Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 sierpnia 2011

Utracony instynkt wyborcy (polemika)

Trudno zaprzeczyć, że nasza polityka to skumulowana patologia. Może będę nudny ale znów jako przykład przytoczę wojnę, w znacznej mierze domową, o to jak wielkim bohaterstwem było albo nie było recenzowanie wyborczego klipu związku zawodowego wiejskiej nomenklatury.

Do rangi casus belli podniesiony został problem, który nikogo obecnie nie powinien zaprzątnąć na więcej niż na trzy do pięciu sekund bez względu na to czy wyskoczyłby z nim poseł Hofman, prezes Kaczyński, Tusk prezes rady czy tam wszystkie gazety lub czasopisma oraz zaprzyjaźnione stacje razem. Więcej. Nawet gdyby sam Bóg z nieba zstąpił i klarować zaczął wyborcy, że ten klip to kicha i dowód zdziczenia to ja, a za mną każdy normalny wyborca, upadłszy najpierw jak należy na kolana, odrzec powinienem tymi słowy: „Boże Wszczechmogący, w Trójcy Jedyny Prawdziwy! A co mi tam jakaś piosenka i to, co kto o niej myśli? Tyle jest spraw poważnych, że to akurat to mi zwisa i powiewa!”. No może z tym „zwisa” i z tym „powiewa” bym się zastanawiał bo hit ludowców i hit Hofmana nie są warte wiecznego potępienia.

Cała ta okładanka ma miejsce na miesiąc przed wyborami. I zdaje się być znakiem firmowym stanu nie tylko naszej klasy politycznej ale, co równie a może i bardziej smutne, znacznej części wyborców. Niestety, tych wyborców, którzy zdają się uważać za najbardziej wyrobionych i politycznie uświadomionych.

Tedy na miesiąc przed wyborami pasjonujemy się najpierw diskopolo PSL, później diskopolo taktu i rozwagi Hofmana wreszcie dorodnym burakiem cukrowym w rękach Kłopotek Brothers. A nikt w tym czasie jakoś szczególnie nie docieka i nie zmusza swych potencjalnych wybrańców by skupili się na esencji tego, co wypełniać powinno kampanie wyborcze. na wyborczych programach i przyszłych zamierzeniach. W tej sytuacji zdaje się pobrzmiewać echo opinii kolegi grudq’a sugerującego, że wyborcę należy wychować. Choć ciśnie mi się na język uwaga, że to, to pasowało raczej w poprzedniej epoce, zdaje się że marzenia kolegi i, jak mniemam, naszej klasy politycznej są bliższe realizacji niżbym chciał.

Tak bliskie, że nikt na ten przykład, absolutnie nikt z wyborców PO nie uznał za idiotyzm równoczesnego przekonywania, że się Polska zmieniła tak, że nic w niej nie jest już takie samo w zasadzie a jedynym, co zmiany nie wymaga (wedle pani Kidawy – Błońskiej, będącej wówczas akurat „ustami” PO) jest program partii napisany zanim cokolwiek PO zaczęła zmieniać. Słowem program to taki kawałek papieru bez znaczenia.

Ziemia się wtedy nie zatrzęsła bo faktycznie wyborcy już są „wychowani”. Są niczym te grudq’owe oddziały, które mu płoszę i sieję im zwątpienie.

Oczywiście nikt nie broni robić wyborcom za „mięso armatnie” jeśli taka ich wola. Ale ich autonomiczna zgoda na to jest według mnie przejawem utraty wyborczego instynktu samozachowawczego. I zgody na to, by funkcjonowanie sfery publicznej postawić na głowie. Bo tym właśnie jest zapomnienie, że to nie politycy tylko obywatele są podmiotem polityki. Politycy są tylko takim mniej lub bardziej funkcjonalnym gadżetem, na który wymienili sobie owi obywatele inny, mniej wydolny gadżet, któremu łeb odrąbali 30 stycznia 1649 albo 21 stycznia 1793. Tak akurat ludziom pasowało po prostu.

Ja wiem, że czasem są sprawy, które wyobraźnię i wiedzę wyborcy przerastają. Ale jeśli ktoś wtedy rzecz próbuje rozwiązać tłumacząc „nie pojmiesz ale ja to za ciebie załatwię” jest wrogiem, nie powiem demokracji bo ona to też gadżet tylko, jest wrogiem prawdziwym tych tak chętnie wyręczanych. Nie wychowuj polityku! Przekonuj. Tobie nie jest potrzebny ani jeden wojak w wyimaginowanym szeregu. Tobie nie jest potrzebny wyborca oddany. Tobie jest potrzebny wyborca przekonany i świadomy.

Przede wszystkim po to, by już kolega grudeq nie musiał się bać, że się tłumy zwolenników mogą rozpierzchnąć. W pospolite ruszenie omamione nagła wizja cudownego tryumfu równie łatwo wlać nadzieję jak poczucie zwątpienia. W karny szereg „armii nowego modelu” to drugie trudniej bo ona nie maszeruje na wizji ale na kalkulacji. Tu dodam, że poziom owej kalkulacji jest wypadkową skuteczności i uczciwości przekonujących. A jeszcze bardziej mądrości i właśnie instynktu przekonywanych. To taka uwaga do tych, co by mi chcieli z populistami wyjechać.

Niech kto mi powie, że poza emocjami klasa polityczna oferuje „swoim” i potencjalnym wyborcom coś więcej. Nie! Nawet „zmieniający Polskę” „technokraci” z PO są w stanie pokazać póki co „pełnego nadziei” kierowcę, który snuje marzenia że starczy się trochę pomęczyć i z górki będzie. Zaś PSL, póki mu Hofman nie zafundował pomysłu na event z cukrowym burakiem, w kampanii nie istniał. A opozycja to w zasadzie same emocje.

Do dziś za szczyt politycznej mądrości uchodzi pamiętne zdanie: „"Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju". Nikt jakoś nie pomyślał jak bardzo jest one bezsensowne. W tym oddzielaniu oczywistej jedności, którą dla każdego powinno stanowić „ja” i „mój kraj”. Ile byśmy patriotyzmu nie wlali w opisywanie pobudek kierujących naszymi publicznymi i prywatnymi działaniami to nie jest on w stanie zmienić faktu, że robimy to po prostu dla siebie.

Ktoś, kto tę świadomość porzuca, rezygnuje z niej by się grudq’owi dać „wychowywać” i w szereg karnie stawiać, kpem jest a pociecha z niego, tak dla grudq’a jak i dla Polski z niego żadna. Choćby mu żadne rosemanny zapewne za nic zwątpienia w głowie zasiać nie były w stanie.

Popytajcie tu i ówdzie a usłyszycie, że strzec się trzeba istot, które wyzbyły się instynktu samozachowawczego. Bo to rzadko objaw dość przydatnej uległości. Częściej zaś wścieklizn

środa, 23 lutego 2011

Strip tease PO z rzezią w tle

Sadziłem dotąd, że jeśli chodzi o taktykę wyborczego samobójstwa trudno będzie przebić nieboszczkę Akcję Wyborcza Solidarność. Pamiętam jej radosny udział w licytacji „dobrych wujków” przy tworzeniu budżetu na wyborczy rok i coś, co w młodzieżowym żargonie nazywano „zdziwkiem" gdy okazało się, że radości starczyło tylko do momentu, w którym minister Bauc odkrył efekt tej licytacji zapisany później w historii naszej ekonomii politycznej jako „dziura” jego imienia.

Przyznam, że nie sądziłem, iż tamto osiągnięcie zostanie przebite przez ekipę, która do niedawna w zgodnej ocenie ekspertów (poza, rzecz jasna, „pisopwskimi frustratami”) przedstawiana była jak coś w rodzaju smokingu wśród pospolitej garderoby. I tak było przez trzy lata. A skoro tyle się wytrzymało to kto by pomyślał, że rok więcej to taki problem.

I nagle ten smoking został w przypływie jakiegoś nagłego ekshibicjonizmu zrzucony z nagła właśnie w tym najistotniejszym roku ukazując wszystkim prawdziwe, choć, jak wychodzi, dość wątpliwej urody wdzięki rządzącej partii. Taki spontaniczny strip tease damy wątpliwych wdzięków, która czuje że to ostatnia okazja bo za jakiś czas nikt nie zareaguje.

A ludzie się dziwią. Nie do końca pewnie wiedza dokładnie czemu. Czy temu, że ten jowialny i kompetentny dr Jekyll z nagła przeistoczył się w szalonego pana Hyde czy może nagłemu cudowi uzdrowienia zmysłu wzroku. Tego zmysłu, któremu umykały dotąd takie kamyczki toczące się od czasu do czasu z platformerskiego monolitu. Tu senator Misiak, tam afera hazardowa… W zasadzie nic godnego uwagi. A teraz istna lawina. Pokazująca zresztą, że ten typ w smokingu to tak naprawdę jest nagi. I jak się tylko zapomniał, to wszyscy mogli zobaczyć jak wywija niezbyt imponującym interesem.

Taki Wałbrzych, w którym, szast - prast i nie ma PO. Bo to PO co było w Wałbrzychu to aż wstyd się przyznać. I jakby dało się przeciętnemu obywatelowi wmówić, że to nie było żadne PO to byłoby ekstra. Ale nie da się. Choć ci działacze, którzy pewnie wbrew swej woli i swym politycznym planom, goszczą teraz na pierwszych stronach gazet jakby byli jakimi sekretarzami generalnymi partii, z miejsca ciskają legitymacjami by nikt, broń Boże, nie połączył ich z partią, przekaz medialny idzie w świat.

Takie Podlasie gdzie PO rozrabia w stereo. Tu „doły” chcą wycinać barona a tam znowu prokuratura zamaszyście wycina cała samorządową reprezentację Platformy. No Święci Pańscy! W roku wyborczym?! Do tego krążą słuchy, że Wałbrzych i Białystok to taki gwóźdź do trumny „numeru dwa” w partii i „numeru jeden” do likwidacji w rankingu wodza. A że wycina się na oczach? Może wódz chce właśnie pokazać jaki z niego Dżyngis Chan i jak kończą ci, co ośmielą się mu fikać?

Mógłby jednak ów domorosły Temudżyn przypatrzeć się uważniej swemu dziełu to i penie by zobaczył w jakie rzeźnickie perpetuum mobile zmienia się ta jego lista wycinanych. Z każdą taką akcją szanse jego partii na rewelacyjny wynik maleją a przez to kurczy się ławka, na której po wyborach szanowne tyłeczki usadzą jego stronnicy. Tak więc trzeba ciąć, jeszcze bardziej ciąć! „Aż we krwi będziem po kolana”. Nie wiem z kogo to cytat ale dotyczy „zjadania własnych dzieci przez rewolucję” w sławetnym czasie francuskich narodzin demokracji.

Trudno mi tak do końca zgadnąć czy wódz do końca zatracił przypisywane mu jeszcze niedawno talenty. W końcu od jakiegoś czasu nie wiadomo w ogóle czy te wódz istnieje. naród zdążył chyba już zapomnieć jego ostre rysy. W każdym razie przyjął taktykę, po której Polska Platformy Obywatelskiej będzie zapewne wyglądać jak taka szachownica. Obok „białych pól”, w których PO twardo „trzyma władze” pojawią się „czarne dziury”, w których właśnie wyrżnięto stronników Schetyny.

Może zaprawdę jest tak, że wódz oszalał w chwili, gdy mu do głowy przyszło, że „nie ma z kim przegrać” i postanowił, że w takiej sytuacji i tak nie można obywatelom odebrać emocji wyborczych.

Nie pomyślał natomiast, że dla Polaków nie istnieją dwie Platformy, ta wodza i ta gorsza, Platforma Schetyny. A rzeź tej drugiej odbierana będzie nie jako czynności porządkowe ale raczej coś na kształt samookaleczenia, taka autoagresja.

I na koniec wyborcy nie pozostaną z wrażeniem, że podły to jest pan Grzegorz ale że nagi i w swej nagości mało ponętny jest sam król i całe jego otoczenie. To jest, to będzie, taki zbiorowy strip tease. I to w najgorszym guście.

poniedziałek, 21 lutego 2011

„Jest super!” czyli rządowy zestaw bajek na wybory

Chyba już kiedyś posłużyłem się anegdotą przytoczoną przez Wańkowicza. rzecz działa się bodaj w Bukareszcie w trakcie polskich „wędrówek ludów” po klęsce wrześniowej w 1939 r. Podczas spotkania w ambasadzie zebrani tam przedstawiciele naszej elity, będący w drodze na zachód urządzili sobie coś w rodzaju wieczoru wróżb na temat tego co dalej będzie z wojną. Autor opisu zaskoczył wszystkich tezą, że wojna potrwa najmniej cztery lata i na dobrą sprawę po niej trudno będzie wskazać zwycięzcę. Zebrani z niechęcią kręcili głowami.

- Cztery lata? Nie… Naród tyle nie wytrzyma!

- No to nie wytrzyma! – podsumował autor drastycznej wróżby.

Podobnej argumentacji, jak owo „naród nie wytrzyma” używa teraz pan Sawicki dając odpór wróżbom ekonomistów zapowiadających znaczący wzrost cen niektórych artykułów żywnościowych. Ponoć na ukończeniu są zapasy zbóż spożywczych, cukru i oleju. A to wedle znawców musi odbić się na cenach. Do tego stopnia, że urosnąć one mogą i o dziesięć procent. Jednak pan Minister jest raczej arcuznawcą i arcyoptymistą więc uspokaja. Wedle niego nic takiego nam nie grozi. A powód jest oczywisty:

W tym roku mamy do czynienia ze straszeniem. Są i tacy ekonomiści, którzy mówią, że ceny żywności wzrosną o 10 proc. Nie wzrosną, bo rynek tego nie wytrzyma. Takiego wzrostu cen żywności z pewnością nie będzie. Myślę, że to będzie na poziomie nie więcej niż 5 proc." - powiedział dziennikarzom szef resortu rolnictwa.”*

Chciałoby się oczywiście, podobnie jak w tych wojennych okolicznościach, rzec, „no to nie wytrzyma!”. Cokolwiek by to miało znaczyć. Jednak od tego, czy rynek wytrzyma czy nie istotniejsze jest czy wytrzymają to obywatele. I tu mam dla pana Sawickiego raczej dobrą informację. Wytrzymają. Bo jakie mają wyjście? Tylko czy wytrzyma ich miłość do pana Sawickiego oraz do partii koalicyjnych? Mocno ostatnio nadwerężona. To tak naprawdę powinno martwić przede wszystkim i pana Ministra i całą koalicyjną „załogę”.A nie jakiś tam "rynek" cherlawy.

Swoją drogą to „nie wytrzyma” pana Sawickiego dziwi mnie dosyć. Wszak pan Minister nieco (takie znaczące „nieco”) jest ode mnie starszy więc i lepiej ode mnie powinien pamiętać jakie rzeczy rynek jest w stanie „wytrzymać”. Ot choćby to, że swego czasu spora jego cześć opierała się na walucie z podobizną Bena Franklina choć ta, jako żywo, nie była u nas emitowana a przeciętny obywatel nie zarabiał miesięcznie nawet stu „baksów”.

Kiedyś już, pod czyimś tekstem dotyczącym przewidywanego wzrostu cen chleba, pisałem o tym, że „mój” chleb zdrożał prawie dwukrotnie ze stawiki złoty osiemdziesiąt za bochenek do trzy złote czterdzieści a ja nawet w pierwszej chwili nie zauważyłem. Bo przecież najczęściej to, czy „naród wytrzyma” czy też „nie wytrzyma” okazuje się nie w momencie chłodnego analizowania cen (to nam w pierwszym momencie umyka…) lecz po wyładowaniu koszyka przy kasie. Wtedy co najwyżej człowiek zaduma się jakiego rozpasania się dopuścił gdy mu wyjdzie, że przekroczył zaplanowany budżet zakupów.

Z argumentacją polityków koalicji na przednówku roku wyborczego jest zarazem coraz gorzej i coraz zabawniej. To zabawniej powinno być ujęte w cudzysłów ale momentami trudno się nie śmiać. jak choćby w takiej oto sytuacji. Wczoraj przez chwile oglądałem telewizyjną audycje „Młodzi kontra…” polegająca na tym, że z partyjnymi młodzieżówkami spotykają się bardzo i nieco mniej znani politycy by im się tłumaczyć z tego, co ich partie lub oni sami wyczyniają. Wczoraj trafiłem na pana posła PO Sławomira Neumanna. Znanego głównie z prac w komisji hazardowej. Trochę szkoda, że nie trafiłem na tę część, w której ów pan poseł tłumaczył się ze swego wkładu w wynik prac komisji. Z drugiej strony, widząc „nieprzemakalność” pana Neumanna na argumenty sugerujące nieudolność obecnych rządów pewnie bym wpadł w stan ostrego wqrwu i przełączył kanał tracąc ten rodzynek, który przytoczę. W trakcie rundy pytań chłopak, bodaj z „Młodzieży Wszechpolskiej”, poprosił pana posła o przedstawienie choćby trzech elementów wyborczej oferty PO adresowanej do ludzi młodych. Poseł Platformy przyznał, że program wyborczy to będzie dopiero na wybory (cokolwiek to ma znaczyć) ale on może przedstawić to, co PO zaoferuje jeszcze przed końcem kadencji. I jednym tchem wymienił… reformy OFE i emerytur mundurowych. Co trzecie nie wiem bo w tym czasie wyłem ze śmiechu i mi „umkło”. Trochę rozumiem kwestię OFE bo można uznać, że pan Neumann postanowił ująć młodych otwartością i szczerością swej partii, która nie ma zamiaru ukrywać przed nimi, iż oferta dla nich polega głownie na chęci podpindolenia im kasy odłożonej na emerytury. Tego o „mundurówkach” nie pojmuję. Chłopak, choć z MW, żadnego mundurka na sobie nie miał i, jak sądzę, o wojskowej czy policyjnej a pewnie i żadnej innej emeryturze na razie nie myśli.

A skoro jesteśmy przy panu Neumannie i niespójnej, tak zwanej narracji PO, warto wspomnieć o heroicznym wymachiwaniu przez pana posła „ustawą zdrowotną”, którą, wedle jego słow, przy jej absolutnej doskonałości, na nasze nieszczęście zawetował Lech Kaczyński. W studiu byli sami młodzi więc pewnie z tego powodu nikt nie zapytał pana posła czemu, zważywszy na to, że od prawie roku Lecha Kaczyńskiego już nie ma i „nie przeszkadza” a jego miejsce jest obecny prezydent, który raczej „pomaga”, wspomniana ustawa jest na etapie prac sejmowych zamiast, z racji swej „doskonałości” przemknąć przez parlament z szybkością tornada.

Szczerze mówiąc nie dziwię się głupotom wygłaszanym przez koalicję. Wszak na dobrą sprawę cóż oni maja mówić i co oni wiedzą? Wszak odkładania niczym lądowanie w Normandii „ofensywa ustawowa” nagle okrojona zostaje do rozmiarów trzyosobowego zwiadu i nikt jeszcze nie wie co po tym krojeniu ocaleje. Może i tak być, że pan Neumann bezie musiał pchać do tego chłopca od „Wszechpolaków” jakiegoś maila z przeprosinami w rodzaju „Sorry stary, nie uszczęśliwmy cię jednak nową koncepcją „emerytur mundurowych”, wybacz…”
Dopiero teraz, na przykładzie, który skrótowo można opisać określeniem „Platforma w roku wyborczym” albo nawet „Koalicja w roku wyborczym” widać, jak trudna i niewdzięczna jest poselska robota. Ile się taki poseł „rządzący” musi naświecić oczami i narobić „z gęby cholewy”. Tedy nie żałujmy im tych diet i ryczałtów ani zapomóg z sejmowej kancelarii.


* http://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/322749,minister-rolnictwa-uspokaja-zywnosc-nie-bedzie-droga.html

sobota, 12 lutego 2011

Odruch szczura czyli zgroza w Platformie.

Nie twierdzę, że pan Ostachowicz jest szczurem. To oczywiste porównanie do znanego powiedzenia o tonącym okręcie. Nie twierdzę, ze pan Ostachowicz jest taki czy inny bo nie miałem, ani ja ani większość społeczeństwa, poznać przymiotów tego, starającego się zbytnio nie rzucać w oczy, zdolnego człowieka. Tytle o nim wiem, że był najpierw pomysłodawcą chamskiego, acz skutecznego „numeru” z zachowaniem publiczności podczas debaty Tusk-Kaczyński a później kapłanem PiaRowskiej religii, która Platformie zastąpiła realne życie.

Mimo tej mojej nikłej wiedzy o zaletach, wadach i w ogóle fizycznej i psychicznej konstrukcji pana Ostachowicza nie mam najmniejszych wątpliwości, że jest to postać dla PO szczególna. To taka ściana, która oddziela Donalda Tuska od reszty partii, od reszty polityki od reszty rzeczywistości. W tym oczywiście sensie, że my rzadko mamy możliwość oglądać Donalda Tuska saute. Jeśli już to mocno doprawionego właśnie przez pana Ostachowicza.

Wieść gminna, którą podają aż dwa dzienniki*, wedle której pan Ostachowicz, „szara eminencja” rządzącej ekipy i, jak niektórzy mówią „prawdziwy nr2” w PO lata po przedsiębiorcach i „sonduje” rynek pracy to kolejna, po liście „wychodzącego właśnie z holu Fokusa” Mellera bomba pod wizerunkiem Platformy. O skali dużo większej.

Jak mają wierzyć w zwycięstwo Tuska i PO jej dotychczasowi wyznawcy czy tam wyborcy skoro nie wierzy w nie nawet człowiek, który zna Tuska i PO, że się tak wyrażę, od strony samych flaków. Widać z trzewiami nie jest najlepiej.

Trudno się zresztą temu dziwić skoro w tej chorobie ludźmi, którzy najmocniej wspierają Tuska i najczęściej u niego bywają są pani Kopacz i pan Grabarczyk. Nasi narodowi spece od robienia burdelu wszędzie tam gdzie staną albo choć popatrzą. Tedy trudno się dziwić Ostachowiczowi, że gabinet w KPRM gotów zamienić na jakiś boks w jakiejś korporacji.

Warto popatrzeć jak bojowe są nastroje w partii, która, ustami Premiera, jeszcze niedawno chlubiła się, że „nie ma z kim przegrać”.

„"Siedzą zamknięci w panice i naradzają się, co dalej. Jest poczucie, że to może być już tylko równia pochyła. Narasta świadomość, że potrzebne jest już jakieś przesilenie. Ale jakie? Moim zdaniem bez rekonstrukcji rządu się nie obejdzie . W każdym razie pewne jest jedno: czeka nas „gorąca wiosna"

“Gorąca wiosna” będzie na pewno. I to bardzo. Skoro Ostachowicz stracił wiarę to albo rzuci na szalę wszystko co mu przyjdzie do głowy w nadziej, że taki szok mu wiarę przywróci albo zrobią to za niego „naturszczycy”. I „gorąca wiosna” przyjmie postać nawalanki cepem. Sugerowana „rekonstrukcja rządu” byłby zabawnym kontrapunktem dotychczasowego wizerunku „najkompetentniejszej ekipy nowoczesnej Europy”. I przyniosłaby zapewne skutek przeciwny. Plus efekt najgorszy dla „poważnego polityka”- śmiech obywateli. A po nim złość. Ja przestrzegałem, że obywatel nie lubi jak się go robi w … jajo. Daje się robić chętnie ale jak się zorientuje…!

Mógłbym jeszcze poznęcać się nad pychą pana Tuska, którego efekty nie raz zapowiadałem. Mógłbym się napawać swoją zdolnością analityczną, która chyba bije na głowę tę nawet, którą dysponuje pan Ostachowich. Ale co tam,. Ja nie doradzam Tuskowi tylko jestem zwykłym obywatelem. Może tylko z nadmierną skłonnością do złego. Tedy wolę się napawać czytając jak „Siedzą zamknięci w panice i naradzają się, co dalej. Jest poczucie, że to może być już tylko równia pochyła”. To jak z dobrej literatury sensacyjnej. Ale ta, nawet jak dobra to, wiadomo, jednak jest klasy B. I w Tm sęk, szanowny panie Ostachowicz. Sprowadził pan rządy do roli kiepskiego spektaklu i teraz zbiera pan owoce tego, że widzowie, wobec coraz bardziej kiepskiej fabuły, postanowili za pana zacząć pisać zakończenie. Dodając tempa i przewrotnie kończąc wątki.

Pielgrzymka pana Ostachowicza po potencjalnych pracodawcach to smutne memento nie tylko dla pana Tuska. Także i dla wszystkich innych, którzy uwierzą, ze władza to spektakl dla „ciemnego luda”. „Ciemny lud” ma bowiem to do siebie, że najtrudniej go zadowolić. On nie łapie tych niuansów, które w lot chwyta wyrobiony wyborca (czy tacy w ogóle są?) czy choćby pan Oatsachowicz. I jak mu się zaproponuje igrzyska to „the Show Must Go On”! I wtedy los kogoś musi rzucić na pożarcie.

Poszukiwanie szalupy przez pana Ostachowicza i „ratunkowe zejście do maszynowni” Grabarczyka i Kopacz to sygnały, że ta łajba już nie płynie lecz dryfuje. Może, co zauważam tu i ówdzie, choćby po nagłym wzroście aktywności i liczby naszych „zielonych” blogerów w Salonie24, dryf spróbuje się zatrzymać wcześniejszym dopłynięciem do portu. Tak mi chodzi po głowie, że Tusk nie zdzierży i zdecyduje się na termin wiosenny. No bo czy ma wybór? Przecież wiadomo na czym polega „równia pochyła”. Może do wiosny PO będzie dopiero w połowie długości?

Ale pan Igor chyba i w to nie wierzy. Bo zamiast tracić czas na poszukiwania dla siebie „korporacyjnego boksu” siadłby nad Premierem, przegonił Kopacz i Grabarczyka, zrobił „burzę mózgów” i parę procent dla PO by uratował. On jednak, w odruchu przysłowiowego „szczura z tonącego okrętu” woli chyba jednak myśleć przede wszystkim o własnym tyłku. I trzeba mu przyznać, że to mądra taktyka…



* http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/321811,pr-owiec-tuska-szuka-pracy-poploch-i-panika-w-po.html#komentarze (za informacjami „Polska-The Times”, tekst red. Anny Wojciechowskiej "Igor szuka pracy. Panika w KPRM" nie umieszczony na stronie dziennika)

piątek, 11 lutego 2011

Lewico! Nie idź! (o wyborach…)

To, co w tytule to taki żart, z wezwania pana Michała Syski, przestrzegającego w „Rzeczpospolitej” lewicę przed mariażem czy też aliansem z Platformą po najbliższych wyborach. Żart ten jest ze wszech miar zasadny. Zaczynając od tego, że pan Syska, jak podaje gazeta, jest „członkiem zespołu „Krytyki Politycznej” i dyrektorem Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a we Wrocławiu” (ach… być jak Syska…). Nadto ten, bez wątpliwości największych, lewicowiec rasowy jak sam Karol Marks, per „lewica” wyraża się o… SLD *. Paradne…

I na tym mój mariaż czy tam alians z panem Syską narazie zakończę acz przy temacie pozostanę. Bo kwestia „chodzenia” lewicy po wyborach wypłynęła bodaj wczoraj w komentarzach pod moim tekstem o buncie pana Mellera. I to wypłynęła dla mnie dość zaskakująco w postaci konkluzji, że lewica to i za bardzo nie ma gdzie iść. I wcale jej do tego pan Syska nie potrzebny by sobie to uświadomiła, że trzeba by się było nad dalszym kierunkiem zastanawiać. Jeśli będzie oczywiście mądra. Zaznaczam, że ja cały czas o SLD. Inna lewica, by „nadejść” najpierw musiała by się pojawić. Oczywiście tu mam na myśli „pojawienie” w sensie wyborczym. Takim, w którym partia choćby ociera się o 5% poparcia.

Sytuacja „powrotu do gry”, której zaznał Sojusz pod kierownictwem zwisającego jeszcze nie tak dawno na włosku partyjnej łaski Grzegorza Napieralskiego, miast oczywistego poczucia komfortu albo i radości, musi stanowić dla polityków tego ugrupowania istny bój głowy. Gdybyż to było ze 35% albo zgoła 48% to byłoby inaczej. Mimo wzrostu notowań i stopniowego doszlusowywania do czołówki w przedwyborczym wyścigu, na takie procenty partia Napieralskiego liczyć nie może. W każdym razie jeszcze nie może. Raczej na to, że będzie „silnym numerem trzy”. I to właśnie może być jej nieszczęściem. Tym większym, gdyby, jak wieszczą niektórzy, tylko tyle ugrupowań zdołało prześlizgnąć się przez wymagany próg. Choć Futrzak gotów się zakładać, że cztery :). A on wie co mówi…

W każdym razie może być tak, bo i czemu miałoby być inaczej, że będzie potrzebna koalicja. I w tym problem, że z pozoru SLD staje się jedyną partią, której da się jeszcze przypisać coś takiego jak „zdolność koalicyjna”. Nawet można sugerować, że osiągnęła ona swoje apogeum bo przecież nawet PiS by się nie odżegnał! Na domiar złego wszelkie kombinacje wskazują, że bez SLD koalicji może nie być! No bo o POPiS-e myśleć teraz, A.D 2011, po tych latach wojny polsko-polskiej, z rokiem poprzednim tej wojny przede wszystkim, może myśleć tylko wyjątkowy szaleniec. Nawet myślę, że obie partie, tonąć, odczuwałyby przede wszystkim radość patrząc co dzieje się z rywalem i o ratowaniu siebie ani by pomyślały. I nawet trudno się dziwić. Gdyby szefowie tych partii i ich otoczenie usiedli do rokowań nad koalicją, ich „żelazne elektoraty” musiałyby uznać, że sobie z nich robią oczywiste kpiny. Tyle przecież powiedziano…

Wróćmy więc do tego pięknego, perspektywicznego, „czerwonego” języczka u wagi. Właściwie można by sądzić, że władzę ma on (Sojusz nie „języczek”) na wyciągnięcie ręki. To pierwszy ból. To „wyciągnięcie” kusi szczególnie z perspektywy tak długiego odstawienia. Nie wiem, czy jeszcze jedna kadencja poza władzą nie oznaczałby ostatecznego (tak przeze mnie wymarzonego) końca tej formacji. Wszak partie w opozycji zużywają się. W SLD chyba dłużej bo trwa , ale ileż można…? Poza tym Grzegorz Napieralski nie może odnosić samych „zwycięstw prestiżowych” lecz powinien wreszcie odnieść jakieś konkretne. Bo tam akurat, gdzie jest teraz, droga wiedzie wyłącznie w górę. To jest ryzyko „stania z bronią u nogi”.

Tedy przyjrzyjmy się możliwościom. Pierwsza, do szybkiego omówienia jako nierealna, jest koalicja z PiS. Właściwie bardziej uzasadniona bo i więcej między ugrupowaniami stycznych w sferze retoryki, nazwijmy ją programową, i wspólny opozycyjny etos dokładania „nierobom od Tuska”. Ale ta bariera! Nie do przebycia. Myślę, że już podejmując negocjacje z PiS-em, dla większości własnych wyborców Napieralski byłby już politycznym trupem. Reakcje emocjonalne często bywają nielogiczne ale za to jakże oczywiste i częste.

Alians z PSL… Darujmy sobie bo „trzecia siła” do spółki z „czwartą” rządu nie utworzą. Takich cudów to nie bywa. Nawet w Polsce.

Pozostaje wariant ostatni, niejako najbardziej oczywisty i, powiedzmy, z pozoru naturalny. Tak bardzo, że pan Syska w swym artykule rysuje czarny dla lewicy scenariusz w oparciu o założenie, że ta w koalicję z PO już weszła. I na niej właśnie się przejedzie. „Nie ulega wątpliwości, że za społecznie niepopularne decyzje hipotetycznego rządu PO – SLD spadkiem społecznego poparcia zapłaciłaby przede wszystkim lewica.” Kwituje swój całkiem sensowny wywód autor.

Ja widzę to jednak nieco inaczej. Przede wszystkim przez pryzmat obecnej sytuacji. Tej, w ktorej PO będzie musiało na gwałt znaleźć jakieś rezerwy głosów. Jak wiadomo z tym może być problem tego rodzaju, ze w tej chwili trwa raczej exodus jej elektoratu, który jeśli kogoś zasila, to właśnie rosnącą w badaniach partię pana Napieralskiego. Walka o dusze tych wyborców może oznaczać odwrócenie ostrza retoryki ( a to „ostrze” PO ma cholernie długie, szerokie i sprawne) z ataków na PiS do flekowania SLD. Oczywiście Sojusz dłużny pozostać nie może. Bo na „ostatnią ciotę” by wyszedł. A to mogłoby drogo „lewicę” kosztować zważywszy, że walka idzie o głosy ludzi młodych. Tych, którzy pyskówki w polityce uważają za przejaw „otwartości” i coś „ożywczego”.

Efektem tego może być sytuacja, która jako żywo przypominać będzie niesławne rokowania, mające doprowadzić do narodzin tak wypatrywanego w 2005 roku POPiS-u. Zamiast POSLD zobaczymy rozchodzących się z powykrzywianymi minami panów „liberałów” i panów „socjaldemokratów”.

Może się mylę, może chęć bycia u władzy zwycięży w obu formacjach… Tego wykluczyć się nie da. Choćby dlatego, ze Napieralski to nie Tusk ani Kaczyński. To inna „ekstraklasa” w której pozycja nr dwa to „niebywały sukces”. Wtedy, oczywiście, rozważać zaczniemy scenariusz pana Syski.

Zobaczy się…

Kiedyś Jan Himilsbach, po nocy spędzonej w towarzystwie przy knajpianym stoliku, opuściwszy z przyjaciółmi lokal, natknął się na jakieś roboty drogowe. Rozejrzał się, westchnął i rzekł „Tyle dróg wokół budują, tylko qr**, nie ma dokąd iść”. Jako żywo przypomina to przewidywaną przeze mnie sytuację, w której SLD będzie musiało westchnąć i powiedzieć „Tyle możliwości się otwiera, tylko, qr**, ż żadnej skorzystać nie można”

* http://www.rp.pl/artykul/610542_Syska--Lewico--nie-idz--z-Platforma.html

czwartek, 3 lutego 2011

Za późno panie Klich, za późno panie Tusk!

Minister obrony Bogdan Klich odejdzie z resortu. Pozostaje tylko ustalenie terminu - mówią "Gazecie" politycy z władz Platformy Obywatelskiej”* donosi jedno ważne medium.„Z punktu widzenia odbioru społecznego, problem ministra Klicha istnieje”** sekunduje drugie. Też ważne.... Jeśli zestawi się to z będąca leadem strony internetowej tego pierwszego medium, który, głosem kolejnego prominentnego polityka partii rządzącej ogłasza, że „Wypala się paliwo antypisowskie”***

I to jest dopiero temat! Ja wiem, że od świadomości, że „odejdzie z resortu” i „że się wypala” ani dług nam nie spadnie publiczny ani emerytury z nagła nie wzrosną. Czemu więc ten wykrzyknik, na który sobie przed chwilą pozwoliłem? Z dwóch powodów. Łączących się ze sobą zresztą dość mocno. Pierwszy jest taki, że najpewniej mamy takie pierwsze przebłyski pokazujące na czym skupi się zbliżająca kampania wyborcza. Drugi pokazujący w jak twórczy sposób przetworzona została myśl Premiera, wedle której „PO nie ma z kim wygrać”. Tak więc skoro Premier mówi, że PO nie ma z kim przegrać to trzeba to było jakoś rozwiązać. Bo jak nie ma tego „bata” to nie ma adrenaliny, nie ma „powera”, nie ma nic, przez co chce się żyć i umrzeć za… Mniejsza za co konkretnie.

Skoro więc „nie ma z kim” i na dodatek jeszcze „paliwo antypisowskie” jest na ukończeniu to trudna rada. Trzeba zrobić, jak sugerował dowcip rysunkowy bodaj z końca czasów nieboszczki PZPR, w którym jeden ważny pan ogłasza innym zaufanym „a do opozycji skierowaliśmy najbardziej zaufanych towarzyszy”. Trzeba wygrać a zarazem przegrać z „własnym sobą”. Skoro nikt inny nie dorasta to, by zwycięstwo było godne, PO musi zmierzyć się z PO i druzgocąco wygrać.

Oczywiście kpię. Bo i ten „nowy kurs” zapowiadany głosami „anonimowych polityków PO” ( ci „anonimowi”, bez względu na przynależność zawsze przypominają wyczytaną kiedyś zasadę, iż „donosy ja oczeń lublu no donoszczikow stierpiet nie magu”) to rewelacja! Rewelacja bo oczywista oznaka zadyszki, jaką rządząca partia już odczuwa i świadomości, że finiszować trzeba będzie zapewne na „długu tlenowym”.

Koncepcja rzucenia Klicha na pożarcie, jako alibi ewentualnych wpadek, na których ujawnienie i upublicznienie się bez wątpienia zanosi oraz których się już nie da uniknąć, i „przykrywkę” odwracająca uwagę od wpadek bardziej istotnych z pozoru jest posunięciem nienajgorszym. W zasadzie Klich przecież to już trup. Gdyby były choć minimalne szanse reanimacji to żaden „polityk z władz Platformy” nie sugerowałby dymisji. Ale ja na to jednak patrzę inaczej.

Widzę przede wszystkim ostatnie, to najmniej przyjemne stadium towarzyszące nieodłącznie „podążaniu swobodnym lotem”. Fazę, w której następuje lot ku ziemi wprost na mordę. W tej fazie upadku, po zjedzeniu wszystkiego, co dało się zjeść, żarłok konstatuje, że dalej chce żreć i gryzie się w nogę.

Teoretycznie można by zauważyć, że skoro Klich już trup to, znów cytując Premiera „o co kaman?” Trupy maja przecież to do siebie, że je trzeba z widoku usuwać i chować jak najszybciej.

Tyle, że tak naprawdę Klich trupem nie stał się z przyczyn, że się wyrażę, „naturalnych”. Czyli nie dlatego, że strzelił ewidentnego „samobója”. Wręcz przeciwnie! Wtedy, gdy strzelił (i nie on sam jeden zresztą) z przyczyn, które wtedy PO i jeszcze bardziej Tuskowi zdać się musiały bardzo pasującymi, prowadzono heroiczną wręcz reanimację. Za pomocą różnych „tak lądują debesciaki”, „zabije mnie” i wszystkiego innego, co mogło dowodzić, że szlachetnego i kompetentnego Ministra reputację zszargał jakiś szalony i głupi kapitan, któremu ktoś dał w ręce wolant maszyny pełnej naszego Państwa. Trupem Klich staje się decyzją czy to samego Tuska, czy też „polityków z władz Platformy”. W momencie, w którym żaden już argumenty odnoszący się do rzeczywistych jego win, zestawiony z tą dotychczasowa reanimacja, nie będzie brzmiał wiarygodnie ani nie będzie miał racjonalnego uzasadnienia. Będzie miał wymiar utylitarny.

A dla pozostałych polityków będzie sygnałem „Możesz być następny”. Bo nie ukrywajmy, z tym może być, jak z… masturbacją. Jak to gdzieś kiedyś przypadkiem wyczytałem wśród wyznań pewnego mentalnego ekshibicjonisty „jak zaczniesz to trudno zatrzymać…” Powinna zadrżeć więc Pitera, powinien zastanowić się Kwiatkowski nie mający jak dotąd żadnych sukcesów w walce z „kaczyzmem”, czy Grabarczyk, którego rzucenie „na sztos” uradowałoby pewniej najszersze spektrum wqrwionego elektoratu. Albo taki Jan Vincent, co wszedł do PO więc można go potraktować z cała partyjną surowością wywołując z miejsca łzy wzruszenia emerytów, studentów i kogo by tam nie wskazać palcem.

Może ten i ów się popłacze z radości ale nie wiem czy starczy ich by partia pana Donalda powtórzyła swój sukces i utrzymała pozycję hegemona. Bo drugim efektem tego wariantu „kampanii wyborczej” będzie odebranie przez elektorat sygnału, że dawał się robić przez lata w jajo. Przyjmując narzuconą wizje „superfachowców” o lata świetlne wyprzedzających wszystko, co kiedykolwiek polska polityka z siebie wyrodziła. Taki sposób podawania dotąd Polakom informacji o „władzy” teraz, wobec przedstawienia „innej twarzy” tych fachowców, może zachwiać cała wiarą w to, co władza o sobie mówi albo będzie mówić. No bo jak jej wierzyć skoro nagle fachowcy idą na odstrzał jako niefachowcy? Przecież tam sami fachowcy! To może i niefachowcy zarazem?

Poważniej zaś mówiąc to błędem jest moment. Skoro Tusk, czy tam politycy z kierownictwa uznali, że Klich ma posłużyć do PiaRu to powinni go byli z hukiem wywalić jakoś tak trzy dni po ostatnim pogrzebie ofiar smoleńskich. Wtedy miało to sens. Teraz będzie dowodem mataczenia. Więc , z punktu widzenia PiaRu teraz raczej trzeba by go bronić jak niepodległości. Teraz to już za późno panie Tusk, za późno panie Klich!

Na koniec taka uwaga. Miło będzie patrzeć jak ta cała zakłamana i dęta od początku „rewolucja”, zaczętą zawołaniami „zmień kraj, idź na wybory” i „jeszcze będzie przepięknie”, zakończy się bezlitosnym wywalaniem swoich by pikujący ku dołowi balon jeszcze trochę poleciał. Czekam więc kto będzie następnym „paliwem” jak już „spuści się” Klicha.


* http://wyborcza.pl/1,75248,9045483,Kiedy_odejdzie_Klich.html#ixzz1CsIPPqGz

** http://www.tvn24.pl/-1,1691464,0,1,problem-min-klicha-istnieje,wiadomosc.html

*** http://wyborcza.pl/1,75478,9044503,Gowin__Wypala_sie_paliwo_antypisowskie.html

wtorek, 25 stycznia 2011

Cała Polska głosuje na PSL!!!

Wczorajszy tekst, poświęcony pobieżnej prognozie kształtu zbliżającej się kampanii wyborczej zakończyłem takim passusem: „Został jeszcze PSL. Właśnie… Został. I zostanie.”

Rozumiem, jeśli ktoś, kto oczekiwał oceny pełnego spektrum naszych sił politycznych, poczuł niedosyt. Mnie samego to męczyło i stąd ten suplement. Zacznę go od wyjaśnienia, że tytułowe wezwanie wyszło mi jako absolutnie poważna opcja gdy próbowałem znaleźć jakieś rozwiązanie naszego węzła gordyjskiego, w który zasupłały się najpoważniejsze siły paląc między sobą mosty do ewentualnych przyszłych sojuszy. I natychmiast nadmienię, gwoli podkreślenia swego obiektywizmu, że pisze to z perspektywy kogoś, kto jeszcze niedawno śmiało mógł siebie nazwać „ostatnim prawdziwym wrogiem PSL-u” wyleczonym z tej przypadłości dopiero narzuconym nam całkiem ostatnio systemem dwupartyjnym mającym oblicze czegoś na kształt wojny secesyjnej.

Komuś, kto sceptycznie patrzy na tytułowe hasło wyborcze odpowiem, że dwa są powody by je powszechnie przyjąć za swoje. Jeden jak najbardziej racjonalny a drugi wręcz przeciwnie.

Zacznijmy od powodów poważnych. Nie da się ukryć, że w ostatnich latach (a może w ogóle w czasach naszej "niepodległości") PSL wyróżnia się na tle pozostałych „poważnych sił politycznych” wyjątkowym spokojem i stonowaniem. Nie włącza się w kolejne awantury, których w naszej polityce nie brakuje. A nawet jak się włącza to w taki sposób, że nikt tego nawet nie zauważa. Jest więc stronnictwo prawdziwą ostoją spokoju i równowagi, których to cech niewątpliwie wszystkim nam w całokształcie naszej sceny ewidentnie brakuje. Ten spokój PSL –u to jego cecha organiczna. Właściwie można śmiało powiedzieć, że na język można PSL-owi nadepnąć a i tak złego słowa nie powie. Przez to stał się jedynym ugrupowaniem uniwersalnym (nieżyczliwi mawiają, że "obrotowym"). Takim, które, jeśli trzeba, bez problemu usytuuje się w koalicji zarówno lewicowej jak też skrajnie odmiennej. Słowem PSL-owi z każdym na zdjęciu do twarzy i ładnie. Ten spokój i koncyliacyjność PSL-u to argument pierwszy. Drugi, który również powinien przemówić do niezdecydowanych to skrajna wręcz przewidywalność. Ci, którzy przed każdymi wyborami drżą, zadając sobie pytanie „co teraz będzie” w tej opcji dostają z miejsca prostą odpowiedź- „Nic nie będzie”. Wiadomo, że nie będzie rewolucji, nawet takich maluśkich. Etos PSL-u w polityce ostatnich 20 lat można streścić określeniem „administracji permanentnie zespolonej”. Do tego sprowadzała się rola stronnictwa w kolejnych koalicjach. Wskazują paru ministrów, parudziesięciu sekretarzy stanu, troche wojewodów, dyrektorów przeróznych. I do tego sprowadziłyby się zapewne rządy samodzielne gdyby Naród posłuchał mego wezwania. A przez ten czas administrowania nasi chłopi popatrzyliby, to i owo pewnie by chcieli rozsądnie ulepszyć, coś tam zmienić a nawet pewnie i polikwidować. Taka wszak jest chłopska natura. I przy drugiej kadencji jakość rządów wzrosłaby nam bez wątpliwości. Do tego dochodzi pewność, że nie będą robić żadnych "budżetów wyborczych" i stosować innych podobnych, kosztownych dla państwa "metod na wyborczy sukces". Wszak w nich nie ma determinacji by wszystko dla siebie... Przez cała kadencję ten i ów marzyć będzie, że wróci na to swoje stanowisko wójta, szefa funduszu czy marszałka województwa. Na pewno nie zaczną się zarzynać o miejsca na listach. Spokój permanentny.

Jeśli te argumenty nie przekonały zbyt wielu pozwolę sobie odwołać się do argumentów nieracjonalnych. Pewnie nie tylko ja zauważyłem, że podejście tej partii do polityki a szczególnie do udziału w rządzeniu jest wyjątkowo utylitarne. Streściłbym to stwierdzeniem, że chodzi im po to by jak najmniej odpowiadać, jak najmniej się umoczyć ale za to jak najwygodniej się umościć. Czasem przybiera to tak absurdalną postać, że można by sądzić, iż PSL to jakaś legenda, wymysł czysty tych, co nie chcą brać na siebie 100% odpowiedzialności. Bo przecież bywają całe tygodnie „bez PSL-u”. Nie dziwię się jeśli kogoś, tak jak mnie na przykład, ta wygoda ludowców zaczyna wkurzać. Nie łudźmy się, że możemy ukarać ich nie głosując na nich. Fenomen „żelaznych elektoratów” dotyczy i tej partii gwarantując jej, że będzie zawsze mogła się śmiać z naszego ostentacyjnego pomijania jej w wyborczych preferencjach. Jedyną metodą by popsuć im komfort ślizgania się na politycznej scenie jest podjęcie działań wręcz przeciwnych.

Wyobraź sobie, potencjalny wyborco, dzień wyborów. Idziesz do lokalu, na karcie zakreślasz właściwy znak przy reprezentancie ludowców i radośnie obiegniesz do domu. Tam, w okolicach godziny 22 zasiadasz przed telewizorem i czekasz. I oto pojawiają się wyniki pierwszego sondażu. PSL-… 65%. I patrzysz jak Prezes Pawlak i jego otoczenie bledną najpierw. Za chwilę kilku członków kierownictwa mdleje z wrażenia. Mam nadzieję, że nie skończyłoby się to żadnym zgonem ale medycy mieliby bez dwóch zdań pełne ręce roboty. A ty z satysfakcją myślisz sobie „No to chłopaki, teraz rządźcie!”. I następny dzień byłby prawdziwym dniem sądu dla tego ugrupowania. Albo okazałoby się, że są z nich prawdziwi faceci i wzięliby władzę i odpowiedzialność albo Prezes popędziłby czym prędzej do Belwederu z przesłaniem „Dawaj pan, panie Prezydencie jeszcze raz ale teraz już bez nas!”

To się oczywiście nie może zdarzyć bez takiej złośliwej determinacji ze strony wyborców. Jeśli popatrzeć na postępowanie tej partii i jej członków to widać, że przed byciem siłą poważną a za tym i popularną broni się ona rękami i nogami. Jak tylko zdarzy się, że z kręgów stronnictwa czy też z ust albo czynów jakiegoś jego członka wypłynie coś mądrego i wartościowego, co z miejsca pozytywnie odróżnię się od politycznej średniej to PSL podejmuje kontrakcję. Najczęściej uruchamiając posła Kłopotka, który zażartuje, zakrzyczy albo kolejny raz wyjdzie z koalicji. Z tym ostatnim to już tak nas przyzwyczaił, że zdaje się wręcz tkwić w jakichś obrotowych drzwiach które po prostu go od czasu do czasu wręcz zmuszają…

W każdym razie, szanowny przeciętny Polaku, apeluję. Przyjmijmy, że lepiej to i tak już nie będzie. I pójdźmy w ślady klasyka, który na taką opresję sugerował by choć weselej było. Zrób więc sobie i mnie tę przyjemność i pozwól popatrzeć na łzy i rozpacz ludowych działaczy gdy wreszcie i na nich przyjdzie kolej brać władze a z nią pełną odpowiedzialność za Polskę.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Jeszcze tylko Sopot, a jutro cały świat…

Będzie o formacie polityków. A przy okazji gdzieś tam użyję zapewne słówka „przeciwskuteczny”. Jakkolwiek nie jest mi ono do niczego potrzebne ale intelektualiści się uparli używać to co mam odstawać…

Spróbujmy się oderwać od tej prawdy oczywistej, że polityka to zwykły teatr z kiepskim repertuarem dla mało wyszukanej publiki i przyjmijmy, że wszystko co robi się i mówi w polityce jest takie supe-duper poważne i odpowiedzialne. Takie założenie musi z miejsca postawić na głowie naszą rzeczywistość oraz towarzyszące jej nieodłącznie rankingi i hierarchie. I przy okazji postawić w kłopotliwej sytuacji tych, którzy mają tak poukładany w głowie porządek tego jak należy Myślec o jednych oraz o drugich.

Weźmy poważnie choćby lekcję ostatnich wyborów samorządowych a szczególnie zaś ich wczorajszej dogrywki. Ktokolwiek się w nich mierzył to tak naprawdę mierzył się nie kto inny jak Donald Tusk z Jarosławem Kaczyńskim. Z pozoru najskuteczniejszy polityk w naszej historii (jakby tej „naszej” historii nie liczyć) z politykiem, uwaga, najbardziej przeciwskutecznym (no to z głowy :). Takim, który ponoć od pięciu kolejnych wyborczych prób nic nie znaczy. A jak nic nie znaczy to chyba i nic nie może. Najpierw trzeba było więc pokonać go w wyborach parlamentarnych by uratować Polskę, później w prezydenckich. Oczywiście by cokolwiek w Polsce można było zrobić. A że jakoś po tym robiło się niezbyt wiele koniecznie trzeba było pokonać Kaczyńskiego we Wrocławiu. I na sam koniec nie zostało już nic innego jak tylko Sopot. Kiedy pisze ten tekst nie mam jeszcze pojęcia czy Donald Tusk pokonał Kaczyńskiego w Sopocie. W tej kwestii jestem rozbity. Z jednej strony wolałbym aby Karnowski już nigdy nigdzie nie rządził ale z drugiej chciałbym aby wreszcie nasz mąż stanu mógł rozwinąć skrzydła i pokazać co to nie on. I jeśli do tego brakuje mu tylko Sopotu to niech mu będzie. Niech ma ten Sopot.

I tu dochodzimy do paradoksu, który powinien dać do myślenia przede wszystkim tym, którzy od czci i wiary odsądzają fachowe i ogólnoludzkie kompetencje Kaczyńskiego a nie mogą się nachwalić ich zasobu posiadanego przez Tuska. Paradoks zawiera się właśnie w tym Sopocie nieszczęsnym. Który nagle, bo w ciągu zaledwie ostatnich kilkunastu dni stał się kluczem do panowania. Nie wiem nad czym ale sądząc ze słów i reakcji Tuska do panowania nad Polską. Tak się bowiem te słowa przez Tuska i jego ludzi układają jakby bez posiadania Sopotu zapomnieć można było o wszystkich zamierzeniach przedstawionym niegdyś przez tę ekipę Polakom. Słowem może mieć Tusk cała resztę ale bez Sopotu nie pojedzie. Może tez Kaczyński nic nie mieć ale ten Sopot jeden jedyny starczy mu by wszystko kontrolować.

Wiem, że głupio to brzmi ale cóż, nie ja taki sposób widzenia narzucam. Ja widzę to tak, że cokolwiek będzie możliwe chyba dopiero jak Donald Tusk wygra wybory na kierownika Drogi Mlecznej. Nic poniżej nie gwarantuje nam realizacji obietnic.
Swoją droga dziwi mnie powściągliwość tych wszystkich, co tak się po Kaczyńskim przejechali w tę i tamtą na okoliczność „zmiany oblicza” po wyborach prezydenckich. Dziwi mnie powściągliwość wobec Tuska, którzy nie czekał aż minie druga tura i „zmienił oblicze” trochę wcześniej. I trudno dyskutować, że ta zmiana była jakościowo mniej radykalna. Powiedziałbym, że była fundamentalna. Z obrońcy moralności w takiego … takiego rajfura co to niby z interesem nie ma nic wspólnego ale i tak wszyscy wiedzą że ma i to duży.

Jestem ostatnio przepracowany. I myślę, że należy mi się jakiś wypoczynek. Wybiorę się może na dzień do Sopotu by przekonać się na czym polega ukryty tam klucz do świata. Tak cenny że nawet Donald Tusk nie wahał się pokazać jak wartość jest gotów przypisać swemu słowu. Nic już nie udając.

Właśnie przeczytałem, że Karnowski wygrał ponoć o włos. Gratuluję panie Donaldzie. Jutro więc cały świat… Jeszcze tylko tę Drogę Mleczną odwojujcie.