Im bliżej 10 kwietnia, tym więcej będzie się pojawiało różnego rodzaju głosów poświęconych rocznicy. Zupełnie zrozumiałe i zupełnie niepojęte za razem w jakim kierunku może to pójść. Tym bardziej, że już widać coś w rodzaju rozprowadzania.
Dwie rzeczy z delikatnego póki co szumu medialnego wyłowiłem. Obie skupiają się wokół kwestii co dalej z tym dziesiątym. Czy najbliższy będzie ostatnim, który zgromadzi tłumy pod Pałacem na Krakowskim?
Choć w całej reszcie jest różnie, głownie rozbieżnie, w jednym trudno mi się nie zgodzić z Elżbietą Jakubiak*. Choć po prawdzie ja to widzę szerzej niż ona, odnosząca rzecz tylko do zachowania dawnych kolegów z PiS. Wątpiąc i w to, że na dziesiątym kwietnia skończą obyczaj tłumnego czczenia kolejnych miesięcznic katastrofy jak też i w to, że czczą pamięć kogokolwiek, zauważyła, że od 10 kwietnia 2010 r. mimo tego, iż ciągle (mniej lub bardziej ale jednak) żyjemy Smoleńskiem, jakoś zatrzeć się zdążyły twarze i nazwiska tych, którzy wtedy zginęli. I to uważa za winę albo wręcz grzech zaniechania, stawiający pod znakiem zapytania szczerość wszelkich żalów i łez.
Właściwie trudno nie rozumieć tego jej żalu. Przypomina ona, że przecież zginęli tam przyjaciele i koledzy i tych, którzy co miesiąc są na Krakowskim jak i tych, którzy robią wszystko, by na Krakowskie nikt już nie zaglądał. A dziś z tej przemielonej tam elity pozostały w naszej pamięci jakieś jej szczątki. Na ich podstawie można być pewnym tego tylko, że była katastrofa. Wizja PiS powoli skłania się ku temu, że w tej katastrofie zginęły dwie osoby- prezydencka para. Wizja katastrofy, propagowana przez media głównego nurtu i przez czynniki, powiedzmy „oficjalne”, jest zdecydowanie bardziej elastyczna. Przez pewien czas pewnym było, że w Smoleńsku zginęła pani Szymanek- Deresz. Czasem sugerowano jeszcze pana Sariusza Skąpskiego. Od pewnego czasu zaś wiadomo, że zginął na pewno Protasiuk i Błasik.
I ta pustka w miejsce reszty nazwisk przeszkadza także i mi. I przeszkadza to jeszcze, że kiedy już pojawiają się inne nazwiska to zawsze niemal na dodatek z podziałem na te lecące samolotem „słusznym” i „niesłusznym”. A te są definiowane w zależności od optyki, jaką ogarnia się i ocenia naszą polityczną współczesność. Ona, niestety, zdominuje Krakowskie Przedmieście A.D 2011.
Druga rzecz, której trudno nie zauważyć, to coraz wyraźniej słyszane sugestie, że rok to dość. Dość dla żałoby. Bo jest przyjęte. W dodatku powszechnie.
Rozumiem, że coś, co ciągnie się tak długo, może nużyć. Ale w zasadzie to odnosi się do tych, którzy to ciągną. Pozostali raczej niczym uciążliwym się nie okazali za bardzo przez ten czas więc i zmęczyć się raczej nie mogli. A to oni o zmęczeniu mówią coraz częściej i coraz głośniej.
Pominę fakt, że tylko będący w żałobie jest w stanie stwierdzić ów koniec. Żal nie jest na rozkaz ani nie kończy go komenda „spocznij”. Sam odczuwający powie, że to już. I powie z czego to wynika.
Oczywiście takie moje widzenie sprawy tych, którzy na to patrzą inaczej, bez dwóch zdań nie przekona. Spróbujmy inaczej. Ot choćby odwołując się do innych symbolicznych gestów, które do nich zdają się trafiać. Choćby ten z rocznicą wybuchu wojny. Choć od dziesiątków lat każdy wie, że wtedy się zaczęło, przez kogo się zaczęło i dlaczego to dla niektórych fakt, że pani Kanclerz Niemiec w 2009 roku oficjalnie to przyznała był niemal jak prawdziwe zakończenie tamtej wojny.
Zamordowanych w Katyniu opłakaliśmy po tysiąckroć, mogliśmy w końcu na ich mogiłach postawić krzyże i modlić się przy nich przez lata. Ale są tacy, dla których „każdą cenę warto było zapłacić” by to Putin zadekretował żal żeby ofiara uznana została za naprawdę wypełnioną. A i tak przebąkuje się, że jeszcze trzeba by w tym roku potwierdził to Miedwiediew. Kto wie, czy za rok jakiś szef FSB, po nim jeszcze jakiś gubernator którejś z sybirskich obłasti?
Czy tak trudno przyjąć do wiadomości to, że zapewne tym, co mają w sobie siłę i determinację by ciągle tam, na tym Krakowskim być, czegoś do końca tej żałoby brak? Choć groby sa, krzyże są i modlitw nie brakuje.
Myślę, że nie w tym rzecz, że trudno. Myślę, że dobrze wiedzą, iż mogło to stać się już dość dawno. Problem, że trzeba jeszcze chcieć. I problem w tym, czego tak naprawdę chcą.
Pisze się i mówi, że historia magistra vitae est. Ci, którym ta maksyma szczególnie teraz powinna się przypomnieć, znają ją chyba doskonale. Na tyle w każdym razie, by wiedzieć, że nigdy jeszcze nie udało się spacyfikować niezadowolonego tłumu wezwaniem, by sobie do domu poszedł. I tym razem też nie pójdzie. Śmiem twierdzić, że wszyscy z tego sobie zdają sprawę i prawie wszyscy na to liczą. Prawie wszyscy, choć z jakże różnych powodów. Skłonny jestem przyjąć, że tylko Episkopat chce czegoś innego niż cała reszta. Tyle, że przez swą niedawną rolę teraz to sobie może chcieć!
* zauważony kawałek wypowiedzi bodaj w TVN24 gdy skakałem po kanałach.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa smoleńska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa smoleńska. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 31 marca 2011
czwartek, 17 lutego 2011
„Szympansy” z MAK-u i światowe lotnictwo
Zanim zdążyłem siąść i napisać ten tekst, przez net przewaliła się cała masa innych, poświęconych dzisiejszej konferencji specjalistów MAK-u. Dosadniej w swej treści, że nie pozostawiającej żadnych wątpliwości, iż jej celem było rozpalenie stygnących powoli emocji.
Prawdę mówiąc nie mam zielonego pojęcia w kogo próbuje walić MAK ta swoja bezczelna wersją wydarzeń i ta swoją pseudologia wydarzeń. Jest to adresowane do nas a u nas już mało kto (choć jeszcze tacy się tu i ówdzie trafiają) chce ich wersję przyjąć i jej bronić.
Oczywistym wydawać by się mogło, że naturalnym sojusznikiem Moskwy ciągle jest (bo i kto miałby być?) Premier Tusk. Ale ten raport wali w niego bo znów on „nie zareaguje w czas” i słupki mu polecą. Może w Moskwie zaczynają stawiać jednak na prezydenta ale przecież wystarczyłoby wziąć do garści konstytucję i przeczytać, że jest to ruch całkiem bezsensu. Z natury rzeczy i od strony formalnej.
Jest jeszcze i ta możliwość ze MAK to istotnie ciało tak niezależne, że jak Putin co od niego chce to musi pukać. Tylko że MAK tak naprawdę swoje zrobił i ten dzisiejszy suplement nie wnosi nic. Poza jednym.
I właśnie „to jedno” wychwycone przeze mnie w wypowiedzi szalenie wyszczekanego eksperta, pana pilota doświadczonego i zapewne zasłużonego Olega Smiernowa (czy tam Smiernofa…) sprawia, że „w temacie” tak dzisiaj oklepanym zabieram głos. A do tego z uwagi na wyjątkową „kulturę wypowiedzi” owego eksperta.
Pan ekspert, tokując z wyraźnym samo zachwytem nie raczył zauważyć, że w pewnym miejscu przekaz posypał się im wyraźnie. Przypomnę, że najznośniejszym fragmentem jego wystąpienia był ten o „szympansach” w wierzy lotniska. I, póki co, ten fragment skupia uwagę komentatorów.
Mnie zdecydowanie bardziej zastanawia trochę inny. Autorstwa innego eksperta, byłego naczelnika moskiewskiego centrum zautomatyzowanego zarządzania ruchem lotniczym Władimira Sznajdera. Przytoczę go: „- Grupa kontroli lotów nie ma prawa zamykać lotniska, które jest technicznie zdatne do lądowania, z powodu warunków pogodowych, to jest zasada międzynarodowa”*.
Moją wątpliwość budzi na wstępie określenie „technicznie zdatne”. Bo co on oznacza? I kto taką „zdatność” określa. Jeśli na przykład … MAK to czy obecność tego ciała z samej istoty rzeczy jest w postępowaniu nieporozumieniem. Ale to zostawmy bo przecież wiemy, że ta kwestia była wałkowana i jeśli o nią chodzi to w warunkach tamtejszego, rosyjskiego pojmowania czegoś takiego jak „poszanowanie prawa” szkoda na ten temat nawet gadać. Ja cały czas wracać będę z uporem do kwestii tego, że wieża nie miała prawa zamykać lotniska bo było ono „zdatne do lądowania”. Czyli dało się na nim wylądować. Czyli więc podejmujący decyzję o lądowaniu postępował zgodnie ze sztuką. Albo albo…
Nie wiem na ile „zdatne” do przyjmowania lotów międzynarodowych są nieczynne wojskowe lotniska. szczególnie nieczynne wojskowe lotniska w Rosji. Nie wiem też na czym polega „techniczna zdatność” oraz od którego momentu zaczyna się coś przeciwnego, czyli „techniczna niezdatność”. I chyba bardziej bym chciał aby te kwestie wyjaśniał pan Smiernof zamiast zajmować się zoologią doświadczalną. Póki co MAK i jej eksperci na ten akurat temat nic przekonującego w postaci jakichś dowodów nie pokazali.
Podejrzewam nadto, że „zasada międzynarodowa”, na którą powołuje się pan Sznajder jest dokładnie tak samo „międzynarodowa jak „międzynarodowy” jest MAK. Rutynowo wpisałem w wyszukiwarkę frazę „lotnisko zamknięte z powodu pogody” i otrzymałem 71 100 wyników (gdzieś na pewno weszło w to parę stron porno bo taka już natura netu). Przytoczę pierwszych kilka przypadków:
- „Lotnisko Skavsta pod Sztokholmem, które obsługuje tanie linie lotnicze, zostało zamknięte z powodu silnego wiatru i intensywnych opadów śniegu.**
- Warszawskie lotnisko Chopina do godz. 17:00 będzie zamknięte dla ruchu lotniczego - poinformował rzecznik lotniska Przemysław Przybylski.***
-Europejska Agencja ds. Bezpieczeństwa Żeglugi Powietrznej podała aktualne informacje dotyczące stanu lotnisk w Europie: Lotniska zamknięte z powodu pogody: Lotnisko Londyn Biggin Hill – zamknięte do godziny 19:00 CET Lotnisko Dublin – zamknięte do godziny 21:00 CET Lotnisko Paryż Le Bourget – zamknięte do godziny 18:00 CET…****
- Międzynarodowe lotnisko w Kairze zamknięto dzisiaj z powodu złych warunków pogodowych i pogorszonej widoczności, która była powodem opóźnień wielu lotów i zmusiła pilotów do zmiany miejsca lądowania. Z powodu burzy piaskowej nie było widać obiektów oddalonych o więcej niż 500 metrów.*****
To tylko kilka pierwszych znalezionych informacji. Szczególnie cenne są dwie. Ta z warszawy, gdzie o zamknięciu informuje rzecznik lotniska nie pozostawiając wątpliwości po czyjej stronie była decyzja oraz ta dotycząca lotnisk europejskich. W tym akurat przypadku aż się chce zapytać czy wedle pana fachowca z Moskwy, Sznajdera lotnisko w Dublinie czy paryskie Le Bourget odbiegają technicznie In minus od stanu smoleńskiego Siewiernogo? Tak by wynikało z jego twierdzeń.
Wobec tego, co dziś zaprezentowali panowie z MAK powiem szczerze, nie chciałbym być w skórze ani pana Millera ani, jeszcze bardziej, na miejscu pana Tuska. Bo chyba faktycznie dochodzimy do momentu, w którym temu ostatniemu nie zostanie nic innego jak wypowiedzieć Ruskim (może wystarczyć MAK-owi, wszak to ciało ponadpaństwowe!) wojnę albo… albo otwarcie siąść na zadnich łapkach i połasić się do nich. Tertium non datur. Poza spektakularnym pojawieniem się publicznie przed narodem, przeproszeniem go za wszystkie bzdury o ruskiej fachowości i otwartości i palnięciem sobie w łeb z jakiejś efektownej czterdziestkipiatki
Prawdę mówiąc jeśli czegoś poważnie oczekuję, to oświadczenia kogokolwiek z naszych władz, mającego zarówno prawo w ich imieniu się wypowiadać jak też tyle odwagi by to zrobić, że po bzdetach wygadywanych przez „międzynarodową organizację MAK” przestajemy traktować poważnie to, co ona publikuje i co wygłasza na konferencjach.
I na koniec dodać, tak dla przeciwwagi i nośności tematu, coś o „szympansach z MAK-u”
*http://wiadomosci.onet.pl/kraj/nawet-szympans-w-wiezy-nie-przyczynilby-sie-do-tra,1,4186894,wiadomosc.html
** http://www.rmf24.pl/raport-zima/zimawnatarciu2/news-lotnisko-pod-sztokholmem-zamkniete-z-powodu-sniezyc,nId,316744
*** http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Warszawskie-lotnisko-zamkniete-z-powodu-sniezycy,wid,12897870,wiadomosc.html?ticaid=1bcc6
**** http://promotion.pl/promocje/tag/snieg-na-lotniskach/page/2
***** http://www.arabia.pl/content/view/288878/2/
Prawdę mówiąc nie mam zielonego pojęcia w kogo próbuje walić MAK ta swoja bezczelna wersją wydarzeń i ta swoją pseudologia wydarzeń. Jest to adresowane do nas a u nas już mało kto (choć jeszcze tacy się tu i ówdzie trafiają) chce ich wersję przyjąć i jej bronić.
Oczywistym wydawać by się mogło, że naturalnym sojusznikiem Moskwy ciągle jest (bo i kto miałby być?) Premier Tusk. Ale ten raport wali w niego bo znów on „nie zareaguje w czas” i słupki mu polecą. Może w Moskwie zaczynają stawiać jednak na prezydenta ale przecież wystarczyłoby wziąć do garści konstytucję i przeczytać, że jest to ruch całkiem bezsensu. Z natury rzeczy i od strony formalnej.
Jest jeszcze i ta możliwość ze MAK to istotnie ciało tak niezależne, że jak Putin co od niego chce to musi pukać. Tylko że MAK tak naprawdę swoje zrobił i ten dzisiejszy suplement nie wnosi nic. Poza jednym.
I właśnie „to jedno” wychwycone przeze mnie w wypowiedzi szalenie wyszczekanego eksperta, pana pilota doświadczonego i zapewne zasłużonego Olega Smiernowa (czy tam Smiernofa…) sprawia, że „w temacie” tak dzisiaj oklepanym zabieram głos. A do tego z uwagi na wyjątkową „kulturę wypowiedzi” owego eksperta.
Pan ekspert, tokując z wyraźnym samo zachwytem nie raczył zauważyć, że w pewnym miejscu przekaz posypał się im wyraźnie. Przypomnę, że najznośniejszym fragmentem jego wystąpienia był ten o „szympansach” w wierzy lotniska. I, póki co, ten fragment skupia uwagę komentatorów.
Mnie zdecydowanie bardziej zastanawia trochę inny. Autorstwa innego eksperta, byłego naczelnika moskiewskiego centrum zautomatyzowanego zarządzania ruchem lotniczym Władimira Sznajdera. Przytoczę go: „- Grupa kontroli lotów nie ma prawa zamykać lotniska, które jest technicznie zdatne do lądowania, z powodu warunków pogodowych, to jest zasada międzynarodowa”*.
Moją wątpliwość budzi na wstępie określenie „technicznie zdatne”. Bo co on oznacza? I kto taką „zdatność” określa. Jeśli na przykład … MAK to czy obecność tego ciała z samej istoty rzeczy jest w postępowaniu nieporozumieniem. Ale to zostawmy bo przecież wiemy, że ta kwestia była wałkowana i jeśli o nią chodzi to w warunkach tamtejszego, rosyjskiego pojmowania czegoś takiego jak „poszanowanie prawa” szkoda na ten temat nawet gadać. Ja cały czas wracać będę z uporem do kwestii tego, że wieża nie miała prawa zamykać lotniska bo było ono „zdatne do lądowania”. Czyli dało się na nim wylądować. Czyli więc podejmujący decyzję o lądowaniu postępował zgodnie ze sztuką. Albo albo…
Nie wiem na ile „zdatne” do przyjmowania lotów międzynarodowych są nieczynne wojskowe lotniska. szczególnie nieczynne wojskowe lotniska w Rosji. Nie wiem też na czym polega „techniczna zdatność” oraz od którego momentu zaczyna się coś przeciwnego, czyli „techniczna niezdatność”. I chyba bardziej bym chciał aby te kwestie wyjaśniał pan Smiernof zamiast zajmować się zoologią doświadczalną. Póki co MAK i jej eksperci na ten akurat temat nic przekonującego w postaci jakichś dowodów nie pokazali.
Podejrzewam nadto, że „zasada międzynarodowa”, na którą powołuje się pan Sznajder jest dokładnie tak samo „międzynarodowa jak „międzynarodowy” jest MAK. Rutynowo wpisałem w wyszukiwarkę frazę „lotnisko zamknięte z powodu pogody” i otrzymałem 71 100 wyników (gdzieś na pewno weszło w to parę stron porno bo taka już natura netu). Przytoczę pierwszych kilka przypadków:
- „Lotnisko Skavsta pod Sztokholmem, które obsługuje tanie linie lotnicze, zostało zamknięte z powodu silnego wiatru i intensywnych opadów śniegu.**
- Warszawskie lotnisko Chopina do godz. 17:00 będzie zamknięte dla ruchu lotniczego - poinformował rzecznik lotniska Przemysław Przybylski.***
-Europejska Agencja ds. Bezpieczeństwa Żeglugi Powietrznej podała aktualne informacje dotyczące stanu lotnisk w Europie: Lotniska zamknięte z powodu pogody: Lotnisko Londyn Biggin Hill – zamknięte do godziny 19:00 CET Lotnisko Dublin – zamknięte do godziny 21:00 CET Lotnisko Paryż Le Bourget – zamknięte do godziny 18:00 CET…****
- Międzynarodowe lotnisko w Kairze zamknięto dzisiaj z powodu złych warunków pogodowych i pogorszonej widoczności, która była powodem opóźnień wielu lotów i zmusiła pilotów do zmiany miejsca lądowania. Z powodu burzy piaskowej nie było widać obiektów oddalonych o więcej niż 500 metrów.*****
To tylko kilka pierwszych znalezionych informacji. Szczególnie cenne są dwie. Ta z warszawy, gdzie o zamknięciu informuje rzecznik lotniska nie pozostawiając wątpliwości po czyjej stronie była decyzja oraz ta dotycząca lotnisk europejskich. W tym akurat przypadku aż się chce zapytać czy wedle pana fachowca z Moskwy, Sznajdera lotnisko w Dublinie czy paryskie Le Bourget odbiegają technicznie In minus od stanu smoleńskiego Siewiernogo? Tak by wynikało z jego twierdzeń.
Wobec tego, co dziś zaprezentowali panowie z MAK powiem szczerze, nie chciałbym być w skórze ani pana Millera ani, jeszcze bardziej, na miejscu pana Tuska. Bo chyba faktycznie dochodzimy do momentu, w którym temu ostatniemu nie zostanie nic innego jak wypowiedzieć Ruskim (może wystarczyć MAK-owi, wszak to ciało ponadpaństwowe!) wojnę albo… albo otwarcie siąść na zadnich łapkach i połasić się do nich. Tertium non datur. Poza spektakularnym pojawieniem się publicznie przed narodem, przeproszeniem go za wszystkie bzdury o ruskiej fachowości i otwartości i palnięciem sobie w łeb z jakiejś efektownej czterdziestkipiatki
Prawdę mówiąc jeśli czegoś poważnie oczekuję, to oświadczenia kogokolwiek z naszych władz, mającego zarówno prawo w ich imieniu się wypowiadać jak też tyle odwagi by to zrobić, że po bzdetach wygadywanych przez „międzynarodową organizację MAK” przestajemy traktować poważnie to, co ona publikuje i co wygłasza na konferencjach.
I na koniec dodać, tak dla przeciwwagi i nośności tematu, coś o „szympansach z MAK-u”
*http://wiadomosci.onet.pl/kraj/nawet-szympans-w-wiezy-nie-przyczynilby-sie-do-tra,1,4186894,wiadomosc.html
** http://www.rmf24.pl/raport-zima/zimawnatarciu2/news-lotnisko-pod-sztokholmem-zamkniete-z-powodu-sniezyc,nId,316744
*** http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Warszawskie-lotnisko-zamkniete-z-powodu-sniezycy,wid,12897870,wiadomosc.html?ticaid=1bcc6
**** http://promotion.pl/promocje/tag/snieg-na-lotniskach/page/2
***** http://www.arabia.pl/content/view/288878/2/
piątek, 21 stycznia 2011
Na lotnictwie się nie znam, ale…
Na lotnictwie się nie znam, ale czasem zdarzyło mi się jakąś fabułę albo i dokument o tematyce lotniczej oglądnąć (wiem, że ten archaizm może kogoś o ból zębów przyprawić ale trudno…). I w związku z tym, co tam oglądałem mam jedno pytanie. Takie, które chyba nie padło jeszcze a wiąże się z tysiąc razy powtórzoną od 10 kwietnia kwestią dotyczącą „odejścia Tu154 101 na lotnisko zapasowe”. A w zasadzie tego, że Tu nie odszedł.
Otóż zdarzało się w filmach oglądanych, że ten i ów samolot nie mógł z jakichś tam powodów (najczęściej bo go kontrolerzy nie wpuszczali choć był jak najbardziej cywilny) lądować na lotnisku swego przeznaczenia. I odsyłany był na inne lotnisko.
Ciekawe, czy ktoś zauważył w poprzednim zdaniu słówko kluczowe. Tak, chodzi o słowo „odsyłany”.
Ile razy nie oglądałbym tych fabuł i dokumentów o latających w różnych warunkach aeroplanach nigdy (nigdy!) nie zdążyło mi się widzieć takiego epizodu, w którym pilot, na wieść o fatalnych warunkach na docelowym lotnisku, dajmy na to w Denver, chwyta wolant, bierze ostry wiraż i z piskiem opon zasuwa, dajmy na to, do Wichita czy Salt Lake City. Wdzięczność tematyki lotniczej z punktu widzenia kinematografii polega na tym, że w przestworzach, w których miejsca jest o, nomen omen, niebo więcej niż na ziemi, wszystko odbywa się według pewnego, naprawdę fotogenicznego (jak balet niemal) ceremoniału, z którego ot tak sobie, nie można być zwolnionym. Co za tym idzie trzeba, może i monotonnie, wykonywać pewne procedury, przyjmować i powtarzać komendy. I tak dalej, i tak dalej.
Tak więc ten pilot, co to go w Denver nie mogli przyjąć, słyszy od kontrolera, że ten go kieruje do, powiedzmy Wichita. Jest tam pewnie jakie lotnisko… Kieruje go tam nie na zasadzie „Lecisz stary do Wichita może tam cię przyjmą”. Wprowadza go do odpowiedniego korytarza. Pewnie ten i ów słyszał, że w takiej Ameryce, więc może też i na wschód od nas, samoloty latają wyznaczonymi korytarzami a nie jak im się chce albo jak popadnie. A skoro korytarz jest „wyznaczony” to ktoś go pilotowi musi wyznaczyć. Szczególnie gdy mu się cel lotu zmieni w trakcie tegoż lotu. Tak mi logika podpowiada, nie tylko filmy. W tych filmach, o których mówię, powtarzają taką, nie wiem czy prawdziwą kwestię „będę cie prowadził aż przejmą cię chłopaki z Wichita (czy tam Salt Lake City)”. I prowadzi. A później tamci, z Wichita przejmują. Czasem podają nowy korytarz, czasem też ustawiają w kolejce i podając wysokość wykonywania kręgów.
Jak na początku powiedziałem, na lotnictwie się nie znam. Więc pozwolę sobie zapytać tych, którzy od czasu do czasu tu i ówdzie bredzą o tym, że „Protasiuk powinien odejść na zapasowe” zamiast podchodzić w Smoleńsku. Zapytam, czy, inaczej niż w tych amerykańskich filmach miał faktycznie wziąć wiraż i z piskiem lecieć do tego Mińska czy Witebska? Czy może jednak ktoś powinien mu, tak jak ci zestresowani goście w wieżach amerykańskich lotnisk z filmów, zamknąć wjazd Smoleńsku, wskazać odpowiedni, nowy korytarz i prowadzić go nim aż go nie przejmą „chłopaki z Mińska (czy tam z Witebska)”.
Więc proszę sobie teraz kilka razy posłuchać wnikliwie taśmy ze smoleńskiej „wieży” i kilka razy powtórzyć słowa, które tam padają z ust „zestresowanych chłopaków” stamtąd.
"Sam podjął decyzję...niech sam dalej...."
O jaki korytarz i o jakie zapasowe może chodzić?????
Ale, w odróżnieniu od połowy Polski pewnie, ja na lotnictwie się nie znam. Czasem tylko jakiś film obejrzę…
Otóż zdarzało się w filmach oglądanych, że ten i ów samolot nie mógł z jakichś tam powodów (najczęściej bo go kontrolerzy nie wpuszczali choć był jak najbardziej cywilny) lądować na lotnisku swego przeznaczenia. I odsyłany był na inne lotnisko.
Ciekawe, czy ktoś zauważył w poprzednim zdaniu słówko kluczowe. Tak, chodzi o słowo „odsyłany”.
Ile razy nie oglądałbym tych fabuł i dokumentów o latających w różnych warunkach aeroplanach nigdy (nigdy!) nie zdążyło mi się widzieć takiego epizodu, w którym pilot, na wieść o fatalnych warunkach na docelowym lotnisku, dajmy na to w Denver, chwyta wolant, bierze ostry wiraż i z piskiem opon zasuwa, dajmy na to, do Wichita czy Salt Lake City. Wdzięczność tematyki lotniczej z punktu widzenia kinematografii polega na tym, że w przestworzach, w których miejsca jest o, nomen omen, niebo więcej niż na ziemi, wszystko odbywa się według pewnego, naprawdę fotogenicznego (jak balet niemal) ceremoniału, z którego ot tak sobie, nie można być zwolnionym. Co za tym idzie trzeba, może i monotonnie, wykonywać pewne procedury, przyjmować i powtarzać komendy. I tak dalej, i tak dalej.
Tak więc ten pilot, co to go w Denver nie mogli przyjąć, słyszy od kontrolera, że ten go kieruje do, powiedzmy Wichita. Jest tam pewnie jakie lotnisko… Kieruje go tam nie na zasadzie „Lecisz stary do Wichita może tam cię przyjmą”. Wprowadza go do odpowiedniego korytarza. Pewnie ten i ów słyszał, że w takiej Ameryce, więc może też i na wschód od nas, samoloty latają wyznaczonymi korytarzami a nie jak im się chce albo jak popadnie. A skoro korytarz jest „wyznaczony” to ktoś go pilotowi musi wyznaczyć. Szczególnie gdy mu się cel lotu zmieni w trakcie tegoż lotu. Tak mi logika podpowiada, nie tylko filmy. W tych filmach, o których mówię, powtarzają taką, nie wiem czy prawdziwą kwestię „będę cie prowadził aż przejmą cię chłopaki z Wichita (czy tam Salt Lake City)”. I prowadzi. A później tamci, z Wichita przejmują. Czasem podają nowy korytarz, czasem też ustawiają w kolejce i podając wysokość wykonywania kręgów.
Jak na początku powiedziałem, na lotnictwie się nie znam. Więc pozwolę sobie zapytać tych, którzy od czasu do czasu tu i ówdzie bredzą o tym, że „Protasiuk powinien odejść na zapasowe” zamiast podchodzić w Smoleńsku. Zapytam, czy, inaczej niż w tych amerykańskich filmach miał faktycznie wziąć wiraż i z piskiem lecieć do tego Mińska czy Witebska? Czy może jednak ktoś powinien mu, tak jak ci zestresowani goście w wieżach amerykańskich lotnisk z filmów, zamknąć wjazd Smoleńsku, wskazać odpowiedni, nowy korytarz i prowadzić go nim aż go nie przejmą „chłopaki z Mińska (czy tam z Witebska)”.
Więc proszę sobie teraz kilka razy posłuchać wnikliwie taśmy ze smoleńskiej „wieży” i kilka razy powtórzyć słowa, które tam padają z ust „zestresowanych chłopaków” stamtąd.
"Sam podjął decyzję...niech sam dalej...."
O jaki korytarz i o jakie zapasowe może chodzić?????
Ale, w odróżnieniu od połowy Polski pewnie, ja na lotnictwie się nie znam. Czasem tylko jakiś film obejrzę…
piątek, 7 stycznia 2011
Kwestia zaufania, kwestia wiary…(smoleńskie śledztwo)
Natknąłem się wczoraj, „skacząc” po kanałach telewizyjnych, na koniec audycji z udziałem Pawła Zalewskiego (niegdyś PiS dziś PO) Joanny Senyszyn (SLD) i Ryszarda Czarneckiego (niegdyś to i owo dziś PiS) w TVN24. O czym było nie wiem bo usłyszałem tylko końcową wypowiedź reprezentanta Platformy. Pan Zalewski, ze wsparciem kiwającej głową pani Senyszyn, tłumaczył czemu pomysł „umiędzynarodowienia” śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej jest absurdalny. Jest absurdalny, bo, jak pytał pan Zalewski, czemu mamy sądzić, że Rosjanie mieliby dopuścić członków ewentualnej międzynarodowej komisji do wszystkich istotnych dowodów w tej sprawie? Słuszne i logiczne pytanie. Dokładnie tak samo logiczne jak pytanie o to, czemu Rosjanie mieliby NIE DOPUŚCIĆ członków ewentualnej międzynarodowej komisji do wszystkich istotnych dowodów w tej sprawie.
Może do tej zabawy logiką jeszcze uda nam się wrócić ale teraz o czymś innym choć bliskim argumentacji pana Zalewskiego. Użyty przez niego argument usłyszałem nie po raz pierwszy i nie od niego pierwszego. Mam więc podstawy sądzić, że jest to coś w rodzaju półoficjalnego a nawet oficjalnego stanowiska PO w kwestii starań o powstanie międzynarodowej komisji śledczej w sprawie smoleńskiej. Rzec by się chciało, że sprytne a może nawet mądrze sformułowane. Tyle, że z miejsca przeciwko takiej pochwale buntuje się to moje, ciągle przywoływane, umiłowanie logiki. Logika zaś, wobec takiego stawiania sprawy, musi być bezlitosna.
Wróćmy więc znów do posła Zalewskiego obdzierającego mnie i resztę Polaków, mających akurat w ofercie telewizyjnej stację TVN24, ze złudzenia co do tego, że Rosjanie zechcieliby pokazać cokolwiek ewentualnym międzynarodowym śledczym. Dziwię się, że panu Zalewskiemu, gdy mówił, co mówił, w głowie nie urodziło się z miejsca pytanie jak pogodzić tę wizję nieżyczliwości Rosjan wobec hipotetycznych członków międzynarodowego ciała z serwowaną nam od miesięcy narracją PO w sprawie jakości prowadzonego śledztwa. Opierającą się przecież na niczym innym tylko na powoływaniu się na wyjątkową życzliwość strony rosyjskiej chcącej Polakom nieba wręcz przychylić nie mówiąc o uchylaniu wszelkich drzwi za którymi poskładano wszelkie istotne dowody i poszlaki.
Jak ta wyłaniająca się z oficjalnego stanowiska oficjalnych czynników państwa i partii i słów Zalewskiego dwoistość natury mogła umknąć uwadze przyjmujących ją polityków (Senyszyn choćby głową kiwająca…), dziennikarzy (cały TVN24 pewnie) czy nawet rodzin ofiar (pan Deresz na przykład). Ja jakoś nie potrafię pogodzić ze sobą wizji tych dwóch jakże odmiennych twarzy rosyjskich decydentów i śledczych. Ani tym bardziej znaleźć dla wyrysowanej słowami polityka PO wizji dwoistej natury Rosjan, co to raz z serca dają o co się poprosi a drugi raz nic nie dają, logicznego czy racjonalnego uzasadnienia.
Bo (wracając w okolicę pytań już w tym tekście zadanych) mieliby nie dać skoro nam dają? Albo (jeszcze ciekawiej) czemu, skoro wiemy, że im by nie dali, wierzymy, że nam dają wszystko?
To swoje przekonanie o „wzorowej współpracy” w śledztwie nasi rządzący politycy (którzy ponoszą lub kiedyś poniosą odpowiedzialność za jego wyniki) opierają na, bez dwóch zdań logicznym, tłumaczeniu, że nikomu tak, jak Rosjanom nie zależy na jak najszybszym i jak najbardziej rzetelnym wyjaśnieniu tej tragedii z kwietnia. Nie wiem czy zależy czy nie. Załóżmy, że zależy. W związku z tym oczekuję logicznego wytłumaczenia, czemu tym tak zdeterminowanym politykom i urzędnikom ościennego mocarstwa miałoby nagle przestać zależeć gdyby partnerem w tym wyjaśnianiu stała się międzynarodowa (a wiec bardziej odporna na jakieś pokusy stronniczości) komisja śledcza? Czy ci rzetelni i życzliwi Rosjanie tak naprawdę są chimeryczni i nieobliczalni jak jaki nastolatek w fazie wzmożonego wysypu pryszczy? I wszystko w tej sprawie, miast na fachowości i sumienności, opiera się na ich emocjach? Jak w takim razie brać ich poważnie? Tak poważnie jak ich bierze pan Tusk i jeszcze kilku panów i pań. I na tym „braniu poważnie” budować całą nasza nadzieję na rozwikłanie tej bezprecedensowej sprawie? Chyba tylko tak, że partnerem tego rozchwianego emocjonalnie „nastolatka” jest jego równolatek charakteryzujący się wyjątkowa naiwnością.
Powyższe rozważania i analiza niespójnego stanowiska polityków zbliżonych do rządu prowadzi do jednego, wielokrotnie padającego i równie wiele razy obśmianego wniosku. Wszelkie nasze (znaczy naszych decydentów) twierdzenia o pełnym dostępie naszych śledczych do materiałów śledztwa opierają się na niczym innym tylko na naszym ślepym zaufaniu do Rosjan i wierze w ich dobrą wolę.
Sugeruję, by poprzednie zdanie przeczytać jeszcze raz. Czyż nie brzmi jak jakiś mało finezyjny żart?
Trudno nie przyznać, że rządzący naszym państwem politycy mają poważny problem już nawet nie z tym, by przekonać nas, iż jeszcze (o ile w ogóle) nad tą sprawą panują. Mają nawet kłopot gdy starają się to wszystko choćby w przybliżeniu sensownie i logicznie tłumaczyć.
Na ten moment nie pozostaje nic innego jak tylko dziwić się lub oburzać, że tak ważna dla nich i w ogóle dla Polski, jako państwa, sprawa opiera się na ZAUFANIU DO ROSJAN I NA WIERZE W ICH DOBRĄ WOLĘ.
Boże Ty mój…
Może do tej zabawy logiką jeszcze uda nam się wrócić ale teraz o czymś innym choć bliskim argumentacji pana Zalewskiego. Użyty przez niego argument usłyszałem nie po raz pierwszy i nie od niego pierwszego. Mam więc podstawy sądzić, że jest to coś w rodzaju półoficjalnego a nawet oficjalnego stanowiska PO w kwestii starań o powstanie międzynarodowej komisji śledczej w sprawie smoleńskiej. Rzec by się chciało, że sprytne a może nawet mądrze sformułowane. Tyle, że z miejsca przeciwko takiej pochwale buntuje się to moje, ciągle przywoływane, umiłowanie logiki. Logika zaś, wobec takiego stawiania sprawy, musi być bezlitosna.
Wróćmy więc znów do posła Zalewskiego obdzierającego mnie i resztę Polaków, mających akurat w ofercie telewizyjnej stację TVN24, ze złudzenia co do tego, że Rosjanie zechcieliby pokazać cokolwiek ewentualnym międzynarodowym śledczym. Dziwię się, że panu Zalewskiemu, gdy mówił, co mówił, w głowie nie urodziło się z miejsca pytanie jak pogodzić tę wizję nieżyczliwości Rosjan wobec hipotetycznych członków międzynarodowego ciała z serwowaną nam od miesięcy narracją PO w sprawie jakości prowadzonego śledztwa. Opierającą się przecież na niczym innym tylko na powoływaniu się na wyjątkową życzliwość strony rosyjskiej chcącej Polakom nieba wręcz przychylić nie mówiąc o uchylaniu wszelkich drzwi za którymi poskładano wszelkie istotne dowody i poszlaki.
Jak ta wyłaniająca się z oficjalnego stanowiska oficjalnych czynników państwa i partii i słów Zalewskiego dwoistość natury mogła umknąć uwadze przyjmujących ją polityków (Senyszyn choćby głową kiwająca…), dziennikarzy (cały TVN24 pewnie) czy nawet rodzin ofiar (pan Deresz na przykład). Ja jakoś nie potrafię pogodzić ze sobą wizji tych dwóch jakże odmiennych twarzy rosyjskich decydentów i śledczych. Ani tym bardziej znaleźć dla wyrysowanej słowami polityka PO wizji dwoistej natury Rosjan, co to raz z serca dają o co się poprosi a drugi raz nic nie dają, logicznego czy racjonalnego uzasadnienia.
Bo (wracając w okolicę pytań już w tym tekście zadanych) mieliby nie dać skoro nam dają? Albo (jeszcze ciekawiej) czemu, skoro wiemy, że im by nie dali, wierzymy, że nam dają wszystko?
To swoje przekonanie o „wzorowej współpracy” w śledztwie nasi rządzący politycy (którzy ponoszą lub kiedyś poniosą odpowiedzialność za jego wyniki) opierają na, bez dwóch zdań logicznym, tłumaczeniu, że nikomu tak, jak Rosjanom nie zależy na jak najszybszym i jak najbardziej rzetelnym wyjaśnieniu tej tragedii z kwietnia. Nie wiem czy zależy czy nie. Załóżmy, że zależy. W związku z tym oczekuję logicznego wytłumaczenia, czemu tym tak zdeterminowanym politykom i urzędnikom ościennego mocarstwa miałoby nagle przestać zależeć gdyby partnerem w tym wyjaśnianiu stała się międzynarodowa (a wiec bardziej odporna na jakieś pokusy stronniczości) komisja śledcza? Czy ci rzetelni i życzliwi Rosjanie tak naprawdę są chimeryczni i nieobliczalni jak jaki nastolatek w fazie wzmożonego wysypu pryszczy? I wszystko w tej sprawie, miast na fachowości i sumienności, opiera się na ich emocjach? Jak w takim razie brać ich poważnie? Tak poważnie jak ich bierze pan Tusk i jeszcze kilku panów i pań. I na tym „braniu poważnie” budować całą nasza nadzieję na rozwikłanie tej bezprecedensowej sprawie? Chyba tylko tak, że partnerem tego rozchwianego emocjonalnie „nastolatka” jest jego równolatek charakteryzujący się wyjątkowa naiwnością.
Powyższe rozważania i analiza niespójnego stanowiska polityków zbliżonych do rządu prowadzi do jednego, wielokrotnie padającego i równie wiele razy obśmianego wniosku. Wszelkie nasze (znaczy naszych decydentów) twierdzenia o pełnym dostępie naszych śledczych do materiałów śledztwa opierają się na niczym innym tylko na naszym ślepym zaufaniu do Rosjan i wierze w ich dobrą wolę.
Sugeruję, by poprzednie zdanie przeczytać jeszcze raz. Czyż nie brzmi jak jakiś mało finezyjny żart?
Trudno nie przyznać, że rządzący naszym państwem politycy mają poważny problem już nawet nie z tym, by przekonać nas, iż jeszcze (o ile w ogóle) nad tą sprawą panują. Mają nawet kłopot gdy starają się to wszystko choćby w przybliżeniu sensownie i logicznie tłumaczyć.
Na ten moment nie pozostaje nic innego jak tylko dziwić się lub oburzać, że tak ważna dla nich i w ogóle dla Polski, jako państwa, sprawa opiera się na ZAUFANIU DO ROSJAN I NA WIERZE W ICH DOBRĄ WOLĘ.
Boże Ty mój…
niedziela, 2 stycznia 2011
Oczywista przyczyna katastrofy (stan na styczeń 2011 r.)
Przyczyna katastrofy jest arcyprosta. Rzekłbym równie odważnie i bez wątpliwości, że arcyprosta jak umysłowość wypowiadającej taką opinię osoby.
- Jestem osobiście przekonany, że nikt nie zakwestionuje tego, że główną przyczyną katastrofy smoleńskiej była próba lądowania podjęta w warunkach pogodowych, które się do tego absolutnie nie nadawały *
To tak genialnie proste i oczywiste jak znana z dowcipów o wojsku i uczelnianym studium wojskowym definicja śmierci, która to jest (co jest przecież arcyoczywiste i nikt tego nie zakwestionuje) „brakiem życia”.
Zastanawia mnie ta wypowiedź wcale nie dlatego, że jest jaka jest jeśli chodzi o jej merytoryczną wartość. Mógłbym czepiać się wskazując, że to, co osoba mówiąca uważa za przyczynę ja mam raczej za skutek. I prawdziwych przyczyn, nawet arcyboleśnie prostych, oczywistych i wszystkich innych wprost nie mogę się doczekać. Mimo, że przy nich chodzą dwie państwowe prokuratury, dwa „wyspecjalizowane” ciała i jeszcze pan Klich na dodatek. Chodzą, chodzą i, póki co, nic jakoś wychodzić nie mogą. Tak, jakby bezczelnie chcieli zasugerować, że mówienie o „głównej przyczynie” jest tylko demonstracją kompletnej ignorancji.
Ja zdaję sobie sprawę, że wysłanie społeczeństwu przekazu, w którym rzecz jest może i „arcybolesna” ale oczywista to taka reakcja obronna. Bo przyjęcie takiej wizji z miejsca zamyka możliwości dalszego drążenia. A to dla osoby wartość sama w sobie. Bo jak drążą to Bóg jeden wie do czego się mogą dokopać.
Coś podobnego pamiętam ze swego dzieciństwa. Podczas jednych z wakacji na wsi młodszy ode mnie kuzyn, mający ciągły problem w postaci nieuniknionego dla dziecka nadmiernie żywego, a takim właśnie był, popadania w kłopoty nierzadko kończące się laniem, nagle genialnie też odkrył „oczywistą przyczynę”. I to w formie niemal doskonałej. Rodzice sprezentowali mu (wiem, że to określenie deprecjonujące nieco zwierzę jako istotę ale cóż, prawda…) psa. Na jakiś czas kłopoty kuzyna odeszły w niepamięć. Za każdym razem gdy odkrywane było jakieś dzieło destrukcji, kuzyn, będący od dawna pierwszym podejrzanym, bez najmniejszej wątpliwości wskazywał „oczywistą” przyczynę – pieska. Nie wiem czy jego rodzice mu wierzyli czy też tak było im wygodniej bo nie jest wcale rzeczą przyjemną czy to strofowanie swego mocno nieletniego pierworodnego czy też aplikowanie mu wiedzy i zasad poprzez pośladki. Przestali gdy kolejna z win pieska okazała się nie do popełnienia bez wyspecjalizowanych kończyn górnych, których on na nieszczęście kuzyna nie posiadał. Kara objęła profilaktycznie również winy, które wcześniej pieskowi zaliczono i które jak najbardziej w jego możliwościach leżały. Tak to działa.
Zastanawia mnie, jak już sygnalizowałem wyżej, coś zupełnie innego. Oto osobiste przekonanie mówiącego, tak boleśnie oczywiste we wskazaniu osób odpowiedzialnych za tragedię prawie setki ludzi, ich rodzin i całego narodu, następuję niemal tuż po tym, gdy partyjny kolega osoby, niegdyś jej szef, z hukiem odsyła wypracowanie zespołu szukającego przyczyn tej samej tragedii jako „zbyt jednostronne”. A chyba bardziej jednostronne niż „osobiste przekonanie osoby, być nie mogło (choć kto wie skoro władza nie pozwoliła suwerenowi „luknąć” w broszurę).
Zastanawia mnie też ta pewność osoby co do tego, o czym mówi. Bo oznaczać może ona dwie możliwości. Pierwszą taką, że osobie ledwie czasu starcza na cokolwiek bo od samego dnia katastrofy nic innego nie robi tylko ślęczy nad kolejnymi materiałami mozolnie starając się dodać jedno do drugiego i osiągnąć jedyny prawdziwy wynik. I wie wszystko. Jak nikt inny…
Druga możliwość jest taka, że nie ślęczy, nie dodaje bo od samego początku wie jak było. Z całą swoją pewnością zacietrzewionego i stronniczego bufona, który na podstawie jednego obejrzanego odcinka popularnego serialu gotów jest przeprowadzać operację na otwartym sercu.
Cechą charakterystyczną umysłowości osoby zdaje się być to, że w swoich wypowiedziach publicznych, jak mało kto, potrafi posiać wątpliwość w umysłach tych wszystkich, którzy uznają, że wypowiadana opinia zawsze jest końcowym elementem pewnego procesu umysłowego.
Zastanawiam się czemu ta „oczywista” opinia o „arcyprostej” przyczynie katastrofy może służyć. W sytuacji, w której od miesięcy reglamentuje się społeczeństwu wiedzę, kiedy usiłuje się tłumaczyć iż takie sprawy wyjaśnia się właśnie długo i z mozołem. Kiedy to przeciąganie sprawy wywołuje wiele emocji. W sytuacji gdy obśmiano wszystkich tych, co też mieli swoje „arcyproste” i oczywiste tłumaczenia dla tej tragedii.
Zastanawiam się wreszcie kiedy ktoś raczy osobie zwrócić uprzejmą uwagę, że nie jest ona jakąś panią wygłaszającą w warzywniaku nikogo nie interesujące opinie lecz prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej od którego oczekuje się opinii wyważonych i opartych na jakichś bezspornych podstawach. „Osobiste przekonanie” to zbyt mało jako „bezsporna podstawa”.
Mamy już za sobą jeden nieszczęsny wywiad osoby. Wywiad, który pociągnął za sobą dość znaczące społecznie skutki. Mamy też za sobą nabór rozlicznych „mędrców”, których w jakimś tam celu osobie sprezentowano płacąc za to jak mniemam niemałymi i do tego publicznymi pieniędzmi. Mogę więc nie tylko oczekiwać ale nawet żądać jako ten, który jest nie tylko suwerenem w imieniu którego osoba pełni co pełnie ale i sponsorem płacącym za owo „pełnienie”, by szanowna osoba wzbogaciła swój sposób komunikowania się ze społeczeństwem o dodatkowy element. O myślenie nad tym co się ma zamiar powiedzieć.
*http://wyborcza.pl/1,75248,8892771,Komorowski__przyczyna_katastrofy_smolenskiej_arcybolesnie.html#ixzz19rP7mVA1
- Jestem osobiście przekonany, że nikt nie zakwestionuje tego, że główną przyczyną katastrofy smoleńskiej była próba lądowania podjęta w warunkach pogodowych, które się do tego absolutnie nie nadawały *
To tak genialnie proste i oczywiste jak znana z dowcipów o wojsku i uczelnianym studium wojskowym definicja śmierci, która to jest (co jest przecież arcyoczywiste i nikt tego nie zakwestionuje) „brakiem życia”.
Zastanawia mnie ta wypowiedź wcale nie dlatego, że jest jaka jest jeśli chodzi o jej merytoryczną wartość. Mógłbym czepiać się wskazując, że to, co osoba mówiąca uważa za przyczynę ja mam raczej za skutek. I prawdziwych przyczyn, nawet arcyboleśnie prostych, oczywistych i wszystkich innych wprost nie mogę się doczekać. Mimo, że przy nich chodzą dwie państwowe prokuratury, dwa „wyspecjalizowane” ciała i jeszcze pan Klich na dodatek. Chodzą, chodzą i, póki co, nic jakoś wychodzić nie mogą. Tak, jakby bezczelnie chcieli zasugerować, że mówienie o „głównej przyczynie” jest tylko demonstracją kompletnej ignorancji.
Ja zdaję sobie sprawę, że wysłanie społeczeństwu przekazu, w którym rzecz jest może i „arcybolesna” ale oczywista to taka reakcja obronna. Bo przyjęcie takiej wizji z miejsca zamyka możliwości dalszego drążenia. A to dla osoby wartość sama w sobie. Bo jak drążą to Bóg jeden wie do czego się mogą dokopać.
Coś podobnego pamiętam ze swego dzieciństwa. Podczas jednych z wakacji na wsi młodszy ode mnie kuzyn, mający ciągły problem w postaci nieuniknionego dla dziecka nadmiernie żywego, a takim właśnie był, popadania w kłopoty nierzadko kończące się laniem, nagle genialnie też odkrył „oczywistą przyczynę”. I to w formie niemal doskonałej. Rodzice sprezentowali mu (wiem, że to określenie deprecjonujące nieco zwierzę jako istotę ale cóż, prawda…) psa. Na jakiś czas kłopoty kuzyna odeszły w niepamięć. Za każdym razem gdy odkrywane było jakieś dzieło destrukcji, kuzyn, będący od dawna pierwszym podejrzanym, bez najmniejszej wątpliwości wskazywał „oczywistą” przyczynę – pieska. Nie wiem czy jego rodzice mu wierzyli czy też tak było im wygodniej bo nie jest wcale rzeczą przyjemną czy to strofowanie swego mocno nieletniego pierworodnego czy też aplikowanie mu wiedzy i zasad poprzez pośladki. Przestali gdy kolejna z win pieska okazała się nie do popełnienia bez wyspecjalizowanych kończyn górnych, których on na nieszczęście kuzyna nie posiadał. Kara objęła profilaktycznie również winy, które wcześniej pieskowi zaliczono i które jak najbardziej w jego możliwościach leżały. Tak to działa.
Zastanawia mnie, jak już sygnalizowałem wyżej, coś zupełnie innego. Oto osobiste przekonanie mówiącego, tak boleśnie oczywiste we wskazaniu osób odpowiedzialnych za tragedię prawie setki ludzi, ich rodzin i całego narodu, następuję niemal tuż po tym, gdy partyjny kolega osoby, niegdyś jej szef, z hukiem odsyła wypracowanie zespołu szukającego przyczyn tej samej tragedii jako „zbyt jednostronne”. A chyba bardziej jednostronne niż „osobiste przekonanie osoby, być nie mogło (choć kto wie skoro władza nie pozwoliła suwerenowi „luknąć” w broszurę).
Zastanawia mnie też ta pewność osoby co do tego, o czym mówi. Bo oznaczać może ona dwie możliwości. Pierwszą taką, że osobie ledwie czasu starcza na cokolwiek bo od samego dnia katastrofy nic innego nie robi tylko ślęczy nad kolejnymi materiałami mozolnie starając się dodać jedno do drugiego i osiągnąć jedyny prawdziwy wynik. I wie wszystko. Jak nikt inny…
Druga możliwość jest taka, że nie ślęczy, nie dodaje bo od samego początku wie jak było. Z całą swoją pewnością zacietrzewionego i stronniczego bufona, który na podstawie jednego obejrzanego odcinka popularnego serialu gotów jest przeprowadzać operację na otwartym sercu.
Cechą charakterystyczną umysłowości osoby zdaje się być to, że w swoich wypowiedziach publicznych, jak mało kto, potrafi posiać wątpliwość w umysłach tych wszystkich, którzy uznają, że wypowiadana opinia zawsze jest końcowym elementem pewnego procesu umysłowego.
Zastanawiam się czemu ta „oczywista” opinia o „arcyprostej” przyczynie katastrofy może służyć. W sytuacji, w której od miesięcy reglamentuje się społeczeństwu wiedzę, kiedy usiłuje się tłumaczyć iż takie sprawy wyjaśnia się właśnie długo i z mozołem. Kiedy to przeciąganie sprawy wywołuje wiele emocji. W sytuacji gdy obśmiano wszystkich tych, co też mieli swoje „arcyproste” i oczywiste tłumaczenia dla tej tragedii.
Zastanawiam się wreszcie kiedy ktoś raczy osobie zwrócić uprzejmą uwagę, że nie jest ona jakąś panią wygłaszającą w warzywniaku nikogo nie interesujące opinie lecz prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej od którego oczekuje się opinii wyważonych i opartych na jakichś bezspornych podstawach. „Osobiste przekonanie” to zbyt mało jako „bezsporna podstawa”.
Mamy już za sobą jeden nieszczęsny wywiad osoby. Wywiad, który pociągnął za sobą dość znaczące społecznie skutki. Mamy też za sobą nabór rozlicznych „mędrców”, których w jakimś tam celu osobie sprezentowano płacąc za to jak mniemam niemałymi i do tego publicznymi pieniędzmi. Mogę więc nie tylko oczekiwać ale nawet żądać jako ten, który jest nie tylko suwerenem w imieniu którego osoba pełni co pełnie ale i sponsorem płacącym za owo „pełnienie”, by szanowna osoba wzbogaciła swój sposób komunikowania się ze społeczeństwem o dodatkowy element. O myślenie nad tym co się ma zamiar powiedzieć.
*http://wyborcza.pl/1,75248,8892771,Komorowski__przyczyna_katastrofy_smolenskiej_arcybolesnie.html#ixzz19rP7mVA1
czwartek, 28 października 2010
Autorytet Państwa (w smoleńskim cieniu).
Przyznam, że z początku miał być tytuł nieco inny. Miało być „Honor Państwa” ale jak tylko to napisałem, uznałem, że to może być odebrane tylko jako mało finezyjny żart. A ja akurat w sprawie, której dotknę, od żartów jestem daleki.
Pamiętam jeszcze i mam zamiar długo pamiętać zapał, z jakim Donald Tusk zapewniał, że kwestia wyjaśnienia okoliczności i przyczyn katastrofy smoleńskiej to rzecz niezwykle istotna choćby właśnie z uwagi na autorytet państwa. Przyznam, że dotychczasowa praktyka obecnej ekipy mogła budzić spore obawy o to, co będzie głównym elementem emanacji autorytetu Państwa w tej sprawie. Przede wszystkim za sprawą wyraźnego skupiania się w ogólnym przekazie dotyczącym działań obecnej ekipy na tym, by było miło, ładnie i przyjemnie. Tu o to prosiło się szczególnie. Skoro istotna…
Wybór pana Ministra Millera jako osoby reprezentującej rząd w sprawie badań nad katastrofą z początku wzbudził zarówno moje zaskoczenie jak i pewne nadzieje. Nie ujmując nic panu Millerowi trudno przyjąć, że ta nominacja wynikała z chęci przydania działaniom ekipy Tuska w tej materii jakiejś ładnej twarzy. Twarz pan Miller ma, jaką ma, i tyle w tej kwestii. Widząc, że nie o pierwsze wrażenie tu jednak idzie można było przyjąć, że faktycznie choć przy tym rząd postawi na kwestie merytoryczne.
Niestety dalej było już tylko gorzej. Merytoryczna „twarz rządu” znikła gdy Minister Miller, sam z siebie zapewne (jak mniemam nie mając podstaw mniemać inaczej), mianował się rzecznikiem strony rosyjskiej w kwestii jej fachowości i wiarygodności. I postanowił na tej pozycji tkwić mimo wszystko. Mimo, że brak fachowości i wiarygodności nachalnie wychylał się skąd tylko mógł. Jak dotąd jest temu postanowieniu wierny. Na tyle, że można to uznać nawet za jakieś opętanie albo afekt miłosny.
Wczorajszy, dość skąpo relacjonowany w mediach (ku memu szczeremu zaskoczeniu) występ Ministra przed komisją sejmową jest na to dowodem, który podważyć byłby w stanie… tylko on sam. Będąc oczywiście w trakcie tegoż podważania przez swój afekt ślepym i na argumenty i na to, że w każdej sytuacji są granice śmieszności. Wczoraj pan Minister przekroczył je ochoczo i zamaszyście.
Pierwszy, zauważony przez mnie moment, gdy przydarzyło się to panu Ministrowi, nastąpił w chwili, w której beznamiętnie, jakby absolutnie nie docierała do niego absurdalność tej sytuacji, mówił o otrzymanym projekcie raportu MAK i terminie, który jego zespół ma by się do niego ustosunkować. Powiedział wówczas, że część stwierdzeń przekazanego przez stronę rosyjską projektu jest oparta na materiałach, których on i jego ekipa nie znają. I tyle. Nic o tym, że w związku z powyższym jakieś części raportu są bez najmniejszej wątpliwości nieweryfikowalne. „Nie znamy i już”. No może trochę więcej. Więcej o bełkot szefa- ministra, który streścić można tak „No dajcie nam te dokumenty. My przecież nie chcemy wam nic zrobić!”. *
A powinniśmy nie tylko chcieć. Powinniśmy, mając tę świadomość, którą ma pan Miller odnośnie kompletności źródeł, na których oparto raport, zrobić jedno. I to bez wątpliwości najmniejszych powinien zrobić to ostentacyjnie. Cały ten raport z miejsca powinien być wywalony na śmietnik. Bo w takich warunkach po prostu nie ma o czym mówić. I trudno mi założyć a nawet przypuszczać że do pana Millera to nie dotarło. Wszak nie jest możliwe, że za moje, nasze bezpieczeństwo odpowiada ktoś o tak ograniczonej percepcji i zdolności wyciągania wniosków. Choć to jednak bardzo możliwe. Bo jak na przykład można odebrać absurdalną odpowiedź na pytanie Ludwika Dorna o to, jaki charakter miał lit z 10 kwietnia. Stwierdzając, że nie zajmuje się „wątkami pobocznymi” Minister dał do zrozumienia, że albo naprawdę nie pojmuje, iż to jest w rzeczywistości kwestia dla sprawy fundamentalna albo też… Albo też powiedział dokładnie to co myśli. To mianowicie, że wszystkie sprawy, które w śledztwie są badane są sprawami „ubocznymi” zaś fundamentalne znaczenie ma coś zupełnie innego. I w tym momencie pan Miller faktycznie wykazał znakomitą orientację w temacie i, proszę o wybaczenie śmiałości, bezdenna głupotę równocześnie. Bo taka sugestia nie powinna padać. Niech Naród ją sobie międli w ramach „spiskowych teorii” a nie ma podaną niemal na tacy przez jednego z najistotniejszych ministrów tej ekipy. I na koniec, jako rodzynek, dodatkowy pokaz siły umysłu pana Millera. Pytany o sławny wręcz i szeroko komentowany film prezentujący postępowanie strony rosyjskiej z wrakiem popisał się tyradą niebywałą. Fakt cięcia wraku usprawiedliwił prawdopodobną możliwością „pobrania materiałów do badania” choć w przypadku „szefa komisji” mającego nadto w garści projekt KOŃCOWEGO raportu słowo „prawdopodobny” brzmi kompromitująco. Bo o takich „procedurach” w raporcie chyba coś powinno być wspomniane i ktoś, kto na temat tego raportu ma się wypowiedzieć musi mieć w tej kwestii pewność! Druga uwaga pana Ministra sugerująca, by nie wyciągać wniosków ze wspomnianego materiału gdyż wie on z doświadczenia, że różnie się jeszcze może okazać, po prostu rozbawiło mnie. Choć kontekst był mało zabawny. Nałożona na słowa pana Millera sekwencja pokazująca ruskiego sołdata wywalającego z zadowolona gębą łomem szkło z okna wraku może chyba tylko tak być przyjęta jako mająca sens gdyby miało się okazać, iż „Misja specjalna” zmanipulowała rzecz… puszczając nagranie od końca. W sytuacji gdy ten dzielny wojak starał się (czemu łomem akurat?) przywrócić zewłok maszyny do stanu używalności.
Poza rozbawieniem pomyślałem jednak i to, że jakoś w ustach szefa naszej komisji „wyjaśniającej przyczyny” słowo „okaże się” jest ewidentnie nie na miejscu. Bo nie ma się, panie Ministrze okazać! Pan, w chwilę po tym, jak się dowiedział, że taki materiał został pokazany (a nawet w zasadzie, że powstał) powinien z miejsca żądać wyjaśnień! I to nawet nie powinno podlegać dyskusji. Żadne okaże się! Media nie są od tego by cokolwiek za pana robić!
Wczorajszy pokaz „autorytetu Państwa” w wykonaniu pana Millera był może i przygnębiający. Ale racjonalności trudno mu odmówić. Co prawda jest to racjonalność specyficzna ale skuteczna. Przypomina mi ona pewien mechanizm oglądany i czytany w relacjach z poprzedniego systemu. W nim zawsze ktoś był winien, gdy coś szło nie tak. Ten „ktoś” znajdował się na takim szczeblu by „najwyższy szef” w takiej sytuacji miał możliwość obciążyć go pełną odpowiedzialnością za wszystko i ostentacyjnie wylać na zbity ryj pokazując przy tym jaki jest sprawny i troskliwy. Tu, jak sadzę, mamy do czynienia z udoskonaloną formą tej procedury. Pan Miller, gadając głupoty, zdaje się sugerować, że jest nie tylko świadom, że jakby co… ale wręcz to, iż brzemię to wziął na barki całkowicie się na nie zgadzając. Czyszcząc w sposób oczywisty swym zachowaniem Tuskowi drogę do występu, w którym ten będzie mógł publicznie powiedzieć „Obiecałem ale czyż mogłem przewidzieć, że człowiek, któremu tak bardzo zaufałem, tak bardzo zawiedzie?” (Łzy wzruszenia Polaków… Nieśmiałe oklaski…)
Albo też pan Millera faktycznie nie wie. Ani tego, że głupio czyni i gada ani tego, że zrobią z niego kozła ofiarnego. I trudno się dziwić że zrobią bo wręcz prosi się o to.
* „– Tylko strona rosyjska musi trochę pomóc poprzez dostarczenie dokumentu; myślę, że takie jest oczekiwanie polskiego społeczeństwa. My chcemy tylko prawdy, nie mamy zamiaru mówić, kto jest winny. Mamy zamiar przedstawić, co się działo i dlaczego się tak skończyło, i nic więcej – zaznaczył minister. Przypomniał, że komisja analizuje punkt po punkcie przebieg zdarzeń, nie zajmuje się kwestią winy. – Winą zajmują się sądy – dodał.”
Za : http://tvp.info/informacje/polska/komisja-millera-zakonczy-prace-w-styczniu/3135055
Pamiętam jeszcze i mam zamiar długo pamiętać zapał, z jakim Donald Tusk zapewniał, że kwestia wyjaśnienia okoliczności i przyczyn katastrofy smoleńskiej to rzecz niezwykle istotna choćby właśnie z uwagi na autorytet państwa. Przyznam, że dotychczasowa praktyka obecnej ekipy mogła budzić spore obawy o to, co będzie głównym elementem emanacji autorytetu Państwa w tej sprawie. Przede wszystkim za sprawą wyraźnego skupiania się w ogólnym przekazie dotyczącym działań obecnej ekipy na tym, by było miło, ładnie i przyjemnie. Tu o to prosiło się szczególnie. Skoro istotna…
Wybór pana Ministra Millera jako osoby reprezentującej rząd w sprawie badań nad katastrofą z początku wzbudził zarówno moje zaskoczenie jak i pewne nadzieje. Nie ujmując nic panu Millerowi trudno przyjąć, że ta nominacja wynikała z chęci przydania działaniom ekipy Tuska w tej materii jakiejś ładnej twarzy. Twarz pan Miller ma, jaką ma, i tyle w tej kwestii. Widząc, że nie o pierwsze wrażenie tu jednak idzie można było przyjąć, że faktycznie choć przy tym rząd postawi na kwestie merytoryczne.
Niestety dalej było już tylko gorzej. Merytoryczna „twarz rządu” znikła gdy Minister Miller, sam z siebie zapewne (jak mniemam nie mając podstaw mniemać inaczej), mianował się rzecznikiem strony rosyjskiej w kwestii jej fachowości i wiarygodności. I postanowił na tej pozycji tkwić mimo wszystko. Mimo, że brak fachowości i wiarygodności nachalnie wychylał się skąd tylko mógł. Jak dotąd jest temu postanowieniu wierny. Na tyle, że można to uznać nawet za jakieś opętanie albo afekt miłosny.
Wczorajszy, dość skąpo relacjonowany w mediach (ku memu szczeremu zaskoczeniu) występ Ministra przed komisją sejmową jest na to dowodem, który podważyć byłby w stanie… tylko on sam. Będąc oczywiście w trakcie tegoż podważania przez swój afekt ślepym i na argumenty i na to, że w każdej sytuacji są granice śmieszności. Wczoraj pan Minister przekroczył je ochoczo i zamaszyście.
Pierwszy, zauważony przez mnie moment, gdy przydarzyło się to panu Ministrowi, nastąpił w chwili, w której beznamiętnie, jakby absolutnie nie docierała do niego absurdalność tej sytuacji, mówił o otrzymanym projekcie raportu MAK i terminie, który jego zespół ma by się do niego ustosunkować. Powiedział wówczas, że część stwierdzeń przekazanego przez stronę rosyjską projektu jest oparta na materiałach, których on i jego ekipa nie znają. I tyle. Nic o tym, że w związku z powyższym jakieś części raportu są bez najmniejszej wątpliwości nieweryfikowalne. „Nie znamy i już”. No może trochę więcej. Więcej o bełkot szefa- ministra, który streścić można tak „No dajcie nam te dokumenty. My przecież nie chcemy wam nic zrobić!”. *
A powinniśmy nie tylko chcieć. Powinniśmy, mając tę świadomość, którą ma pan Miller odnośnie kompletności źródeł, na których oparto raport, zrobić jedno. I to bez wątpliwości najmniejszych powinien zrobić to ostentacyjnie. Cały ten raport z miejsca powinien być wywalony na śmietnik. Bo w takich warunkach po prostu nie ma o czym mówić. I trudno mi założyć a nawet przypuszczać że do pana Millera to nie dotarło. Wszak nie jest możliwe, że za moje, nasze bezpieczeństwo odpowiada ktoś o tak ograniczonej percepcji i zdolności wyciągania wniosków. Choć to jednak bardzo możliwe. Bo jak na przykład można odebrać absurdalną odpowiedź na pytanie Ludwika Dorna o to, jaki charakter miał lit z 10 kwietnia. Stwierdzając, że nie zajmuje się „wątkami pobocznymi” Minister dał do zrozumienia, że albo naprawdę nie pojmuje, iż to jest w rzeczywistości kwestia dla sprawy fundamentalna albo też… Albo też powiedział dokładnie to co myśli. To mianowicie, że wszystkie sprawy, które w śledztwie są badane są sprawami „ubocznymi” zaś fundamentalne znaczenie ma coś zupełnie innego. I w tym momencie pan Miller faktycznie wykazał znakomitą orientację w temacie i, proszę o wybaczenie śmiałości, bezdenna głupotę równocześnie. Bo taka sugestia nie powinna padać. Niech Naród ją sobie międli w ramach „spiskowych teorii” a nie ma podaną niemal na tacy przez jednego z najistotniejszych ministrów tej ekipy. I na koniec, jako rodzynek, dodatkowy pokaz siły umysłu pana Millera. Pytany o sławny wręcz i szeroko komentowany film prezentujący postępowanie strony rosyjskiej z wrakiem popisał się tyradą niebywałą. Fakt cięcia wraku usprawiedliwił prawdopodobną możliwością „pobrania materiałów do badania” choć w przypadku „szefa komisji” mającego nadto w garści projekt KOŃCOWEGO raportu słowo „prawdopodobny” brzmi kompromitująco. Bo o takich „procedurach” w raporcie chyba coś powinno być wspomniane i ktoś, kto na temat tego raportu ma się wypowiedzieć musi mieć w tej kwestii pewność! Druga uwaga pana Ministra sugerująca, by nie wyciągać wniosków ze wspomnianego materiału gdyż wie on z doświadczenia, że różnie się jeszcze może okazać, po prostu rozbawiło mnie. Choć kontekst był mało zabawny. Nałożona na słowa pana Millera sekwencja pokazująca ruskiego sołdata wywalającego z zadowolona gębą łomem szkło z okna wraku może chyba tylko tak być przyjęta jako mająca sens gdyby miało się okazać, iż „Misja specjalna” zmanipulowała rzecz… puszczając nagranie od końca. W sytuacji gdy ten dzielny wojak starał się (czemu łomem akurat?) przywrócić zewłok maszyny do stanu używalności.
Poza rozbawieniem pomyślałem jednak i to, że jakoś w ustach szefa naszej komisji „wyjaśniającej przyczyny” słowo „okaże się” jest ewidentnie nie na miejscu. Bo nie ma się, panie Ministrze okazać! Pan, w chwilę po tym, jak się dowiedział, że taki materiał został pokazany (a nawet w zasadzie, że powstał) powinien z miejsca żądać wyjaśnień! I to nawet nie powinno podlegać dyskusji. Żadne okaże się! Media nie są od tego by cokolwiek za pana robić!
Wczorajszy pokaz „autorytetu Państwa” w wykonaniu pana Millera był może i przygnębiający. Ale racjonalności trudno mu odmówić. Co prawda jest to racjonalność specyficzna ale skuteczna. Przypomina mi ona pewien mechanizm oglądany i czytany w relacjach z poprzedniego systemu. W nim zawsze ktoś był winien, gdy coś szło nie tak. Ten „ktoś” znajdował się na takim szczeblu by „najwyższy szef” w takiej sytuacji miał możliwość obciążyć go pełną odpowiedzialnością za wszystko i ostentacyjnie wylać na zbity ryj pokazując przy tym jaki jest sprawny i troskliwy. Tu, jak sadzę, mamy do czynienia z udoskonaloną formą tej procedury. Pan Miller, gadając głupoty, zdaje się sugerować, że jest nie tylko świadom, że jakby co… ale wręcz to, iż brzemię to wziął na barki całkowicie się na nie zgadzając. Czyszcząc w sposób oczywisty swym zachowaniem Tuskowi drogę do występu, w którym ten będzie mógł publicznie powiedzieć „Obiecałem ale czyż mogłem przewidzieć, że człowiek, któremu tak bardzo zaufałem, tak bardzo zawiedzie?” (Łzy wzruszenia Polaków… Nieśmiałe oklaski…)
Albo też pan Millera faktycznie nie wie. Ani tego, że głupio czyni i gada ani tego, że zrobią z niego kozła ofiarnego. I trudno się dziwić że zrobią bo wręcz prosi się o to.
* „– Tylko strona rosyjska musi trochę pomóc poprzez dostarczenie dokumentu; myślę, że takie jest oczekiwanie polskiego społeczeństwa. My chcemy tylko prawdy, nie mamy zamiaru mówić, kto jest winny. Mamy zamiar przedstawić, co się działo i dlaczego się tak skończyło, i nic więcej – zaznaczył minister. Przypomniał, że komisja analizuje punkt po punkcie przebieg zdarzeń, nie zajmuje się kwestią winy. – Winą zajmują się sądy – dodał.”
Za : http://tvp.info/informacje/polska/komisja-millera-zakonczy-prace-w-styczniu/3135055
piątek, 24 września 2010
Media uciekają ze Smoleńska
[Miałem pisać o czym innym. Napisze później…]
Wczesnym rankiem (brzmi to jak cytat z czytanki dla pierwszoklasistów- sześciolatków ale 4.50…) przejrzałem serwisy i wyszło mi na myśl, że media uciekają ze Smoleńska. Oczywiście nie dosłownie i nie wszystkie. Nie dosłownie bo ich tam tak naprawdę nie ma a jeśli już są to sporadycznie. Na co dzień są w takich swoich własnych Smoleńskach budowanych jak jaki Second Life. Jedne dłubią w nim tak głęboko i z takim uporem, że czasem nawet ci, co widza w tym oczywisty sens nieśmiało sugerują przesadę. Inne znowu od początku o Smoleńsku wiedziały wszystko i jeszcze więcej więc nie czuły żadnej potrzeby dłubania. A nawet jak zaczęły to poniechały tego jakiś czas temu. I później zdarzało się, że coś tam znalazły na wierzchu i obnosiły się z tym tak, jak było im najwygodniej.
Nie wszystkie zaś uciekają bo te tylko, dla których Smoleńsk dotąd nie był tym miejscem, gdzie rdzewiał wrak i walały się ludzkie kości lecz takim, gdzie punktem centralnym było Wawelskie Wzgórze zbezczeszczone ciałem mordercy a na ulicach kwitła przyjaźń polsko- radziecka i spacerował Kuba Wojewódzki śpiewając piosenki i meldując prezesowi wykonanie zadania.
Te przenosiny z jednego miejsca w drugie to zjawisko zastanawiające i znaczące zarazem. Znaczące bo dość zaskakująco potwierdzające rzucone kiedyś słowa, że „Prawda zwycięży”. Choć zgaduję, że w tych akurat redakcjach znane raczej w wersji „Prawda, k***a, zwycięży” wypowiadanej towarzyszeniem przeciągłego jęku zawodu.
Zastanawiające bo z miejsca rodzące pytanie „Czemu Adamie, czemu Mariuszu?”
Można nie zgodzić się z moją oceną a nawet ją wyśmiać ale dla mnie to dowód oczywisty tego, że czeka nas jakiś znaczący zwrot postępowania w sprawie katastrofy. Zwrot, wobec którego pozostawanie na stanowisku, że jest oczywistym i pewnym, iż to „Kaczor” zabił 96 osób a współpraca z Rosją jest skuteczna i owocna, obarczone być zaczęło zbyt dużym ryzykiem wyjścia na skończonych idiotów. Jeśli chce się pozostać „opiniotwórczym obiektywnym medium” i nie zostać tylko „opiniotwórczym”. Takim ryzykiem, które dałoby się porównać z trwaniem w dzisiejszych czasach przy opinii, że ziemia jest płaska. Mimo tego nawet, że tę „płaska ziemię” udało się wcisnąć tym 60% co im wawelski pochówek przestał pasować.
Ostrożne dołączanie „zaprzyjaźnionych” mediów do zwolenników „spisowych teorii” zastanawia jeszcze z jednego powodu. Zastanawia i to jeszcze jak będą te media się teraz przyjaźnić podważając równocześnie oficjalną wersję o tym, jak pani Minister przesiała ziemię, jak misternie ciała poskładała kawałek po kawałku niczym puzzle że nic nie brakowało i nie zostało. Jak będą się z uznaniem wyrażać o współpracy i pokazywać obok tego jak „fachowo” można pozwolić zdematerializować się koronnemu dowodowi leżącemu od miesięcy na betonowej płycie i na to jak nasi „moskiewscy przyjaciele” bez żenady najmniejszej ciągnęli miesiącami łacha z naszych „fachowców”.
Ale są w końcu na tym świecie rzeczy, które nie śniły się nawet filozofom. Więc tym bardziej nie zakłócą one snu tym, których całą filozofią jest przeczytać coś u Adama, obejrzeć coś u Mariusza i przyjąć to za swoje. Oni będą nadal przyjmować tę wypłaszczoną ziemię nie zwracając najmniejszej uwagi że im się „prawda” kolejnych odcinków nie zgadza z dotychczasową fabułą.
Spektakl będzie trwał dalej. A że zmieni się nieco wymowa? Cóż, w końcu to spektakl ponoć oparty na faktach. Choć dla nich to chyba gorzej.
Wczesnym rankiem (brzmi to jak cytat z czytanki dla pierwszoklasistów- sześciolatków ale 4.50…) przejrzałem serwisy i wyszło mi na myśl, że media uciekają ze Smoleńska. Oczywiście nie dosłownie i nie wszystkie. Nie dosłownie bo ich tam tak naprawdę nie ma a jeśli już są to sporadycznie. Na co dzień są w takich swoich własnych Smoleńskach budowanych jak jaki Second Life. Jedne dłubią w nim tak głęboko i z takim uporem, że czasem nawet ci, co widza w tym oczywisty sens nieśmiało sugerują przesadę. Inne znowu od początku o Smoleńsku wiedziały wszystko i jeszcze więcej więc nie czuły żadnej potrzeby dłubania. A nawet jak zaczęły to poniechały tego jakiś czas temu. I później zdarzało się, że coś tam znalazły na wierzchu i obnosiły się z tym tak, jak było im najwygodniej.
Nie wszystkie zaś uciekają bo te tylko, dla których Smoleńsk dotąd nie był tym miejscem, gdzie rdzewiał wrak i walały się ludzkie kości lecz takim, gdzie punktem centralnym było Wawelskie Wzgórze zbezczeszczone ciałem mordercy a na ulicach kwitła przyjaźń polsko- radziecka i spacerował Kuba Wojewódzki śpiewając piosenki i meldując prezesowi wykonanie zadania.
Te przenosiny z jednego miejsca w drugie to zjawisko zastanawiające i znaczące zarazem. Znaczące bo dość zaskakująco potwierdzające rzucone kiedyś słowa, że „Prawda zwycięży”. Choć zgaduję, że w tych akurat redakcjach znane raczej w wersji „Prawda, k***a, zwycięży” wypowiadanej towarzyszeniem przeciągłego jęku zawodu.
Zastanawiające bo z miejsca rodzące pytanie „Czemu Adamie, czemu Mariuszu?”
Można nie zgodzić się z moją oceną a nawet ją wyśmiać ale dla mnie to dowód oczywisty tego, że czeka nas jakiś znaczący zwrot postępowania w sprawie katastrofy. Zwrot, wobec którego pozostawanie na stanowisku, że jest oczywistym i pewnym, iż to „Kaczor” zabił 96 osób a współpraca z Rosją jest skuteczna i owocna, obarczone być zaczęło zbyt dużym ryzykiem wyjścia na skończonych idiotów. Jeśli chce się pozostać „opiniotwórczym obiektywnym medium” i nie zostać tylko „opiniotwórczym”. Takim ryzykiem, które dałoby się porównać z trwaniem w dzisiejszych czasach przy opinii, że ziemia jest płaska. Mimo tego nawet, że tę „płaska ziemię” udało się wcisnąć tym 60% co im wawelski pochówek przestał pasować.
Ostrożne dołączanie „zaprzyjaźnionych” mediów do zwolenników „spisowych teorii” zastanawia jeszcze z jednego powodu. Zastanawia i to jeszcze jak będą te media się teraz przyjaźnić podważając równocześnie oficjalną wersję o tym, jak pani Minister przesiała ziemię, jak misternie ciała poskładała kawałek po kawałku niczym puzzle że nic nie brakowało i nie zostało. Jak będą się z uznaniem wyrażać o współpracy i pokazywać obok tego jak „fachowo” można pozwolić zdematerializować się koronnemu dowodowi leżącemu od miesięcy na betonowej płycie i na to jak nasi „moskiewscy przyjaciele” bez żenady najmniejszej ciągnęli miesiącami łacha z naszych „fachowców”.
Ale są w końcu na tym świecie rzeczy, które nie śniły się nawet filozofom. Więc tym bardziej nie zakłócą one snu tym, których całą filozofią jest przeczytać coś u Adama, obejrzeć coś u Mariusza i przyjąć to za swoje. Oni będą nadal przyjmować tę wypłaszczoną ziemię nie zwracając najmniejszej uwagi że im się „prawda” kolejnych odcinków nie zgadza z dotychczasową fabułą.
Spektakl będzie trwał dalej. A że zmieni się nieco wymowa? Cóż, w końcu to spektakl ponoć oparty na faktach. Choć dla nich to chyba gorzej.
piątek, 30 lipca 2010
Nieoczekiwana zmiana ról („Smoleńsk głupcze!”)
Od kliku dni mam nieodparte wrażenie, że „w temacie zawłaszczania” katastrofy smoleńskiej następuje zmiana ról. Wbrew tytułowi ani ona nieoczekiwana ani, tym bardziej zadziwiająca. Ledwie zdążyliśmy się oswoić z narzucaną nam zewsząd myślą, że PiS i Kaczyński „będą grać” katastrofą a już okazuje się, że nastąpiło w tej sprawie zdecydowane przyspieszenie raczej z drugiej strony. Ożywiła się nie tylko prokuratura, będąca dotąd w sprawie smoleńskiej obdarzoną jednym z boskich atrybutów- trzeba było wierzyć, że istnieje choć nikt tego, że jest udowodnić nie był w stanie. Co więcej sprawą smoleńską nagle zainteresowały się inne czynniki oficjalne. Pierwsza (chwilowo) osoba w państwie z jakichś powodów zaczęła odczuwać pilną potrzebę wysłuchania tego co w sprawie katastrofy ma do powiedzenia szef prokuratorów. Podobna potrzebę zgłosiła, ustami pana posła Kalisza, sejmowa komisja sprawiedliwości. Ma ona oto nadzieję, że z prokuratorami pracującymi w tej sprawie będzie, w miarę potrzeb, spotykać się częściej.
Panu Marszałkowi Schetynie nadto zależy nagle, by to spotkanie, z którego tak cieszył się poseł Kalisz, było dostępne dla mediów.
„- Żeby posłowie mogli porozmawiać o problemach, które wiążą się z prowadzonym postępowaniem, żeby wysłuchali informacji i prokuratora Seremeta, i prokuratorów, którzy postępowanie prowadzą „
Nie wiem czy posłowie to takie psy Pawłowa którym na widok kamer i mikrofonów zaczynają buzować ślinianki i natychmiast rozwiązują się języki.
Pan Marszałek rzecz widzi jak najbardziej optymistycznie
„Mam nadzieję, że będziemy świadkami takiej dobrej, pełnej, rzetelnej polityki informacyjnej, obok prowadzonego postępowania”
Ja zaś zastanawiam się nad dwiema rzeczami. Zarówno pan marszałek jak i pan Kalisz- przewodniczący tyle razy w sprawie katastrofy i śledztwa smoleńskiego się wypowiadali, że można było odnieść wrażenie, iż o sprawie wiedzą wszystko albo i więcej. Druga rzecz wynika z faktu, że rzecz dzieje się nie 11 kwietnia czy choćby kilka dni po katastrofie lecz z okładem trzy miesiące później. Jak wiadomo takie przesunięcia w czasie zawsze sugerują a wręcz narzucają myśl o jakiejś koincydencji, która determinuje jakieś nagłe zwroty akcji czy przypływy bądź odpływy zainteresowania. Cóż zatem mogło spowodować, że jeden z najwyższych funkcjonariuszy państwa a do niedawna rządzącej partii, która dotąd do upadłego niemal apelowała by „zostawić śledztwo prokuratorom” nagle dostał takiej informacyjnej biegunki?
Wygląda na to, że Platforma Obywatelska ma zamiar „zagrać trumnami”, „iść po trupach do celu” i co tam się jeszcze w jej kręgach z fajnych powiedzonek nie urodziło, nie bez przyczyny. Takie „granie trumnami” jest chyba fajniejsze niż konieczność tłumaczenia się ze swej kompletnej impotencji w kwestiach merytorycznych. Tych, co to je nam Tusk publicznie z trybuny sejmowej obiecywał zapewniając, że zrobią to „by żyło się lepiej”. Wszystko wskazuje na to, że lepiej to już się nam pożyło i teraz trzeba będzie za to uiścić rachunek. Nasi czołowi rachmistrze już obliczą ile. Przy tej muzyczce, co ją Schetyna starał się dogadać z Seremetem ma nam zapewne ciśnienie mniej skoczyć.
Moim skromnym zdaniem ten „smoleński zwrot” Platformy Obywatelskiej to ewidentny sygnał pokazujący jak bardzo gorzej sprawy się mają od tego, co się nam sączy w gazetach. Gazety też w końcu „najbardziej zaufanych towarzyszy” skierowały na front walki o „smoleńska prawdę”. Więc nie dziwmy się, że w prasie i mediach elektronicznych największym zmartwieniem ciągle jest stan psychiczny Prezesa PiS a nie stan naszej gospodarki i potencjalny stan psychiczny Polaków jak wreszcie pojmą że nasi „fachowcy” od „nawozów i od świata” przez te trzy lata ordynarnie i ostentacyjnie dymali ich w przepięknie prezentującym się sztafażu tak zwanej „zielonej wyspy”.
Nie wiem czy dymanie Narodu kwalifikuje się do uznania za zboczenie. Widać jednak może być za to uznane skoro wiara z PO woli być jednaj nekrofilami niż narodoj****ami. Tak więc nie pozostaje mi nic innego powiedzieć narodowi jak tylko to, by trzymał się za portfele. Po właśnie zaczyna się zachowywać jak kieszonkowiec, który wybrał się na pogrzeb by w tłumie się obłowić licząc, że przy żałobie nikt o kieszeni myśleć nie będzie.
* Cytaty za: http://wiadomosci.onet.pl/2203695,11,spotkanie_schetyny_z_seremetem,item.html
Panu Marszałkowi Schetynie nadto zależy nagle, by to spotkanie, z którego tak cieszył się poseł Kalisz, było dostępne dla mediów.
„- Żeby posłowie mogli porozmawiać o problemach, które wiążą się z prowadzonym postępowaniem, żeby wysłuchali informacji i prokuratora Seremeta, i prokuratorów, którzy postępowanie prowadzą „
Nie wiem czy posłowie to takie psy Pawłowa którym na widok kamer i mikrofonów zaczynają buzować ślinianki i natychmiast rozwiązują się języki.
Pan Marszałek rzecz widzi jak najbardziej optymistycznie
„Mam nadzieję, że będziemy świadkami takiej dobrej, pełnej, rzetelnej polityki informacyjnej, obok prowadzonego postępowania”
Ja zaś zastanawiam się nad dwiema rzeczami. Zarówno pan marszałek jak i pan Kalisz- przewodniczący tyle razy w sprawie katastrofy i śledztwa smoleńskiego się wypowiadali, że można było odnieść wrażenie, iż o sprawie wiedzą wszystko albo i więcej. Druga rzecz wynika z faktu, że rzecz dzieje się nie 11 kwietnia czy choćby kilka dni po katastrofie lecz z okładem trzy miesiące później. Jak wiadomo takie przesunięcia w czasie zawsze sugerują a wręcz narzucają myśl o jakiejś koincydencji, która determinuje jakieś nagłe zwroty akcji czy przypływy bądź odpływy zainteresowania. Cóż zatem mogło spowodować, że jeden z najwyższych funkcjonariuszy państwa a do niedawna rządzącej partii, która dotąd do upadłego niemal apelowała by „zostawić śledztwo prokuratorom” nagle dostał takiej informacyjnej biegunki?
Wygląda na to, że Platforma Obywatelska ma zamiar „zagrać trumnami”, „iść po trupach do celu” i co tam się jeszcze w jej kręgach z fajnych powiedzonek nie urodziło, nie bez przyczyny. Takie „granie trumnami” jest chyba fajniejsze niż konieczność tłumaczenia się ze swej kompletnej impotencji w kwestiach merytorycznych. Tych, co to je nam Tusk publicznie z trybuny sejmowej obiecywał zapewniając, że zrobią to „by żyło się lepiej”. Wszystko wskazuje na to, że lepiej to już się nam pożyło i teraz trzeba będzie za to uiścić rachunek. Nasi czołowi rachmistrze już obliczą ile. Przy tej muzyczce, co ją Schetyna starał się dogadać z Seremetem ma nam zapewne ciśnienie mniej skoczyć.
Moim skromnym zdaniem ten „smoleński zwrot” Platformy Obywatelskiej to ewidentny sygnał pokazujący jak bardzo gorzej sprawy się mają od tego, co się nam sączy w gazetach. Gazety też w końcu „najbardziej zaufanych towarzyszy” skierowały na front walki o „smoleńska prawdę”. Więc nie dziwmy się, że w prasie i mediach elektronicznych największym zmartwieniem ciągle jest stan psychiczny Prezesa PiS a nie stan naszej gospodarki i potencjalny stan psychiczny Polaków jak wreszcie pojmą że nasi „fachowcy” od „nawozów i od świata” przez te trzy lata ordynarnie i ostentacyjnie dymali ich w przepięknie prezentującym się sztafażu tak zwanej „zielonej wyspy”.
Nie wiem czy dymanie Narodu kwalifikuje się do uznania za zboczenie. Widać jednak może być za to uznane skoro wiara z PO woli być jednaj nekrofilami niż narodoj****ami. Tak więc nie pozostaje mi nic innego powiedzieć narodowi jak tylko to, by trzymał się za portfele. Po właśnie zaczyna się zachowywać jak kieszonkowiec, który wybrał się na pogrzeb by w tłumie się obłowić licząc, że przy żałobie nikt o kieszeni myśleć nie będzie.
* Cytaty za: http://wiadomosci.onet.pl/2203695,11,spotkanie_schetyny_z_seremetem,item.html
czwartek, 29 lipca 2010
Hierarchia wartości czyli tekst pozornie zabawny.
Znalazłem w „Wyborczej” informację że oto powstaje komisja śledcza, która ma zbadać, czemu podczas ostatnich wyborów wyniki badań sondażowych poszczególnych firm działających na rynku i wynajętych w tamtych okolicznościach tak bardzo rozminęły się z rzeczywistymi preferencjami wyborców. Jeszcze nie przeczytałem do końca a już mną ta wiadomość wstrząsnęła. Bo z niej mi wyszło co tak naprawdę w naszej (tu mi się omal „ludowej” chyba z przyzwyczajenia podświadomego albo może z jasnowidzenia nie napisało) Ojczyźnie jest priorytetowe i najważniejsze. Wcale nie to, że jakiś tam samolot z jakimiś tam prezydentami, marszałkami i generałami jebutnął o ziemię i poszedł w drzazgi tylko że się wynik badania opinii paru firmom i paru telewizjom o te paręnaście procent jebutnął. To przecież oczywiste. Tamtym z samolotu rzecz jasna już wszystko jedno a w tym drugim przypadku ile nerwów żywym można by zaoszczędzić na przyszłość! Kto pamięta choćby zwycięski sztab i te oczy wytrzeszczone jak, za przeproszeniem, u kota srającego w sieczkę, z niepokoju czy będzie ta następna tura czy nie będzie, ten nie ma wątpliwości, że nie można nikogo na taki los więcej skazywać.
Tedy samolotowi mówimy nie a kotu z sieczką tak. I robimy komisję. Już widzę jak przed nią stają oczywiście niewinni prezesi różnych OBOP-ów i innych PBS DGA. Jak tłumaczą się że to i śmo a w ogóle że wszystko przez ten podły nawyk społeczeństwa co to albo prawdy nie mówi albo tak się przeciwko firmom rzeczonym zmówiło że na wybory idą nie ci, do których one, te firmy, akurat wcześniej zadzwoniły. No jak tak można?! I przez to wynik się wypacza. No bo miał iść Janek i popierać Koszałka a poszedł Franek wybrać Opałka. I nie pozostanie komisji śledczej nic innego jak wziąć i przesłuchać te ponad 20 milionów obywateli! Podoręczać im wezwania (kto nadąży z lizaniem znaczków?), zaprzysiąc wszystkich, co z nas uczyni najbardziej zaprzysięgły naród na świecie i pytać! Ponieważ z pozoru rzecz wydaje się beznadziejna sugeruję sięgnięcie do sprawdzonych wzorów. Wedle wydanej w czasach imperatora Piotra I instrukcji dotyczącej przesłuchania świadków (sic!) „korzystnie jest go zaraz gdy wejdzie mocno znienacka kijem w głowę zdzielić od czego ten zwykle zdumionym bywa” i za nic nie ma już ochoty kręcić ani zatajać. Można by nie bawić się detalicznie lecz już teraz zacząć hurtowo „zdumiewać” obywateli.
I bez wahania zaraz takiego „zdumionego” pytać o to czemu przeszacował Bronka albo niedoszacował Jarka. Albo też pytać czemu mówił tak a głosował siak.
I po czymś takim nie tylko jasne będzie, że naród pojął nie tylko jak ma nie postępować przy najbliższych wyborach ale i to, że czegoś tam od niego Ojczyzna jednak oczekuje. Jeśli nie chce on więcej być „wielce zdumionym”.
Dopiero dalsza lektura z tego snu o III Rze… czpospolitej mnie wyrwała brutalnie. Okazało się, że z dociekliwością Państwa, uosabianego przez (póki co) łaskawie nam panujących nie ma to nic wspólnego. To firmy, co tyle krwi w tę noc sukcesu napsuły naszym szanownie panującym, „w trosce o satysfakcję i zadowolenie klientów” same z siebie zdecydowały, że to, iż się im tak okrutnie jebutnęło, musi zbadać niezależna komisja. Wedle słów prezesa OFBOR ( co to jest?) Janusza Durlika taka kontrola to w Polsce precedens. Że ktoś się sam skontroluje… No, myślę… Jak mówi Prezes Durlik- „Jesteśmy gotowi przyjąć złe i dobre wyroki. Wokół badań wyborczych narosło wiele problemów.”* Zabrzmiało to jak „morituri salutant”.
Znów naszła mnie wizja, w której do Narodu decyduje się przemówić sam Tusk- Premier zwracając się tymi słowy: „Jesteśmy gotowi przyjąć złe i dobre wyroki. Wokół katastrofy smoleńskiej narosło wiele problemów” i zapowiada powołanie komisji, która zbada wszystkie aspekty sprawy. Ale zaraz sam się z siebie śmiać zacząłem bo czymże jest jakiś tam samolot z prezydentami, marszałkami i generałami co to się o jakąś tam brzózkę w jakimś tam Smoleński zahaczył przy tym że Premier miał w tamten wieczór oczy kota srającego w sieczkę i cały naród to widział!
* Pomysł i cytat za: http://wyborcza.pl/1,75248,8189240,Niezalezna_komisja_zbada_metodologie_sondazy_przedwyborczych.html#ixzz0v4CJ1UMI
Tedy samolotowi mówimy nie a kotu z sieczką tak. I robimy komisję. Już widzę jak przed nią stają oczywiście niewinni prezesi różnych OBOP-ów i innych PBS DGA. Jak tłumaczą się że to i śmo a w ogóle że wszystko przez ten podły nawyk społeczeństwa co to albo prawdy nie mówi albo tak się przeciwko firmom rzeczonym zmówiło że na wybory idą nie ci, do których one, te firmy, akurat wcześniej zadzwoniły. No jak tak można?! I przez to wynik się wypacza. No bo miał iść Janek i popierać Koszałka a poszedł Franek wybrać Opałka. I nie pozostanie komisji śledczej nic innego jak wziąć i przesłuchać te ponad 20 milionów obywateli! Podoręczać im wezwania (kto nadąży z lizaniem znaczków?), zaprzysiąc wszystkich, co z nas uczyni najbardziej zaprzysięgły naród na świecie i pytać! Ponieważ z pozoru rzecz wydaje się beznadziejna sugeruję sięgnięcie do sprawdzonych wzorów. Wedle wydanej w czasach imperatora Piotra I instrukcji dotyczącej przesłuchania świadków (sic!) „korzystnie jest go zaraz gdy wejdzie mocno znienacka kijem w głowę zdzielić od czego ten zwykle zdumionym bywa” i za nic nie ma już ochoty kręcić ani zatajać. Można by nie bawić się detalicznie lecz już teraz zacząć hurtowo „zdumiewać” obywateli.
I bez wahania zaraz takiego „zdumionego” pytać o to czemu przeszacował Bronka albo niedoszacował Jarka. Albo też pytać czemu mówił tak a głosował siak.
I po czymś takim nie tylko jasne będzie, że naród pojął nie tylko jak ma nie postępować przy najbliższych wyborach ale i to, że czegoś tam od niego Ojczyzna jednak oczekuje. Jeśli nie chce on więcej być „wielce zdumionym”.
Dopiero dalsza lektura z tego snu o III Rze… czpospolitej mnie wyrwała brutalnie. Okazało się, że z dociekliwością Państwa, uosabianego przez (póki co) łaskawie nam panujących nie ma to nic wspólnego. To firmy, co tyle krwi w tę noc sukcesu napsuły naszym szanownie panującym, „w trosce o satysfakcję i zadowolenie klientów” same z siebie zdecydowały, że to, iż się im tak okrutnie jebutnęło, musi zbadać niezależna komisja. Wedle słów prezesa OFBOR ( co to jest?) Janusza Durlika taka kontrola to w Polsce precedens. Że ktoś się sam skontroluje… No, myślę… Jak mówi Prezes Durlik- „Jesteśmy gotowi przyjąć złe i dobre wyroki. Wokół badań wyborczych narosło wiele problemów.”* Zabrzmiało to jak „morituri salutant”.
Znów naszła mnie wizja, w której do Narodu decyduje się przemówić sam Tusk- Premier zwracając się tymi słowy: „Jesteśmy gotowi przyjąć złe i dobre wyroki. Wokół katastrofy smoleńskiej narosło wiele problemów” i zapowiada powołanie komisji, która zbada wszystkie aspekty sprawy. Ale zaraz sam się z siebie śmiać zacząłem bo czymże jest jakiś tam samolot z prezydentami, marszałkami i generałami co to się o jakąś tam brzózkę w jakimś tam Smoleński zahaczył przy tym że Premier miał w tamten wieczór oczy kota srającego w sieczkę i cały naród to widział!
* Pomysł i cytat za: http://wyborcza.pl/1,75248,8189240,Niezalezna_komisja_zbada_metodologie_sondazy_przedwyborczych.html#ixzz0v4CJ1UMI
To jest najważniejsze.(wybory)
Wczorajsza decyzja sądu zamykająca ostatecznie możliwość dochodzenia prawdy o śmierci Grzegorza Przemyka wbrew pozorom i zapewne przekonaniu większości obserwatorów nabrała przez to osobliwie niezwykłej aktualności. I, mimo tego zadekretowanego przedawnienia powinna mocno usadowić się nie w naszej historii a w świadomości dzisiejszych polityków opozycji.
Od końca kampanii prezydenckiej Prawo i Sprawiedliwość nie ukrywa, że dla tego ugrupowania najważniejsza jest sprawa wyjaśnienia okoliczności katastrofy smoleńskiej. Jest to oczywiste i jak najbardziej celnie nazywane moralnym imperatywem. Ale jest to oczywiste w sposób, który już absolutnie nieoczywiście determinuje działania głównych polityków tej partii. To, co stanowi w chwili obecnej determinantę aktywności PiS-u nie może być nagle PiS-em w ogóle. Nie może być strategią taktyka i wszystkim innym. Powinna być przede wszystkim siłą napędową podstawowego celu tej partii na najbliższych kilkanaście miesięcy. Stanowic determinacje do tego by zrobić wszystko aby wybory w 2011 wygrać.
Jeśli naprawdę Jarosław Kaczyński i jego otoczenie chcą prawdziwej wiedzy i rozliczenia wynikających z niej wniosków powinni zacisnąć zęby i przeć do wyborczego zwycięstwa. Za wszelka cenę określoną granicami prawa i przyzwoitości.
Sprawa Przemyka pokazuje najdobitniej, iż nadzieje na to, że ludzie mogący w jakikolwiek sposób odpowiadać za dopuszczenie do zajścia będą zainteresowani rzetelnym jego wyjaśnieniem jest skrajną naiwnością. Jeśli cokolwiek zrobią rzetelnie to po sobie pozamiatają. Bezkarność morderców Grzegorza Przemyka to wypadkowa czasu jaki na to tamci dostali. Tego, że przez wiele lat gwałcona była zasada iż nikt we własnej sprawie sadzić nie powinien.
Jestem pewien, że jakiekolwiek działania PiS w kierunku odkrycia i ujawnienia prawdy o tragedii smoleńskiej z pozycji opozycyjnego petenta proszącego o cokolwiek nie mają najmniejszych szans na powodzenie. I nie ma tu większego znaczenia nieszczęsny falstart Macierewicza determinujący w przyszłości falstarty kolejne wedle logiki pospiesznej chęci rehabilitacji czymkolwiek. Na jego miejscu każdy by się zapewne potknął.
Konferencja Seremeta w oczywisty sposób pokazała jak dalekie od prawdy buły zapewnienia ministrów rządu i samego Premiera. To zaś bez wątpliwości wskazuje na to, że słowa i działania reprezentantów rządu w pierwszych godzinach czy dniach po katastrofie były panicznym przykrywaniem czegoś, co nie koniecznie o tej ekipie mogłoby świadczyć. Nie sądzę by teraz podejście tamtych ludzi zmieniło się. A jeśli tak właśnie jest to pozostawanie ich w tym miejscu, w którym sa teraz jest najlepszą metodą by za jakiś, pewnie dość długi czas, usłyszeć podobne słowa jakiegoś sądu jak w sprawie Grzegorza Przemyka.
Determinacja ekipy Tuska by przekonać społeczeństwo iż w Smoleńsku nie stało się nic godnego uwagi jest tak wielka, że samo nasuwa się podejrzenie, że równie wielki jest strach, że ludzie uznają inaczej.
Póki co działania takie, jakie zaprezentował Macierewicz pomagają w tym niezawodnie.
Dlatego mam obawy jak to się wszystko może skończyć i dlatego też uważam, że PiS powinien czym prędzej zmienić priorytety. Nie powinien zapominać, że cele osiąga się środkami. Cel sam w sobie traktowany jako środek to ewidentny brak koncepcji i równocześnie brak umiejętności prowadzenia skutecznej walki.
Nie mam nic przeciwko temu by celem PiS. oczywiście w żadnym wypadku jedynym, stało się wyjaśnienie katastrofy w Smoleńsku. Wbrew dobremu samopoczuciu ekipy Tuska świadczącemu o tym, że po nich i po ich szefie nie takie sprawy potrafią spłynąć, jest to rzecz niebywale doniosła i dla funkcjonowania państwa wręcz podstawowa. Ale środkiem do osiągnięcia tego celu mogą być tylko wygrane wybory. I to wygrane w najszybszym możliwym terminie. By dać jak najmniej czasu na zamiatanie.
Od końca kampanii prezydenckiej Prawo i Sprawiedliwość nie ukrywa, że dla tego ugrupowania najważniejsza jest sprawa wyjaśnienia okoliczności katastrofy smoleńskiej. Jest to oczywiste i jak najbardziej celnie nazywane moralnym imperatywem. Ale jest to oczywiste w sposób, który już absolutnie nieoczywiście determinuje działania głównych polityków tej partii. To, co stanowi w chwili obecnej determinantę aktywności PiS-u nie może być nagle PiS-em w ogóle. Nie może być strategią taktyka i wszystkim innym. Powinna być przede wszystkim siłą napędową podstawowego celu tej partii na najbliższych kilkanaście miesięcy. Stanowic determinacje do tego by zrobić wszystko aby wybory w 2011 wygrać.
Jeśli naprawdę Jarosław Kaczyński i jego otoczenie chcą prawdziwej wiedzy i rozliczenia wynikających z niej wniosków powinni zacisnąć zęby i przeć do wyborczego zwycięstwa. Za wszelka cenę określoną granicami prawa i przyzwoitości.
Sprawa Przemyka pokazuje najdobitniej, iż nadzieje na to, że ludzie mogący w jakikolwiek sposób odpowiadać za dopuszczenie do zajścia będą zainteresowani rzetelnym jego wyjaśnieniem jest skrajną naiwnością. Jeśli cokolwiek zrobią rzetelnie to po sobie pozamiatają. Bezkarność morderców Grzegorza Przemyka to wypadkowa czasu jaki na to tamci dostali. Tego, że przez wiele lat gwałcona była zasada iż nikt we własnej sprawie sadzić nie powinien.
Jestem pewien, że jakiekolwiek działania PiS w kierunku odkrycia i ujawnienia prawdy o tragedii smoleńskiej z pozycji opozycyjnego petenta proszącego o cokolwiek nie mają najmniejszych szans na powodzenie. I nie ma tu większego znaczenia nieszczęsny falstart Macierewicza determinujący w przyszłości falstarty kolejne wedle logiki pospiesznej chęci rehabilitacji czymkolwiek. Na jego miejscu każdy by się zapewne potknął.
Konferencja Seremeta w oczywisty sposób pokazała jak dalekie od prawdy buły zapewnienia ministrów rządu i samego Premiera. To zaś bez wątpliwości wskazuje na to, że słowa i działania reprezentantów rządu w pierwszych godzinach czy dniach po katastrofie były panicznym przykrywaniem czegoś, co nie koniecznie o tej ekipie mogłoby świadczyć. Nie sądzę by teraz podejście tamtych ludzi zmieniło się. A jeśli tak właśnie jest to pozostawanie ich w tym miejscu, w którym sa teraz jest najlepszą metodą by za jakiś, pewnie dość długi czas, usłyszeć podobne słowa jakiegoś sądu jak w sprawie Grzegorza Przemyka.
Determinacja ekipy Tuska by przekonać społeczeństwo iż w Smoleńsku nie stało się nic godnego uwagi jest tak wielka, że samo nasuwa się podejrzenie, że równie wielki jest strach, że ludzie uznają inaczej.
Póki co działania takie, jakie zaprezentował Macierewicz pomagają w tym niezawodnie.
Dlatego mam obawy jak to się wszystko może skończyć i dlatego też uważam, że PiS powinien czym prędzej zmienić priorytety. Nie powinien zapominać, że cele osiąga się środkami. Cel sam w sobie traktowany jako środek to ewidentny brak koncepcji i równocześnie brak umiejętności prowadzenia skutecznej walki.
Nie mam nic przeciwko temu by celem PiS. oczywiście w żadnym wypadku jedynym, stało się wyjaśnienie katastrofy w Smoleńsku. Wbrew dobremu samopoczuciu ekipy Tuska świadczącemu o tym, że po nich i po ich szefie nie takie sprawy potrafią spłynąć, jest to rzecz niebywale doniosła i dla funkcjonowania państwa wręcz podstawowa. Ale środkiem do osiągnięcia tego celu mogą być tylko wygrane wybory. I to wygrane w najszybszym możliwym terminie. By dać jak najmniej czasu na zamiatanie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)