Nie bardzo pojmuję czemu dziennikarze w takiej masie są prorządowi. Oczywiście nie chodzi mi o ich, ze tak powiem, stanowisko służbowe. Bo tam jest jasne, że szef każe i już. Ale wielu, jeśli nie większość z żurnalistów nie potrafi ukryć, że za tę władzę daliby się pokroić także prywatnie.
Dla mnie to nie jest logiczne. Bo kiedy patrzę na to, w jakich warunkach muszą pracować, wychodzi mi, że wszyscy, jak jeden mąż, powinni modlić się o powrót poprzedniej Rzeczypospolitej. Tej IV.
Wtedy wszystko, przynajmniej jeśli chodzi o dziennikarzy, było jasne i oczywiste. Sprowadzała się cała rzecz do tego, by złapać „newsa”. A dalej to już kwestie techniczne, warsztatowe. To dobry a nawet średniej jakości adept sztuki ma raczej w małym paluszku. I chyba mało kto uzna, że nie na tym polegać powinna ta profesja.
Dziś jest inaczej. Znalezienie „newsa” to dopiero początek drogi przez mękę. Wydaje się nawet, że najlepiej żadnych „newsów” nie szukać. Raz, że jakie one tam mogą być? Nie pytam jakie powinny bo wiadomo że dobre albo nawet znakomite. Chodzi o to, że nie są. I w tym problem. Ale nawet nie szukanie żadnych newsów nie gwarantuje spokoju. Zawsze przecież znajdzie się jakaś szuja która coś tam wygrzebie i zaraz są kłopoty.
Właściwie można mieć wątpliwość, czy jeszcze mamy do czynienia z dziennikarstwem. O ile w przypadku dziennikarzy krytycznych wobec władzy (jest ich garstka choć na ten przykład pan wicmarszałek Niesiołowski uważa że wszyscy są anty i że to się po prostu w głowie nie mieści!) to jeszcze jest proste, ta masa nie podzielająca przekonań tamtych faktycznie ma ciężko. Choćby przez to, że otoczenie jest wrogie. Niby „sami swoi” i takie tam ale wiadomo, że Bóg powinien nas strzec głownie przed przyjaciółmi. No więc przyjaźnią się oni choćby namiętnie z panem prezydentem a on im odwdzięcza „bulem” bez nadzieji”. I jest news choć ty, siadłszy, płacz! Ale to nie koniec że sobie świat dziennikarski nad tym popłacze. Oto redaktor naczelny ten i ów każe podnosić dupy z foteli i ruszać by szukać w „bulu” i „nadzieji” w czegoś podobnego w literackiej twórczości szefa opozycji.
Gorzej, że taki szef opozycji, który z tą większą częścią dziennikarskiego światka się nie przyjaźni (a raczej oni z nim) pójdzie do sklepu osiedlowego i mu z paragonu wynika, że drzewiej, gdy jeszcze nie był szefem opozycji, za to samo zapłaciłby połowę mniej. No jest news. W normalnych warunkach wystarczyłby tekst na temat pełzającej (albo może i cwałującej) drożyzny uzupełniony stosownym skanem paragonu. Teraz jednak nie. W końcu przyjaźń zobowiązuje. Tedy trzeba się było stadu mistrzów pióra i klawiatury ruszyć „na miasto” i stanąć na głowie, by powtórzyć wyczyn szefa opozycji za stawki, które nie pokażą w złym świetle szefa rządu. Udało się z „bulem” ale co się nabiegali żurnaliści po miejscach, w które pewnie w życiu by dobrowolnie nie włazili to ich!
Prawdę mówiąc dziwię się wszelkim redaktorom naczelnym, że w tak bezsensowny i nieracjonalny sposób gospodarują zasobem w postaci talentów zatrudnionych zespołów. Wszak większość redaktorów naczelnych pamięta minioną epokę, która, pieprząc wszystko inne, akurat w tej sprawie była wyjątkowo rozwojowa. Wtedy dziennikarzy nie wysyłano by latali po świecie szukać wszystkiego tego, o czym „ludzie gadali” że nie ma. Ich dziennikarskie tyłki tkwiły dalej w wygodnych, redakcyjnych fotelach a całą robotę odwalały ich kreatywne łby. Dowiadywaliśmy się więc, że nie ma co płakać po maśle, którego nikt nigdzie nie był w stanie uświadczyć bo przecież „margaryna jak masło” a dawet lepiej bo miała witaminę De i na oczy dobrze robiła. Choć czy stawianie na dobry wzrok w PRL-u było dobrą koncepcją to ja nie wiem.
I tu można było zdeptać prezesa opozycji, że cukier wcale nie krzepi lecz jest „biało śmiercią”, że kurczak jest z cała pewnością z fermy, gdzie utuczono go w stresie dioksynami i zarażono ptasią grypą no a kart… znaczy ziemniaki… Kto dziś je jakieś ziemniaki? I tak by nam z tych trzech dych z roku 2007 jeszcze z połowa została. Ktoś powie, że to nie jest możliwe. Też tak myślałem póki nie przeczytałem, że student potrafi za dziesięć złotych przeżyć tydzień.
Na pocieszenie żurnalistom pozostała rzecz z pozoru ewidentna czyli słowny pojedynek Małysza z Kaczyńskim. Małysz powiedział swoje, Kaczyński w zasadzie nic nie powiedział poza tym, że Małysz zna się na swoi on na swoim. Z jakiegoś powodu (zapewne z powodu tych samych co zawsze redaktorów naczelnych) wyszło dziennikarzom, że Kaczyński tłumi swobodę wypowiedzi Małysza. Choć prawdę mówiąc mi (zastrzegam że żurnalistą nie jestem więc gdzie mi tam do ich mądrości i różnych takich?) wyszło, że jeśli Kaczyński komuś stłumił swobodę wypowiedzi to najbardziej sobie ale to, to mu akurat wolno. Każdy Trybunał Konstytucyjny (choć pewnie z „bulem”) to przyzna.
Zaś w tej sprawie tak naprawdę redaktorzy naczelni powinni być szefowi opozycji wdzięczni, że ni słowa więcej nie powiedział. Mógł przecież powiedzieć, że o ile pan Małysz zna się na skakaniu to nie koniecznie na polityce tak jak on i Donald Tusk nie muszą przecież umieć skakać. Bo przecież nie pozostało buy już nic innego jak zgłoszenie Premiera do pucharu w skokach. I mogłoby się to skończyć tak, że już by się nie mieli ci redaktorzy naczelni z kom kolegować.
PS. Wszyscy, którzy wiedzą, jak potrafię „radzić sobie” z ortografią i czują się oburzeni mymi „żarcikami” z ortografii wg pana prezydenta wyjaśniam, że te moje cudzysłowy to oczywisty hołd dla niego. Gdyby nie strzelił on tych byków, które strzelił, ja bym je napisał bez cudzysłowu i byłoby na mnie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarze. Pokaż wszystkie posty
środa, 23 marca 2011
wtorek, 8 marca 2011
Duszno w III RP czyli… kto w to wpuścił dziennikarzy
Prawdę mówiąc zaskoczyła mnie nadeszła nie tak dawno powódź złych wieści dotyczących zięcia Lecha Kaczyńskiego, pana Dubienieckiego. Można by sądzić, że nie ma, nie było i nie będzie chyba w historii polskiej palestry owcy równie czarnej ja ten przypadek (choć ten kolor jest w tym środowisku dość popularny…). Tylko tak można było wyjaśnić to, że głównej „gazecie opiniotwórczej” starczyło na istny i chyba niespotykany w jej historii serial o jednej, prywatnej na dodatek osobie. Zastanawiała mnie ta perfekcja, z jaką „dziennikarze śledczy” Gazety wyłuskali ciemne sprawki tej ciemnej postaci. Choć pamiętając jak kiepsko poradził sobie „pion śledczy” Wyborczej z „afera Rywina” mogłem sądzić, że tym razem po prostu dopisało im szczęście.
Oczywiście przypadki się zdarzają, czasem dosłownie na ulicy można znajdować prawdziwe skarby. Szczególnie często, jak się okazuje, takie szczęście przydarza się oczywiście dziewczynom i chłopakom z Czerskiej znajdującym na ten przykład absolutnie tajne zdjęcia z miejsca katastrofy i stołu sekcyjnego. Szczęście tak wielkie, że dzierżący ten materiał panowie z prokuratury „bez najmniejszych wątpliwości” stwierdzili, że od nich nie mogły wypłynąć.
Okazuje się jednak, że u źródła każdego niemal „szczęścia” leży jakaś wola, by temu szczęściu pomóc. W przypadku „serialu” Wyborczej szczęście przybrało postać prokuratorów, którzy jak najbardziej szczęściu flagowego okrętu Agory dopomogli.
dzięki tym prokuratorom wychodzi na to, że w meczu Marcin Meller – Stefan Niesiołowski właśnie zrobiło się 1:0. To tak na marginesie twierdzenia pana Niesiołowskiego, że „Meller nie wie o czym mówi”.
Wychodzi też na to, że ci, którzy tak ochoczo poparli nową władzę w roku 2007 bo im się duszno zrobiło muszą wziąć teraz głębszy oddech. Bo znów mogą poczuć ucisk w klatce piersiowej.
Informacja dotycząca gromadzenia, najpewniej na potrzeby starcia nieokreślonego jeszcze wówczas kandydata PO na prezydenta(ale potencjalnie Donalda Tuska) z, jak się spodziewano, Lechem Kaczyńskim w pełni to poczucie duszności usprawiedliwi. Ma, już w tym stadium, dokładnie taki sam wymiar, jak te wszystkie, które stały się podstawą wykreowania w mediach i opinii publicznej wizji „pisowskiego państwa”, łamiącego wszelkie zasady demokracji i praworządności. Nad tamtymi oskarżeniami ma jednak tę przewagę, że one nie wyszły, mimo wielu starań, mimo ponawianych po czym umarzanych śledztw poza ogólne sugestie a ta sprawa jest dopiero do wyjaśnienia.
Czytając informacje pochodzące od Tomasza Tuczapskiego warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy. po pierwsze nie można im zarzucić, że są reakcją na obecna kampanię walenia w Kaczyńskiego i PiS za pomocą Dubienieckiego. Świadczy o tym choćby data pisma, które w tej sprawie miał otrzymać Prokurator Generalny. latem 2010 nikomu się jeszcze chyba nie śniło, że rok następny zaczniemy w cieniu „strasznego Dubienieckiego”.
Po drugie ciekawe jest to, że nagle pojawia się ABW z zaskakująca propozycję, którą na nieszczęście obecnej ekipy, pan Tuczapski miał zarejestrować.
Oczywiście reakcja prokuratury na sprawę zgłoszoną przez Tuczapskiego mnie nie dziwi. Dziwiłaby mnie inna zważywszy na to, że jeszcze wtedy PO „nie miało z kim przegrać”. Tak. Tak to jest z ta naszą „niezależną prokuraturą”. Wliczając w to i pana Prokuratora Generalnego, którego odpowiedzi w tej sprawie jakoś nigdzie nie znalazłem. A teraz chyba byłaby jak najbardziej na miejscu.
W całej sprawie ciekawe jest i to, że, jak twierdzi Tuczapski, już pierwsze jego zetknięcie z prokuratorem zaowocowało sugestią dotycząca bardzo konkretnych osób z otoczenia Lecha Kaczyńskiego. To zas świadczy, że nie tylko w kancelarii wspomnianego prawnika poszukiwane były „interesujące” materiały. Teraz, gdy serial o Dubienieckim w najlepsze puszczają różne „zaprzyjaźnione” media, aż prosi się o przygotowanie prequela, który ujawni jak dzielni śledczy weszli w posiadanie tej „strasznej” wiedzy. A w jakimś pobocznym wątku przydałoby się pokazać którędy płynie to wartkie źródełko, którym wiedza przepływa wprost na biurka co sprawniejszych dziennikarzy Gazety Wyborczej.
Oczywiście spodziewam się kontrakcji polegającej na jakimś oświadczeniu, że „bez najmniejszych wątpliwości” stwierdzono, że takie sytuacje nie miały miejsca. Tyle, że padło nieco konkretów i mam szczerą nadzieję, że i one w oczekiwanym dementi się pojawia. Dla pewności, gdyby uszło to uwadze jakiegoś rzecznika prasowego prokuratury, wydaje mi się konieczną odpowiedź na następujące, łatwe do weryfikacji, pytania:
- Czy faktycznie Prokurator Generalny otrzymał w lipcu 2010 r. list od Tomasza Tuczapskiego?
- Kiedy przesłana została autorowi odpowiedź Prokuratury Generalnej?
- Jakie kroki podjęte zostały w związku z otrzymanym listem?
Pytań do prokuratury wrocławskiej i legnickiej nie ma w tym momencie sensu formułować. Raz, że sprawa, po wyroku sądu nakazującym ponowne zbadanie sprawy przez legnickich prokuratorów stała się świeża. Dwa, że można przewidzieć jak się zakończy postępowanie, w którym prokuratorzy są niejako sędziami we własnej sprawie.
Nie wiem czy tam komu się znów duszno nie zrobiło od tego. O to trzeba by pytać takiego pana Mazowieckiego na przykład. Bez dwóch zdań zrobiło się jednak ciekawie. Bardzo ciekawie.
http://www.rp.pl/artykul/623148_Zbierano-haki-na-Dubienieckiego-.html
Oczywiście przypadki się zdarzają, czasem dosłownie na ulicy można znajdować prawdziwe skarby. Szczególnie często, jak się okazuje, takie szczęście przydarza się oczywiście dziewczynom i chłopakom z Czerskiej znajdującym na ten przykład absolutnie tajne zdjęcia z miejsca katastrofy i stołu sekcyjnego. Szczęście tak wielkie, że dzierżący ten materiał panowie z prokuratury „bez najmniejszych wątpliwości” stwierdzili, że od nich nie mogły wypłynąć.
Okazuje się jednak, że u źródła każdego niemal „szczęścia” leży jakaś wola, by temu szczęściu pomóc. W przypadku „serialu” Wyborczej szczęście przybrało postać prokuratorów, którzy jak najbardziej szczęściu flagowego okrętu Agory dopomogli.
dzięki tym prokuratorom wychodzi na to, że w meczu Marcin Meller – Stefan Niesiołowski właśnie zrobiło się 1:0. To tak na marginesie twierdzenia pana Niesiołowskiego, że „Meller nie wie o czym mówi”.
Wychodzi też na to, że ci, którzy tak ochoczo poparli nową władzę w roku 2007 bo im się duszno zrobiło muszą wziąć teraz głębszy oddech. Bo znów mogą poczuć ucisk w klatce piersiowej.
Informacja dotycząca gromadzenia, najpewniej na potrzeby starcia nieokreślonego jeszcze wówczas kandydata PO na prezydenta(ale potencjalnie Donalda Tuska) z, jak się spodziewano, Lechem Kaczyńskim w pełni to poczucie duszności usprawiedliwi. Ma, już w tym stadium, dokładnie taki sam wymiar, jak te wszystkie, które stały się podstawą wykreowania w mediach i opinii publicznej wizji „pisowskiego państwa”, łamiącego wszelkie zasady demokracji i praworządności. Nad tamtymi oskarżeniami ma jednak tę przewagę, że one nie wyszły, mimo wielu starań, mimo ponawianych po czym umarzanych śledztw poza ogólne sugestie a ta sprawa jest dopiero do wyjaśnienia.
Czytając informacje pochodzące od Tomasza Tuczapskiego warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy. po pierwsze nie można im zarzucić, że są reakcją na obecna kampanię walenia w Kaczyńskiego i PiS za pomocą Dubienieckiego. Świadczy o tym choćby data pisma, które w tej sprawie miał otrzymać Prokurator Generalny. latem 2010 nikomu się jeszcze chyba nie śniło, że rok następny zaczniemy w cieniu „strasznego Dubienieckiego”.
Po drugie ciekawe jest to, że nagle pojawia się ABW z zaskakująca propozycję, którą na nieszczęście obecnej ekipy, pan Tuczapski miał zarejestrować.
Oczywiście reakcja prokuratury na sprawę zgłoszoną przez Tuczapskiego mnie nie dziwi. Dziwiłaby mnie inna zważywszy na to, że jeszcze wtedy PO „nie miało z kim przegrać”. Tak. Tak to jest z ta naszą „niezależną prokuraturą”. Wliczając w to i pana Prokuratora Generalnego, którego odpowiedzi w tej sprawie jakoś nigdzie nie znalazłem. A teraz chyba byłaby jak najbardziej na miejscu.
W całej sprawie ciekawe jest i to, że, jak twierdzi Tuczapski, już pierwsze jego zetknięcie z prokuratorem zaowocowało sugestią dotycząca bardzo konkretnych osób z otoczenia Lecha Kaczyńskiego. To zas świadczy, że nie tylko w kancelarii wspomnianego prawnika poszukiwane były „interesujące” materiały. Teraz, gdy serial o Dubienieckim w najlepsze puszczają różne „zaprzyjaźnione” media, aż prosi się o przygotowanie prequela, który ujawni jak dzielni śledczy weszli w posiadanie tej „strasznej” wiedzy. A w jakimś pobocznym wątku przydałoby się pokazać którędy płynie to wartkie źródełko, którym wiedza przepływa wprost na biurka co sprawniejszych dziennikarzy Gazety Wyborczej.
Oczywiście spodziewam się kontrakcji polegającej na jakimś oświadczeniu, że „bez najmniejszych wątpliwości” stwierdzono, że takie sytuacje nie miały miejsca. Tyle, że padło nieco konkretów i mam szczerą nadzieję, że i one w oczekiwanym dementi się pojawia. Dla pewności, gdyby uszło to uwadze jakiegoś rzecznika prasowego prokuratury, wydaje mi się konieczną odpowiedź na następujące, łatwe do weryfikacji, pytania:
- Czy faktycznie Prokurator Generalny otrzymał w lipcu 2010 r. list od Tomasza Tuczapskiego?
- Kiedy przesłana została autorowi odpowiedź Prokuratury Generalnej?
- Jakie kroki podjęte zostały w związku z otrzymanym listem?
Pytań do prokuratury wrocławskiej i legnickiej nie ma w tym momencie sensu formułować. Raz, że sprawa, po wyroku sądu nakazującym ponowne zbadanie sprawy przez legnickich prokuratorów stała się świeża. Dwa, że można przewidzieć jak się zakończy postępowanie, w którym prokuratorzy są niejako sędziami we własnej sprawie.
Nie wiem czy tam komu się znów duszno nie zrobiło od tego. O to trzeba by pytać takiego pana Mazowieckiego na przykład. Bez dwóch zdań zrobiło się jednak ciekawie. Bardzo ciekawie.
http://www.rp.pl/artykul/623148_Zbierano-haki-na-Dubienieckiego-.html
piątek, 28 stycznia 2011
Upublicznić, rozmowę Kaczyńskich! („dziennikarz z Polski…”)
By było jasne – to nie moje oczekiwanie tylko Braci Moskali. I nie tylko ich. A w zasadzie można zaryzykować tezę, ze przede wszystkim nie ich. Dziś byłem zdecydowanie offline więc wielu przede mną skupiło się na nowym wątku w… Tu zastanowić się musiałem na który wątek się zdecydować. Czy na „ocieplaniu relacji polsko- rosyjskich” czy też na „śledztwie w sprawie katastrofy”. Ten pierwszy przyszedł mi do głowy z uwagi na treść jak też i… formę przekazu zawartego w „Komsomolskiej prawdzie”. O tej formie za chwilę. Co do treści nie będę jej przytaczał bo przytaczało już wielu (polecam wpis seamana) a zwrócę uwagę na… Właśnie na tę wspólnotę relacji polsko – rosyjskiej. Tak zgodnej w coraz większej ilości szczegółów. Jeśli się zwróci uwagę na akcenty postawione w materiale moskiewskiego dziennika trudno nie odnieść wrażenia że już się gdzieś to czytało. I nie chodzi mi o żadne tytuły publikujące cyrylicą. Znamienne jest natomiast zawarcie w materiale całkiem nowej informacji. Tej dotyczącej „specjalnej instrukcji”, która, gdyby istniała, czyniłaby z Lecha Kaczyńskiego absolutnego sprawcę katastrofy. I tak absolutnego, że winnego bez względu na to, co by zrobił. Nawet gdyby zapadł w sen akurat w momencie, gdy ważyły się losy TU 154 101, też byłby winny tego zbrodniczego zaniechania! Właściwie mógłby uratować się przed odpowiedzialnością gdyby posłuchał gotowego przed nim klęknąć (ciekawe czemu tego nie zrobił tylko wydzierał się „były prezydent Lech Kaczyński”?) pana Radka Sikorskiego i nie wsiadł na pokład. Tyle, ze ta „nowa” i już zdementowana przez wszystkich począwszy od ministra, przez generalicję aż po panią Jadzię z bufetu w MON-ie informacja, jak pisze „Komsopmolskaja prawda”, pochodzić ma od… polskiego dziennikarza.
Tak więc w zasadzie można powiedzieć, że wszystko, cokolwiek w tej sprawie się mówi, czy to w Warszawie czy w Moskwie, to narracja nasza, polska. Szczególnie ciekawie prezentuje się to w kontekście wszystkich tych, niepotwierdzonych wytworów umysłu bez dwóch zdań jakiegoś rodzimego szubrawca.
Nie dziwi mnie, że bywają „polscy dziennikarze”, zdolni do takiego poświęcenia, jak wrabianie świętej pamięci Lecha Kaczyńskiego przy pomocy wymyślonych przez siebie „tajnych instrukcji”. Dziennikarzy mamy różnych. Jedni nie z jedną „tajną instrukcją” mieli do czynienia, szczególnie w minionym okresie, inni nie takie rzeczy z głowy potrafią na poczekaniu podrzucić. Wystarczy tylko dodać do tych zdolności odrobinę specyficznego „dziennikarskiego obiektywizmu”. Takiego jak ten, którym tu i tam popisuje się choćby pan Jacek Pałasiński ( który potrafił, w 2010 r. na przykład, z jakiegoś tam tematu, o Burkina Faso choćby, nagle przeskoczyć i poinformować życzliwie „czy wiedzą państwo nota bene, że PiS też zadłużył państwo i to na 100 miliardów!”). Do tego dodać trudne do opanowania emocje. Jak te, które tu dziś znalazłem u pana Grzegorza Ziętkiewicza. Wspominam o nim tu, choć może ktoś uzna, że to nie w porządku, ale nie mogę komentować u niego. Z powodu braku zrozumienia zresztą. Kiedy zaczął on publikować w salonie24 i jego wpisy były dość często wyróżniane przez Administrację, zasugerowałem w jednym z komentarzy u niego, że powinien zostać „blogerem czerwonym” mając na myśli wiadomy status. Pan Ziętkiewicz obraził się że go od „czerwonych” wyzywam i zamknął mi możliwość polemiki u siebie. Może i dobrze zresztą…
W każdym razie taki obiektywizm i taki poziom emocji i bach! Oto na biurku jakiegoś redaktora „Komsomolskiej prawdy” ląduje (skutecznie tym razem) prezent z polski. Pachnąca wręcz jeszcze nowością „tajna instrukcja” autorstwa jakiegoś polskiego dziennikarza.
Pewnie w Ameryce czy gdzieś tam w wolnym od dawna świecie ktoś oburzyłby się (choć może nawet i nie- takie czasy i tacy dziennikarze) na ten jawny grzech przeciwko dziennikarskiej etyce. Ale u nas? Albo w Rosji??
Przecież cale dziesięciolecia stado dziennikarskiej braci niczym innym się nie zajmowało tylko kreowaniem rzeczywistości. I pewnie wielu gdzieś tam na Zachodzie, przypłaciło (jak, nie przymierzając Sartre w Moskwie!) utratą kontaktu z rzeczywistością nabytą w wielkim trudzie umiejętność posługiwania się językiem Polaków czy Moskali. Bo nagle dowiedzieli się gdzie mieści się ten naprawdę wolny i piękny świat. I chciałbym widzieć ich miny gdy popędzili go poznać :)
Cóż, ci niegdysiejsi „kreatorzy” świata na wschód od Łaby to dla wielu dzisiejszych naszych dziennikarzy prawdziwi mistrzowie wprowadzający kiedyś w arkana zawodu albo… koledzy z redakcji. Tedy niech nas ta instrukcja nie dziwi!
Ale jest w tym tekście „Komsomolskiej gazety” postulat arcyciekawy. Taki, który najczęściej pojawia się we wpisach na internetowych forach. Najczęściej we wpisach, które trudno nazwać „stonowanymi głosami w dyskusji”. Chodzi mi o postulat
„przekazania Rosjanom stenogramu rozmowy telefonicznej braci Kaczyńskich podczas lotu do Smoleńska, a także treści SMS-ów pasażerów samolotu, które mogli wysłać, gdy maszyna była na małej wysokości.
- A przecież tam mogą być bezpośrednie dowody "sterowania samolotem" przez zmarłego prezydenta" - sugeruje "Komsomolskaja Prawda".*
Też jestem za tym. Nie dlatego, że podzielam przekonanie moskiewskiej redakcji (a i tej, która postulat przytoczyła, jak mniemam) lecz z powodu absolutnie odmiennego. Pasjami lubię jak ci, których nie lubię i uważam za durniów, sami z siebie przeprowadzają niepodważalny dowód, ze durniami są i że moja niechęć do nich jest jak najbardziej uzasadniona.
Wyobraźmy sobie, że „strona polska” spełni postulat Rosjan. Albo i nie spełni ale zrobi tooświadczając, że „nie może przekazać tych materiałów bo są objęte klauzulą tą czy inną”. Byłoby paradnie. Oto nasze władze, w całkiem dobrej, załóżmy, wierze, bo w „dążeniu do prawdy”, nawet jeśli ona tylko „komsomolska”, przyznają, że… Uwaga szanowny czytelniku!
Przyznają, ni mniej ni więcej, że podsłuchiwały rozmowy Prezydenta, szefa opozycji oraz kontrolowały elektroniczną korespondencję najważniejszych osób w państwie!
Tak wiec dawajcie, Donaldowie, Millerowie, Bondaryki! Prześlijcie i ten materiał jakiejś redakcji z tej czy tamtej strony Bugu! Będzie jeszcze zabawniej! Tak bardzo, że będzie was za co bez dwóch zdań postawić przed Trybunałem Stanu.
Byłby to świetny epilog „rządów tysiąclecia” gdy zapalony ich kibol musiałby z rozdziawioną gębą poukładać sobie w głowie to, czy fajnie że „nareszcie wiadomo że Jaro kazał” z tym, że przy ich idolach wszystko, co mówiono o Ziobrze to bajki dla grzecznych dzieci. Tego by mogli nie wytrzymać.
Choć z drugiej strony tak już ich zahartowano.
Tak więc apeluję, upubliczniajcie panowie! Natychmiast! Który tam z was ma płytkę czy tam stenogramik!
*http://wyborcza.pl/1,75248,9018870,Nowa__tajna_instrukcja__czy_HEAD__Kto_naprawde__sterowal_.html#ix
Tak więc w zasadzie można powiedzieć, że wszystko, cokolwiek w tej sprawie się mówi, czy to w Warszawie czy w Moskwie, to narracja nasza, polska. Szczególnie ciekawie prezentuje się to w kontekście wszystkich tych, niepotwierdzonych wytworów umysłu bez dwóch zdań jakiegoś rodzimego szubrawca.
Nie dziwi mnie, że bywają „polscy dziennikarze”, zdolni do takiego poświęcenia, jak wrabianie świętej pamięci Lecha Kaczyńskiego przy pomocy wymyślonych przez siebie „tajnych instrukcji”. Dziennikarzy mamy różnych. Jedni nie z jedną „tajną instrukcją” mieli do czynienia, szczególnie w minionym okresie, inni nie takie rzeczy z głowy potrafią na poczekaniu podrzucić. Wystarczy tylko dodać do tych zdolności odrobinę specyficznego „dziennikarskiego obiektywizmu”. Takiego jak ten, którym tu i tam popisuje się choćby pan Jacek Pałasiński ( który potrafił, w 2010 r. na przykład, z jakiegoś tam tematu, o Burkina Faso choćby, nagle przeskoczyć i poinformować życzliwie „czy wiedzą państwo nota bene, że PiS też zadłużył państwo i to na 100 miliardów!”). Do tego dodać trudne do opanowania emocje. Jak te, które tu dziś znalazłem u pana Grzegorza Ziętkiewicza. Wspominam o nim tu, choć może ktoś uzna, że to nie w porządku, ale nie mogę komentować u niego. Z powodu braku zrozumienia zresztą. Kiedy zaczął on publikować w salonie24 i jego wpisy były dość często wyróżniane przez Administrację, zasugerowałem w jednym z komentarzy u niego, że powinien zostać „blogerem czerwonym” mając na myśli wiadomy status. Pan Ziętkiewicz obraził się że go od „czerwonych” wyzywam i zamknął mi możliwość polemiki u siebie. Może i dobrze zresztą…
W każdym razie taki obiektywizm i taki poziom emocji i bach! Oto na biurku jakiegoś redaktora „Komsomolskiej prawdy” ląduje (skutecznie tym razem) prezent z polski. Pachnąca wręcz jeszcze nowością „tajna instrukcja” autorstwa jakiegoś polskiego dziennikarza.
Pewnie w Ameryce czy gdzieś tam w wolnym od dawna świecie ktoś oburzyłby się (choć może nawet i nie- takie czasy i tacy dziennikarze) na ten jawny grzech przeciwko dziennikarskiej etyce. Ale u nas? Albo w Rosji??
Przecież cale dziesięciolecia stado dziennikarskiej braci niczym innym się nie zajmowało tylko kreowaniem rzeczywistości. I pewnie wielu gdzieś tam na Zachodzie, przypłaciło (jak, nie przymierzając Sartre w Moskwie!) utratą kontaktu z rzeczywistością nabytą w wielkim trudzie umiejętność posługiwania się językiem Polaków czy Moskali. Bo nagle dowiedzieli się gdzie mieści się ten naprawdę wolny i piękny świat. I chciałbym widzieć ich miny gdy popędzili go poznać :)
Cóż, ci niegdysiejsi „kreatorzy” świata na wschód od Łaby to dla wielu dzisiejszych naszych dziennikarzy prawdziwi mistrzowie wprowadzający kiedyś w arkana zawodu albo… koledzy z redakcji. Tedy niech nas ta instrukcja nie dziwi!
Ale jest w tym tekście „Komsomolskiej gazety” postulat arcyciekawy. Taki, który najczęściej pojawia się we wpisach na internetowych forach. Najczęściej we wpisach, które trudno nazwać „stonowanymi głosami w dyskusji”. Chodzi mi o postulat
„przekazania Rosjanom stenogramu rozmowy telefonicznej braci Kaczyńskich podczas lotu do Smoleńska, a także treści SMS-ów pasażerów samolotu, które mogli wysłać, gdy maszyna była na małej wysokości.
- A przecież tam mogą być bezpośrednie dowody "sterowania samolotem" przez zmarłego prezydenta" - sugeruje "Komsomolskaja Prawda".*
Też jestem za tym. Nie dlatego, że podzielam przekonanie moskiewskiej redakcji (a i tej, która postulat przytoczyła, jak mniemam) lecz z powodu absolutnie odmiennego. Pasjami lubię jak ci, których nie lubię i uważam za durniów, sami z siebie przeprowadzają niepodważalny dowód, ze durniami są i że moja niechęć do nich jest jak najbardziej uzasadniona.
Wyobraźmy sobie, że „strona polska” spełni postulat Rosjan. Albo i nie spełni ale zrobi tooświadczając, że „nie może przekazać tych materiałów bo są objęte klauzulą tą czy inną”. Byłoby paradnie. Oto nasze władze, w całkiem dobrej, załóżmy, wierze, bo w „dążeniu do prawdy”, nawet jeśli ona tylko „komsomolska”, przyznają, że… Uwaga szanowny czytelniku!
Przyznają, ni mniej ni więcej, że podsłuchiwały rozmowy Prezydenta, szefa opozycji oraz kontrolowały elektroniczną korespondencję najważniejszych osób w państwie!
Tak wiec dawajcie, Donaldowie, Millerowie, Bondaryki! Prześlijcie i ten materiał jakiejś redakcji z tej czy tamtej strony Bugu! Będzie jeszcze zabawniej! Tak bardzo, że będzie was za co bez dwóch zdań postawić przed Trybunałem Stanu.
Byłby to świetny epilog „rządów tysiąclecia” gdy zapalony ich kibol musiałby z rozdziawioną gębą poukładać sobie w głowie to, czy fajnie że „nareszcie wiadomo że Jaro kazał” z tym, że przy ich idolach wszystko, co mówiono o Ziobrze to bajki dla grzecznych dzieci. Tego by mogli nie wytrzymać.
Choć z drugiej strony tak już ich zahartowano.
Tak więc apeluję, upubliczniajcie panowie! Natychmiast! Który tam z was ma płytkę czy tam stenogramik!
*http://wyborcza.pl/1,75248,9018870,Nowa__tajna_instrukcja__czy_HEAD__Kto_naprawde__sterowal_.html#ix
wtorek, 28 września 2010
Dwie śmierci, dwie prawdy (a każda inna…)
„XX nie tylko trwa w poczuciu własnej racji ale czuje się bezkarny w rzucaniu kolejnych oskarżeń, przeciw osobie, która nie może się bronić.”*
Kogóż może dotyczyć powyższy fragment i gdzie można go znaleźć? Gdyby faktycznie zadać publicznie takie właśnie pytanie, dotyczące zamieszonego cytatu pewien niemal jestem, że większość odpowiadających „strzelałaby”, że to kolejny przejaw „obsesji” Jarosława Kaczyńskiego. Umieszczony zapewne na stronie PiS-u, w „Naszym Dzienniku” albo ostatecznie w „Rzeczpospolitej” i dotyczący któregoś z „kulturalnych i wrażliwych inaczej” adwersarzy specjalizujących się w rozpowszechnianiu „prawd” o „przyczynie smoleńskiej tragedii- Lechu Kaczyńskim”. Nic bardziej błędnego! Ani miejsce ani autor! Ba, nawet przedmiot troski jakże odległy.
Nie chodzi o bezkarne obrażanie Lecha Kaczyńskiego. W miejscu którego zaczerpnąłem cytat obrażanie Lecha Kaczyńskiego nie tylko uchodzi ale znajduje gorących orędowników jako najdoskonalsza emanacja wolności słowa. W tym miejscu za publicznym obrażaniem Lecha Kaczyńskiego opowiadają się artyści uczeni politycy… A miejsce im niemal nieba przychyla. Bo tym jest w pewnych kręgach udostępnianie tamtych łamów.
Nie będę dłużej nadwerężał cierpliwości ewentualnego czytelnika. Cytat pochodzi z „Gazety Wyborczej”, jest subtelnego autorstwa pana Czuchnowskiego i dotyczy śmierci pani Blidy.
Ściślej zaś jest gorącą filipiką przeciwko prawu do wyrażania opinii o przyczynach, które popchnęły panią Blidę do tego, co sama sobie zrobiła. Do wyrażania wspomnianych opinii przez zainteresowanego w sprawie Zbigniewa Ziobrę.
Pan Czuchnowski wyliczył pewnie wszystkie argumenty, którymi posłużył się Ziobro obstając przy uznanej przez siebie za prawdopodobną wersji przyczyn targnięcia się przez Blidę na życie. I za nic mu nie wychodzi, nie tylko to, że Ziobro może mieć rację. Za nic mu nie wychodzi jak też można bezkarnie coś takiego bez żadnych dowodów opowiadać.
Pyta o to pan Czuchnowski choć pewnie nie umknęło mu, jak bezkarnie, co jego macierz- gazeta relacjonowała ochoczo i, można odnieś wrażenie, rumieniąc się z emocji, opowiadał ten i ów o jakiej presji albo i o libacji, przez którą katastrofa stała się nieunikniona. Nie tylko nie mając dowodów ale i wiedząc, że dowody wskazują coś przeciwnego. Ale w tamtej sprawie dla pana Wojciecha i jego macierzy- gazety to taki nieistotny szczegół. Nie na tyle ważny by grzmieć.
No właśnie szanowno Agoro. Przedstaw choćby tak nieprzekonujące jak te przedstawione przez Ziobre argumenty, które pozwalały na twoich łamach rzucać oskarżenia na Lecha Kaczyńskiego. A jeśli znajdziesz tylko takie, jak te, które przytacza Ziobro (o ile takie znajdziesz) to wyślij pana Wojtka by zapytał czemu czuje się bezkarny Palikot, Niesiołowski i zgraja inteligentnych i kulturalnych inaczej. Wszak Lech Kaczyński, o czym zapewnie nie tylko pan Czuchnowski ale i nawet pan Adam Michnik sam wie zapewne doskonale wraz z panem Kurskim Jarosławem, też już sam bronić się nie może!
Nigdy nie ukrywałem, że Zbigniew Ziobro do moich ulubieńców nie należy. Powodem tego mojego braku sympatii do wspomnianego polityka są głownie jego wypowiedzi. Te, w których każda jego wpadka, a miał ich nieco, jawi się jako jednoosobowe powstrzymywanie ziobrową piersią ostatecznego nadejścia Goga i Magoga. Której dupereli przez siebie spieprzonej onże Zbigniew by nie bronił.
Ale prawda jest taka, że wolno mu (szanowny panie redaktorze „ostoi demokracji w kraju, na świecie, w domu i zagrodzie”, Wojciechu Czuchnowski) ani więcej ani też i mniej niż takim miłośnikom demokracji i praworządności jak to choćby Wajda, Palikot, Jackowska, Niesiołowski, Kutz. I nie ma znaczenia, panie Czuchnowski a nawet cala redakcjo, że tych lubicie a tamtego nie. Jak przestanie być wolno tamtym bezkarnie to i on bezkarny nie pozostanie. Bo, panie Czuchnowski i redakcjo cała, prawo wyboru w demokracji nie polega wcale na tym, że się wybiera, komu wolno a komu nie. W tym prawie chodzi o coś zupełnie innego.
* http://wyborcza.pl/1,75968,8435858,Bezkarnosc_Ziobry.html
Kogóż może dotyczyć powyższy fragment i gdzie można go znaleźć? Gdyby faktycznie zadać publicznie takie właśnie pytanie, dotyczące zamieszonego cytatu pewien niemal jestem, że większość odpowiadających „strzelałaby”, że to kolejny przejaw „obsesji” Jarosława Kaczyńskiego. Umieszczony zapewne na stronie PiS-u, w „Naszym Dzienniku” albo ostatecznie w „Rzeczpospolitej” i dotyczący któregoś z „kulturalnych i wrażliwych inaczej” adwersarzy specjalizujących się w rozpowszechnianiu „prawd” o „przyczynie smoleńskiej tragedii- Lechu Kaczyńskim”. Nic bardziej błędnego! Ani miejsce ani autor! Ba, nawet przedmiot troski jakże odległy.
Nie chodzi o bezkarne obrażanie Lecha Kaczyńskiego. W miejscu którego zaczerpnąłem cytat obrażanie Lecha Kaczyńskiego nie tylko uchodzi ale znajduje gorących orędowników jako najdoskonalsza emanacja wolności słowa. W tym miejscu za publicznym obrażaniem Lecha Kaczyńskiego opowiadają się artyści uczeni politycy… A miejsce im niemal nieba przychyla. Bo tym jest w pewnych kręgach udostępnianie tamtych łamów.
Nie będę dłużej nadwerężał cierpliwości ewentualnego czytelnika. Cytat pochodzi z „Gazety Wyborczej”, jest subtelnego autorstwa pana Czuchnowskiego i dotyczy śmierci pani Blidy.
Ściślej zaś jest gorącą filipiką przeciwko prawu do wyrażania opinii o przyczynach, które popchnęły panią Blidę do tego, co sama sobie zrobiła. Do wyrażania wspomnianych opinii przez zainteresowanego w sprawie Zbigniewa Ziobrę.
Pan Czuchnowski wyliczył pewnie wszystkie argumenty, którymi posłużył się Ziobro obstając przy uznanej przez siebie za prawdopodobną wersji przyczyn targnięcia się przez Blidę na życie. I za nic mu nie wychodzi, nie tylko to, że Ziobro może mieć rację. Za nic mu nie wychodzi jak też można bezkarnie coś takiego bez żadnych dowodów opowiadać.
Pyta o to pan Czuchnowski choć pewnie nie umknęło mu, jak bezkarnie, co jego macierz- gazeta relacjonowała ochoczo i, można odnieś wrażenie, rumieniąc się z emocji, opowiadał ten i ów o jakiej presji albo i o libacji, przez którą katastrofa stała się nieunikniona. Nie tylko nie mając dowodów ale i wiedząc, że dowody wskazują coś przeciwnego. Ale w tamtej sprawie dla pana Wojciecha i jego macierzy- gazety to taki nieistotny szczegół. Nie na tyle ważny by grzmieć.
No właśnie szanowno Agoro. Przedstaw choćby tak nieprzekonujące jak te przedstawione przez Ziobre argumenty, które pozwalały na twoich łamach rzucać oskarżenia na Lecha Kaczyńskiego. A jeśli znajdziesz tylko takie, jak te, które przytacza Ziobro (o ile takie znajdziesz) to wyślij pana Wojtka by zapytał czemu czuje się bezkarny Palikot, Niesiołowski i zgraja inteligentnych i kulturalnych inaczej. Wszak Lech Kaczyński, o czym zapewnie nie tylko pan Czuchnowski ale i nawet pan Adam Michnik sam wie zapewne doskonale wraz z panem Kurskim Jarosławem, też już sam bronić się nie może!
Nigdy nie ukrywałem, że Zbigniew Ziobro do moich ulubieńców nie należy. Powodem tego mojego braku sympatii do wspomnianego polityka są głownie jego wypowiedzi. Te, w których każda jego wpadka, a miał ich nieco, jawi się jako jednoosobowe powstrzymywanie ziobrową piersią ostatecznego nadejścia Goga i Magoga. Której dupereli przez siebie spieprzonej onże Zbigniew by nie bronił.
Ale prawda jest taka, że wolno mu (szanowny panie redaktorze „ostoi demokracji w kraju, na świecie, w domu i zagrodzie”, Wojciechu Czuchnowski) ani więcej ani też i mniej niż takim miłośnikom demokracji i praworządności jak to choćby Wajda, Palikot, Jackowska, Niesiołowski, Kutz. I nie ma znaczenia, panie Czuchnowski a nawet cala redakcjo, że tych lubicie a tamtego nie. Jak przestanie być wolno tamtym bezkarnie to i on bezkarny nie pozostanie. Bo, panie Czuchnowski i redakcjo cała, prawo wyboru w demokracji nie polega wcale na tym, że się wybiera, komu wolno a komu nie. W tym prawie chodzi o coś zupełnie innego.
* http://wyborcza.pl/1,75968,8435858,Bezkarnosc_Ziobry.html
Etykiety:
dziennikarze,
etyka,
media
Subskrybuj:
Posty (Atom)