Ja się dziwię. Właściwie całej tej sprawie w całej niezliczonej mnogości jej aspektów. Najbardziej zaś dziwię się oburzeniu, które wywołała decyzja pana sędziego Jabłońskiego. Nie, żebym uważał ja za słuszną. Powody są nieco inne. Samemu panu Sędziemu też się zresztą dziwię ale akurat nie z powodów, którymi zadziwił on innych.
Prawdę mówiąc nie mam pojęcia czy mi tekst uda się sklecić sensownie bo w tym gąszczu wątków zgubić się nie tak trudno.
Zacznę od tego zaskoczenia a nawet oburzenia, które decyzja sędziego wzbudziła nawet u osób, które sympatią do Kaczyńskiego nie pałały i wcale się z tym nie kryły. Powiem szczerze, że ich (szczególnie zaś dziennikarzy) reakcja na postanowienie sądu jest dla mnie dowodem ich hipokryzji i aktorstwa albo też braku profesjonalizmu. Oni nie tylko nie powinni się dziwić ale wręcz ze zrozumieniem kiwać głowami. Jeśli bowiem prześledzić publiczne wyjaśnienia przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, wygłoszone po tym, co sędzia Jabłoński zdecydował, jednym ze źródeł, które skłoniły sędziego do takiego kroku były materiały prasowe. I tu chciałbym zauważyć, że jeśli sędzia Jabłoński aż tak poważnie traktuje to, co wyczyta w gazetach, to jego działanie nosi znamiona nieracjonalnego gospodarowania środkami publicznymi albo też świadczy o tym, że niezbyt skrupulatnie albo wręcz niechlujnie przeprowadził prasówkę na temat umysłowej fiksacji Jarosława Kaczyńskiego. I w efekcie, zamierzając powołać biegłych, którzy zbadaliby stan zdrowia psychicznego prezesa PiS, naraził państwo na absolutnie niepotrzebny wydatek. A dziennikarze i politycy mu wcale nie pomagają. Tylko oburzają się bez dania racji!
Nie wiem czy pan sędzia Jabłoński zapoznał się był z szalenie istotną dla tej konkretnej sprawy, opublikowaną w pierwszej dekadzie kwietnia tego roku w „PlusMinus”, sobotnim dodatku do „Rzeczpospolitej” rozmową Roberta Mazurka z Jackiem Żakowskim. Jeśli nie to gruuuuby błąd, Panie Sędzio! Jeśli tak to… w sumie jeszcze większy! Świadczący o ewidentnym zaniechaniu! W rozmowie tej panowie sporo miejsca poświęcili stanowi intelektualnemu, emocjonalnemu i ogólnie psychicznemu braci Kaczyńskich. Rzecz nie skończyła się jednak na subiektywnych odczuciach. W pewnym momencie dialog panów mazurka i Żakowskiego przybrał taka oto postać:
Porozmawiajmy o Jarosławie Kaczyńskim. Co jest w nim takiego, że wywołuje pański żywiołowy sprzeciw?
A ile ma pan czasu? (śmiech) Streszczając to do jednego akapitu, musiałbym powiedzieć, że mentalność polityczna Kaczyńskiego i jego obozu zbudowana jest na lękowej strukturze osobowości, która powoduje, że wszędzie widzi on zagrożenia, a nie szanse, dostrzega wrogów, a nie partnerów, co prowadzi do nasilenia konfliktów, zamiast do szukania korzyści ze współpracy. Gdy taką logiką kieruje się władza, jest to fundamentalnie niebezpieczne dla państwa. Taka osobowość wymaga terapii.
Pan się na tym zna?
W ograniczonym zakresie, ale czytałem ekspertyzy na ten temat.(podkreślenie moje)
Dotyczące Kaczyńskiego?
Tak.
I dalej:
Dlatego w ramach tej odpowiedzialności za słowo w pańskim programie rozwijaliście tezę o szaleństwie Kaczyńskiego. Tylko że na to też dowodów brak!
Są widoczne objawy.
Wiem, że te fragmenty były już cytowane i szeroko komentowane. Czemu do nich wracam? Bo dziwię się, że teraz, gdy stan zdrowia Jarosława Kaczyńskiego stał się sprawa na absolutnym topie naszych problemów dnia obecnego nikt nie wykazuje choćby śladowej dociekliwości. Dziwię się, że nikt, pies z kulawa nogą nawet, nie kiwnął nawet palcem, by dotrzeć do nich i upublicznić przed narodem wspomniane przez pana Żakowskiego „ekspertyzy”, z których wynika, że Kaczyńskiemu potrzebna jest terapia. No i przy okazji nazwiska ich autorów- mistrzów świata w zdalnej diagnozie. Dziwi mnie poniechanie tak istotnego dla sprawy materiału bo przecież to chyba nie jest czymś zbyt trudnym zdobycie go w kraju, w którym „dziennikarze śledczy” swobodnie „docierają” do najtajniejszych nawet materiałów często niemal w chwili, gdy te dopiero powstają.
Ma też owa wstrzemięźliwość jeszcze i inny wymiar. Taki oto, że pan sędzia Jabłoński, mając w garści wspomniane przez Żakowskiego „ekspertyzy” mógłby zaoszczędzić jakąś tam część pieniędzy ledwie wiążącego koniec z końcem państwa, które to grosze wyda teraz, chyba niepotrzebnie, na ekspertów czy tam biegłych. Bo czy mogą być lepsi „eksperci” od tych, którzy potrafią stawiać diagnozę bez najmniejszego kontaktu z pacjentem? Lepszych „ekspertów” pan sędzia Jabłoński raczej nie znajdzie! A oni całą robotę już przecież odwalili o czym zaświadczał publicznie pan Żakowski. Szkoda tylko, że nie po nazwiskach. Przez co naród nie może swego zachwytu okazywać w sposób jakoś ukierunkowany.
* Źródło (płatne!):http://www.rp.pl/artykul/639871.html
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaczyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaczyński. Pokaż wszystkie posty
środa, 29 czerwca 2011
czwartek, 21 kwietnia 2011
Bezrobocie i Kaczyński
Oczywiście Kaczyńskiego w tytuł wlepiłem ze względów czysto marketingowych. No prawie czysto… Gdybym zostawił wyłącznie bezrobocie, nikt by się specjalnie moim tekstem nie zainteresował. Bo jak mówią nic nie ożywia akcji bardziej niż Kaczyński lub parę trupów. Albo cos w tym rodzaju. Po prawdzie ostatnio nawet i Kaczyński mi nie pomaga a trupów przecież nie urodzę!
Ten mój zabieg marketingowy naciągane uzasadnienie znajduje w kolejnym opublikowanym w „Rzeczpospolitej” tekście pani Flis- Kuczyńskiej, która, rzecz dla niej zwykła, jedyne zagrożenia, jaki stoją przed naszą ojczyzną, widzi w bezrobociu i Kaczyńskim. W tym drugim bardziej bo cała drży, że „obudzimy się w IV Rzeczypospolitej, w której znowu o świcie będą brygady w kominiarkach wyciągały z domów w świetle kamer telewizyjnych, na pokaz, ludzi posądzanych o przestępstwa”.* Ma prawo rzecz jasna drżeć, przyzwyczajona do ciepłej i przytulnej III RP, w której, jak wiadomo, o świcie do drzwi dzwoni wyłącznie mleczarz a brygady, jeśli już coś do kogoś mają, to umawiają się telefonicznie, mówią o co im chodzi a po przyjściu, karnie zdejmują buty i czynności dokonują w skarpetkach. Zostawmy więc Kaczyńskiego pani Kuczyńskiej bo wśród straszących tym zagrożeniem jest ona w ścisłej czołówce, dziwnym trafem noszącej dokładnie to samo nazwisko.
Ja podzielę się garstka uwag dotyczących tej plagi mniejszej. Przynajmniej wedle oceny Kuczyńskiej.
Jeśli pamiętamy słowa pana Donalda Tuska, a nie ma absolutnie powodu, by te słowa nie utkwiły w naszej pamięci, Polska jest dziś wielkim placem budowy. Takim, jakim w swej historii chyba nigdy nie była. Może zaraz po Wielkiej Wojnie ale wtedy raczej mieliśmy do czynienia z odbudową. A to coś odrobinę innego jednak. Tak więc tyle, ile teraz, nie budowało się w Polsce nigdy. Nie budowało się więc cztery lata temu, pięć, sześć i tak dalej.
Zgodnie z tą wizją pana Donalda Tuska, zgodnie z logiką, nigdy nie było chyba większej potrzeby znalezienia rąk do pracy, chcących i gotowych pracować dla naszej lu… znaczy dla naszej Ojczyzny. Siłą rzeczy jeśli na rynku pracy miałby istnieć jakiś tam głód czy też deficyt to raczej głód rak do pracy a nie ofert pracy. Wedle tej logiki, zgodnie z którą „mury pną się do góry” faktycznie młodzi Polacy powinni pakować się w Londynie, Dublinie, Edynburgu, Madrycie i gdzie tam jeszcze nie dumają na „paryskim bruku”, w najbliższe loty do Polski by zasilić tłumy junaków na współczesnych, wielkich budowach soch… znaczy III RP.
W moim miasteczku od lat chodzi sobie po ulicach pewien pan. Kiedyś, w poszukiwaniu pracy, pojawił się nawet w szkole, w której pracowałem, gotów wziąć etat matematyka. Ma więc wyższe wykształcenie. A nie ma pracy. Upływający jemu i tym, którzy w ogóle go zauważają czas stwierdzić jest najłatwiej na coraz krótszych nogawkach jego wciąż tych samych spodni. Nie zmienia się też, mimo upływu czasu, wstyd, z jakim, rozglądając się wokół, lustruje zawartość mijanych śmietników. Ekipy się zmieniają, on trwa.
Pewnie dopiero w sobotę pojadę do miasteczka, w którym mieszkali moi rodzice i gdzie pozostał brat. Zawiozę mu przy okazji trochę pieniędzy na przeżycie i znów daruję sobie rozmowę o poszukiwaniu przez niego pracy. Tam, gdzie mieszka, jest to równie sensowne, jak poszukiwanie kwiatu paproci w świętojańską noc. Nie myślcie, że nie próbował. Kiedy na Polskę, dzięki „łasce” rządzących, spłynęło „dobrodziejstwo” „otwartych rynków pracy” za granicą, pojechał i z konieczności szukał szczęścia wśród tej części rodaków zdobywających przyczółki w kolejnych zakątkach świata, do której nawet najbardziej fundamentalni patrioci nie chcieliby się za nic przyznać. Wrócił z konieczności zaraz po sławetnej obietnicy Tuska, zapowiadającej masowe powroty. Jego obecny los rozpisał się więc po trosze na Polskę Millera, Kaczyńskiego i Tuska. Polski Kaczyńskiego doświadczał tylko zdalnie. Szkoda, że nie było szansy, by na jego miejscu znalazł się ktoś, komu wtedy „duszno” było. Miałby lepsza perspektywę. To taka uwaga na margines… Nie zmienia to faktu, że żadna z tych Polsk nie była dla niego matką zbytnio kochającą. I taką została do dziś. Mimo, że jest przecież w końcu tym „placem budowy”.
Być może ta niezwykła i niepojęta dla mnie korelacja „niepotykanej skali rozbudowy” z rosnącym bezrobociem to po prostu kolejny cud obecnej ekipy i jej pełnego wiary w „metafizykę rządzenia” szefa. Wymykający się prawom fizyki oraz logiki. Jak to z cudami zresztą bywa.
A co do Kaczyńskiego to jego miejsce w tytule jest jak najbardziej uprawnione. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że w najbliższej kampanii wyborczej na każde wspomnienie o bezrobociu przypadnie z sześciu wspomnianych Kaczyńskich. Związek jest więc oczywisty. Oczywiście nie taki, że Kaczyński za to bezrobocie odpowiada. Taki natomiast, że nikt tak świetnie nie zasłania tego problemu jak Kaczyński. Choć taki z niego, jak się szlachetnie wspomina często, mikrus.
Tak to jest, że nagle, w zasadzie wbrew ogólnemu przekazowi rządzących przekonujących nas kiedyś usilnie, że „tu i teraz” i że „modernizujmy”, czy tam „budujmy zamiast uprawiać politykę”, nagle od pełnego gara i bezpiecznego bytu ważniejsze jest zapewnienie, że „nie przejdą”, „nie podpalą”. Wiem, jakby podpalili to i pełen gar spłonie…
Ale czemu nikt choćby na chwile się od tej zainicjowanej „akcji gaśniczej” nie oderwie by sobie na palcach te „wielkie budowy” i to bezrobocie zsumować i zauważyć, że się za nic nie bilansuje.
A więc chyba tylko ja zostanę ze swym pytaniem jak to jest do jasnej cholery możliwe? Że ten plac budowy i to bezrobocie… No bo to się nie mieści… I mi się zaraz jeszcze kojarzy ze sławną uwagą Himilsbacha, który widząc, jak się tamta, gierkowska Polska „pnie do góry” na początku dekady, jeszcze przed nadchodzącym krachem, zauważył: „Tyle dróg budują a, qrwa, nie ma dokąd iść…”
* http://www.rp.pl/artykul/646207_Flis-Kuczynska--Opuszczeni-o-zmroku.html
Ten mój zabieg marketingowy naciągane uzasadnienie znajduje w kolejnym opublikowanym w „Rzeczpospolitej” tekście pani Flis- Kuczyńskiej, która, rzecz dla niej zwykła, jedyne zagrożenia, jaki stoją przed naszą ojczyzną, widzi w bezrobociu i Kaczyńskim. W tym drugim bardziej bo cała drży, że „obudzimy się w IV Rzeczypospolitej, w której znowu o świcie będą brygady w kominiarkach wyciągały z domów w świetle kamer telewizyjnych, na pokaz, ludzi posądzanych o przestępstwa”.* Ma prawo rzecz jasna drżeć, przyzwyczajona do ciepłej i przytulnej III RP, w której, jak wiadomo, o świcie do drzwi dzwoni wyłącznie mleczarz a brygady, jeśli już coś do kogoś mają, to umawiają się telefonicznie, mówią o co im chodzi a po przyjściu, karnie zdejmują buty i czynności dokonują w skarpetkach. Zostawmy więc Kaczyńskiego pani Kuczyńskiej bo wśród straszących tym zagrożeniem jest ona w ścisłej czołówce, dziwnym trafem noszącej dokładnie to samo nazwisko.
Ja podzielę się garstka uwag dotyczących tej plagi mniejszej. Przynajmniej wedle oceny Kuczyńskiej.
Jeśli pamiętamy słowa pana Donalda Tuska, a nie ma absolutnie powodu, by te słowa nie utkwiły w naszej pamięci, Polska jest dziś wielkim placem budowy. Takim, jakim w swej historii chyba nigdy nie była. Może zaraz po Wielkiej Wojnie ale wtedy raczej mieliśmy do czynienia z odbudową. A to coś odrobinę innego jednak. Tak więc tyle, ile teraz, nie budowało się w Polsce nigdy. Nie budowało się więc cztery lata temu, pięć, sześć i tak dalej.
Zgodnie z tą wizją pana Donalda Tuska, zgodnie z logiką, nigdy nie było chyba większej potrzeby znalezienia rąk do pracy, chcących i gotowych pracować dla naszej lu… znaczy dla naszej Ojczyzny. Siłą rzeczy jeśli na rynku pracy miałby istnieć jakiś tam głód czy też deficyt to raczej głód rak do pracy a nie ofert pracy. Wedle tej logiki, zgodnie z którą „mury pną się do góry” faktycznie młodzi Polacy powinni pakować się w Londynie, Dublinie, Edynburgu, Madrycie i gdzie tam jeszcze nie dumają na „paryskim bruku”, w najbliższe loty do Polski by zasilić tłumy junaków na współczesnych, wielkich budowach soch… znaczy III RP.
W moim miasteczku od lat chodzi sobie po ulicach pewien pan. Kiedyś, w poszukiwaniu pracy, pojawił się nawet w szkole, w której pracowałem, gotów wziąć etat matematyka. Ma więc wyższe wykształcenie. A nie ma pracy. Upływający jemu i tym, którzy w ogóle go zauważają czas stwierdzić jest najłatwiej na coraz krótszych nogawkach jego wciąż tych samych spodni. Nie zmienia się też, mimo upływu czasu, wstyd, z jakim, rozglądając się wokół, lustruje zawartość mijanych śmietników. Ekipy się zmieniają, on trwa.
Pewnie dopiero w sobotę pojadę do miasteczka, w którym mieszkali moi rodzice i gdzie pozostał brat. Zawiozę mu przy okazji trochę pieniędzy na przeżycie i znów daruję sobie rozmowę o poszukiwaniu przez niego pracy. Tam, gdzie mieszka, jest to równie sensowne, jak poszukiwanie kwiatu paproci w świętojańską noc. Nie myślcie, że nie próbował. Kiedy na Polskę, dzięki „łasce” rządzących, spłynęło „dobrodziejstwo” „otwartych rynków pracy” za granicą, pojechał i z konieczności szukał szczęścia wśród tej części rodaków zdobywających przyczółki w kolejnych zakątkach świata, do której nawet najbardziej fundamentalni patrioci nie chcieliby się za nic przyznać. Wrócił z konieczności zaraz po sławetnej obietnicy Tuska, zapowiadającej masowe powroty. Jego obecny los rozpisał się więc po trosze na Polskę Millera, Kaczyńskiego i Tuska. Polski Kaczyńskiego doświadczał tylko zdalnie. Szkoda, że nie było szansy, by na jego miejscu znalazł się ktoś, komu wtedy „duszno” było. Miałby lepsza perspektywę. To taka uwaga na margines… Nie zmienia to faktu, że żadna z tych Polsk nie była dla niego matką zbytnio kochającą. I taką została do dziś. Mimo, że jest przecież w końcu tym „placem budowy”.
Być może ta niezwykła i niepojęta dla mnie korelacja „niepotykanej skali rozbudowy” z rosnącym bezrobociem to po prostu kolejny cud obecnej ekipy i jej pełnego wiary w „metafizykę rządzenia” szefa. Wymykający się prawom fizyki oraz logiki. Jak to z cudami zresztą bywa.
A co do Kaczyńskiego to jego miejsce w tytule jest jak najbardziej uprawnione. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że w najbliższej kampanii wyborczej na każde wspomnienie o bezrobociu przypadnie z sześciu wspomnianych Kaczyńskich. Związek jest więc oczywisty. Oczywiście nie taki, że Kaczyński za to bezrobocie odpowiada. Taki natomiast, że nikt tak świetnie nie zasłania tego problemu jak Kaczyński. Choć taki z niego, jak się szlachetnie wspomina często, mikrus.
Tak to jest, że nagle, w zasadzie wbrew ogólnemu przekazowi rządzących przekonujących nas kiedyś usilnie, że „tu i teraz” i że „modernizujmy”, czy tam „budujmy zamiast uprawiać politykę”, nagle od pełnego gara i bezpiecznego bytu ważniejsze jest zapewnienie, że „nie przejdą”, „nie podpalą”. Wiem, jakby podpalili to i pełen gar spłonie…
Ale czemu nikt choćby na chwile się od tej zainicjowanej „akcji gaśniczej” nie oderwie by sobie na palcach te „wielkie budowy” i to bezrobocie zsumować i zauważyć, że się za nic nie bilansuje.
A więc chyba tylko ja zostanę ze swym pytaniem jak to jest do jasnej cholery możliwe? Że ten plac budowy i to bezrobocie… No bo to się nie mieści… I mi się zaraz jeszcze kojarzy ze sławną uwagą Himilsbacha, który widząc, jak się tamta, gierkowska Polska „pnie do góry” na początku dekady, jeszcze przed nadchodzącym krachem, zauważył: „Tyle dróg budują a, qrwa, nie ma dokąd iść…”
* http://www.rp.pl/artykul/646207_Flis-Kuczynska--Opuszczeni-o-zmroku.html
wtorek, 5 kwietnia 2011
Pomnik – list do Platformy
„Nie nazywaj mnie psem bo hańbisz imię tych,
którzy legli z mojej ręki”
Wypowiedziana wczoraj przez pana Rafała Grupińskiego opinia na temat zasług Lecha Kaczyńskiego oraz należnego a raczej nienależnego mu, wedle zdania Grupińskiego, pomnika, zestawiona nadto z udawaną histerią wokół skrawka wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na temat narodowości śląskiej to bez wątpienia elementy jakiejś strategii wyborczej. I tak chyba najłatwiej je rozpatrywać. Jednak trudno nie pochylić się nad słowami Grupińskiego w sposób nieco poważniejszy. Poważny na tyle, na ile poważnie chcieliby zapewne być odbierani politycy i członkowie Platformy Obywatelskiej.
Nie wątpię, że pan Grupiński jest dużym i poważnym chłopcem. Nie żadnym tam gówniarzem, który ze złości czy bezsilności rzuca nagle coś, co pasuje do nieśmiertelnego wśród gówniarzy modelu argumentu per „twoja matka to k***a”. Jest pan Grupiński co najwyżej może dotknięty tym samym schorzeniem, na które wcześniej zapadli choćby panowie Borusewicz i Borowczak. Taką, dziwną dość w ich wieku, wybiórczą amnezją. Ale jestem ostatnim, który jemu, tamtym dwóm oraz całej reszcie odmawiałby jakichś zdolności logicznego myślenia i umiejętności racjonalnej oceny rzeczywistości.
Z takim przekonaniem mam prawo uważać, że tak naprawdę politycy PO, w tym pan Grupiński, doskonale wiedzą, iż z ich punktu widzenia pomnik dla Lecha Kaczyńskiego to najmniejszy koszt, jaki powinni ponieść. Że dla nich byłoby to wyjście najbardziej honorowe. Że tak naprawdę, za ich niewątpliwą przyczyną, na takie uhonorowanie przez nich zasługują już teraz obaj bracia- bliźniacy.
Powiedziane kiedyś zostało, że o wielkości najlepiej świadczy format wrogów, jakich posiadamy. Ostatnim zatem, co mogłoby leżeć w interesie polityka, chcącego uchodzić za poważnego i pretendującego do wielkości, jest tworzenie wrażenia, że jego życiowa droga to przepychanie się w tłumie karłów. I powtarzanie, że tak znacznie przerasta innych. Szczególnie gdy tych innych co i rusz rzuca społeczeństwu na pożarcie jako nieustającą i nieprzezwyciężoną przyczynę wszelkich swych, wcale nie rzadkich, niepowodzeń.
Powinien wziąć to sobie do serca i pan Grupiński i jego koledzy. Tym bardziej powinni to sobie wziąć do serca, że w żaden sposób on ani nikt inny z jego partii nie potrafi mnie a pewnie i wielu innych przekonać, że dla PO istnieje teraz jakiekolwiek życie bez Kaczyńskich.
Przez ostatnie lata oglądaliśmy nie tylko ciągłą wojnę polityków Platformy ze słowami, czynami a nawet myślami braci Kaczyńskich. Oglądaliśmy też konsternację, zagubienie i bezradność tej partii zawsze wtedy, gdy bracia Kaczyńscy schodzili im z celownika, z jakichś powodów się wyciszali, nie dawali wystarczających powodów do ataków. Choćby najbardziej irracjonalnych.
To nie moje odkrycie, że istotą sukcesu PO zdaje się być mniej jej sprawność w rządzeniu i przydatność dla państwa a zdecydowanie bardziej jej rozbuchana antykaczyńskość. Nie przypadkiem w każdej przedwyborczej opresji Platformy, prędzej czy później musi paść groźba „powrotu Kaczyńskiego”. Tak jest i panie i panowie z PO powinni przestać się tego wypierać.
Przyjęcia wojny z Kaczyńskimi jako permanentnego, uznanego chyba za doskonały, politycznego konceptu wyprzeć po prostu się nie da. Tym bardziej, że zaczyna on osiągać kształt wręcz groteskowy. Powoli sensem politycznego funkcjonowania PO staje się zaprzeczanie Kaczyńskiemu bez względu na to, co on powie i napisze. Nawet gdy takie zaprzeczanie jest oczywiście idiotyczne.
Zabawne było to wczorajsze napinanie się PO, która to partia wolała po stokroć dowodzić, że nie umie czytać ze zrozumieniem ani nie zna znaczenia niektórych słów, niż przepuścić okazję do ataku na szefa PiS. Zabawne było to, że oczywisty adresat inkryminowanego przez polityków i admiratorów PO fragmentu, odmiennie niż zaciągający gwarą ustawieni w rządek politycy śląskiej PO, literacką polszczyzną wyjaśnił, że nie czuje się urażony bo nie widzi żadnego powodu urazy.
Wracając zaś do wypowiedzi pana Grupińskiego, chciałbym mu podsunąć pewną, dość fantastyczną wizję. Taką, w której gdzieś na Krakowskim Przedmieściu stoi monument poświęcony Lechowi Kaczyńskiemu. Temu Kaczyńskiemu, który, o czym chcę pana Grupińskiego zapewnić i uświadomić mu, w starania o wolną i wielką Polskę zaangażował się nieco wcześniej i nieco intensywniej niż jego recenzent- Grupiński. Niech pan Grupiński popatrzy na ten monumenty i pomyśli ile nerwów i sił kosztowały jego i jego kolegów zmagania z tym człowiekiem. Czy to nie piękna wizja, panie Grupiński? Czy nie piękniejsza od tej, którą usiłujecie propagować? Wedle której pełna wybitnych mężów, niewątpliwych przymiotów i kompetencji oraz mająca dalekosiężne plany i wizjonerskie koncepcje partia, trzymająca ręką swego wybitnego wodza partia nie była w stanie zrobić kroku bez oglądania się na to, co zrobią ci dawaj mali i mierni Kaczyńscy.
Niech pan Grupiński i reszta jego koleżanek i kolegów choć na chwilę porzuci uprzedzenia i zacietrzewienie i sama sobie odpowie, czy przypadkiem każde słowo rzucane z ich strony by umniejszyć znaczenie i rolę Lecha ( i Jarosława) Kaczyńskiego nie jest przypadkiem i przewrotnie zarazem, kolejną cegiełką rosnącego z każdym dniem pomnika małości, zawiści by nie rzec głupoty Platformy Obywatelskiej.
Prawdę mówiąc nie oczekuje od PO ( w osobach czy to Grupińskiego, czy Tuska czy kogokolwiek innego) szczerego uznania i docenienia zasług ich przeciwników. Za długo miałem okazję oglądać ich w akcji by wiedzieć, że na ten typ reakcji nie mam co liczyć. Ale odrobiny mądrości ciągle, choć z coraz mniejszą wiarą, jednak oczekuję. I wyrachowania, które wreszcie uświadomi im, że umniejszając swoich przeciwników sami równocześnie karleją znacznie bardziej. I świadomości tego, że ten pomnik byłby też ich pomnikiem. Przynoszącym im bez dwóch zdań chwałę, przeciwnie do tych, które wystawiają sobie niemal co dnia tym, co mówią. W odróżnieniu do tych, małych jak oni, pomniczków ich zapiekłości, zawiści i złości.
którzy legli z mojej ręki”
Wypowiedziana wczoraj przez pana Rafała Grupińskiego opinia na temat zasług Lecha Kaczyńskiego oraz należnego a raczej nienależnego mu, wedle zdania Grupińskiego, pomnika, zestawiona nadto z udawaną histerią wokół skrawka wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na temat narodowości śląskiej to bez wątpienia elementy jakiejś strategii wyborczej. I tak chyba najłatwiej je rozpatrywać. Jednak trudno nie pochylić się nad słowami Grupińskiego w sposób nieco poważniejszy. Poważny na tyle, na ile poważnie chcieliby zapewne być odbierani politycy i członkowie Platformy Obywatelskiej.
Nie wątpię, że pan Grupiński jest dużym i poważnym chłopcem. Nie żadnym tam gówniarzem, który ze złości czy bezsilności rzuca nagle coś, co pasuje do nieśmiertelnego wśród gówniarzy modelu argumentu per „twoja matka to k***a”. Jest pan Grupiński co najwyżej może dotknięty tym samym schorzeniem, na które wcześniej zapadli choćby panowie Borusewicz i Borowczak. Taką, dziwną dość w ich wieku, wybiórczą amnezją. Ale jestem ostatnim, który jemu, tamtym dwóm oraz całej reszcie odmawiałby jakichś zdolności logicznego myślenia i umiejętności racjonalnej oceny rzeczywistości.
Z takim przekonaniem mam prawo uważać, że tak naprawdę politycy PO, w tym pan Grupiński, doskonale wiedzą, iż z ich punktu widzenia pomnik dla Lecha Kaczyńskiego to najmniejszy koszt, jaki powinni ponieść. Że dla nich byłoby to wyjście najbardziej honorowe. Że tak naprawdę, za ich niewątpliwą przyczyną, na takie uhonorowanie przez nich zasługują już teraz obaj bracia- bliźniacy.
Powiedziane kiedyś zostało, że o wielkości najlepiej świadczy format wrogów, jakich posiadamy. Ostatnim zatem, co mogłoby leżeć w interesie polityka, chcącego uchodzić za poważnego i pretendującego do wielkości, jest tworzenie wrażenia, że jego życiowa droga to przepychanie się w tłumie karłów. I powtarzanie, że tak znacznie przerasta innych. Szczególnie gdy tych innych co i rusz rzuca społeczeństwu na pożarcie jako nieustającą i nieprzezwyciężoną przyczynę wszelkich swych, wcale nie rzadkich, niepowodzeń.
Powinien wziąć to sobie do serca i pan Grupiński i jego koledzy. Tym bardziej powinni to sobie wziąć do serca, że w żaden sposób on ani nikt inny z jego partii nie potrafi mnie a pewnie i wielu innych przekonać, że dla PO istnieje teraz jakiekolwiek życie bez Kaczyńskich.
Przez ostatnie lata oglądaliśmy nie tylko ciągłą wojnę polityków Platformy ze słowami, czynami a nawet myślami braci Kaczyńskich. Oglądaliśmy też konsternację, zagubienie i bezradność tej partii zawsze wtedy, gdy bracia Kaczyńscy schodzili im z celownika, z jakichś powodów się wyciszali, nie dawali wystarczających powodów do ataków. Choćby najbardziej irracjonalnych.
To nie moje odkrycie, że istotą sukcesu PO zdaje się być mniej jej sprawność w rządzeniu i przydatność dla państwa a zdecydowanie bardziej jej rozbuchana antykaczyńskość. Nie przypadkiem w każdej przedwyborczej opresji Platformy, prędzej czy później musi paść groźba „powrotu Kaczyńskiego”. Tak jest i panie i panowie z PO powinni przestać się tego wypierać.
Przyjęcia wojny z Kaczyńskimi jako permanentnego, uznanego chyba za doskonały, politycznego konceptu wyprzeć po prostu się nie da. Tym bardziej, że zaczyna on osiągać kształt wręcz groteskowy. Powoli sensem politycznego funkcjonowania PO staje się zaprzeczanie Kaczyńskiemu bez względu na to, co on powie i napisze. Nawet gdy takie zaprzeczanie jest oczywiście idiotyczne.
Zabawne było to wczorajsze napinanie się PO, która to partia wolała po stokroć dowodzić, że nie umie czytać ze zrozumieniem ani nie zna znaczenia niektórych słów, niż przepuścić okazję do ataku na szefa PiS. Zabawne było to, że oczywisty adresat inkryminowanego przez polityków i admiratorów PO fragmentu, odmiennie niż zaciągający gwarą ustawieni w rządek politycy śląskiej PO, literacką polszczyzną wyjaśnił, że nie czuje się urażony bo nie widzi żadnego powodu urazy.
Wracając zaś do wypowiedzi pana Grupińskiego, chciałbym mu podsunąć pewną, dość fantastyczną wizję. Taką, w której gdzieś na Krakowskim Przedmieściu stoi monument poświęcony Lechowi Kaczyńskiemu. Temu Kaczyńskiemu, który, o czym chcę pana Grupińskiego zapewnić i uświadomić mu, w starania o wolną i wielką Polskę zaangażował się nieco wcześniej i nieco intensywniej niż jego recenzent- Grupiński. Niech pan Grupiński popatrzy na ten monumenty i pomyśli ile nerwów i sił kosztowały jego i jego kolegów zmagania z tym człowiekiem. Czy to nie piękna wizja, panie Grupiński? Czy nie piękniejsza od tej, którą usiłujecie propagować? Wedle której pełna wybitnych mężów, niewątpliwych przymiotów i kompetencji oraz mająca dalekosiężne plany i wizjonerskie koncepcje partia, trzymająca ręką swego wybitnego wodza partia nie była w stanie zrobić kroku bez oglądania się na to, co zrobią ci dawaj mali i mierni Kaczyńscy.
Niech pan Grupiński i reszta jego koleżanek i kolegów choć na chwilę porzuci uprzedzenia i zacietrzewienie i sama sobie odpowie, czy przypadkiem każde słowo rzucane z ich strony by umniejszyć znaczenie i rolę Lecha ( i Jarosława) Kaczyńskiego nie jest przypadkiem i przewrotnie zarazem, kolejną cegiełką rosnącego z każdym dniem pomnika małości, zawiści by nie rzec głupoty Platformy Obywatelskiej.
Prawdę mówiąc nie oczekuje od PO ( w osobach czy to Grupińskiego, czy Tuska czy kogokolwiek innego) szczerego uznania i docenienia zasług ich przeciwników. Za długo miałem okazję oglądać ich w akcji by wiedzieć, że na ten typ reakcji nie mam co liczyć. Ale odrobiny mądrości ciągle, choć z coraz mniejszą wiarą, jednak oczekuję. I wyrachowania, które wreszcie uświadomi im, że umniejszając swoich przeciwników sami równocześnie karleją znacznie bardziej. I świadomości tego, że ten pomnik byłby też ich pomnikiem. Przynoszącym im bez dwóch zdań chwałę, przeciwnie do tych, które wystawiają sobie niemal co dnia tym, co mówią. W odróżnieniu do tych, małych jak oni, pomniczków ich zapiekłości, zawiści i złości.
poniedziałek, 6 grudnia 2010
Jeszcze tylko Sopot, a jutro cały świat…
Będzie o formacie polityków. A przy okazji gdzieś tam użyję zapewne słówka „przeciwskuteczny”. Jakkolwiek nie jest mi ono do niczego potrzebne ale intelektualiści się uparli używać to co mam odstawać…
Spróbujmy się oderwać od tej prawdy oczywistej, że polityka to zwykły teatr z kiepskim repertuarem dla mało wyszukanej publiki i przyjmijmy, że wszystko co robi się i mówi w polityce jest takie supe-duper poważne i odpowiedzialne. Takie założenie musi z miejsca postawić na głowie naszą rzeczywistość oraz towarzyszące jej nieodłącznie rankingi i hierarchie. I przy okazji postawić w kłopotliwej sytuacji tych, którzy mają tak poukładany w głowie porządek tego jak należy Myślec o jednych oraz o drugich.
Weźmy poważnie choćby lekcję ostatnich wyborów samorządowych a szczególnie zaś ich wczorajszej dogrywki. Ktokolwiek się w nich mierzył to tak naprawdę mierzył się nie kto inny jak Donald Tusk z Jarosławem Kaczyńskim. Z pozoru najskuteczniejszy polityk w naszej historii (jakby tej „naszej” historii nie liczyć) z politykiem, uwaga, najbardziej przeciwskutecznym (no to z głowy :). Takim, który ponoć od pięciu kolejnych wyborczych prób nic nie znaczy. A jak nic nie znaczy to chyba i nic nie może. Najpierw trzeba było więc pokonać go w wyborach parlamentarnych by uratować Polskę, później w prezydenckich. Oczywiście by cokolwiek w Polsce można było zrobić. A że jakoś po tym robiło się niezbyt wiele koniecznie trzeba było pokonać Kaczyńskiego we Wrocławiu. I na sam koniec nie zostało już nic innego jak tylko Sopot. Kiedy pisze ten tekst nie mam jeszcze pojęcia czy Donald Tusk pokonał Kaczyńskiego w Sopocie. W tej kwestii jestem rozbity. Z jednej strony wolałbym aby Karnowski już nigdy nigdzie nie rządził ale z drugiej chciałbym aby wreszcie nasz mąż stanu mógł rozwinąć skrzydła i pokazać co to nie on. I jeśli do tego brakuje mu tylko Sopotu to niech mu będzie. Niech ma ten Sopot.
I tu dochodzimy do paradoksu, który powinien dać do myślenia przede wszystkim tym, którzy od czci i wiary odsądzają fachowe i ogólnoludzkie kompetencje Kaczyńskiego a nie mogą się nachwalić ich zasobu posiadanego przez Tuska. Paradoks zawiera się właśnie w tym Sopocie nieszczęsnym. Który nagle, bo w ciągu zaledwie ostatnich kilkunastu dni stał się kluczem do panowania. Nie wiem nad czym ale sądząc ze słów i reakcji Tuska do panowania nad Polską. Tak się bowiem te słowa przez Tuska i jego ludzi układają jakby bez posiadania Sopotu zapomnieć można było o wszystkich zamierzeniach przedstawionym niegdyś przez tę ekipę Polakom. Słowem może mieć Tusk cała resztę ale bez Sopotu nie pojedzie. Może tez Kaczyński nic nie mieć ale ten Sopot jeden jedyny starczy mu by wszystko kontrolować.
Wiem, że głupio to brzmi ale cóż, nie ja taki sposób widzenia narzucam. Ja widzę to tak, że cokolwiek będzie możliwe chyba dopiero jak Donald Tusk wygra wybory na kierownika Drogi Mlecznej. Nic poniżej nie gwarantuje nam realizacji obietnic.
Swoją droga dziwi mnie powściągliwość tych wszystkich, co tak się po Kaczyńskim przejechali w tę i tamtą na okoliczność „zmiany oblicza” po wyborach prezydenckich. Dziwi mnie powściągliwość wobec Tuska, którzy nie czekał aż minie druga tura i „zmienił oblicze” trochę wcześniej. I trudno dyskutować, że ta zmiana była jakościowo mniej radykalna. Powiedziałbym, że była fundamentalna. Z obrońcy moralności w takiego … takiego rajfura co to niby z interesem nie ma nic wspólnego ale i tak wszyscy wiedzą że ma i to duży.
Jestem ostatnio przepracowany. I myślę, że należy mi się jakiś wypoczynek. Wybiorę się może na dzień do Sopotu by przekonać się na czym polega ukryty tam klucz do świata. Tak cenny że nawet Donald Tusk nie wahał się pokazać jak wartość jest gotów przypisać swemu słowu. Nic już nie udając.
Właśnie przeczytałem, że Karnowski wygrał ponoć o włos. Gratuluję panie Donaldzie. Jutro więc cały świat… Jeszcze tylko tę Drogę Mleczną odwojujcie.
Spróbujmy się oderwać od tej prawdy oczywistej, że polityka to zwykły teatr z kiepskim repertuarem dla mało wyszukanej publiki i przyjmijmy, że wszystko co robi się i mówi w polityce jest takie supe-duper poważne i odpowiedzialne. Takie założenie musi z miejsca postawić na głowie naszą rzeczywistość oraz towarzyszące jej nieodłącznie rankingi i hierarchie. I przy okazji postawić w kłopotliwej sytuacji tych, którzy mają tak poukładany w głowie porządek tego jak należy Myślec o jednych oraz o drugich.
Weźmy poważnie choćby lekcję ostatnich wyborów samorządowych a szczególnie zaś ich wczorajszej dogrywki. Ktokolwiek się w nich mierzył to tak naprawdę mierzył się nie kto inny jak Donald Tusk z Jarosławem Kaczyńskim. Z pozoru najskuteczniejszy polityk w naszej historii (jakby tej „naszej” historii nie liczyć) z politykiem, uwaga, najbardziej przeciwskutecznym (no to z głowy :). Takim, który ponoć od pięciu kolejnych wyborczych prób nic nie znaczy. A jak nic nie znaczy to chyba i nic nie może. Najpierw trzeba było więc pokonać go w wyborach parlamentarnych by uratować Polskę, później w prezydenckich. Oczywiście by cokolwiek w Polsce można było zrobić. A że jakoś po tym robiło się niezbyt wiele koniecznie trzeba było pokonać Kaczyńskiego we Wrocławiu. I na sam koniec nie zostało już nic innego jak tylko Sopot. Kiedy pisze ten tekst nie mam jeszcze pojęcia czy Donald Tusk pokonał Kaczyńskiego w Sopocie. W tej kwestii jestem rozbity. Z jednej strony wolałbym aby Karnowski już nigdy nigdzie nie rządził ale z drugiej chciałbym aby wreszcie nasz mąż stanu mógł rozwinąć skrzydła i pokazać co to nie on. I jeśli do tego brakuje mu tylko Sopotu to niech mu będzie. Niech ma ten Sopot.
I tu dochodzimy do paradoksu, który powinien dać do myślenia przede wszystkim tym, którzy od czci i wiary odsądzają fachowe i ogólnoludzkie kompetencje Kaczyńskiego a nie mogą się nachwalić ich zasobu posiadanego przez Tuska. Paradoks zawiera się właśnie w tym Sopocie nieszczęsnym. Który nagle, bo w ciągu zaledwie ostatnich kilkunastu dni stał się kluczem do panowania. Nie wiem nad czym ale sądząc ze słów i reakcji Tuska do panowania nad Polską. Tak się bowiem te słowa przez Tuska i jego ludzi układają jakby bez posiadania Sopotu zapomnieć można było o wszystkich zamierzeniach przedstawionym niegdyś przez tę ekipę Polakom. Słowem może mieć Tusk cała resztę ale bez Sopotu nie pojedzie. Może tez Kaczyński nic nie mieć ale ten Sopot jeden jedyny starczy mu by wszystko kontrolować.
Wiem, że głupio to brzmi ale cóż, nie ja taki sposób widzenia narzucam. Ja widzę to tak, że cokolwiek będzie możliwe chyba dopiero jak Donald Tusk wygra wybory na kierownika Drogi Mlecznej. Nic poniżej nie gwarantuje nam realizacji obietnic.
Swoją droga dziwi mnie powściągliwość tych wszystkich, co tak się po Kaczyńskim przejechali w tę i tamtą na okoliczność „zmiany oblicza” po wyborach prezydenckich. Dziwi mnie powściągliwość wobec Tuska, którzy nie czekał aż minie druga tura i „zmienił oblicze” trochę wcześniej. I trudno dyskutować, że ta zmiana była jakościowo mniej radykalna. Powiedziałbym, że była fundamentalna. Z obrońcy moralności w takiego … takiego rajfura co to niby z interesem nie ma nic wspólnego ale i tak wszyscy wiedzą że ma i to duży.
Jestem ostatnio przepracowany. I myślę, że należy mi się jakiś wypoczynek. Wybiorę się może na dzień do Sopotu by przekonać się na czym polega ukryty tam klucz do świata. Tak cenny że nawet Donald Tusk nie wahał się pokazać jak wartość jest gotów przypisać swemu słowu. Nic już nie udając.
Właśnie przeczytałem, że Karnowski wygrał ponoć o włos. Gratuluję panie Donaldzie. Jutro więc cały świat… Jeszcze tylko tę Drogę Mleczną odwojujcie.
piątek, 12 listopada 2010
Miernoty
W ostatnich wypowiedziach zarówno Jarosława Kaczyńskiego jak tez jego wiernych zauszników tym, co mnie najbardziej porusza, jest bolesny brak logiki. Resztę wybaczam bo to już ani moje sprawy ani moje emocje. Ale o logikę myślenia mogę spierać się zawsze i z każdym.
Gdyby wypowiedzi Kaczyńskiego i tyrady jego wiernych pretoria dni dzisiejszego brać poważnie, oczywiście z uwagi na logikę ich treści to wniosek z nich byłby jeden. Jarosław Kaczyński zbudował PiS, poprowadził go do władzy i do kolejnych starć politycznych i wyborczych opierając się głownie na miernotach, zdrajcach i szubrawcach.
Może paralela będzie mało pasowna ale tu przejdę do przykładu, którym będzie nie kto inny tylko ja sam. Tez w życiu przeżyłem parę mniej lub bardziej dramatycznych rozstań. Kilka z nich odbyło się w atmosferze gęstej od emocji. Ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy by którakolwiek z tych osób, kobiet, z którymi moje drogi się rozchodziły, publicznie czy choćby w myślach nazywać miernotą czy tez odsądzać od czci i wiary. Mój stosunek do nich pozostał takim jakim był wcześniej. Darzę je miłością i nazywam kobietami mego życia. Bo z jakichś powodów kiedyś tam się nimi stały. A to, co nastąpiło później to inna sprawa. Zawiniona przez tę lub tamta stronę lub po prostu zwykłe ochłodzenie namiętności.
Gdybym teraz próbował rozliczyć moje życie to nawet przez myśl mi by nie przeszło by którąś z kobiet mego życia mniej lub bardziej ostrymi słowami odsądzić od czci i wiary. Wszak wówczas osądziłbym przede wszystkim siebie. I dał dowód tego, że albo nie znam się na ludziach albo znam i z nich wybieram kogoś, kto obiektywnie nie jest godny uwagi, zaufania. Na pewno nie jest godny miłości.
A moje kobiety były i s tego godne. Gdziekolwiek i z kimkolwiek teraz są. I wcale nie przez przypadek dałem im odegrać tak znaczące role w mym życiu.
To, że wolały one czy też ja wolałem dalej jechać samotnie lub w innym towarzystwie to sprawa zupełnie inna. To najzwyczajniej w świecie The Pros and Cons of Hitch Hiking, jazda przez życie, w którym normalnym jest czasem wysiąść albo się przesiąść.
Retoryka, przyjęta wobec konfliktu w PiS jest retoryka skrajnie głupią. Przez to przede wszystkim, że przy jej konstruowaniu nikt chyba nie pomyślał, że konsekwencją będzie uznanie, iż i partia i jej szef mają dziwne upodobanie do otaczania się byle kim. Największym zaś nonsensem jest przedstawianie scenariuszy, wedle których sam szef otoczył się zdrajcami i kanaliami wiedząc już, że to zdrajcy i kanalie.
Oczywiście jest jeszcze jedna możliwość. Prezes nie wiedział. Jest ona oczywiście bardzo prawdopodobna. Wszak prezes przyznał, że wtedy, gdy miały nim te kanalie kręcić, nie wiedział nie tylko tego, że kręcą nim ale w ogóle nie wiedział za bardzo co się z nim działo.
Tyle, że w takiej sytuacji logicznym jest, że Prezes nie miał podstaw by później krytycznie (czy też, gdyby to zrobił, entuzjastycznie) ocenić prace tych, jak się okazało, kanalii. Jego druzgocąca ocena oparta musi być na sugestiach tych, którzy wtedy, inaczej niż on, doskonale wiedzieli, co się dzieje.
I tu pojawia się kwestia bycia przyzwoitym. Kwestia dotycząca zarówno Prezesa jak i tych potencjalnych suflerów. Prezesa bo zapomniał on chyba o tym, że wszystkich tych ludzi, co tak ich ostro potraktował, dobrze zna i nie musi do wyrabiania sobie o nich zdania słuchać jakichś trzecich języków. Tym bardziej takich języków, które mogą chlapać we własnym interesie, wcale nie koniecznie tożsamym z interesem Patrii i Prezesa. Po prostu swoim.
Tym bardziej, że ktoś, kto leci szeptać do ucha człowiekowi, który sam przyznaje się do powrotu z jakiejś tam formy niebytu jest ewidentnie podejrzany. Ewidentnie bo to właśnie tak zachowują się szubrawcy.
Dziś Prawo i Sprawiedliwość przyjęło dryf do portu o nazwie „cyrk polityczny”. Dryf, w którym bezrozumnie i bez żenady na pozycji klaunów obsadzane są najpoważniejsze do niedawna postaci z tą partia związane. Na czele nie tylko z Prezesem ale i ze zmarłym Prezydentem Lechem Kaczyńskim.
Co i rusz każdego dnia czytam wypowiedzi osób mniej lub bardziej zbliżonych do jądra partii i samego Prezesa. Wynika z nich, że partia pozbywa się jakichś śmieci, które od zawsze nic nie znaczyły a tylko zawadzały. I czekam kiedy poznam nazwiska tych, którzy tak naprawdę tworzyli tę wartość, która dla mnie choćby stanowiło PiS. I nic. Do głowy mi nie przychodzą inne nazwiska poza tymi, które są poza partią albo zginęły w Smoleńsku. Od biedy przywołałem dwa czy trzy, których jeszcze się nie chce z PiS wyrzucać.
10 kwietnia, gdy przeczytałem po raz pierwszy listę ofiar, pierwsze, co mi w głowie się urodziło, było stwierdzenie, że PiS przestał istnieć. Mało się pomyliłem. Do tego nie wystarczył samolot, który się tam roztrzaskał. Potrzebny był jeszcze Prezes Kaczyński i jego suflerzy wywalający z partii „miernoty”.
Gdyby wypowiedzi Kaczyńskiego i tyrady jego wiernych pretoria dni dzisiejszego brać poważnie, oczywiście z uwagi na logikę ich treści to wniosek z nich byłby jeden. Jarosław Kaczyński zbudował PiS, poprowadził go do władzy i do kolejnych starć politycznych i wyborczych opierając się głownie na miernotach, zdrajcach i szubrawcach.
Może paralela będzie mało pasowna ale tu przejdę do przykładu, którym będzie nie kto inny tylko ja sam. Tez w życiu przeżyłem parę mniej lub bardziej dramatycznych rozstań. Kilka z nich odbyło się w atmosferze gęstej od emocji. Ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy by którakolwiek z tych osób, kobiet, z którymi moje drogi się rozchodziły, publicznie czy choćby w myślach nazywać miernotą czy tez odsądzać od czci i wiary. Mój stosunek do nich pozostał takim jakim był wcześniej. Darzę je miłością i nazywam kobietami mego życia. Bo z jakichś powodów kiedyś tam się nimi stały. A to, co nastąpiło później to inna sprawa. Zawiniona przez tę lub tamta stronę lub po prostu zwykłe ochłodzenie namiętności.
Gdybym teraz próbował rozliczyć moje życie to nawet przez myśl mi by nie przeszło by którąś z kobiet mego życia mniej lub bardziej ostrymi słowami odsądzić od czci i wiary. Wszak wówczas osądziłbym przede wszystkim siebie. I dał dowód tego, że albo nie znam się na ludziach albo znam i z nich wybieram kogoś, kto obiektywnie nie jest godny uwagi, zaufania. Na pewno nie jest godny miłości.
A moje kobiety były i s tego godne. Gdziekolwiek i z kimkolwiek teraz są. I wcale nie przez przypadek dałem im odegrać tak znaczące role w mym życiu.
To, że wolały one czy też ja wolałem dalej jechać samotnie lub w innym towarzystwie to sprawa zupełnie inna. To najzwyczajniej w świecie The Pros and Cons of Hitch Hiking, jazda przez życie, w którym normalnym jest czasem wysiąść albo się przesiąść.
Retoryka, przyjęta wobec konfliktu w PiS jest retoryka skrajnie głupią. Przez to przede wszystkim, że przy jej konstruowaniu nikt chyba nie pomyślał, że konsekwencją będzie uznanie, iż i partia i jej szef mają dziwne upodobanie do otaczania się byle kim. Największym zaś nonsensem jest przedstawianie scenariuszy, wedle których sam szef otoczył się zdrajcami i kanaliami wiedząc już, że to zdrajcy i kanalie.
Oczywiście jest jeszcze jedna możliwość. Prezes nie wiedział. Jest ona oczywiście bardzo prawdopodobna. Wszak prezes przyznał, że wtedy, gdy miały nim te kanalie kręcić, nie wiedział nie tylko tego, że kręcą nim ale w ogóle nie wiedział za bardzo co się z nim działo.
Tyle, że w takiej sytuacji logicznym jest, że Prezes nie miał podstaw by później krytycznie (czy też, gdyby to zrobił, entuzjastycznie) ocenić prace tych, jak się okazało, kanalii. Jego druzgocąca ocena oparta musi być na sugestiach tych, którzy wtedy, inaczej niż on, doskonale wiedzieli, co się dzieje.
I tu pojawia się kwestia bycia przyzwoitym. Kwestia dotycząca zarówno Prezesa jak i tych potencjalnych suflerów. Prezesa bo zapomniał on chyba o tym, że wszystkich tych ludzi, co tak ich ostro potraktował, dobrze zna i nie musi do wyrabiania sobie o nich zdania słuchać jakichś trzecich języków. Tym bardziej takich języków, które mogą chlapać we własnym interesie, wcale nie koniecznie tożsamym z interesem Patrii i Prezesa. Po prostu swoim.
Tym bardziej, że ktoś, kto leci szeptać do ucha człowiekowi, który sam przyznaje się do powrotu z jakiejś tam formy niebytu jest ewidentnie podejrzany. Ewidentnie bo to właśnie tak zachowują się szubrawcy.
Dziś Prawo i Sprawiedliwość przyjęło dryf do portu o nazwie „cyrk polityczny”. Dryf, w którym bezrozumnie i bez żenady na pozycji klaunów obsadzane są najpoważniejsze do niedawna postaci z tą partia związane. Na czele nie tylko z Prezesem ale i ze zmarłym Prezydentem Lechem Kaczyńskim.
Co i rusz każdego dnia czytam wypowiedzi osób mniej lub bardziej zbliżonych do jądra partii i samego Prezesa. Wynika z nich, że partia pozbywa się jakichś śmieci, które od zawsze nic nie znaczyły a tylko zawadzały. I czekam kiedy poznam nazwiska tych, którzy tak naprawdę tworzyli tę wartość, która dla mnie choćby stanowiło PiS. I nic. Do głowy mi nie przychodzą inne nazwiska poza tymi, które są poza partią albo zginęły w Smoleńsku. Od biedy przywołałem dwa czy trzy, których jeszcze się nie chce z PiS wyrzucać.
10 kwietnia, gdy przeczytałem po raz pierwszy listę ofiar, pierwsze, co mi w głowie się urodziło, było stwierdzenie, że PiS przestał istnieć. Mało się pomyliłem. Do tego nie wystarczył samolot, który się tam roztrzaskał. Potrzebny był jeszcze Prezes Kaczyński i jego suflerzy wywalający z partii „miernoty”.
poniedziałek, 6 września 2010
Monolit albo wiele nurtów (list…)
Z pozoru wydaje się, że z tytułowych opcji ta pierwsza jest zdecydowanie lepsza. Niewzruszalna, trudna do skruszenia i ponadczasowa. Tyle, że tkwiąca cały czas w tym samym miejscu. Dla niej samej jest to obojętne lecz dla reszty świata już tylko pod warunkiem że da sobie z nią spokój i toczył się będzie obok. Coś, co jest na tyle wartkie, że wyrywa się z koryta i rozlewa wszędzie tam, gdzie się tylko da to już cos innego. Od jakiegoś czasu na żywo oglądamy jaką siłę w sobie niesie i jak bardzo może być niebezpieczne jeśli się tego nieokiełzana. A okiełznać taki żywioł jest niezwykle trudno.
Nie ukrywam, że to drugie rozwiązanie jest dla mnie zdecydowanie bardziej atrakcyjne. By było jasne odnoszę się do głośnej ostatnio epistolografii, która zdominowała działania głównej partii opozycyjnej. Oczywiście rozmawiać trzeba. Rozmowa to podstawowy warunek zdrowego funkcjonowania struktur w których w jakiś sposób realizują się grupy ludzi. Tyle, że nie za bardzo mam przekonanie, czy rozmowa w formie upublicznianych listów jest rozwiązaniem najlepszym. Szczególnie gdy dotyczą one kwestii wewnętrznych wspomnianych grup.
Niewątpliwym jest, że zaczął pan Migalski. I dla wielu wypowiadających się w sprawie relacji pana Migalskiego i partii, w imieniu której kimś tam został, to zamyka dyskusję. Ja jednak uważam, że nikt nie popełnia samobójstwa (czy to naprawdę czy symbolicznie) bez powodu czy dlatego tylko by zaistnieć. Albo prawie nikt bo natura ludzka jest nieprzewidywalna. Pisze to dlatego, iż nie ukrywałem swoich nadziei związanych z tym wizerunkiem Prawa i Sprawiedliwości, który dawał szansę na to, że wpływy jej mogą rozlać się tam, gdzie dotąd jeszcze nie zdołał lub nie były w stanie dotrzeć.
Co do samego listu europosła Migalskiego trudno mi zając stanowisko ostateczne. Z bardzo prostego powodu. Nie podobała mi się forma, w jakiej zdecydował się dyskutować z partią o jej przyszłości. Tyle, że nie ma zielonego pojęcia jaką inna możliwością takiej dyskusji pan Migalski dysponował. Nie wiem czy mógł ot po prostu udać się do Prezesa i mu wyłożyć to co akurat zalegało europosłowi na wątrobie. Może mógł a nie chciał (mając jakiś cel ukryty) a może chciał bardzo ale nie mógł. Wspomniana kwestia jest bardzo istotna.
Drugi list wywołuje we mnie jeszcze większe rozdarcie. Zgadzam się w zasadzie z przychylnymi ocenami tego, co ów list zawiera. Z treścią chyba trudno dyskutować. Choć absolutnie nie jest tak, że się nie da. Natomiast nijak mi on nie pasuje do czasu i do sytuacji. Głownie za sprawą jego adresata. W obecnej sytuacji, gdy partia szykuje się do kolejnego wyborczego boju a następny już majaczy na horyzoncie, raczej taka forma powinna być adresowana do wyborców. Jeśli zaś adresat został wybrany tak, jak to się w tym przypadku stało, sugeruje to jakiś kryzys, którego istotę wyborca może nie do końca rozumieć ale właśnie przekonał się o jego istnieniu. Bo nikt chyba nie sądził, że dyskusja nad listem ograniczy się wyłącznie do zamkniętego kręgu członków i działaczy partii. Naiwnością byłoby tak to widzieć. List musiał i zresztą stał się w zasadzie dokumentem programowym partii wyznaczającym jej linię AD 2010. A jako taki prezentuje się nie najlepiej. Przede wszystkim z tego powodu, że w zasadzie sankcjonuje przyprawioną PiS-owi „gębę” partii kierowanej autorytarnie i odbierającej swoim członkom podmiotowość we wszystkim poza decyzją by w partii być lub przestać być. Ponadto prezentuje partię jako zapatrzoną w zasadzie w przeszłość. I to w wielu znaczeniach. Mniej może istotne, przynajmniej z mego punktu widzenia, jest zamknięcie się w kręgu spraw związanych z tym, co zdarzyło się w pierwszej połowie tego roku. To poskutkować może tylko najbliższą wyborczą porażką. Dużo ważniejsza jest metoda, jaką Prezes „cementuje” partię. Partie oparta na zgodzi i jednomyślności. Pewnie wielu się narażę ale jestem tylko człowiekiem stojącym z boku i oceniającym zdarzenia tylko w oparciu o to, co do mnie dociera. Taka optyka, niestety uprawnia rzucane przez tego i owego twierdzenia, że jednomyślność oznacza właściwie wyłącznie zaakceptowanie tego, co myśli Jarosław Kaczyński. I można byłoby takie widzenie zaakceptować gdyby nie prosta (przywołana już zresztą przy okazji podobnej dyskusji przez Futrzaka) prawda, że Jarosław Kaczyński nie jest wieczny. Jak i w czym jednomyślna będzie partia gdy go zabraknie? I nad tym problemem partia myśleć powinna jak najpoważniej bo może krzywdzę i Prezesa i ludzi, którzy teraz przy nim stoją i staną ale przedstawiona w liście wykładnia czyni z partii fabrykę partyjnego aparatu, który sprawdzać się będzie póty, póki będzie miał mu kto mówić dokąd iść i co robić. I być może mamy do czynienia z procesem, który czyni z PiS-u „partię jednorazowego użytku”. Bo o jej upadku może kiedyś zadecydować po prostu fizyczne odejście tych, którzy potrafią działać koncepcyjnie, a nie tylko odtwórczo.
Przypadek Migalskiego jest dla Prawa i Sprawiedliwości kolejną niewykorzystaną szansą. Można się zżymać że postąpił tak czy inaczej. Ale w takim razie można też zauważać, że odpowiedź otrzymał na dokładnie tym samym poziomie. Z jednej strony wymaga się od Migalskiego (jakby nie było najmniej chyba w tym gronie doświadczonego polityka) by rozumiał wszelkie wieloznaczności i złożoności sytuacji, w jakiej jest partia i jej przywódca a z drugiej strony samemu zrozumienia dla jego intencji i wynikających z nich działań ma się dość mało. Albo i wcale.
Ponadto, czego też nie można ignorować, sprawa Migalskiego to też zarzewie, może już zażegnanej a może tylko przytłumionej, wojny „starego PiS-u” z „nowym”. Starego głownie wiekiem ale i stylem uprawiania polityki. Tu znów jestem rozdarty bo jednak oczekuję czegoś innego niż „plastikowa polityka” ale chyba jeszcze bardziej oczekuję, że ktoś wreszcie sprawi, że będzie można podziękować Tuskowi i jego niewydarzonej ekipie za dotychczasowy dorobek. I w tym problem.
Jeśli chce się widzieć, gdzie będzie PiS idąc tą droga, którą zdaje się właśnie podążać, wystarczy popatrzeć na jego konkurenta. Na jednomyślną myślą Donalda Tuska Platformę Obywatelską. Partię, która w proch i pył rozleci się gdy tylko tej myśli zabraknie.
Zamiast tego wolałbym tygiel, w którym z jednej strony mieszałyby się koncepcje na istnienie i miejsce partii na politycznej scenie, w którym byłby mechanizm dyskusji nad tymi koncepcjami. I przy tym a może dzięki temu umiejętność przyjęcia do wiadomości tego, że się jest w mniejszości i traktowania tego również jako wartość wzmacniającą partię. Oczekiwałbym istniejących obok siebie wielu nurtów pulsujących życiem a nie skrywanych z obawą, że mogą zacząć przeszkadzać ‘linii nadrzędnej”
Wiele w tym moim pisaniu chciejstwa. Ale i przy okazji goryczy, że tym tylko ono pozostanie. Do samego końca zapewne…
Nie ukrywam, że to drugie rozwiązanie jest dla mnie zdecydowanie bardziej atrakcyjne. By było jasne odnoszę się do głośnej ostatnio epistolografii, która zdominowała działania głównej partii opozycyjnej. Oczywiście rozmawiać trzeba. Rozmowa to podstawowy warunek zdrowego funkcjonowania struktur w których w jakiś sposób realizują się grupy ludzi. Tyle, że nie za bardzo mam przekonanie, czy rozmowa w formie upublicznianych listów jest rozwiązaniem najlepszym. Szczególnie gdy dotyczą one kwestii wewnętrznych wspomnianych grup.
Niewątpliwym jest, że zaczął pan Migalski. I dla wielu wypowiadających się w sprawie relacji pana Migalskiego i partii, w imieniu której kimś tam został, to zamyka dyskusję. Ja jednak uważam, że nikt nie popełnia samobójstwa (czy to naprawdę czy symbolicznie) bez powodu czy dlatego tylko by zaistnieć. Albo prawie nikt bo natura ludzka jest nieprzewidywalna. Pisze to dlatego, iż nie ukrywałem swoich nadziei związanych z tym wizerunkiem Prawa i Sprawiedliwości, który dawał szansę na to, że wpływy jej mogą rozlać się tam, gdzie dotąd jeszcze nie zdołał lub nie były w stanie dotrzeć.
Co do samego listu europosła Migalskiego trudno mi zając stanowisko ostateczne. Z bardzo prostego powodu. Nie podobała mi się forma, w jakiej zdecydował się dyskutować z partią o jej przyszłości. Tyle, że nie ma zielonego pojęcia jaką inna możliwością takiej dyskusji pan Migalski dysponował. Nie wiem czy mógł ot po prostu udać się do Prezesa i mu wyłożyć to co akurat zalegało europosłowi na wątrobie. Może mógł a nie chciał (mając jakiś cel ukryty) a może chciał bardzo ale nie mógł. Wspomniana kwestia jest bardzo istotna.
Drugi list wywołuje we mnie jeszcze większe rozdarcie. Zgadzam się w zasadzie z przychylnymi ocenami tego, co ów list zawiera. Z treścią chyba trudno dyskutować. Choć absolutnie nie jest tak, że się nie da. Natomiast nijak mi on nie pasuje do czasu i do sytuacji. Głownie za sprawą jego adresata. W obecnej sytuacji, gdy partia szykuje się do kolejnego wyborczego boju a następny już majaczy na horyzoncie, raczej taka forma powinna być adresowana do wyborców. Jeśli zaś adresat został wybrany tak, jak to się w tym przypadku stało, sugeruje to jakiś kryzys, którego istotę wyborca może nie do końca rozumieć ale właśnie przekonał się o jego istnieniu. Bo nikt chyba nie sądził, że dyskusja nad listem ograniczy się wyłącznie do zamkniętego kręgu członków i działaczy partii. Naiwnością byłoby tak to widzieć. List musiał i zresztą stał się w zasadzie dokumentem programowym partii wyznaczającym jej linię AD 2010. A jako taki prezentuje się nie najlepiej. Przede wszystkim z tego powodu, że w zasadzie sankcjonuje przyprawioną PiS-owi „gębę” partii kierowanej autorytarnie i odbierającej swoim członkom podmiotowość we wszystkim poza decyzją by w partii być lub przestać być. Ponadto prezentuje partię jako zapatrzoną w zasadzie w przeszłość. I to w wielu znaczeniach. Mniej może istotne, przynajmniej z mego punktu widzenia, jest zamknięcie się w kręgu spraw związanych z tym, co zdarzyło się w pierwszej połowie tego roku. To poskutkować może tylko najbliższą wyborczą porażką. Dużo ważniejsza jest metoda, jaką Prezes „cementuje” partię. Partie oparta na zgodzi i jednomyślności. Pewnie wielu się narażę ale jestem tylko człowiekiem stojącym z boku i oceniającym zdarzenia tylko w oparciu o to, co do mnie dociera. Taka optyka, niestety uprawnia rzucane przez tego i owego twierdzenia, że jednomyślność oznacza właściwie wyłącznie zaakceptowanie tego, co myśli Jarosław Kaczyński. I można byłoby takie widzenie zaakceptować gdyby nie prosta (przywołana już zresztą przy okazji podobnej dyskusji przez Futrzaka) prawda, że Jarosław Kaczyński nie jest wieczny. Jak i w czym jednomyślna będzie partia gdy go zabraknie? I nad tym problemem partia myśleć powinna jak najpoważniej bo może krzywdzę i Prezesa i ludzi, którzy teraz przy nim stoją i staną ale przedstawiona w liście wykładnia czyni z partii fabrykę partyjnego aparatu, który sprawdzać się będzie póty, póki będzie miał mu kto mówić dokąd iść i co robić. I być może mamy do czynienia z procesem, który czyni z PiS-u „partię jednorazowego użytku”. Bo o jej upadku może kiedyś zadecydować po prostu fizyczne odejście tych, którzy potrafią działać koncepcyjnie, a nie tylko odtwórczo.
Przypadek Migalskiego jest dla Prawa i Sprawiedliwości kolejną niewykorzystaną szansą. Można się zżymać że postąpił tak czy inaczej. Ale w takim razie można też zauważać, że odpowiedź otrzymał na dokładnie tym samym poziomie. Z jednej strony wymaga się od Migalskiego (jakby nie było najmniej chyba w tym gronie doświadczonego polityka) by rozumiał wszelkie wieloznaczności i złożoności sytuacji, w jakiej jest partia i jej przywódca a z drugiej strony samemu zrozumienia dla jego intencji i wynikających z nich działań ma się dość mało. Albo i wcale.
Ponadto, czego też nie można ignorować, sprawa Migalskiego to też zarzewie, może już zażegnanej a może tylko przytłumionej, wojny „starego PiS-u” z „nowym”. Starego głownie wiekiem ale i stylem uprawiania polityki. Tu znów jestem rozdarty bo jednak oczekuję czegoś innego niż „plastikowa polityka” ale chyba jeszcze bardziej oczekuję, że ktoś wreszcie sprawi, że będzie można podziękować Tuskowi i jego niewydarzonej ekipie za dotychczasowy dorobek. I w tym problem.
Jeśli chce się widzieć, gdzie będzie PiS idąc tą droga, którą zdaje się właśnie podążać, wystarczy popatrzeć na jego konkurenta. Na jednomyślną myślą Donalda Tuska Platformę Obywatelską. Partię, która w proch i pył rozleci się gdy tylko tej myśli zabraknie.
Zamiast tego wolałbym tygiel, w którym z jednej strony mieszałyby się koncepcje na istnienie i miejsce partii na politycznej scenie, w którym byłby mechanizm dyskusji nad tymi koncepcjami. I przy tym a może dzięki temu umiejętność przyjęcia do wiadomości tego, że się jest w mniejszości i traktowania tego również jako wartość wzmacniającą partię. Oczekiwałbym istniejących obok siebie wielu nurtów pulsujących życiem a nie skrywanych z obawą, że mogą zacząć przeszkadzać ‘linii nadrzędnej”
Wiele w tym moim pisaniu chciejstwa. Ale i przy okazji goryczy, że tym tylko ono pozostanie. Do samego końca zapewne…
wtorek, 24 sierpnia 2010
Co po Jarosławie? (o zapowiadanej sukcesji)
Pytanie to pierwszy, choć nie w taki sposób, zadał Futrzak gdy spierał się z rapohem o strategie wyborcza PiS-u. Gdy polemizował z opinia, że Jarosław Kaczyński sam w sobie jest polityczna jakością, której przypisywanie jakiejś konkretnej treści wcale nie jest potrzebne. Może i tak jest skoro rapoh i wielu innych tak widzi rolę Kaczyńskiego na scenie politycznej. Jeśli tak jest rzeczywiście to mamy do czynienia zarazem z potężnym atutem i równie wielkim problemem partii, która, jak ostatnio zauważył Igor Janke, stworzył i ciągle osobiście kształtuje Prezes Kaczyński.
Zdaje sobie sprawę, że tamto pytanie Futrzaka, zwracające uwagę na to, że nawet Kaczyński nie został uszczęśliwiony darem nieśmiertelności o czym jego współpracownicy i admiratorzy nie powinni zapominać, bez żadnej intencji a tylko przez przypadek zbytnio koresponduje z jedną z ostatnich wypowiedzi biłgorajskiego błazna. Jednak mówić o tym, że scena polityczna istnieć będzie również i wówczas, gdy nie będzie na niej Jarosława Kaczyńskiego można a nawet trzeba. Powinni o tym myśleć (choć nie koniecznie głośno) również współpracownicy Prezesa. Przede wszystkim oni. Jeśli faktycznie wierzą w to, że jedyna alternatywa dla złych rządów obecnej władzy jest największa partia opozycyjna.
Wiem, że w obecnej sytuacji oczekuję od polityków PiS rzeczy bardzo trudnej. Przykład Migalskiego pokazuje, że w ten sposób łatwo otrzeć się o polityczne samobójstwo a przynajmniej samookaleczenie. Niemniej coś chyba się dzieje w tej sprawie. Myślę o zbieżności wywiadu jednego z potencjalnych następców Prezesa z publikacją wieszcząca przejęcie przez niego schedy po Kaczyńskim jeszcze w tym roku.
Trudno powiedzieć ile w tym jest prawdy. Mam nadzieje że niewiele albo zgoła nic. Jakkolwiek nie dziwi mnie wskazanie tego nazwiska bo przy obecnym kursie obranym przez partię jest ono czymś logicznym i oczywistym. Tyle, że, jak już kiedyś pisałem, obecny kurs partii niezbyt mi się wydaje właściwy. Zaś kandydatura wydaje mi się wyjątkowo niewłaściwa.
Trudno zaprzeczyć, ze Zbigniew Ziobro miał niebagatelny wkład w powstanie tego etosu Prawa i Sprawiedliwości, który przywiódł partie do władzy. On też stał w pierwszym szeregu tych, dzięki którym PiS odniósł tamte dwa spektakularne sukcesy. I tyle. Dalej to już kwestia do dyskusji albo i gorącego sporu.
Gdybym miał najkrócej opisać mój stosunek do młodego polityka PiS powiedziałbym, że dla mnie jest jak członek elity Platformy Obywatelskiej. Po prostu nie lubię go pomijając racjonalna ocenę. Do oceny przejdę za chwilę teraz zaś wyjaśnię skąd brak sympatii. Nie lubię go bo nie lubię gości, który z taka łatwością, by nie rzec radością, sprawiają, że ktoś inny ponosi koszty ich bezsensownych i idiotycznych działań.
Dla mnie Zbigniew Ziobro na zawsze pozostanie typkiem z przyklejonym uśmieszkiem wpatrzonym z samouwielbieniem w obiektyw kamery podczas konferencji prasowej. Nie ważne czy tej, podczas której masakrował swą partię sądząc, że zadaje cios doktorowi G czy też tej, gdy demonstrował „gwóźdź”. Zawsze to był ten sam głupi uśmiech chłopca nie mającego pojęcia co tak naprawdę robi. I można by tak jeszcze długo.
Czy Ziobro jest fighterem czy zwykłym efekciarzem nie mam pojęcia. I nie ma to znaczenia bo nie mam najmniejszych wątpliwości że cokolwiek robi, gra przede wszystkim na siebie. Kto pamięta jego dziwne spotkanie z Dornem gdy ten drugi właśnie dla PiS-u przestawał istnieć ten bez trudu potrafi wyobrazić sobie jak zbudowana jest lojalność tego człowieka.
I smutne jest to, że obecna (mam nadzieje, że chwilowa) słabość PiS-u i (mam nadzieję, że przejściowa) jego Prezesa podparta jest jak na razie takim scenariuszem zapasowym jak ten, o którym przebąkują media.
Nikt tyle nie zrobił by pogrążyć PiS wówczas, gdy partia ta była u władzy. Nikt też nie jest najbardziej nieodpowiednią osoba do tego by na czele tej partii stanąć gdyby konieczne było zapełnienie luki po odejściu Jarosława Kaczyńskiego.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że PiS ciągle potrzebny jest na naszej scenie politycznej. Ale na pewno nie PiS mający twarz siedzącego przed kamerami, w otoczeniu prokuratorów, promieniejącego samouwielbieniem Zbigniewa Ziobry.
Zdaje sobie sprawę, że tamto pytanie Futrzaka, zwracające uwagę na to, że nawet Kaczyński nie został uszczęśliwiony darem nieśmiertelności o czym jego współpracownicy i admiratorzy nie powinni zapominać, bez żadnej intencji a tylko przez przypadek zbytnio koresponduje z jedną z ostatnich wypowiedzi biłgorajskiego błazna. Jednak mówić o tym, że scena polityczna istnieć będzie również i wówczas, gdy nie będzie na niej Jarosława Kaczyńskiego można a nawet trzeba. Powinni o tym myśleć (choć nie koniecznie głośno) również współpracownicy Prezesa. Przede wszystkim oni. Jeśli faktycznie wierzą w to, że jedyna alternatywa dla złych rządów obecnej władzy jest największa partia opozycyjna.
Wiem, że w obecnej sytuacji oczekuję od polityków PiS rzeczy bardzo trudnej. Przykład Migalskiego pokazuje, że w ten sposób łatwo otrzeć się o polityczne samobójstwo a przynajmniej samookaleczenie. Niemniej coś chyba się dzieje w tej sprawie. Myślę o zbieżności wywiadu jednego z potencjalnych następców Prezesa z publikacją wieszcząca przejęcie przez niego schedy po Kaczyńskim jeszcze w tym roku.
Trudno powiedzieć ile w tym jest prawdy. Mam nadzieje że niewiele albo zgoła nic. Jakkolwiek nie dziwi mnie wskazanie tego nazwiska bo przy obecnym kursie obranym przez partię jest ono czymś logicznym i oczywistym. Tyle, że, jak już kiedyś pisałem, obecny kurs partii niezbyt mi się wydaje właściwy. Zaś kandydatura wydaje mi się wyjątkowo niewłaściwa.
Trudno zaprzeczyć, ze Zbigniew Ziobro miał niebagatelny wkład w powstanie tego etosu Prawa i Sprawiedliwości, który przywiódł partie do władzy. On też stał w pierwszym szeregu tych, dzięki którym PiS odniósł tamte dwa spektakularne sukcesy. I tyle. Dalej to już kwestia do dyskusji albo i gorącego sporu.
Gdybym miał najkrócej opisać mój stosunek do młodego polityka PiS powiedziałbym, że dla mnie jest jak członek elity Platformy Obywatelskiej. Po prostu nie lubię go pomijając racjonalna ocenę. Do oceny przejdę za chwilę teraz zaś wyjaśnię skąd brak sympatii. Nie lubię go bo nie lubię gości, który z taka łatwością, by nie rzec radością, sprawiają, że ktoś inny ponosi koszty ich bezsensownych i idiotycznych działań.
Dla mnie Zbigniew Ziobro na zawsze pozostanie typkiem z przyklejonym uśmieszkiem wpatrzonym z samouwielbieniem w obiektyw kamery podczas konferencji prasowej. Nie ważne czy tej, podczas której masakrował swą partię sądząc, że zadaje cios doktorowi G czy też tej, gdy demonstrował „gwóźdź”. Zawsze to był ten sam głupi uśmiech chłopca nie mającego pojęcia co tak naprawdę robi. I można by tak jeszcze długo.
Czy Ziobro jest fighterem czy zwykłym efekciarzem nie mam pojęcia. I nie ma to znaczenia bo nie mam najmniejszych wątpliwości że cokolwiek robi, gra przede wszystkim na siebie. Kto pamięta jego dziwne spotkanie z Dornem gdy ten drugi właśnie dla PiS-u przestawał istnieć ten bez trudu potrafi wyobrazić sobie jak zbudowana jest lojalność tego człowieka.
I smutne jest to, że obecna (mam nadzieje, że chwilowa) słabość PiS-u i (mam nadzieję, że przejściowa) jego Prezesa podparta jest jak na razie takim scenariuszem zapasowym jak ten, o którym przebąkują media.
Nikt tyle nie zrobił by pogrążyć PiS wówczas, gdy partia ta była u władzy. Nikt też nie jest najbardziej nieodpowiednią osoba do tego by na czele tej partii stanąć gdyby konieczne było zapełnienie luki po odejściu Jarosława Kaczyńskiego.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że PiS ciągle potrzebny jest na naszej scenie politycznej. Ale na pewno nie PiS mający twarz siedzącego przed kamerami, w otoczeniu prokuratorów, promieniejącego samouwielbieniem Zbigniewa Ziobry.
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
„Metoda wyzbyta szacunku dla mogiły” czyli skrucha „Wyborczej”
Jeśli ktokolwiek w ogóle pomyślał, że „Gazeta Wyborcza” kiedykolwiek pokaja się za swą rolę w rozpaleniu „wawelskiej awantury” to zapewne odkładał to niewątpliwie historyczne wydarzenie o tysiąc lat. Sam przyznam, że nie sądziłem w ogóle by było to możliwe. A tu masz! Nie tylko nie tysiąc lat ale nawet rok nie minął jak redakcja, i to piórem niebylejakiem bo samego redaktora prawienaczelnego Kurskiego, przyznała, że takich rzeczy robić nie wypada. Ba, nie wolno! Jest więc w tekście stwierdzenie fundamentalne, że ci, co wtedy głośno wystąpili, zrobili to „metodą głęboko sprzeczną z polską tradycją szacunku dla mogił, ktokolwiek by w nich spoczywał”*. Gani więc redaktor Kurski tych, którzy poważyli się, jak uważa, sprofanować grób bez ogródek postępowanie takie nazywając, mocno, bardzo mocno samokrytycznie, hańbą. Podpierając się nadto Herbertem!
Ktoś, kto przeczytał poprzedni akapit przetrze zapewne oczy, przeczyta go jeszcze raz i popędzi na stronę gazety by samemu się o tym przekonać. Ułatwiam to linkiem na dole ale z miejsca ostrzegam przed rozczarowaniem. Redaktor Kurski nie pisze wcale o pochówku Lecha Kaczyńskiego na Wawelu ani o tych, co wtedy ten pochówek zakłócali. Pisze o zdarzeniach z ostatnich dni z podwarszawskiego Ossowa, gdzie miał być odsłonięty monument poświęcony poległym najeźdźcom z roku 1920. To o ich pochówek tak zatroskał się redaktor szanowny z tytułu, który nie tak znowu dawno, w każdym razie nie na tyle, by wszyscy zapomnieli, stawał na drodze konduktu ze świeżą trumną. I to trumną nie żadnego agresora tylko głowy naszego państwa.
Interpretacja jest moja. Wynikająca z tego prostego faktu, iż pan Kurski mówi ogólnie o tradycji i zasadach zachowania. Jak się domyślam, pan Kurski nie twierdzi i nigdy nie stwierdzi, że te słowa o hańbie, o szanowaniu grobów dotyczą wyłącznie mogił tych, co nas najechali. Nie stwierdzi zapewne też, że dotyczą wszystkich innych grobów z wyjątkiem jednego, tego z wawelskiej katedry. Nie stwierdzi tak bo dalby dowód spraw dziwnych, które w jego głowie wówczas dziać by się musiały. A skoro nie powiedział i nie powie to mam prawo sądzić, że oburzenie Kurskiego ma charakter generalny i tak samo odnosi się do „hańby” ossowskiej jak i tej „wawelskiej”, w której jego gazeta miała znaczący udział. I jeśli do jakiegoś ogólnego wstydu się pan redaktor poczuwa to i do tego, który czuć bezwzględnie powinien, również.
Pocieszać to może oczywiście w takim samym stopniu, w jakim intencją pana Kurskiego było wyrażenie skruchy za to, co kierowane przez niego medium wyrabiało podczas kwietniowego pogrzebu. Za nic mając powagę sytuacji, pochówek i szacunek dla grobu.
* http://wyborcza.pl/1,75968,8254976,Prawdziwy_Polak_na_rosyjskiej_mogile.html#ixzz0wkedanjo
Ktoś, kto przeczytał poprzedni akapit przetrze zapewne oczy, przeczyta go jeszcze raz i popędzi na stronę gazety by samemu się o tym przekonać. Ułatwiam to linkiem na dole ale z miejsca ostrzegam przed rozczarowaniem. Redaktor Kurski nie pisze wcale o pochówku Lecha Kaczyńskiego na Wawelu ani o tych, co wtedy ten pochówek zakłócali. Pisze o zdarzeniach z ostatnich dni z podwarszawskiego Ossowa, gdzie miał być odsłonięty monument poświęcony poległym najeźdźcom z roku 1920. To o ich pochówek tak zatroskał się redaktor szanowny z tytułu, który nie tak znowu dawno, w każdym razie nie na tyle, by wszyscy zapomnieli, stawał na drodze konduktu ze świeżą trumną. I to trumną nie żadnego agresora tylko głowy naszego państwa.
Interpretacja jest moja. Wynikająca z tego prostego faktu, iż pan Kurski mówi ogólnie o tradycji i zasadach zachowania. Jak się domyślam, pan Kurski nie twierdzi i nigdy nie stwierdzi, że te słowa o hańbie, o szanowaniu grobów dotyczą wyłącznie mogił tych, co nas najechali. Nie stwierdzi zapewne też, że dotyczą wszystkich innych grobów z wyjątkiem jednego, tego z wawelskiej katedry. Nie stwierdzi tak bo dalby dowód spraw dziwnych, które w jego głowie wówczas dziać by się musiały. A skoro nie powiedział i nie powie to mam prawo sądzić, że oburzenie Kurskiego ma charakter generalny i tak samo odnosi się do „hańby” ossowskiej jak i tej „wawelskiej”, w której jego gazeta miała znaczący udział. I jeśli do jakiegoś ogólnego wstydu się pan redaktor poczuwa to i do tego, który czuć bezwzględnie powinien, również.
Pocieszać to może oczywiście w takim samym stopniu, w jakim intencją pana Kurskiego było wyrażenie skruchy za to, co kierowane przez niego medium wyrabiało podczas kwietniowego pogrzebu. Za nic mając powagę sytuacji, pochówek i szacunek dla grobu.
* http://wyborcza.pl/1,75968,8254976,Prawdziwy_Polak_na_rosyjskiej_mogile.html#ixzz0wkedanjo
czwartek, 15 lipca 2010
Zrozumienie, niezrozumienie, zła wola ( Kaczyński i polska gramatyka)
Nie pomyliłem się wróżąc, że głównym tematem wczorajszego dnia będzie wywiad, jakiego Jarosław Kaczyński udzielił „Gazecie Polskiej”. Myliłem się jednak i to grubo wróżąc jaki kształt przyjmie dyskusja nad tym, co Kaczyński w wywiadzie powiedział. I przeszedłbym nad ta moja pomyłka do porządku komentując poziom tej dyskusji krótkim „srał to pies” gdybym nie natknął się wczoraj na rozmowę (a właściwie „rozmowę”) między panami Krzemińskim i Żukowskim w TVN24 oraz gdybym nie został zaszczycony przez kolegę z Salonu24 Piotra Matejczyka odpowiedzią na moje pytanie do jego tekstu dociekające czy w ogóle przeczytał wywiad o którym tak ostro się wypowiada. Wyszło na to, że i on i pan Krzemiński zarówno czytali jak i są wstrząśnięci. Nie wiem tylko w jakiej kolejności. O ile pan Krzemiński przyznał, że czytał tekst tuż przed wejściem na wizję, co zresztą było widać, o tyle w przypadku Pana Matejczyka mogę się tylko domyślać. Na tej choćby podstawie, iż marzy on by umrzeć lewicowcem zatem mało prawdopodobnym jest że co tydzień lata do kiosku by kupić jeszcze ciepła „Gazetę Polską”. Najpierw usłyszał zapewne o tym co kaczor wygaduje a później znalazł inkryminowane wypowiedzi.
Tym wstrząśnieniem obu panów (u pana Krzemińskiego wyrażającym się brakiem panowania nad ciałem i nad kulturą osobistą) tłumaczę sobie ich opinie wynikające z oczywistego dla mnie niezrozumienia czytanego tekstu. Tym wzburzeniem musze sobie tłumaczyć problemy poradzenia sobie obu panów z umiejętnością, którą nabywa się już w szkole podstawowej. Do tego wzburzenia jeszcze wrócę. Teraz pozwolę sobie zająć się istotą krytyki, której zresztą wczoraj, zapewnie z tych samych powodów ( albo ze złej woli bo przecież problem z rozumieniem tekstu pisanego nie mógł tak nagle rozpowszechnić się po kraju jak jaka grypa świńska). Wedle krytyków w wywiadzie dla Gazety Polskiej Kaczyński „powrócił do swego dawnego języka agresji”. Rzecz w tym, ze jeśli w tym tekście do czegoś powrócił to jedynie do dnia 10 kwietnia tego roku. Jeśli spokojnie przeczyta się ten wywiad to zauważy się, że niemal w 100% opisuje on to, co Jarosław Kaczyński robił, myślał i mówił 10 KWIETNIA 2010 ROKU. I aby 5to zrozumieć, nie trzeba wcale być profesorem (tym argumentem posługiwał się Krzemiński podkreślając swą wyższość nad doktorem Żukowskim, gdy ten go spokojnie zapytał o zrozumienie przeczytanego tekstu) ani zapewne mieć lewicowe przekonania. Wystarczy znać polską gramatykę. I to wcale nie perfekcyjnie. Tyle tylko by pojąc konstrukcję odnoszącą się do czasu przeszłego.
Pozwolę to sobie pokazać na przykładzie, który na dla pana Krzemińskiego stanowił wręcz dowód na to, że Kaczyński snuje spiskowe teorie z Putinem i Tuskiem w rolach głównych. W tekście Kaczyński mówi:
„Dla mnie rola premiera Tuska i premiera Putina była w tym wypadku niejasna. W mojej ocenie obaj nie potraktowali wizyty prezydenta Kaczyńskiego z należytym szacunkiem”.
I jeszcze jeden fragment:
„Dzwonił ktoś od premiera. Miałem wrażenie, że Donald Tusk zdecydował się polecieć do Smoleńska wtedy, gdy dowiedział się, że ja tam lecę. Być może się mylę, ale tak to zapamiętałem”.
Jedyne ostrzejsze słowa pod adresem Tuska, wypowiedziane z dzisiejszej perspektywy, padły w kontekście „wyścigu” o pierwszeństwo. Temu poświecę tekst następny bo mimo wczorajszych tłumaczeń pana Grasia, a właściwie przez nie mam podobne odczucia więc nie dziwie się Kaczyńskiemu.
Dziwie się natomiast zarówno Panu Krzemińskiemu jak i Panu Matejczykowi którzy sami sobie dają prawo być wstrząśniętymi przeczytanym i, jak śmiem twierdzić, nie do końca pojętym gazetowym tekstem a nie potrafią pojąć stanu człowieka, który jedzie do zwłok brata, bratowej, przyjaciół i znajomych. Selektywność prawa do wzburzenia jest tu tak ( a co mi tam) wstrząsająco widoczna, że mam prawo zastanawiać się czy rzeczywiście panowie mają kłopot z gramatyką, nie zrozumieli tekstu czy to po prostu ich zła wola.
Jedno trzeba przyznać, że mimo wzburzenia, potrafili wczoraj nadać ton dyskusji tak bardzo, że zgubił się w tym nawet tak rozsądny i mądry człowiek jak Piotr Zaremba na którego było mi aż żal patrzeć gdy coś tam próbował bąkać. Nie wiem co bo nie usłyszałem…
* Cytaty za: „Prawdę o Smoleńsku musi usłyszeć Polska i cały świat”, wywiad Katarzyny Gójskiej- Hejke i Tomasza Sakiewicza z Jarosławem Kaczyńskim, „Gazeta Polska”, 14 lipca 2010 r., str. 7
Tym wstrząśnieniem obu panów (u pana Krzemińskiego wyrażającym się brakiem panowania nad ciałem i nad kulturą osobistą) tłumaczę sobie ich opinie wynikające z oczywistego dla mnie niezrozumienia czytanego tekstu. Tym wzburzeniem musze sobie tłumaczyć problemy poradzenia sobie obu panów z umiejętnością, którą nabywa się już w szkole podstawowej. Do tego wzburzenia jeszcze wrócę. Teraz pozwolę sobie zająć się istotą krytyki, której zresztą wczoraj, zapewnie z tych samych powodów ( albo ze złej woli bo przecież problem z rozumieniem tekstu pisanego nie mógł tak nagle rozpowszechnić się po kraju jak jaka grypa świńska). Wedle krytyków w wywiadzie dla Gazety Polskiej Kaczyński „powrócił do swego dawnego języka agresji”. Rzecz w tym, ze jeśli w tym tekście do czegoś powrócił to jedynie do dnia 10 kwietnia tego roku. Jeśli spokojnie przeczyta się ten wywiad to zauważy się, że niemal w 100% opisuje on to, co Jarosław Kaczyński robił, myślał i mówił 10 KWIETNIA 2010 ROKU. I aby 5to zrozumieć, nie trzeba wcale być profesorem (tym argumentem posługiwał się Krzemiński podkreślając swą wyższość nad doktorem Żukowskim, gdy ten go spokojnie zapytał o zrozumienie przeczytanego tekstu) ani zapewne mieć lewicowe przekonania. Wystarczy znać polską gramatykę. I to wcale nie perfekcyjnie. Tyle tylko by pojąc konstrukcję odnoszącą się do czasu przeszłego.
Pozwolę to sobie pokazać na przykładzie, który na dla pana Krzemińskiego stanowił wręcz dowód na to, że Kaczyński snuje spiskowe teorie z Putinem i Tuskiem w rolach głównych. W tekście Kaczyński mówi:
„Dla mnie rola premiera Tuska i premiera Putina była w tym wypadku niejasna. W mojej ocenie obaj nie potraktowali wizyty prezydenta Kaczyńskiego z należytym szacunkiem”.
I jeszcze jeden fragment:
„Dzwonił ktoś od premiera. Miałem wrażenie, że Donald Tusk zdecydował się polecieć do Smoleńska wtedy, gdy dowiedział się, że ja tam lecę. Być może się mylę, ale tak to zapamiętałem”.
Jedyne ostrzejsze słowa pod adresem Tuska, wypowiedziane z dzisiejszej perspektywy, padły w kontekście „wyścigu” o pierwszeństwo. Temu poświecę tekst następny bo mimo wczorajszych tłumaczeń pana Grasia, a właściwie przez nie mam podobne odczucia więc nie dziwie się Kaczyńskiemu.
Dziwie się natomiast zarówno Panu Krzemińskiemu jak i Panu Matejczykowi którzy sami sobie dają prawo być wstrząśniętymi przeczytanym i, jak śmiem twierdzić, nie do końca pojętym gazetowym tekstem a nie potrafią pojąć stanu człowieka, który jedzie do zwłok brata, bratowej, przyjaciół i znajomych. Selektywność prawa do wzburzenia jest tu tak ( a co mi tam) wstrząsająco widoczna, że mam prawo zastanawiać się czy rzeczywiście panowie mają kłopot z gramatyką, nie zrozumieli tekstu czy to po prostu ich zła wola.
Jedno trzeba przyznać, że mimo wzburzenia, potrafili wczoraj nadać ton dyskusji tak bardzo, że zgubił się w tym nawet tak rozsądny i mądry człowiek jak Piotr Zaremba na którego było mi aż żal patrzeć gdy coś tam próbował bąkać. Nie wiem co bo nie usłyszałem…
* Cytaty za: „Prawdę o Smoleńsku musi usłyszeć Polska i cały świat”, wywiad Katarzyny Gójskiej- Hejke i Tomasza Sakiewicza z Jarosławem Kaczyńskim, „Gazeta Polska”, 14 lipca 2010 r., str. 7
wtorek, 13 lipca 2010
Kaczyński w roli Przytulanki. (kolanom kataryny)
Z kataryną zgadzam się w jednym. Nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze wygrać wybory. Kaczyński wyborów nie wygrał więc dyskusyjna jest cała reszta rozważań szanownej kataryny. Kaczyński wyborów nie wygrał. Nie udało się jemu uzyskać tyle, ile w TYCH wyborach oznaczało sukces, czyli 50% z ogonkiem.
Analiza wyborczego wyniku uzyskanego przez prezesa Prawa i Sprawiedliwości to faktycznie ciekawe zajęcie. O ile lubi się historyczne przyczynkarstwo. Z tego wyniku coś na dziś można wysnuć ale trudno zgadnąć na ile to coś będzie aktualne za 500 dni. Dziś trudno nawet ustalić jak wygląda rozkład poparcia dla partii politycznych równoległy do wyborczych wyników. Ze zdumieniem odbieram całkowity brak zainteresowania takimi danymi czy to ze strony firm wykonujących sondaże czy tez mediów, które je zamawiają. Byłby to ciekawy przyczynek do tego, na ile poparcie uzyskane przez tak surowo potraktowanego przez los i tak mocno trzymającego się mimo tego losu Jarosława Kaczyńskiego tożsame jest z poparciem dla jego partii.
Ja mam wątpliwość co do tego ze ta zbieżność jest duża. Choćby z tego powodu, że swoje blisko 50% Kaczyński uzyskał w II turze, gdy stanowił tylko jedna z dwóch możliwości i w dodatku, sam z siebie, dużo bardziej wyrazistą i atrakcyjną niż alternatywa (a tak! Tak to widzę).
Nie mam natomiast wątpliwości, że na wybory w roku 2011 PiS z obecną strategią wyborczą iść nie może. Już te wybory pokazały to, jak niebezpieczne jest granie „odgrzewanym kotletem”. Na tyle, że „naturalny kandydat” cudem uciekł spod wyborczej gilotyny. I , co ciekawe i trochę przeczące temu mojemu sceptycyzmowi wobec potraw odgrzewanych, uciekł resztką sił „zatroskanych IV RP”.
Kampania 2011 roku będzie już inna. I to z obu stron. Dla obecnych zwycięzców nie do przyjęcia będzie epatowanie jakimikolwiek groźbami bo one będą gołosłowne. Premier, który znów wejdzie na jakąś trybunę i zakrzyczy, że bać się należy Kaczyńskiego, bo on go dobrze zna, nie będzie już złowieszczy lecz śmieszny. I żałosny przy tym. Wyborcy od Premiera będą oczekiwać rachunku z 500 dni, o które poprosił. Z dni, w których nikt już mu nie przeszkadzał w budowie Polski naszych (ich?) marzeń. Jakikolwiek tekst o strachach na lachy stojących u wrót będą oczywistym komunikatem że się przebimbało i na nice przetrawiło ten czas dany na wielkie dzieła a teraz chce się mydlić oczy.
Kampania 2011 roku będzie już inna. Nie będzie wyglądał autentycznie zapłakany i wycofany Jarosław Kaczyński. Nawet dla jego zwolenników, dla których najbardziej chyba pozytywną wróżbą na przyszłość były oczy Jarosława z wyborczego wieczoru. Pełne radości z tej minimalnej i dającej nadzieję na lepsze wyniki przegranej. Oczekiwanie, że Jarosław Kaczyński po 10 kwietnia zamienił się w pozbawioną energii pulardę to czystej wody czarnowidztwo. Taki Jarosław Kaczyński, oderwany od posmoleńskiej atmosfery to coś zaprzeczającego istocie tego polityka. Jarosław Kaczyński to człowiek walki i to utrzymało go w pierwszej lidze naszej polityki. Trzeba zrozumieć, że Kaczyński wyciszony był uzasadniony i zrozumiały wraz z tragedią 10 kwietnia. Na stałe będzie karykaturą samego siebie.
A słowa, wypowiedziane przez niego są jak najbardziej zrozumiałe. Ja wiem, że można oczekiwać od ludzi, że obrażani, raczej nastawią drugi policzek niż odwiną. Ale nie w sytuacji, w której wiadomo, że w jen nastawiony policzek będzie się walić bez opamiętania. A przecież tak właśnie jest.
Tak jest i widać to choćby w tej właśnie sytuacji gdy „cały naród” próbuje się wciągać do dyskusji nad powrotem agresywnego Kaczyńskiego a słowem (przynajmniej równoważnym temu o Kaczyńskim) nie mówi się o języku drugiej strony najdobitniej symbolizowanemu wystąpieniem Donalda Tuska na ostatnim zjeździe PO. Trudno przyjąć taki schemat sceny politycznej, który przypomina toksyczną rodzinę, w której jedno dziecko stawiane jest na baczność lub do konta a drugiemu wszystko wolno.
Poza tym w słowach Kaczyńskiego jest tez odpowiedź w imieniu tych, których próbuje się zepchnąć do defensywy. Kazać im się wstydzić za to, że w ogóle są. Takich jest wielu i oni muszą czuć, że ktoś daje gwarancję, ze się za nimi ujmie i nie będzie, w imię czegokolwiek, co „się opłaca” odwracał się do nich plecami.
Oczekiwanie, że Jarosław Kaczyński jest w stanie przeczekać z prawie 50% poparciem do wyborów parlamentarnych w roli pluszowej przytulanki jest naiwnością. Na taką naiwność my możemy oczywiście sobie pozwolić ale nie PiS i nie Jarosław Kaczyński
Analiza wyborczego wyniku uzyskanego przez prezesa Prawa i Sprawiedliwości to faktycznie ciekawe zajęcie. O ile lubi się historyczne przyczynkarstwo. Z tego wyniku coś na dziś można wysnuć ale trudno zgadnąć na ile to coś będzie aktualne za 500 dni. Dziś trudno nawet ustalić jak wygląda rozkład poparcia dla partii politycznych równoległy do wyborczych wyników. Ze zdumieniem odbieram całkowity brak zainteresowania takimi danymi czy to ze strony firm wykonujących sondaże czy tez mediów, które je zamawiają. Byłby to ciekawy przyczynek do tego, na ile poparcie uzyskane przez tak surowo potraktowanego przez los i tak mocno trzymającego się mimo tego losu Jarosława Kaczyńskiego tożsame jest z poparciem dla jego partii.
Ja mam wątpliwość co do tego ze ta zbieżność jest duża. Choćby z tego powodu, że swoje blisko 50% Kaczyński uzyskał w II turze, gdy stanowił tylko jedna z dwóch możliwości i w dodatku, sam z siebie, dużo bardziej wyrazistą i atrakcyjną niż alternatywa (a tak! Tak to widzę).
Nie mam natomiast wątpliwości, że na wybory w roku 2011 PiS z obecną strategią wyborczą iść nie może. Już te wybory pokazały to, jak niebezpieczne jest granie „odgrzewanym kotletem”. Na tyle, że „naturalny kandydat” cudem uciekł spod wyborczej gilotyny. I , co ciekawe i trochę przeczące temu mojemu sceptycyzmowi wobec potraw odgrzewanych, uciekł resztką sił „zatroskanych IV RP”.
Kampania 2011 roku będzie już inna. I to z obu stron. Dla obecnych zwycięzców nie do przyjęcia będzie epatowanie jakimikolwiek groźbami bo one będą gołosłowne. Premier, który znów wejdzie na jakąś trybunę i zakrzyczy, że bać się należy Kaczyńskiego, bo on go dobrze zna, nie będzie już złowieszczy lecz śmieszny. I żałosny przy tym. Wyborcy od Premiera będą oczekiwać rachunku z 500 dni, o które poprosił. Z dni, w których nikt już mu nie przeszkadzał w budowie Polski naszych (ich?) marzeń. Jakikolwiek tekst o strachach na lachy stojących u wrót będą oczywistym komunikatem że się przebimbało i na nice przetrawiło ten czas dany na wielkie dzieła a teraz chce się mydlić oczy.
Kampania 2011 roku będzie już inna. Nie będzie wyglądał autentycznie zapłakany i wycofany Jarosław Kaczyński. Nawet dla jego zwolenników, dla których najbardziej chyba pozytywną wróżbą na przyszłość były oczy Jarosława z wyborczego wieczoru. Pełne radości z tej minimalnej i dającej nadzieję na lepsze wyniki przegranej. Oczekiwanie, że Jarosław Kaczyński po 10 kwietnia zamienił się w pozbawioną energii pulardę to czystej wody czarnowidztwo. Taki Jarosław Kaczyński, oderwany od posmoleńskiej atmosfery to coś zaprzeczającego istocie tego polityka. Jarosław Kaczyński to człowiek walki i to utrzymało go w pierwszej lidze naszej polityki. Trzeba zrozumieć, że Kaczyński wyciszony był uzasadniony i zrozumiały wraz z tragedią 10 kwietnia. Na stałe będzie karykaturą samego siebie.
A słowa, wypowiedziane przez niego są jak najbardziej zrozumiałe. Ja wiem, że można oczekiwać od ludzi, że obrażani, raczej nastawią drugi policzek niż odwiną. Ale nie w sytuacji, w której wiadomo, że w jen nastawiony policzek będzie się walić bez opamiętania. A przecież tak właśnie jest.
Tak jest i widać to choćby w tej właśnie sytuacji gdy „cały naród” próbuje się wciągać do dyskusji nad powrotem agresywnego Kaczyńskiego a słowem (przynajmniej równoważnym temu o Kaczyńskim) nie mówi się o języku drugiej strony najdobitniej symbolizowanemu wystąpieniem Donalda Tuska na ostatnim zjeździe PO. Trudno przyjąć taki schemat sceny politycznej, który przypomina toksyczną rodzinę, w której jedno dziecko stawiane jest na baczność lub do konta a drugiemu wszystko wolno.
Poza tym w słowach Kaczyńskiego jest tez odpowiedź w imieniu tych, których próbuje się zepchnąć do defensywy. Kazać im się wstydzić za to, że w ogóle są. Takich jest wielu i oni muszą czuć, że ktoś daje gwarancję, ze się za nimi ujmie i nie będzie, w imię czegokolwiek, co „się opłaca” odwracał się do nich plecami.
Oczekiwanie, że Jarosław Kaczyński jest w stanie przeczekać z prawie 50% poparciem do wyborów parlamentarnych w roli pluszowej przytulanki jest naiwnością. Na taką naiwność my możemy oczywiście sobie pozwolić ale nie PiS i nie Jarosław Kaczyński
czwartek, 17 czerwca 2010
…i sprawiedliwość (o powściągliwości)
Trudno powiedzieć jaki wpływ na wynik I tury a może i całych wyborów będzie miał wczorajszy wyrok w sprawie Komorowski vs. Kaczyński. O tyle trudno, że wedle publikowanego właśnie sondażu lwia część (sondowanych) wyborców ma gdzieś sprawę prywatyzacji szpitali. Nie wiadomo tylko czy to „gdzieś” odnosi się do tego, że może pan Komorowski jednak chce czy raczej do tego jaki wyrok zapadł. I czy sondaż nie jest przypadkiem taką próba zniechęcenia sztabów do grzebania w archiwalnych wypowiedziach…
Trudno nie przyznać, że zaliczenie takiej wpadki na mecie pierwszego etapu to błąd poważny. Odium kłamcy w sytuacji, w której konkurentowi zwyczajnie brak jakichkolwiek argumentów w walce to jest nic innego jak opuszczenie gardy w momencie gdy widzi się potężną „bombę” zmierzającą do naszej szczęki. Cała sytuacja jest niczym innym jak kolejnym ujawnieniem słabości sztabów wyborczych i naszych polityków w ogóle. Jak by się przyjrzeć temu, co w naszych warunkach jest kampania wyborcza to wygląda ona tak, jakby to jakaś Fergie rywalizowała z JLo o kolejna statuetkę Grammy. Klip, koncert, klip, spotkanie z fanami… Nie widać za to żadnego wsparcia merytorycznego. Researchu materiałów do wypowiedzi i przede wszystkim dokładnego przygotowywania… spontanicznych bon motów. Na tym polegać powinna przede wszystkim praca sztabu. Reszta to już tylko technologia…
Ja wiem, że inkryminowana wypowiedź padła z ust samego prezesa ale po to jest sztab wyborczy by nie padła. Jeśli nie potrafią temu zapobiec to czas najwyższy poszukać innej roboty. Tyle…
A skoro jesteśmy już przy sztabie wyborczym i fachowości to przyznać trzeba, że sztab Prezesa, przy wszystkich ujawnionych niedoskonałościach jawi się jako szczyt profesjonalizmu przy ekipie obsługującej Marszałka. Ja wiem, tam pola do popisu nie ma. Tam potrzebne są metody ekstremalne. A właściwie jedna. Trzeba zamknąć Komorowskiego w jakiejś komórce i do czasu końca kampanii „zgubić klucz”. Kampania wyborcza to okres dość szczególny. Ale szczególny przez to, że od uczestników wymagający wyjątkowej mobilizacji. Jeśli tak wygląda „zmobilizowany” Bronisław Komorowski to strach pomyśleć jaki jest „w stanie spoczynku”.
Wydawało się, że po wczorajszym wyroku nic nie będzie w stanie zakłócić zwycięskiego okrzyku ekipy PO. Okazało się, że było inaczej. Że znów ujawnił się jej „najsłabszy element” czyli sam kandydat. Ktoś, kto potrafi spieprzyć tak ewidentny sukces musi być już nawet nie durniem. Musi być jakimś osobliwym przypadkiem socjologicznym. Wypowiedź pana Marszałka o „rozgrzanym sędzi” to jest szczyt. Tak zresztą wieloznaczny, że może się o nią przyczepić równie dobrze Amnesty International zaniepokojona stanem niezawisłości sadów jak i Kazia Szczuka zniesmaczona samczym szowinizmem pana Komorowskiego. A sama pani sędzia za sugestie, ze czeka pod telefonem na komendę Marszalka powinna go z miejsca pozwać. W trybie wyborczym.
A swoja drogą polecam znakomitą formułę przeprosin, do których dojść musi ( o ile sztab PiS się nie odwoła i odwołanie nie zostanie uznane) jeśli się nie chce zamanifestować pogardy dla prawa. Zaproponował ja na swoim bloku kolega zuuraw*
* http://zuuraw.salon24.pl/195139,mam-najlepsza-formulke-przeprosin-dla-jk
Trudno nie przyznać, że zaliczenie takiej wpadki na mecie pierwszego etapu to błąd poważny. Odium kłamcy w sytuacji, w której konkurentowi zwyczajnie brak jakichkolwiek argumentów w walce to jest nic innego jak opuszczenie gardy w momencie gdy widzi się potężną „bombę” zmierzającą do naszej szczęki. Cała sytuacja jest niczym innym jak kolejnym ujawnieniem słabości sztabów wyborczych i naszych polityków w ogóle. Jak by się przyjrzeć temu, co w naszych warunkach jest kampania wyborcza to wygląda ona tak, jakby to jakaś Fergie rywalizowała z JLo o kolejna statuetkę Grammy. Klip, koncert, klip, spotkanie z fanami… Nie widać za to żadnego wsparcia merytorycznego. Researchu materiałów do wypowiedzi i przede wszystkim dokładnego przygotowywania… spontanicznych bon motów. Na tym polegać powinna przede wszystkim praca sztabu. Reszta to już tylko technologia…
Ja wiem, że inkryminowana wypowiedź padła z ust samego prezesa ale po to jest sztab wyborczy by nie padła. Jeśli nie potrafią temu zapobiec to czas najwyższy poszukać innej roboty. Tyle…
A skoro jesteśmy już przy sztabie wyborczym i fachowości to przyznać trzeba, że sztab Prezesa, przy wszystkich ujawnionych niedoskonałościach jawi się jako szczyt profesjonalizmu przy ekipie obsługującej Marszałka. Ja wiem, tam pola do popisu nie ma. Tam potrzebne są metody ekstremalne. A właściwie jedna. Trzeba zamknąć Komorowskiego w jakiejś komórce i do czasu końca kampanii „zgubić klucz”. Kampania wyborcza to okres dość szczególny. Ale szczególny przez to, że od uczestników wymagający wyjątkowej mobilizacji. Jeśli tak wygląda „zmobilizowany” Bronisław Komorowski to strach pomyśleć jaki jest „w stanie spoczynku”.
Wydawało się, że po wczorajszym wyroku nic nie będzie w stanie zakłócić zwycięskiego okrzyku ekipy PO. Okazało się, że było inaczej. Że znów ujawnił się jej „najsłabszy element” czyli sam kandydat. Ktoś, kto potrafi spieprzyć tak ewidentny sukces musi być już nawet nie durniem. Musi być jakimś osobliwym przypadkiem socjologicznym. Wypowiedź pana Marszałka o „rozgrzanym sędzi” to jest szczyt. Tak zresztą wieloznaczny, że może się o nią przyczepić równie dobrze Amnesty International zaniepokojona stanem niezawisłości sadów jak i Kazia Szczuka zniesmaczona samczym szowinizmem pana Komorowskiego. A sama pani sędzia za sugestie, ze czeka pod telefonem na komendę Marszalka powinna go z miejsca pozwać. W trybie wyborczym.
A swoja drogą polecam znakomitą formułę przeprosin, do których dojść musi ( o ile sztab PiS się nie odwoła i odwołanie nie zostanie uznane) jeśli się nie chce zamanifestować pogardy dla prawa. Zaproponował ja na swoim bloku kolega zuuraw*
* http://zuuraw.salon24.pl/195139,mam-najlepsza-formulke-przeprosin-dla-jk
Subskrybuj:
Posty (Atom)