Donalda. Która miała dość rozbudowana formę i składała się z dwóch elementów. Z wywalenia ministra Ćwiąkalskiego i z niewywalenia ministra Grada. A po nim nie wywalenia pani Pitery (i tytuł stał się ciałem…) ale wywalenia Drzewieckiego, o którym równocześnie powiedziane zostało, że jest i niewinny i na dodatek najlepszy z ministrów.
Do opisania nonsensowności postępowania Donalda Tuska w kwestii odpowiedzialności jego ministrów przydatny będzie, jakże głupi w swej wymowie, argument, który Premier w obronie Klicha przytoczył. Bo, by było jasne, później skrótu słuchałem… Rzekł Premier w słownej utarczce z Ludwikiem Dornem, że on Dornowi nie wypomni ofiar hali, co się w Katowicach zawaliła. Słowem pan Tusk zasugerował, że jego ministrowie mogą wylatywać z rządu ale tylko wtedy, gdy stanie się cos, co nie za bardzo leży w ich kompetencjach. jak choćby stan dachu użytkowanej przez prywatną firmę hali. Albo targający się sam (bo tak przecież ustalono) na swe życie kryminalista. A będące pod kontrolą ministrów państwowe czy też wojskowe samoloty mogą spadać a „rosomaki” wylatywać w powietrze… To wszak co innego.
Dziś wiadomo, że Donald Tusk to nie „ten” Donald Tusk, którego znamy z opowieści „z mchu i paproci” serwowanych przez „zaprzyjaźnione stacje lub czasopisma”. Kiedyś mógł wywalić ministra gdy vox populi wyrażony szybkim badaniem wskazywał że to się ludowi spodoba. Teraz, mimo tego, że lud w miażdżącej opinii domagał się głowy ministra ten dostał wotum zaufania i… kwiaty. Co pokazuje, że nie jest już Premier wyłącznym panem samego siebie.
I tu pojawia się konkluzja dotycząca tego, co tak naprawdę się stało. Oglądaliśmy po prostu efekt tego, co Premier przez te lata sam na siebie szykował. Wczoraj pisałem o tym, że „potrzebę rozwiązania problemu” Klicha widza nawet „politycy z kierownictwa PO”. Czemu zatem z tą „potrzeba” nie radzą sobie zupełnie. A właśnie dlatego, że, wracając znów do opinii Andera „że Tusk wie, że w tej chwili jest już "za późno". Bo skoro nie reagowano na „społeczne zapotrzebowanie” w przypadku innych, też wyczekiwanych, choć może nie koniecznie przez „polityków z kierownictwa PO”, zmian i dymisji to czemu teraz? To by mogło zdezorientować społeczeństwo, które przecież mogłoby nabrać przekonania, że „się wali” ten monolit, jakim PO zawsze była. Tak więc, wbrew logice trzeba trwać z tym, coraz bardziej glinianym olbrzymem.
Nieszczęściem Donalda Tuska jest to, że jednak bardziej był on szefem PO niż szefem Państwa. Cokolwiek robił, zawsze miało jakieś umocowanie w interesie jego partii a nie zawsze dało się tłumaczyć interesem państwa. karą za to jest uwiązanie Tuska do tego właśnie schematu. Teraz musi robić to, co broni jego pozycji w partii choć pogrąża partię. Musi akceptować przeróżne balasty, których pozostawanie szkodzi notowaniom akurat w roku najistotniejszym bo wyborczym. Nie jest głupi, po prostu już ich odciąć nie może. Teraz na to już jest za późno.
A wystarczyło, by, gdyby Donald Tusk był Premierem. Przede wszystkim Premierem… A taka Pitera byłaby wówczas nieistotna. Kim by tam ostatecznie nie była.
* http://rosemann.salon24.pl/275158,za-pozno-panie-klich-za-pozno-panie-tusk#comment_3922971
Poza tym tytuł przyciąga chyba. Czyż nie? :)
W rzeczywistości na inspirację tego tekstu złożyło się zdanie z komentarza Andera pod mym poprzednim tekstem oraz oglądane w telewizji oblicze Donalda Tuska podczas wczorajszego posiedzenia sejmu. Tego posiedzenia, na którym miał być odwoływany Bogdan Klich. Ponieważ efekt „odwoływania” oraz to, co powiedzieć miał Premier było do przewidzenia, wyłączyłem sobie fonię i tylko kontemplowałem oblicze panatuskowe. Oblicze człowieka zmęczonego, wyzbytego jakiejkolwiek siły i ochoty do odważniejszych działań oraz mocno zdezorientowanego. I wtedy z szacunkiem przeczytałem zdanie Andera: ” "Myślę, że Tusk wie, że w tej chwili jest już "za późno".*
Nie wiem od kiedy Tusk to wie, choć że wie to nie mam wątpliwości mając przed oczami jego wczorajszą minę, ale „za późno”. Jest od dawna. I od dawna, wraz z tym „za późno” jest tak, że polityczna rzeczywistość Donalda Tuska i powszechne o niej wyobrażenia bardzo się rozmijają. Kiedyś pewnie zgodziłbym się z twierdzeniem, że z PO jest tak, jak to poeta napisał „Mówimy Tusk a w domyśle PO, mówimy PO a w domyśle Tusk”. Tak to nie jest na pewno i to zresztą na własna prośbę pana Donalda. Która miała dość rozbudowana formę i składała się z dwóch elementów. Z wywalenia ministra Ćwiąkalskiego i z niewywalenia ministra Grada. A po nim nie wywalenia pani Pitery (i tytuł stał się ciałem…) ale wywalenia Drzewieckiego, o którym równocześnie powiedziane zostało, że jest i niewinny i na dodatek najlepszy z ministrów.
Do opisania nonsensowności postępowania Donalda Tuska w kwestii odpowiedzialności jego ministrów przydatny będzie, jakże głupi w swej wymowie, argument, który Premier w obronie Klicha przytoczył. Bo, by było jasne, później skrótu słuchałem… Rzekł Premier w słownej utarczce z Ludwikiem Dornem, że on Dornowi nie wypomni ofiar hali, co się w Katowicach zawaliła. Słowem pan Tusk zasugerował, że jego ministrowie mogą wylatywać z rządu ale tylko wtedy, gdy stanie się cos, co nie za bardzo leży w ich kompetencjach. jak choćby stan dachu użytkowanej przez prywatną firmę hali. Albo targający się sam (bo tak przecież ustalono) na swe życie kryminalista. A będące pod kontrolą ministrów państwowe czy też wojskowe samoloty mogą spadać a „rosomaki” wylatywać w powietrze… To wszak co innego.
Dziś wiadomo, że Donald Tusk to nie „ten” Donald Tusk, którego znamy z opowieści „z mchu i paproci” serwowanych przez „zaprzyjaźnione stacje lub czasopisma”. Kiedyś mógł wywalić ministra gdy vox populi wyrażony szybkim badaniem wskazywał że to się ludowi spodoba. Teraz, mimo tego, że lud w miażdżącej opinii domagał się głowy ministra ten dostał wotum zaufania i… kwiaty. Co pokazuje, że nie jest już Premier wyłącznym panem samego siebie.
I tu pojawia się konkluzja dotycząca tego, co tak naprawdę się stało. Oglądaliśmy po prostu efekt tego, co Premier przez te lata sam na siebie szykował. Wczoraj pisałem o tym, że „potrzebę rozwiązania problemu” Klicha widza nawet „politycy z kierownictwa PO”. Czemu zatem z tą „potrzeba” nie radzą sobie zupełnie. A właśnie dlatego, że, wracając znów do opinii Andera „że Tusk wie, że w tej chwili jest już "za późno". Bo skoro nie reagowano na „społeczne zapotrzebowanie” w przypadku innych, też wyczekiwanych, choć może nie koniecznie przez „polityków z kierownictwa PO”, zmian i dymisji to czemu teraz? To by mogło zdezorientować społeczeństwo, które przecież mogłoby nabrać przekonania, że „się wali” ten monolit, jakim PO zawsze była. Tak więc, wbrew logice trzeba trwać z tym, coraz bardziej glinianym olbrzymem.
Nieszczęściem Donalda Tuska jest to, że jednak bardziej był on szefem PO niż szefem Państwa. Cokolwiek robił, zawsze miało jakieś umocowanie w interesie jego partii a nie zawsze dało się tłumaczyć interesem państwa. karą za to jest uwiązanie Tuska do tego właśnie schematu. Teraz musi robić to, co broni jego pozycji w partii choć pogrąża partię. Musi akceptować przeróżne balasty, których pozostawanie szkodzi notowaniom akurat w roku najistotniejszym bo wyborczym. Nie jest głupi, po prostu już ich odciąć nie może. Teraz na to już jest za późno.
A wystarczyło, by, gdyby Donald Tusk był Premierem. Przede wszystkim Premierem… A taka Pitera byłaby wówczas nieistotna. Kim by tam ostatecznie nie była.
* http://rosemann.salon24.pl/275158,za-pozno-panie-klich-za-pozno-panie-tusk#comment_3922971
niedziela, 3 października 2010
Bolszewicy vs dopalacze czyli prawo i bezprawie.
Wiem, że czasem jest tak, że słuszna idea, czy choćby słuszny cel przesłania ogółowi fakt, że idzie się do niego jak najbardziej niesłuszną drogą. Droga, która na dobrą sprawę bez wątpienia powinna być określona bardzo konkretnym słowem – lincz. Lincz jest linczem bez względu na to czy dokonuje go uzurpujący sobie prawo do tego obywatel czy nie mający prawa tak postępować jak postępuje przedstawiciel organu państwa. Wiele jest sytuacji w których świadek obserwujący i mający świadomość tego co obserwuje, nawet najbardziej ewidentnych sytuacji dochodzenia prawa poprzez oczywiste bezprawie ma problem ze sobą bo mu to najzwyczajniej nie przeszkadza. A nawet się podoba. A to już rzecz, której nie wolno lekceważyć. Bo rzeczy przyjemne i akceptowane w nawyk wchodzą łatwiej niż te kłopotliwe.
Przyznam, że w sprawie ostatniej rozprawy z handlem dopalaczami próbuję rozdzielić sferę emocji i kwestie prawne. Rozumiem i podzielam i obawy i oburzenie związane z tym, co dzieje się i ostatnio jest nagłaśniane za przyczyną tych specyfików. Jednak czym innym są emocje obywateli a czym innym (mam przynajmniej nadzieję) oparte na zasadzie legalizmu działania organów państwa. Staram się dociec jak ma się do obowiązującego stanu prawnego akcja, która polega na wkroczeniu funkcjonariuszy państwowych do legalnie działających punktów handlowych, obracających towarem, którym obrót jest legalny i powodowanie, że te punkty tracą na jakiś czas możliwość prowadzenia swej legalnej działalności.
Jak dotąd pewne jest, że w tej sprawie decyzję podjął „zespół rządowy” z Premierem na czele czy też, jak podają inne źródła, Minister Zdrowia. Jaką formę miała decyzja? Nie mam pojęcia. W każdym razie sama realizacja tej „bitwy” zarządzonej przez Premiera miała przebieg następujący:
Oto do handlujących dopalaczami zgłosili się inspektorzy z towarzyszeniem funkcjonariuszy policji by dokonać kontroli. Miła ona sprawdzić, czy w kontrolowanych punktach nie obraca się zabronionym specyfikiem. Oczywiście obracało się jak najbardziej. I jak mogło być inaczej, skoro o tym, że specyfik jest zabroniony sprzedających informowali kontrolerzy. Tu dodać należy, że zakaz został wprowadzony w tym samym dniu, w którym na jego podstawie przeprowadzono kontrole. Najciekawsze jest to, że w trakcie kontroli zabezpieczono zabroniony środek w celu… przeprowadzenia badań laboratoryjnych.
Najciekawsze jest to, że kontrole kończyły się nakazem zamknięcia placówek. Niezastosowanie się do niego, jak oświadczył rzecznik Komendanta Głównego Policji, grozi karą pozbawienia wolności do lat dwóch. By było groźniej… albo zabawniej kara ta grozi też tym, którzy w takim punkcie dokonają zakupu. I to dopiero jest ciekawe. Wychodzi bowiem na to, że w Polsce o wprowadzeniu penalizacji jakiegoś rodzaju działalności może z dnia na dzień zdecydować… Główny Inspektor Sanitarny!!!!!
Tenże Rzecznik Komendanta, komentując wczorajsze wydarzenia dokonał bardzo istotnego podsumowania akcji.
„To nie jest ostateczny krok w walce z dopalaczami. Ostatecznym krokiem będzie zmiana prawa.”
Konkludując, w chwili obecnej, w której tak radykalnie zawalczono z procederem, prawo nie pozwala na… walkę z tym procederem. Trzeba je zmienić. Trzeba je zmienić tak, by wiedzieć czy dopuszczony produkt jest groźny dla życia lub zdrowia. Czyli teraz nie wiadomo czy jest groźny czy nie.
Rozumiem to, że większość opinii publicznej jest cała akcją zachwycona. Bo tu ludzkie życie a tam jakieś przepisy i jakaś „praworządność”. Ale mimo wszystko uważam, że na taki sposób działania nie powinno być zgody. Bo jest to sposób, który wcale nie pokazuje sprawności państwa ale coś wręcz przeciwnego! Umiejętność załatwiania na szybko i doraźnie problemów, które już się ujawniły ze swoimi ciemnymi stronami. Jest to też działania w oparciu o wyjątkowo prymitywny mechanizm. Kojarzący mi się z latynoamerykańskimi populistami w typie Perona uznającymi, że cel uświęca środki. Ten schemat w naszych realiach ćwiczyliśmy już przy okazji zapowiadanych przez Tuska rozwiązań antypedofilskich.
W całej tej szopce z dopalaczami znalazłbym oczywiście ślad dobrej woli rządzących. Ale tym śladem byłoby coś, o czym nie usłyszałem i co, jak się domyślam, nie nastąpiło. I nie nastąpi. Uznałbym, że faktycznie Państwo ma zamiar chorą sytuację związaną z tym, że w oficjalnym obrocie znajdują się u nas środki, o których od dawna pisało się i mówiło w mediach w bardzo określonym kontekście, ma zamiar naprawdę działać gdyby to działanie zaczęto od wywalenia na zbity pysk osób, które w zakresie swych obowiązków mają choćby monitorowanie takich sytuacji i wyciąganie na podstawie takich działań wniosków. Wniosków, którymi mogłyby być właśnie propozycje zmian legislacyjnych. Te, o których teraz dopiero się myśli.
Obecna władza i w tej i we wspomnianej sprawie pedofilii udowodniła, że jest w stanie naprawdę działać dopiero wtedy gdy i ona i całe społeczeństwo dostaje w serwisach bardzo konkretny przypadek gwałconego dziecka albo trupy po dopalaczach. Dla niej sama świadomość istnienia zjawiska to za mało. I kiedy już działa to robi to w stylu „wejście smoka skrzyżowane ze słoniem w składzie porcelany”. Zresztą to nasz sport narodowy. Którego zasady sprowadzają się do tego że place zabaw kontroluje się jak jakaś huśtawka JUŻ gdzieś jakieś dziecko zabije a autobusy wożące uczniów na wycieczki lub wakacje po jakiejś widowiskowej drogowej masakrze. Tak jakby w naszym języku słowo „profilaktyka” nie istniało. Albo jakby na nim kiedyś ktoś nadrukował „radykalne działania z użyciem służb porządkowych”.
To zaś powoduje że ani nie życzę sobie ani nie ukrywam, że boję się tego, że władza obecna zaczyna załatwiać spraw w ten sposób, że najpierw wyprowadza na ulice policję a dopiero po tym mówi coś niejasno o koniecznych zmianach w prawie.
Takie postępowanie ośmielę się nazwać bolszewickim. Teraz jest ono podjęte w sprawie, w której władza może liczyć na poklask społeczeństwa. Ale nauczona złym doświadczeniem może zrobić to i przeciw społeczeństwu. No bo jakie mamy gwarancje że nie? Prawo? Zmieni je później…
Powszechny aplauz po tym, w moim odczuciu, jawnym bezprawiu w walce z niepokojącym zjawiskiem, przypomina mi anegdotę z czasów wszechwładzy i kultu jednostki w Rosji sowieckiej. Stalin, zirytowany tym, że najbardziej świadomi ponoć obywatele zatracili całkowicie jakikolwiek rozsądek przejawiający się oporem przeciwko władzy nawet wówczas gdy nie ma ona racji, postanowił dać narodowi nauczkę. Wezwał na Plac Czerwony najbardziej oddanych komunistów i przemówił do nich mrowiąc, że nadszedł czas ostatecznego poświęcenia dla kraju. Aplauz zebranych. Że każdy musi ponieść najwyższa ofiarę. Aplauz zebranych. Że dotyczy to nie tylko ich ale i ich rodzin. Aplauz zebranych. Słowem, że każdy uczciwy komunista wraz ze swoją rodziną musi się dla dobra ZSRR powiesić. Aplauz zebranych. Nagle w tłumie widać jedną podniesioną rękę. Stalin z nadzieją w sercu dostrzega ją i pyta jej właściciela jakie ma wątpliwości. Ten pyta:
- Towarzyszu Stalin. A sznurki mamy mieć swoje czy państwowe?
Cóż za różnica towarz… obywatele III RP? Cóż za różnica…?
Na podstawie:
http://www.tvn24.pl/0,1676139,0,1,to-nie-ostateczny-krok-w-walce-z-dopalaczami,wiadomosc.html
http://wyborcza.pl/1,75248,8456221,Antydopalaczowa_akcja_w_calym_kraju__inspektorzy_sanitarni.html
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Pogrom-sanepidu---zamknieto-797-sklepow-z-dopalaczami,wid,12722028,wiadomosc.html?ticaid=1afe7
Przyznam, że w sprawie ostatniej rozprawy z handlem dopalaczami próbuję rozdzielić sferę emocji i kwestie prawne. Rozumiem i podzielam i obawy i oburzenie związane z tym, co dzieje się i ostatnio jest nagłaśniane za przyczyną tych specyfików. Jednak czym innym są emocje obywateli a czym innym (mam przynajmniej nadzieję) oparte na zasadzie legalizmu działania organów państwa. Staram się dociec jak ma się do obowiązującego stanu prawnego akcja, która polega na wkroczeniu funkcjonariuszy państwowych do legalnie działających punktów handlowych, obracających towarem, którym obrót jest legalny i powodowanie, że te punkty tracą na jakiś czas możliwość prowadzenia swej legalnej działalności.
Jak dotąd pewne jest, że w tej sprawie decyzję podjął „zespół rządowy” z Premierem na czele czy też, jak podają inne źródła, Minister Zdrowia. Jaką formę miała decyzja? Nie mam pojęcia. W każdym razie sama realizacja tej „bitwy” zarządzonej przez Premiera miała przebieg następujący:
Oto do handlujących dopalaczami zgłosili się inspektorzy z towarzyszeniem funkcjonariuszy policji by dokonać kontroli. Miła ona sprawdzić, czy w kontrolowanych punktach nie obraca się zabronionym specyfikiem. Oczywiście obracało się jak najbardziej. I jak mogło być inaczej, skoro o tym, że specyfik jest zabroniony sprzedających informowali kontrolerzy. Tu dodać należy, że zakaz został wprowadzony w tym samym dniu, w którym na jego podstawie przeprowadzono kontrole. Najciekawsze jest to, że w trakcie kontroli zabezpieczono zabroniony środek w celu… przeprowadzenia badań laboratoryjnych.
Najciekawsze jest to, że kontrole kończyły się nakazem zamknięcia placówek. Niezastosowanie się do niego, jak oświadczył rzecznik Komendanta Głównego Policji, grozi karą pozbawienia wolności do lat dwóch. By było groźniej… albo zabawniej kara ta grozi też tym, którzy w takim punkcie dokonają zakupu. I to dopiero jest ciekawe. Wychodzi bowiem na to, że w Polsce o wprowadzeniu penalizacji jakiegoś rodzaju działalności może z dnia na dzień zdecydować… Główny Inspektor Sanitarny!!!!!
Tenże Rzecznik Komendanta, komentując wczorajsze wydarzenia dokonał bardzo istotnego podsumowania akcji.
„To nie jest ostateczny krok w walce z dopalaczami. Ostatecznym krokiem będzie zmiana prawa.”
Konkludując, w chwili obecnej, w której tak radykalnie zawalczono z procederem, prawo nie pozwala na… walkę z tym procederem. Trzeba je zmienić. Trzeba je zmienić tak, by wiedzieć czy dopuszczony produkt jest groźny dla życia lub zdrowia. Czyli teraz nie wiadomo czy jest groźny czy nie.
Rozumiem to, że większość opinii publicznej jest cała akcją zachwycona. Bo tu ludzkie życie a tam jakieś przepisy i jakaś „praworządność”. Ale mimo wszystko uważam, że na taki sposób działania nie powinno być zgody. Bo jest to sposób, który wcale nie pokazuje sprawności państwa ale coś wręcz przeciwnego! Umiejętność załatwiania na szybko i doraźnie problemów, które już się ujawniły ze swoimi ciemnymi stronami. Jest to też działania w oparciu o wyjątkowo prymitywny mechanizm. Kojarzący mi się z latynoamerykańskimi populistami w typie Perona uznającymi, że cel uświęca środki. Ten schemat w naszych realiach ćwiczyliśmy już przy okazji zapowiadanych przez Tuska rozwiązań antypedofilskich.
W całej tej szopce z dopalaczami znalazłbym oczywiście ślad dobrej woli rządzących. Ale tym śladem byłoby coś, o czym nie usłyszałem i co, jak się domyślam, nie nastąpiło. I nie nastąpi. Uznałbym, że faktycznie Państwo ma zamiar chorą sytuację związaną z tym, że w oficjalnym obrocie znajdują się u nas środki, o których od dawna pisało się i mówiło w mediach w bardzo określonym kontekście, ma zamiar naprawdę działać gdyby to działanie zaczęto od wywalenia na zbity pysk osób, które w zakresie swych obowiązków mają choćby monitorowanie takich sytuacji i wyciąganie na podstawie takich działań wniosków. Wniosków, którymi mogłyby być właśnie propozycje zmian legislacyjnych. Te, o których teraz dopiero się myśli.
Obecna władza i w tej i we wspomnianej sprawie pedofilii udowodniła, że jest w stanie naprawdę działać dopiero wtedy gdy i ona i całe społeczeństwo dostaje w serwisach bardzo konkretny przypadek gwałconego dziecka albo trupy po dopalaczach. Dla niej sama świadomość istnienia zjawiska to za mało. I kiedy już działa to robi to w stylu „wejście smoka skrzyżowane ze słoniem w składzie porcelany”. Zresztą to nasz sport narodowy. Którego zasady sprowadzają się do tego że place zabaw kontroluje się jak jakaś huśtawka JUŻ gdzieś jakieś dziecko zabije a autobusy wożące uczniów na wycieczki lub wakacje po jakiejś widowiskowej drogowej masakrze. Tak jakby w naszym języku słowo „profilaktyka” nie istniało. Albo jakby na nim kiedyś ktoś nadrukował „radykalne działania z użyciem służb porządkowych”.
To zaś powoduje że ani nie życzę sobie ani nie ukrywam, że boję się tego, że władza obecna zaczyna załatwiać spraw w ten sposób, że najpierw wyprowadza na ulice policję a dopiero po tym mówi coś niejasno o koniecznych zmianach w prawie.
Takie postępowanie ośmielę się nazwać bolszewickim. Teraz jest ono podjęte w sprawie, w której władza może liczyć na poklask społeczeństwa. Ale nauczona złym doświadczeniem może zrobić to i przeciw społeczeństwu. No bo jakie mamy gwarancje że nie? Prawo? Zmieni je później…
Powszechny aplauz po tym, w moim odczuciu, jawnym bezprawiu w walce z niepokojącym zjawiskiem, przypomina mi anegdotę z czasów wszechwładzy i kultu jednostki w Rosji sowieckiej. Stalin, zirytowany tym, że najbardziej świadomi ponoć obywatele zatracili całkowicie jakikolwiek rozsądek przejawiający się oporem przeciwko władzy nawet wówczas gdy nie ma ona racji, postanowił dać narodowi nauczkę. Wezwał na Plac Czerwony najbardziej oddanych komunistów i przemówił do nich mrowiąc, że nadszedł czas ostatecznego poświęcenia dla kraju. Aplauz zebranych. Że każdy musi ponieść najwyższa ofiarę. Aplauz zebranych. Że dotyczy to nie tylko ich ale i ich rodzin. Aplauz zebranych. Słowem, że każdy uczciwy komunista wraz ze swoją rodziną musi się dla dobra ZSRR powiesić. Aplauz zebranych. Nagle w tłumie widać jedną podniesioną rękę. Stalin z nadzieją w sercu dostrzega ją i pyta jej właściciela jakie ma wątpliwości. Ten pyta:
- Towarzyszu Stalin. A sznurki mamy mieć swoje czy państwowe?
Cóż za różnica towarz… obywatele III RP? Cóż za różnica…?
Na podstawie:
http://www.tvn24.pl/0,1676139,0,1,to-nie-ostateczny-krok-w-walce-z-dopalaczami,wiadomosc.html
http://wyborcza.pl/1,75248,8456221,Antydopalaczowa_akcja_w_calym_kraju__inspektorzy_sanitarni.html
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Pogrom-sanepidu---zamknieto-797-sklepow-z-dopalaczami,wid,12722028,wiadomosc.html?ticaid=1afe7
czwartek, 26 sierpnia 2010
Tu i teraz czyli bal na Titanicu.
Zainspirowany arcyciekawym tekstem (a w zasadzie początkowymi jego uwagami) Jana Filipa Staniłki "Ekonomia satysfakcji tu i teraz"* z dzisiejszej „rzeczpospolitej” (tekst bardzo polecam) postanowiłem wrócić jeszcze do będącego punktem wyjścia dla rozważań Staniłki, panatuskowego "tu i teraz" jako wykładni naszej polityki na czas najbliższych lat. Lat, które w perspektywie tego, co na początku podkreśla Staniłko, mogą oznaczać biologiczny schyłek naszego narodu starzejącego się bez równowagi świeżej krwi. A właściwie, jeśli tak właśnie będzie, wykładnia na czas zmierzchu Rzeczpospolitej. Jeśli się bowiem wspomniane "tu i teraz" zestawi z nasza, mało obiecująca prognoza demograficzną i doprawi jeszcze modelem wychowawczym pana Marka Kondrata to wychodzi nam, ze nasza Polska jest w fazie miedzy błękitnym olbrzymem a czarna dziura z coraz bliższą opcją wybuchu supernowej. I to o ile założy się oczywiście, że Polska być musi. A to, jak widać gdy się patrzy uważnie tam, gdzie patrzeć należy, wcale nie jest takie oczywiste. Przynajmniej jeśli uświadomimy sobie, że ze słów pana Tuska wcale to nie wynika. Można by tu oczywiście przerzucać się powiedzonkami o potopie i innymi narodowymi mądrościami opisującymi czas, który nie ma żadnego kontinuum, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że tego, co może ze słów pana Tuska wynikać (a może jeśli się weźmie pod uwagę to, co w nich czytają niektórzy obywatele państwa przez pana Tuska rządzonego), czyli dość warunkowego traktowania naszego bytu państwowego politykowi sugerować po prostu nie wolno.
Mowie to z całym przekonaniem i z pełną świadomością tego, że w taki sposób o Polsce nie ośmieliłby się pomyśleć jakiś hipotetyczny, bezdzietny pan Tadek z Grójca, którego życiowa sytuacja bez wątpienia do tego mogłaby go upoważniać. Ale pewien jestem, że gdyby zapytać go co o przyszłości Polski myśli to bez problemu potrafiłby się od tego, z pozoru dla niego oczywistego "tu i teraz" bez trudu oderwać. I miałby jakąś, mniej lub bardziej bolesną i mniej lub bardziej świetlaną jej wizję.
Premier, nazwany nie tak dawno zjawiskiem trafiającym się Polsce raz na tysiąclecie, który nie potrafi podzielić horyzontu myślowego tego zmyślonego pana Tadka to zaiste osobliwe zjawisko. Tak osobliwe, ze coraz częściej, z powodów, których dokładnie nazwać nie umiem, przywodzi mi na myśl pewien fragment twórczości Kaczmarskiego (tu ukłon w stronę coryllusa, który autorowi temu nie tak dawno poświęcił zacny kawałek swego pisania). Pierwszy to „Tradycja”, bodaj jeden z najbardziej niejednoznacznych tekstów tego autora. Tu jako takie spojrzenie wstecz z myślą, że jak tam drzewiej nie było to jednak szkoda. I drugi, do sytuacji pasujący jak mało który czyli „Przejście Polaków przez Morze Czerwone”. Będący wróżbą dość szybkiego (jak na czas, w którym rodzi się, istnieje i umiera naród) końca naszego narodowego rejsu. Kończącego się jakimś nieuchronnym zapadnięciem się w topiel. I pędzącego ku temu z wodzirejem u steru bezmyślnie pokrzykującym rytmicznie „tu i teraz, tu i teraz, tu i teraz…”. Chciałoby się rzec, że bez końca…
* http://www.rp.pl/artykul/527102-Stanilko--Satysfakcja-tu-i-teraz.html
http://www.youtube.com/watch?v=DMrvS8trNsY
http://www.youtube.com/watch?v=9oYJiECmr3w
Mowie to z całym przekonaniem i z pełną świadomością tego, że w taki sposób o Polsce nie ośmieliłby się pomyśleć jakiś hipotetyczny, bezdzietny pan Tadek z Grójca, którego życiowa sytuacja bez wątpienia do tego mogłaby go upoważniać. Ale pewien jestem, że gdyby zapytać go co o przyszłości Polski myśli to bez problemu potrafiłby się od tego, z pozoru dla niego oczywistego "tu i teraz" bez trudu oderwać. I miałby jakąś, mniej lub bardziej bolesną i mniej lub bardziej świetlaną jej wizję.
Premier, nazwany nie tak dawno zjawiskiem trafiającym się Polsce raz na tysiąclecie, który nie potrafi podzielić horyzontu myślowego tego zmyślonego pana Tadka to zaiste osobliwe zjawisko. Tak osobliwe, ze coraz częściej, z powodów, których dokładnie nazwać nie umiem, przywodzi mi na myśl pewien fragment twórczości Kaczmarskiego (tu ukłon w stronę coryllusa, który autorowi temu nie tak dawno poświęcił zacny kawałek swego pisania). Pierwszy to „Tradycja”, bodaj jeden z najbardziej niejednoznacznych tekstów tego autora. Tu jako takie spojrzenie wstecz z myślą, że jak tam drzewiej nie było to jednak szkoda. I drugi, do sytuacji pasujący jak mało który czyli „Przejście Polaków przez Morze Czerwone”. Będący wróżbą dość szybkiego (jak na czas, w którym rodzi się, istnieje i umiera naród) końca naszego narodowego rejsu. Kończącego się jakimś nieuchronnym zapadnięciem się w topiel. I pędzącego ku temu z wodzirejem u steru bezmyślnie pokrzykującym rytmicznie „tu i teraz, tu i teraz, tu i teraz…”. Chciałoby się rzec, że bez końca…
* http://www.rp.pl/artykul/527102-Stanilko--Satysfakcja-tu-i-teraz.html
http://www.youtube.com/watch?v=DMrvS8trNsY
http://www.youtube.com/watch?v=9oYJiECmr3w
Etykiety:
demografia,
reformy,
rząd
Subskrybuj:
Posty (Atom)