Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lutego 2012

Platformo. Lepiej już było. (AWS bis)

Faktem jest, że sondażowe otarcie się o siebie PO i PiS jest zdarzeniem bezprecedensowym. W mniejszym stopniu dlatego, żeśmy się od czegoś takiego zdążyli skutecznie odzwyczaić, jak, nie przymierzając, od lutowych mrozów, ale głownie z uwagi na okoliczności, w jakim nastąpiło.

Oczywiście wiemy czemu nastąpiło i oczywiście wszyscy (tej wersji teraz najlepiej się trzymać) tego oczekiwaliśmy.

Wiemy, że jest to efekt zdumiewającej kumulacji niefortunnych zdarzeń (ładnie nazwałem, prawda?), którymi, za sprawą naszej obecnej władzy dotknięci zostaliśmy na przełomie grudnia i stycznia a w zasadzie dotykani jesteśmy nadal.

Spodziewaliśmy się wszyscy, ze to może nastąpić… Ale z zupełnie innych powodów. Jak wiadomo, Donald Tusk i jego ekipa przygotowuje się właśnie, po ponad czteroletniej rozgrzewce, do koniecznego skoku na głęboką wodę. Tak głęboką, że jak już skoczy to tak nas obryzga, że się ledwie pozbieramy. I tak naprawdę dopiero wtedy to otarcie miało mieć miejsce.

Skok jeszcze przed nami i dlatego z pozycji odpowiedzialnego i dojrzałego obywatela mam nie tylko prawo ale i obowiązek się martwić. Wszak wszyscy światli mówią, że skakać trzeba, nikt nie ukrywa, że obryzga nas jak jasna cholera. Niektórzy wręcz twierdzą, ze tak się wtedy ten obryzgany naród może wkurzyć i nieco dłużej przytrzymać „pływakom” łepek pod powierzchnią.

Dzisiejsze otarcie się ma tę wadę, ze może obecną ekipę pozbawić części lub nawet całej determinacji i ochoty do skakania. I nawet się nie dziwię. Bo w nowej rzeczywistości trudno zgadnąć o kogo już po skoku będzie się ocierać.

Zdaję sobie sprawę, że z powagi sytuacji nic sobie nie robią ci nasi koledzy i te nasze koleżanki, które ciągle uważają, że

„A Donald Tusk?

Donald Tusk tylko się uśmiecha”

Ci zaś, co jeszcze w duchu mają nadzieję, że może już wkrótce znów będzie lepiej, tak na poziomie 47,5%, powinni porzucić nadzieję.

Lepiej nie będzie bo i być nie może. Po prostu. Choć może jutro jakaś tam zbadana zbiorowość na chwilę poprawi im humor.

Lepiej to już było. Bo teraz możliwości są dwie. Ta opisana wcześniej czyli ten potrzebny i oczekiwany od dawna skok i będące jego oczywistym skutkiem utonięcie albo też poniechanie i bezsilne przebieranie kończynami w jakiejś żałosnej choreografii pozorowanych ruchów.

W skrócie zaś te rozstaje, na których dziś stoi Donald Tusk i jego „załoga na kółkach” oznaczone są drogowskazem, wskazującym albo „Drugą dziurę Bauca”, jeśli obecna ekipa postanowi po prostu „dokupić” sobie parę punktów procentowych u społeczeństwa albo „AWS II”, jeśli pójdzie drogą „reform i wyrzeczeń”.

To lepiej, co to bez wątpienia już było to te lata bezwzględnego zaufania większości roztrwonione na nic a wręcz na podgrzewanie stanu wojny.

A zaniechania się mszczą. Co właśnie oglądamy widząc jak się nam drapieżniki nagle o siebie ocierają choć jeszcze do niedawna zdawały się mieć oddalone żerowiska.

Szkoda tylko nas wszystkich. Bo nie mam wątpliwości, że na jakiś szaniec choć spróbują nas rzucić w akcie desperacji. Tyle już tych szańców zaliczyliśmy.

A nam się chyba wreszcie jakiś spokój należy. Czyż nie?

piątek, 22 kwietnia 2011

Chcemy wojny! (Igorowi Janke)

Igor Janke, jak najsłuszniej zastanawia się dziś czy jesteśmy jeszcze Polakami czy też raczej dwoma wrogimi plemionami, których wzajemne relacje są, jaki są i takie już będą z przyczyn, które pan Igor wymienia a po które ja odeślę do niego.* Pozwolę sobie natomiast zauważyć, że ten, skądinąd słuszny i ważny tekst jest tak naprawdę takim pana Igora jałowym dość rozważaniem w rodzaju „czemu to cholerne słońce razi w oczy”. Razi bo tak! Wiem, że wpakowałem się pozornie w zawiłość, której tłumaczenie może zająć sporo miejsca, które można by poświęcić sprawom poważniejszym. Spróbuję więc wytłumaczyć to na dość charakterystycznym i dla mnie znaczącym przykładzie. Który na dodatek pan Igor może, że się tak wyrażę, kontemplować nie opuszczając tak zwanych „własnych śmieci”.

Nie wiem czy jeszcze ktoś pamięta początki coraz mniej poważnie odbieranej inicjatywy pod nazwą „Polska Jest Najważniejsza”. Jej wyrodzenie się z PiS-u przedstawiano, jako wprowadzenie nowej jakości w polskiej polityce i narracji odmiennej od tej, jaką przyjęły wszystkie niemal liczące się siły naszej sceny politycznej. Ten obiecywany etos PJN miał opierać się na przeciwstawianiu się językowi agresji i wojennemu stylowi uprawiania polityki. Proponuje dziś, po wielu miesiącach od pojawienia się tej „nowej jakości”, by pan Igor, jeśli dotąd tego sobie odmawiał, raczył zapoznać się z „ogólną linią” wystąpień liderów PJN, obecną i tutaj pod postacią dość regularnej twórczości publicystycznej panów Libickiego i Migalskiego. Bez dwóch zdań z tamtego etosu tyle wyszło, że stado gołębi, co nam, Polakom, miały przynieść w dzióbkach oliwne gałązki, zmieniło się w watahę wyjących złowrogo wilków. Przy niektórych wypowiedziach polityków tego ugrupowania nawet pamiętne słowa Kaczyńskiego, wyjaśniające przyczyny tamtego burzliwego rozwodu wydają się neutralnym, technicznym żargonem. I teraz, panie Igorze, kamień do pana ogródka. Bo te zawodzenia, bez względu na ich merytoryczną jakość (a tej często naprawdę dość trudno się doszukać) są całymi dniami wyróżniane przez administrację. Tak na marginesie ten rodzaj afirmacji sprowadzającej się do wyróżniania często chyba nawet nie czytanych tekstów, zapewne wbrew intencjom administracji, jest raczej rodzajem akcji afirmacyjnej niż promowaniem jakości. Ale to na marginesie.

Warto zastanowić się nad tym krachem PJN-u bo jest on, według mnie bardzo znamienny dla oceny tego, co stało się przedmiotem rozważań Igora Janke.

Pierwszą, chyba najmniej prawdopodobną odpowiedzią na pytanie, czemu doszło do tej degrengolady szlachetnej i pokojowej z założenia inicjatywy PiS-owskich frondystów, jest ta, że odgrywają się oni na byłym pryncypale wyładowując swe frustracje spowodowane tym, że im 2% za nic nie chce się zmienić w 11%.

Drugie, również stojące w sprzeczności z głoszonymi na początku wartościami wytłumaczenie sugeruje, by widzieć w postępowaniu „pionków” szanownych haracz składany wrogom swego wroga w charakterze wkupnego, skoro o samodzielności można zapomnieć.

Najpewniej jednak ta przemiana z gołębi w wilki to efekt bardzo racjonalnej oceny i naszej sceny politycznej i swoich możliwości. Scena jest taka, że promuje „wyrazistość” (czytaj „gotowość wybicia przeciwnika do nogi”) a dobre chęci PJN-u to zbyt mało na odwrócenie tej tendencji. Słowem skoro się wlazło między wrony…

Smutna ta racjonalność. Tym smutniejsza że wielu (nawet ja na początku w jakimś stopniu) dało się uwieść przekonaniem, że można faktycznie inaczej. Inną wizją polityki, innym językiem… Po tym nie ma już śladu. Za to jest Migalski, zmieniony z „latającego” w „strzelającego ornitologa” i Libicki…

Ale PJT to tylko ilustracja. Wymowna, lecz stanowiąca maleńki wycinek tego, co zdominowało nam politykę i pewnie utrwali się na długo. Tym bardziej, że nie widać nikogo (NIKOGO panie Igorze), kto byłby aktualnie zainteresowany przenicowaniem naszej polityki. Te drukowane litery, panie Igorze to taki komentarz do tego, co dzieje się tutaj. Coraz trudniej (pewnie poza Czarkiem Kryszrtopą) znaleźć publicystę, który trafiłby na górę strony głównej z tekstem innym niż filipika przeciw „kaczystom” albo „zdrajcom”. A nawet jak trafi się jakiś w drodze wyjątku to gó…zik kogokolwiek obchodzi notując liczbę wejść odpowiadającą tej, jaka maja poetyckie teksty o kontemplacji wschodów czy zachodów słońca. Piszę to na kanwie własnego doświadczenia, które obejmuje bardzo poczytne teksty „bezkompromisowe” i „zlewane” notki poświęcone obawom i wątpliwościom.

Nie oceniam autorów tych coraz liczniejszych „korespondencji wojennych”. Raz, że kim ja znowu jestem by potępiać czy nawet oceniać kogokolwiek. Dwa, że wierzę w szczerość ich punktu widzenia. Ile by w nim było złości na cały świat i okolice. Nawet więcej! Bardziej do mnie przemawia szczerość zaklęta w często mało cenzuralne okrzyki i stwierdzenia niż chłodne analizy i „obiektywne” wywody zakończone znienacka konkluzją że Kaczyński, Komorowski, Tusk (etc) to chuj zwykły.

Ale my, tu wszyscy zebrani to pikuś. Przy stadach polityków bezkarnych brakiem alternatywy dla nich, przy mediach żyjących z podszczuwania i pisania o podszczuwaniu.

Nawet i ta pseudoobiektywność w, jak sadzę, szczerym choć bezsensownym i nieskutecznym przekazie „Rzeczpospolitej”, panie Igorze szanowny, która przejawia się w przesadnej ostrożności własnych wypowiedzi kontrapunktowanych publikowaniem bredni pani Flis-Kuczyńskiej to tylko jakiś tam wariant tej samej nieumiejętności przeciwstawienia się tej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której dominuje słyszane już zewsząd zawołanie „Chcemy wojny!”

Piszę to jako świeżo nawrócony. Przypominając sobie, przez lekturę większości tekstów tutaj i niemal wszędzie indziej, dwie znaczące sceny z filmu Bondarczuka „Waterloo”. W pierwszej z nich, zachwyceni informacją o wybuchu wojny z Napoleonem młodzi angielscy oficerowie buńczucznie deklarują swym wybrankom dokonanie niezliczonych, bohaterskich czynów. Jeden obiecuje przywieźć kask francuskiego kirasjera. Zetknięcie z francuskim kirasjerem zakończy się dla niego zdecydowanie odmiennie niż sobie wyobrażał…

Druga scena to starcie wręcz brytyjskiej i francuskiej piechoty w środku którego jeden z żołnierzy opuszcza broń i krzyczy do Francuzów „Czemu to robimy? Czemu zabijamy się? Nie zrobiliśmy sobie nic złego! Nawet się nie znamy!”. Po czym ginie przebity bagnetem przez Francuza, który chyba… nie znał angielskiego.

Też znajdowałem w sobie jakąś pokusę i potrzebę wojennego pohukiwania. Póki mną nie potrzasnęła moja przyjaciółka (niektórzy z was znają ją…) i nie wyjaśniła mi, że mając do wyboru Kaczyńskiego, Tuska, Komorowskiego, Napieralskiego, Rostkowska, Migalskiego ii cała resztę „kierowników naszego kawałka kuli ziemskiej” (jak o nich wyrus zwykł mówić) wybiera… Miłosza. Swego syna co pożył sobie dopiero kilka miesięcy a ona ma zamiar zrobić wszystko, by te zmieniły się w długie lata. Przyzwoitego życia. Bez, jak je nazwał Igor Janke, wrogich plemion biegających za sobą po ulicy w celach wiadomych.

Ale pisząc co piszę, używając przy tym języka teoretycznie dla wszystkich zrozumiałego, nie mam złudzeń, że wysłuchany będę dokładnie tak, jak tamten Anglik przez tamtego Francuza i jego bagnet. Bo niczego się nie nauczyliśmy dotąd i nie nauczymy w przyszłości choćby było naprawdę krwawo. A nawet więcej! Jeśli będzie, krzyczeć będziemy jeszcze głośniej, że chcemy wojny. Ja się na to nie piszę.

ps. Miałem to jakoś wpleść w tekst ale mi umknęło. Przy całej wadze tekstu Igora Janke i szacunku dla autora, zdecydowanie ważniejsze sprawy poruszają dwa teksty z dzisiejszego dodatku do "Rzepy", "Eko+". Tekst Witolda Modzelewskiego "Jak ratować budżet" i, krótszy, Krzysztofa Rybińskiego "Wraca PRL- Polska Republika Lemingów". Nie linkuję bo oba są za opłatą niestety.

* http://www.rp.pl/artykul/646783_Janke--Dwa-plemiona.html

środa, 13 października 2010

Lęk pierwotny czyli społeczeństwo na pilota

Jeśli miałbym wyszukać najbardziej efektowny paradoks, który można by uznać, za obiektywnie opisujący stan naszego kraju pod rządami Platformy Obywatelskiej i osobiście Donalda Tuska to wskazałbym krzyczący kontrast między zapowiedzianym w sejmowym expose oparciem działań władzy na „polityce miłości” a sytuacja obecna, będącą emanacja tej polityki po upływie zdecydowanej większości kadencji tej władzy. Sytuacją, w której dominującym uczuciem nie jest wcale obiecywana przez Premiera miłość ale coś wręcz przeciwnego. I choć właściwie trudno znaleźć jakiś szczególny powód by się nad tym rozwodzić skoro większość zapowiedzi i obietnic pana Tuska znalazło podobny finał to pozwolę sobie nad problemem się pochylić. Tym bardziej, że z dużym rozbawieniem stwierdzam, że materiałem badawczym, który najlepiej może posłużyć jako ilustracja do rozważań nad tym jest spora cześć naszej elity intelektualnej. Pisanej bez cudzysłowie…

To, co w ostatnich dniach oglądaliśmy i oglądać jeszcze zapewne będziemy przypominało chaos jaki powstałby zapewne, gdyby przyszło komuś do głowy naszczać na mrowisko. W tej ułożonej rzeczywistości nagle wszelkie drogi przestałyby się przecinać bezkolizyjnie a ułożone harmonogramy poszłyby w niepamięć.
A nad tym wszystkim krąży widmo. Widmo Godwina!

„Gdzie tu paradoks szanowny panie rosemann? Przecież…”. No właśnie. Przecież te pochodnie, marsze, te słowa „racz nam wrócić Panie”! jest się czego bać!
Przyznam, że patrząc oczami tej sfajdanej ze strachu elity intelektualnej faktycznie jest się czego bać. Ale wcale nie tego, czego tak boja się tu i ówdzie artykułujący ten stan różni „filozofowie idei”. Choć nie mam żadnych wątpliwości, że oni akurat tego się będą bali dalej. Pochodni i takich tam… tak nam Pan Bóg w tej glinie, z której nas lepił, namieszał, że różne dziwactwa się nas trzymają. Jak to choćby, że jak się uprzemy to i do końca życia bać się będziemy koszmaru z dzieciństwa- misia z klapniętym uszkiem i święcącymi upiornie w ciemności oczkami. Więc czemu nie maja nas przerażać pochodnie? Ale wróćmy do tego, co za strachem przed pochodniami tak naprawdę się ukrywa. Czegoś, co w tej sytuacji jest takim lekiem pierwotnym.
Jeśli popatrzeć na coś, co skrótowo można by określić jako „chronologie lęku” ostatnich kilku lat, pokrywających się jak ulał z kadencją ostatniej władzy, da się zauważyć dziwną prawidłowość. Dziwną przez to, że do niej zdecydowanie bardziej pasowałoby określenie „nieprawidłowość”. Cały ten okres to czas, który próbuje się nam „sprzedawać”, czy to PiaRowsko czy medialnie jako czasem „dochodzenia do normalności”. Jako naród kibicujemy więc sukcesywnemu, konsekwentnemu dorzynaniu watah, odzyskiwaniu tego i owego oraz wybijaniu kłów. Słowem wszystko zdaje się iść ku lepszemu. Okraszane od czasu do czasu kolejnymi komunikatami, wygłaszanymi przez mądre i namaszczone na autorytety głowy, o końcu ostatecznym naszego źródła lęku. Tego narodowego misia z klapniętym uszkiem.

Tylko jak w takim razie wytłumaczyć to, że im dłużej to dochodzenie trwa, im więcej do powiedzenia ma ten, co nas w tym dochodzeniu wiedzie, Tym częściej i intensywniej ten lęk jest artykułowany i tym straszniej jest nam wizualizowany?
Na zdrowy rozum to jest bez sensu. Bo jedyny wniosek z tego jest taki, że wiodącemu się najzwyczajniej kierunki pomyliły i wiedzie nas nie tu, gdzie i on i my chcemy. I on i my… Czy na pewno?

To pierwsza hipoteza tkwienia od lat z wywalonym ciągle na wierzch narodowym lękiem pierwotnym. Dla wielu absolutnie nie do przyjęcia ale funkcjonująca więc warta przytoczenia. Wedle niej faktycznie i na domiar złego świadomie prowadzeni jesteśmy przez ten lęk bo prowadzącemu to się opłaca. Bo działa on tak, że prowadzeni z przestrachem ale i z czułością trzymają się prowadzącego i dodatkowo boja się, że mogliby się mu zgubić. W tej, hipotetycznej sytuacji lęk jest czymś w rodzaju pilota, którym przewodnik (korciło mnie by napisać „rukowoditiel” ale to byłoby chamstwo :) kontroluje nastroje i zachowania tych, co mu zawierzyli. I jak widzi, że mu się towarzystwo zaczyna rozłazić ładuje im dawkę bodźca. Większą lub mniejszą.
Oczywiście trudno uwierzyć w to, że tak miałby postępować przywódca, któremu wierzy taka większość Narodu.

Druga możliwość jest więc taka, że prawdziwe źródło strachu tkwi w czymś zupełnie innym. W tym mianowicie, że cała ta elita, co tak pięknie umie nam w kontekście historycznym umieszczać pochodnie, straciła pewność, czy boi się tego, czego, jak szczerze wierzyła dotąd, bała się przynajmniej na początku. Jeśli zestawić i czas i konsekwentne działania obecnej władzy by świecące oczka misia już nie były tak groźne to za cholerę nie da się zrozumieć tych drżących głosów, trzęsących się rąk i fantastycznych postulatów. Bo tak naprawdę dowodzą one tylko tego, że nasi intelektualiści, choć solennie zapewniają, że całym sercem wierzą, wcale nie wierzą, że władza radzi sobie. I wcale nie wierzy w te wszystkie zapewnienia władzy. I sama od siebie sugeruje, co powinna albo mogłaby zrobić ta władza by faktycznie z misiem się rozprawić.

A może w końcu jest tak, że nasi trzęsieni traumą intelektualiści nagle stracili pewność co do tego, czy ten miś, co ich tak straszy to faktycznie ich koszmar. Czy nie jest tak, że nagle, pokazując palcem przed siebie spostrzegli, że z jakichś przyczyn misia maja za plecami. Tam, gdzie się im zdawało, że jest przepięknie i normalnie. I od tego odkrycia oraz przez najzwyklejsze tchórzostwo całkiem im się we łbach pomieszało i zaczęli na wyścigi mówić rozmaitymi językami. Których nikt normalny zrozumieć nie jest w stanie. I w tym też widać ten efekt „pilota do kierowania strachem”.

środa, 15 września 2010

Narodowa Nerwica Egzystencjalna czyli Kuba Rozpruwacz.

Miało być nawiązanie do starego testamentu więc będzie. Ale takie dość przewrotne, pokrętne a może nawet nieco niepoprawne. Zastanawia mnie od kilku dni (choć oczywiście nie cały czas i nie tylko to) co stałoby się z Narodem Wybranym gdyby kiedyś tam niejaki Mojżesz najpierw racjonalnie podszedł do zjawiska krzewu gorejącego i zwyczajnie, jak to dziś mówią młodzi i wykształceni, „zlał” usłyszane przesłanie a następnie swemu znękanemu i nie za bardzo świetliście widzącemu swą przyszłość narodowi wyjaśnił, że liczy się „tu i teraz” i on tej niewątpliwej, pewnej i jakże materialnej zdobyczy dla iluzorycznej i niepewnej przyszłości jakichś tam przyszłych pokoleń które i tak nie będą w stanie podziękować mu w jakiś satysfakcjonujący dla niego sposób nie zaryzykuje. Zapewne nasi semiccy starsi bracia w wierze byliby dziś już niezbyt „czystej krwi” braćmi w wierze młodszymi, uganiającymi się w cieniu piramid za polskimi turystami z jakąś niezwykle korzystną ofertą pamiątkarską i wcale imponującym zasobem naszego słownictwa uwzględniającego również te najpopularniejsze i najbardziej uniwersalne. Pięć razy na dzień biliby pokłony Jahwe zupełnie nie znając tego imienia a świat nawet nie wiedziałby że stracił całkiem pokaźną grupę całkiem fajnych i bardzo przydatnych gości.

Cóż mnie naszło tak nagle z tym Mojżeszem i jego hipotetycznymi rozterkami? Miałem okazje wysłuchać wykładu, czy raczej prelekcji (tak czasowo to ułożono) wybitnego psychologa- klinicysty, który, być może niezamierzenie, podpierając się Franklem i Maslowem, dał znakomitą wykładnie tego, gdzie jesteśmy będą właśnie tu i teraz. Wedle tych trzech panów, pana prelegenta i cytowanych autorów natura ludzka w stanie zbliżonym do ideału jest naturą nonkonformisty. Więcej nawet. Jest naturą domagająca się zmian i ciągle przygotowana na przekraczanie granic. Miarą prawdziwego człowieczeństwa jest więc stan niepokoju, ekscytacji i niezadowolenia z tego kim się jest, gdzie się jest. Człowiek, który nagle stwierdza „mam wszystko i jest mi dobrze” jest więc, wedle tych twierdzeń, człowiekiem ułomnym. Podobnie jest z tkwiącym w stanie samozadowolenia społeczeństwem. Pan profesor- prelegent wprost powiedział, że porzucenie ambicji zmieniania świata dla tkwienia w spokojnym, bezpiecznym stanie stagnacji jest sygnałem, że popada się w NERWICĘ EGZYSTENCJALNĄ.

Nie wiem jak zapatruje się nasze aktualne prawodawstwo na sytuacje, w których ktoś publicznym słowem czy działaniem stara się kogoś innego doprowadzić do stanu w którym ten drugi ktoś będzie zagrożony utrata zdrowia. Pewnie nie skoro spora cześć naszego państwowego budżetu jest pozyskiwana poprzez sprzedawanie obywatelom rzeczy ewidentnie szkodliwych i ewidentnie przyczyniających się do wielu groźnych chorób. Skoro więc można komuś wcisnąć wraz ze znakiem akcyzowym raka płuc, marskość wątroby czy alkoholowe uzależnienie to czemu mielibyśmy mieć cos przeciwko fundowaniu narodowi stanu nerwicowego. Bo choć on bywa zabójczy to kudy mu do rozdętej wątroby, rozlatujących się płuc czy choćby do domowej przemocy i żałosnego wyprzedawania ostatnich znalezionych w domu wartościowych przedmiotów. To jest taki cichy, nie ostentacyjny zabójca. Takie coś, jak znaleziony w pewnym wytworze literackiej wyobraźni gość, który zabijał czaczą*.

I w tym tkwi różnica między Ekstra Mocnymi, Czystą Monopolową i Donaldem Tuskiem. O ile dwaj pierwsi cisi mordercy niosą nam śmierć w mało estetycznych okolicznościach to ta fundowana nam przez niegdysiejszego wizjonera dotkniętego ponoć boskim geniuszem ma w sobie taką genialna przewrotność. Chyba boski geniusz za krótko Donalda Tuska dotykał i na tyle go w działania naszego politycznego diamentu starczyło. Ale prawda jest taka, że nikomu do głowy nie przyjdzie by się ratować, szukać pomocy z tego powodu, że jego stan samozadowolenia i wdupiemania osiągnął stan bliski doskonałości. I zdechniemy jako naród, społeczeństwo przekonani, że tak ma być, tak jest dobrze i właściwie. Zdechniemy przekonywani, że dokonaliśmy tego, czego od nas czasy i okoliczności wymagały. Nie zostawiając po sobie żadnego śladu poza jakąś żałosną kreską obrysowująca nasze truchło porzucone w czasie tej morderczej choć ekscytującej czaczy. Naszej czaczy ostatecznej.

A zastanawiam się nad tym bo póki co taki gość, który właśnie dla własnej wygody czy z własnego lenistwa (intelektualnego najpewniej) orzekł, że warto z jakiegoś powodu zafundować oddanemu w jego łapy bez żadnej, choćby najcieńszej linki bezpieczeństwa Narodowi, śmiertelną chorobę jest ewidentnie kimś zasługującym na spektakularne zaciągnięcie kiedyś przed stosowny trybuna lik. Za inne rzeczy też zasługuje ale pewnie szanse na to i w tamtych przypadkach są równie niewielkie i nasz Facet, Który Zabija Czaczą pozostanie bezkarny. Jak Kuba Rozpruwacz.

* Facet zabijający czaczą to patent Bartka Minkiewicza oczywiście.