Powiem szczerze, że od stwierdzeń, że politycy PO wypowiadają się sterowani za pomocą sms-ów bardziej irytują mnie… wypowiedzi polityków PO, którzy sprawiają wrażenie, jakby ktoś nimi zdalnie sterował. Z pomocą sms-ów choćby…
Nie mogłem się oprzeć temu, by zacząć jak zacząłem. Nieźle mi nawet chyba wyszło. Choć prawdę mówiąc zasługi mojej w tym pewnie mniej niż 50%. Cała reszta to już oni, dający mi okazję do takich „finezyjnych” uwag. Ostatnio jeden w drugiego uparli się powtarzać, że „najwspanialszym pomnikiem Lecha Kaczyńskiego jest Wawel” o czym przepięknie zresztą napisał Grisza w tekście „Nowy SMS w Partii Miłości” oraz twierdzić (jakby czytali z tej samej kartki), iż Lechowi Kaczyńskiemu pomnik się nie należy bo „to była słaba prezydentura”. I że Prezydent „nie był skłonny do współpracy z rządem, blokował wszystkie jego najważniejsze ustawy”*.
Prawdy w tym stwierdzeniu tylko nieco więcej niż w kończącym wypowiedź zdaniu pana Schetyny (bo to on jest jego autorem) „Był prezydentem jednej partii i wyraźnie to podkreślał”. Nie pamiętam za bardzo by „wyraźnie to podkreślał” ale niech będzie panu Marszałkowi. I nie będę się czepiał nawet przypominając, że jakoś mu nie szło z TYM rządem, który dla pana Schetyny wyraźnie jest „najmojszy”, że w drugą stronę też za miło nie było, oraz ironizował, że kryterium „ważności” ustaw TEGO rządu było zapewnie to, czy Prezydent zawetuje czy nie. Jak wetował to od razu ranga ustawy rosła.
Ja mam inna uwagę. Taką mianowicie, że to, co wedle pana Schetyny dyskwalifikuje Prezydenta Kaczyńskiego, mieściło się i mieści w ramach prerogatyw, przyznanych jemu, jego poprzednikom i następcom na mocy konstytucji. I był w związku z tym jak najbardziej „w prawie”. Choć pewnie na bakier z oczekiwaniami pana Schetyny i reszty piewców „kiepskiej prezydentury”. Przyznam szczerze, że z całego serca rozumiem pana Schetynę i resztę piewców. W ten sposób zareagowałby każdy gdyby mu się ktoś wpakował „pod prąd” rozpędzonemu i pewnemu swego. To tak, jak na przykład ze złością nauczyciela, który, rozemocjonowany na „maksa”, właśnie jest w połowie opisu drogi plemnika ku jaju gdy mu gówniarz z ostatniej ławki wcina się z pytaniem jak to możliwe, że jego sąsiedzi będą mieli dziecko skoro nie mają ślubu.
Tyle, że można by zrozumieć podobną reakcję na gorąco, zaraz po tym, gdy Prezydent akurat zawetował kolejna „najważniejszą” ustawę rządu. Rozumiem emocje w takiej chwili. Ale obecnej „polityki sms-ów” z tą wersją interpretacji nie rozumiem ni w ząb. Oczywiście jeśli próbuję traktować cała tę ekipę poważnie i w taki właśnie sposób oceniam to co robią.
A to, co robią, to w moim odczuciu ni mniej ni więcej tylko negowanie konstytucyjnego porządku państwa. I to w stopniu znacznie bardziej posuniętym niż „delegitymizowanie legalnych władz państwa przez Kaczyńskiego” za pomocą cytatu z Herberta. Jeśli urzędnik państwowy, ściślej mówiąc jeden z najwyższych urzędników państwowych uznaje, że postępowanie zgodnie z konstytucją stanowi poważną rysę na biografii, znaczyć to może, że następcy dogłębnie powinni przemyśleć korzystanie z nadanych ustawą zasadniczą uprawnień. I raczej kierować się opinią tego czy tamtego politycznego fachury od „tu i teraz”. Często hołdującego bismarckowskiej koncepcji „konstytucji realnej”.
A może i reszta obywateli powinna pójść tą droga i przemyśleć sprawę mnie lub bardziej poważnego traktowania tego, co ktoś tam, po coś tam w ten akt prawny, jakoby najwyższy ranga, powpisywał kiedyś. Nie mając wszak żadnej orientacji w dzisiejszych kontekstach. I jeśli dojdzie do wniosku, że będzie traktował wedle własnego uznania albo utylitarnej potrzeby to tylko wcieli w życie intencje pana Marszałka.
I temu stanowczo się sprzeciwiam. Bo co jak co ale zapisy konstytucji to świętość! I wara od nich komukolwiek. Póki są takie, jakie są, robienie komuś zarzutów z działania zgodnie zanim jest przejawem czy to politycznego zacietrzewienia czy też gówniarstwa zwykłego. I tyle.
Jeśli zaś pan Schetyna i reszta „podłączonych do nadajnika sms-ów” rzeczywiście uważa, że „wetowanie najważniejszych ustaw” przez nich przygotowywanych i uchwalanych jest po prostu zbrodnią, niech odbiorą głowie państwa to uprawnienie! I niech nie robią tego na łamach tej czy innej „Gazety” lecz tak, jak Bóg przykazał, w drodze zmiany konstytucji.
Niech wytną to uprawnienie, jeśli im nie pasuje i już. Sprawa będzie jasna. Choć to akurat niesie ze sobą pewne ryzyko. Tak, jak nikt nie da gwarancji, że ma się tego czy innego Bronisława raz na zawsze tak też reki sobie nie utnie, że i Donald jest wieczny. Przynajmniej na swym obecnym stanowisku. I za jakiś czas miałczał będzie pan Schetyna, że nie ma pan Prezydent Komorowski, czy tam inny ale „nasz” jednak, możliwości wetowania „szkodliwych” ustaw konkurencji.
W związku z tym sugeruję naprawdę małą poprawkę w odpowiednim artykule ustawy zasadniczej. W art. 144 ust.2 pkt 6 konstytucji zapisie „podpisywania albo odmowy podpisania ustawy” wystarczy dodać „z wyjątkiem możliwości odmowy podpisania najważniejszych ustaw rządu pana Donalda Tuska”. I będzie jak należy. Polska będzie rosła w siłę, ludzie będą żyli dostatniej a Kaczyńskiego się pośmiertnie postawi przed Trybunał Stanu. Za notoryczne łamanie konstytucji. Będzie jak znalazł przed wyborami. A o pomniku zapomnijmy! Przestępcom się ich wszak nie stawia!
* http://wyborcza.pl/1,75478,9451234,Nie_damy_sie_szantazowi.html#ixzz1JrIBrvpb
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lech Kaczyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lech Kaczyński. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
wtorek, 8 marca 2011
Prawo łaski i obrona pamięci – uwag kilka
W kwestii ujawnionego w toku ogólnego ujawniania wszystkiego, co łączy się z postacią zięcia Prezydenta Lecha Kaczyńskiego pojawił się pewien aspekt, na d którym się spróbuję pochylić. Oczywiście innym zostawię ocenę moralną samej sprawy bo przede mną wystarczająco wielu stwierdziło, że białe jest białe a czarne jest czarne. Cokolwiek pod tymi kolorami dostrzegali. I jak by tę sprawę chcieli widzieć.
Mnie tak naprawdę interesuje kwestia poboczna z pozoru i z moralnością mająca (też z pozoru) niewiele wspólnego. Wyglądająca natomiast z pozoru bardzo technicznie. Nawiążę do wypowiedzi „pierwszego obrońcy honoru Lecha Kaczyńskiego”, pana Nałęcza. Zaznaczę, że wspomniane wcześniej „niewiele moralności” mieści się w poprzednim cudzysłowie. Ale do rzeczy.
Rzekł pan Nałęcz : „- Jest to przykra sprawa dla Kancelarii poprzedniej kadencji, bo tutaj gołym okiem widać, że w grę wchodzi podejrzenie nieuczciwości. Tzn. wykorzystania osobistej znajomości dla załatwienia sprawy, gdzie osobiste znajomości nie powinny w grę wchodzić. Ta sprawa jest tym bardziej przykra, że ona rzuca cień na bardzo prawego człowieka, jakim był pan profesor prezydent Kaczyński. Właśnie dla obrony pamięci prezydenta Kaczyńskiego w tej sprawie trzeba wszystko od początku do końca wyjaśnić”*
Ja kilka razy zwracałem uwagę, że co do kompetencji pana Nałęcza mam spore wątpliwości. Możliwe więc, że i w tym przypadku mamy do czynienia z podobną sytuacją. Bo zafrapowało mnie, cóż takiego „dla obrony pamięci” sprawdzać chce pan Nałęcz.
Konstrukcja aktu łaski w polskim prawie skomplikowana nie jest. Sprowadza się ona do jednego artykułu konstytucji (139)** oraz dziewięciu artykułów kodeksu postępowania karnego ( rozdział 59, art. 560 – 568)***. Ich przeczytanie (nawet ze zrozumieniem) nie zajmuje zbyt dużo. I wystarczy by zwrócić uwagę, że na dobrą sprawę zapowiedziane przez pana Nałęcza „sprawdzanie od początku do końca” sprowadzać może się jedynie do sprawdzenia, czy podpis pod aktem łaski złożył faktycznie Lech Kaczyński. Oczywiście nikt nie zabroni Kancelarii Prezydenta ani samemu panu Nałęczowi badania owej prawdziwości z różnych odległości czy różnych kątów. Tyle, że nic innego nie są w stanie zrobić.
Co zaś się tyczy wspomnianej nieuczciwości, to jedyną drogą wyjaśnienia tej kwestii byłoby spytanie Prezydenta Kaczyńskiego, czy został czy też nie został wprowadzony przez kogoś w tej sprawie w błąd. Bo tylko w takim aspekcie można mówić o ewentualnej „nieuczciwości”, która mogłaby w jakiś sposób w złym świetle postawić procedurę. Oczywiście tego nie będzie w stanie uczynić nawet pan Nałęcz choćby nie tylko rękę sobie oderżnął. Ot i tyle.
Ja rozumiem, że dla pana Nałęcza „nieuczciwością” jest też fakt związku ułaskawionego z członkiem rodziny Prezydenta. Tyle, że tu wyjaśnienie jest na nic bo nawet gdyby ów Adam S. był choćby i nieślubnym synem Prezydenta to żaden przepis prawa nie zabrania Prezydentowi skorzystania z takiego prawa wobec niego. Nawet gdyby ten „zbir” Adam S. na oczach Prezydenta schrupał na surowo niemowlę to łaska prezydencka nie podlega niczyjej ocenie. Prawnej oczywiście. Tak jest i tyle. Czego by tu nie wymyślać i nie wygadywać. Co zaś się tyczy oceny moralnej to tu akurat wątpię, by najlepszym gremium do tego byli pracownicy obecnego prezydenta.
Na marginesie jeszcze jedna uwaga nawiązująca do stawianego, nie konkretnej osobie (czyli Lechowi Kaczyńskiemu) lecz przeprowadzonej procedurze, zarzutu braku opinii sądu w rzeczonej sprawie. W intencji podnoszących ten zarzut miał on oczywiście uderzyć w Prezydenta i jego współpracowników. Jak pamiętamy w tym przypadku mieliśmy do czynienia ze specjalnym trybem wystąpienia. Proponuję zainteresowanym sięgnięcie do wspomnianych artykułów k.p.k. Szczególnie ciekawe są art. 565 § 2 oraz art. 567 § 1. One wskazują za czyją przyczyną akta sprawy mogły nie zostać opatrzone opinią sądu. Przypomnieć warto, że sprawa miała miejsce w roku 2009 (zakończona aktem łaski z 9 czerwca) gdy Prokuratorem Generalnym był ówczesny Minister Sprawiedliwości Andrzej Czuma z Platformy Obywatelskiej. Jego obowiązkiem było właśnie wystąpienie o tę brakującą dziś wedle niektórych opinię sądu.
Wracając zaś do kwestii „wyjaśniania” tej prostej sprawy nie mam wątpliwości że między wspomnianymi przez pana Nałęcza „początkiem i końcem” nieco czasu upłynie. I przez ten czas sprawa bez wątpienia zdąży wzbogacić się o sporą dokumentację prasowa i wiele relacji w innych mediach. I w tym chyba cała rzecz by trochę to potrwało i by się o tym mówiło. Trudno będzie przy tym zarzucić „wyjaśniającym”, na czele z szafującym swą własną ręką panem Nałęczem, że postępują niewłaściwie. Bo przecież będą „oczyszczać dobre imię Lecha Kaczyńskiego”. Po prostu esencja szlachetności. Tyle, że całe to oczyszczanie służyć będzie bez dwóch zdań temu, by na tym wizerunku jakieś błoto pozostawić. I do tego ta ręka Nałęcza ma posłużyć. Nic innego z tego „wyjaśniania” wyjść nie może.
ps. Jeśli ktoś ma uwagi do przytoczonych przepisów prawa to proszę o uwagi. ja prawnikiem nie jestem.
* http://wyborcza.pl/1,75248,9209758,Dlaczego_prezydent_Kaczynski_ulaskawil_Adama_S__.html#ixzz1G1qkDoPq
** http://www.sejm.gov.pl/prawo/konst/polski/kon1.htm
*** http://karne.pl/kpk.html
Mnie tak naprawdę interesuje kwestia poboczna z pozoru i z moralnością mająca (też z pozoru) niewiele wspólnego. Wyglądająca natomiast z pozoru bardzo technicznie. Nawiążę do wypowiedzi „pierwszego obrońcy honoru Lecha Kaczyńskiego”, pana Nałęcza. Zaznaczę, że wspomniane wcześniej „niewiele moralności” mieści się w poprzednim cudzysłowie. Ale do rzeczy.
Rzekł pan Nałęcz : „- Jest to przykra sprawa dla Kancelarii poprzedniej kadencji, bo tutaj gołym okiem widać, że w grę wchodzi podejrzenie nieuczciwości. Tzn. wykorzystania osobistej znajomości dla załatwienia sprawy, gdzie osobiste znajomości nie powinny w grę wchodzić. Ta sprawa jest tym bardziej przykra, że ona rzuca cień na bardzo prawego człowieka, jakim był pan profesor prezydent Kaczyński. Właśnie dla obrony pamięci prezydenta Kaczyńskiego w tej sprawie trzeba wszystko od początku do końca wyjaśnić”*
Ja kilka razy zwracałem uwagę, że co do kompetencji pana Nałęcza mam spore wątpliwości. Możliwe więc, że i w tym przypadku mamy do czynienia z podobną sytuacją. Bo zafrapowało mnie, cóż takiego „dla obrony pamięci” sprawdzać chce pan Nałęcz.
Konstrukcja aktu łaski w polskim prawie skomplikowana nie jest. Sprowadza się ona do jednego artykułu konstytucji (139)** oraz dziewięciu artykułów kodeksu postępowania karnego ( rozdział 59, art. 560 – 568)***. Ich przeczytanie (nawet ze zrozumieniem) nie zajmuje zbyt dużo. I wystarczy by zwrócić uwagę, że na dobrą sprawę zapowiedziane przez pana Nałęcza „sprawdzanie od początku do końca” sprowadzać może się jedynie do sprawdzenia, czy podpis pod aktem łaski złożył faktycznie Lech Kaczyński. Oczywiście nikt nie zabroni Kancelarii Prezydenta ani samemu panu Nałęczowi badania owej prawdziwości z różnych odległości czy różnych kątów. Tyle, że nic innego nie są w stanie zrobić.
Co zaś się tyczy wspomnianej nieuczciwości, to jedyną drogą wyjaśnienia tej kwestii byłoby spytanie Prezydenta Kaczyńskiego, czy został czy też nie został wprowadzony przez kogoś w tej sprawie w błąd. Bo tylko w takim aspekcie można mówić o ewentualnej „nieuczciwości”, która mogłaby w jakiś sposób w złym świetle postawić procedurę. Oczywiście tego nie będzie w stanie uczynić nawet pan Nałęcz choćby nie tylko rękę sobie oderżnął. Ot i tyle.
Ja rozumiem, że dla pana Nałęcza „nieuczciwością” jest też fakt związku ułaskawionego z członkiem rodziny Prezydenta. Tyle, że tu wyjaśnienie jest na nic bo nawet gdyby ów Adam S. był choćby i nieślubnym synem Prezydenta to żaden przepis prawa nie zabrania Prezydentowi skorzystania z takiego prawa wobec niego. Nawet gdyby ten „zbir” Adam S. na oczach Prezydenta schrupał na surowo niemowlę to łaska prezydencka nie podlega niczyjej ocenie. Prawnej oczywiście. Tak jest i tyle. Czego by tu nie wymyślać i nie wygadywać. Co zaś się tyczy oceny moralnej to tu akurat wątpię, by najlepszym gremium do tego byli pracownicy obecnego prezydenta.
Na marginesie jeszcze jedna uwaga nawiązująca do stawianego, nie konkretnej osobie (czyli Lechowi Kaczyńskiemu) lecz przeprowadzonej procedurze, zarzutu braku opinii sądu w rzeczonej sprawie. W intencji podnoszących ten zarzut miał on oczywiście uderzyć w Prezydenta i jego współpracowników. Jak pamiętamy w tym przypadku mieliśmy do czynienia ze specjalnym trybem wystąpienia. Proponuję zainteresowanym sięgnięcie do wspomnianych artykułów k.p.k. Szczególnie ciekawe są art. 565 § 2 oraz art. 567 § 1. One wskazują za czyją przyczyną akta sprawy mogły nie zostać opatrzone opinią sądu. Przypomnieć warto, że sprawa miała miejsce w roku 2009 (zakończona aktem łaski z 9 czerwca) gdy Prokuratorem Generalnym był ówczesny Minister Sprawiedliwości Andrzej Czuma z Platformy Obywatelskiej. Jego obowiązkiem było właśnie wystąpienie o tę brakującą dziś wedle niektórych opinię sądu.
Wracając zaś do kwestii „wyjaśniania” tej prostej sprawy nie mam wątpliwości że między wspomnianymi przez pana Nałęcza „początkiem i końcem” nieco czasu upłynie. I przez ten czas sprawa bez wątpienia zdąży wzbogacić się o sporą dokumentację prasowa i wiele relacji w innych mediach. I w tym chyba cała rzecz by trochę to potrwało i by się o tym mówiło. Trudno będzie przy tym zarzucić „wyjaśniającym”, na czele z szafującym swą własną ręką panem Nałęczem, że postępują niewłaściwie. Bo przecież będą „oczyszczać dobre imię Lecha Kaczyńskiego”. Po prostu esencja szlachetności. Tyle, że całe to oczyszczanie służyć będzie bez dwóch zdań temu, by na tym wizerunku jakieś błoto pozostawić. I do tego ta ręka Nałęcza ma posłużyć. Nic innego z tego „wyjaśniania” wyjść nie może.
ps. Jeśli ktoś ma uwagi do przytoczonych przepisów prawa to proszę o uwagi. ja prawnikiem nie jestem.
* http://wyborcza.pl/1,75248,9209758,Dlaczego_prezydent_Kaczynski_ulaskawil_Adama_S__.html#ixzz1G1qkDoPq
** http://www.sejm.gov.pl/prawo/konst/polski/kon1.htm
*** http://karne.pl/kpk.html
wtorek, 21 grudnia 2010
Honor i przyzwoitość – list do gen. Parulskiego.
Panie Generale, Panie Naczelny Prokuratorze Wojskowy.
We wczorajszej „Gazecie Wyborczej” opublikowany został materiał autorstwa Wojciecha Czuchnowskiego pod tytułem „Jak znaleziono ciało Lecha Kaczyńskiego”. Wspomniany materiał zawiera szokujący opis stanu zwłok Lecha Kaczyńskiego, znalezionych na miejscu katastrofy oraz bulwersujące stwierdzenia autora dotyczące źródeł na podstawie których wspomnianego opisu dokonał. Jak pisze Wojciech Czuchnowski, podstawą jego stwierdzeń była zawartość „udostępnionych nam nieoficjalnie kilkudziesięciu zdjęć i filmów nakręconych na miejscu katastrofy przez pięciu oficerów BOR.”* Nadmienia dalej sam, że „Filmy i zdjęcia mają klauzulę "ściśle tajne" i prawdopodobnie nigdy nie zostaną upublicznione.”*
W związku z powyższym rodzą się pytania zarówno o to, czy faktycznie dziennikarz „Gazety Wyborczej” w tak zadziwiająco łatwy sposób, by nie rzec wręcz że „na żądanie”, miał możliwość dotarcia do opatrzonych wspomnianą klauzulą materiałów oraz, jeśli rzeczywiście tak się stało, jak to było możliwe. Kolejną kwestią, która wymaga wyjaśnienia jest ciągły brak reakcji Pana i podległej Panu instytucji na tę szokującą pod wieloma względami publikację.
Rzeczą oczywistą jest albo natychmiastowe oświadczenie, że powierzone pieczy Pana i pana podwładnych tajne materiały, będące dowodami w ciągle toczącym się śledztwie, są pod dobrą opieką i nikt niepowołany nie ma do nich dostępu zaś stwierdzenia pana Czuchnowskiego to oczywista konfabulacja albo też przyznanie, że niektóre media mogą w podległej Panu instytucji bez kłopotu buszować po szufladach z dowodami. Jeśli rzeczywiście mamy do czynienia z tą drugą sytuacją, która jest zarówno rażącą drwiną z prawa i nie może mieć absolutnie miejsca w takiej instytucji jaką jest Prokuratura Wojskowa, jak też policzkiem dla rodzin ofiar smoleńskiej katastrofy, to w moim odczuciu jak najszybciej powinien pan poinformować opinię publiczną o działaniach podjętych w celu ujawnienia osoby lub osób, które nie po raz pierwszy w tak życzliwy wobec wspomnianego tytułu sposób dysponują materiałami śledztwa.
Najbardziej szokujące w całej sprawie jest poczucie bezkarności dziennikarza który na zawołanie ma dostęp do interesujących go materiałów zgromadzonych i przechowywanych przez Pana podwładnych. Poczucie bezkarności posunięte do tego stopnia, że bez żenady mówi on o „nieoficjalnym dostępie” zaznaczając, że dotyczy on „materiałów, które są tajne (!) i nigdy nie zostaną udostępnione”.
Kwestią Pana honoru jest ujawnić i najsurowiej jak się da ukarać osoby, których niezrozumiałe działania grzebią reputację instytucji z definicji będącej jednym z filarów systemu ochrony prawnej obywateli.
Kwestią Pana przyzwoitości zaś powinno być podanie się do dymisji natychmiast po doprowadzeniu do końca działań służących wyjaśnieniu źródeł tej bezprecedensowej kompromitacji.
W świetle wspomnianych wyżej zdarzeń pański honor i przyzwoitość to ostatnie rzeczy o które może Pan jeszcze walczyć.
* http://wyborcza.pl/1,75478,8831475,Jak_znaleziono_cialo_Lecha_Kaczynskiego.html#ixzz18lctz700
We wczorajszej „Gazecie Wyborczej” opublikowany został materiał autorstwa Wojciecha Czuchnowskiego pod tytułem „Jak znaleziono ciało Lecha Kaczyńskiego”. Wspomniany materiał zawiera szokujący opis stanu zwłok Lecha Kaczyńskiego, znalezionych na miejscu katastrofy oraz bulwersujące stwierdzenia autora dotyczące źródeł na podstawie których wspomnianego opisu dokonał. Jak pisze Wojciech Czuchnowski, podstawą jego stwierdzeń była zawartość „udostępnionych nam nieoficjalnie kilkudziesięciu zdjęć i filmów nakręconych na miejscu katastrofy przez pięciu oficerów BOR.”* Nadmienia dalej sam, że „Filmy i zdjęcia mają klauzulę "ściśle tajne" i prawdopodobnie nigdy nie zostaną upublicznione.”*
W związku z powyższym rodzą się pytania zarówno o to, czy faktycznie dziennikarz „Gazety Wyborczej” w tak zadziwiająco łatwy sposób, by nie rzec wręcz że „na żądanie”, miał możliwość dotarcia do opatrzonych wspomnianą klauzulą materiałów oraz, jeśli rzeczywiście tak się stało, jak to było możliwe. Kolejną kwestią, która wymaga wyjaśnienia jest ciągły brak reakcji Pana i podległej Panu instytucji na tę szokującą pod wieloma względami publikację.
Rzeczą oczywistą jest albo natychmiastowe oświadczenie, że powierzone pieczy Pana i pana podwładnych tajne materiały, będące dowodami w ciągle toczącym się śledztwie, są pod dobrą opieką i nikt niepowołany nie ma do nich dostępu zaś stwierdzenia pana Czuchnowskiego to oczywista konfabulacja albo też przyznanie, że niektóre media mogą w podległej Panu instytucji bez kłopotu buszować po szufladach z dowodami. Jeśli rzeczywiście mamy do czynienia z tą drugą sytuacją, która jest zarówno rażącą drwiną z prawa i nie może mieć absolutnie miejsca w takiej instytucji jaką jest Prokuratura Wojskowa, jak też policzkiem dla rodzin ofiar smoleńskiej katastrofy, to w moim odczuciu jak najszybciej powinien pan poinformować opinię publiczną o działaniach podjętych w celu ujawnienia osoby lub osób, które nie po raz pierwszy w tak życzliwy wobec wspomnianego tytułu sposób dysponują materiałami śledztwa.
Najbardziej szokujące w całej sprawie jest poczucie bezkarności dziennikarza który na zawołanie ma dostęp do interesujących go materiałów zgromadzonych i przechowywanych przez Pana podwładnych. Poczucie bezkarności posunięte do tego stopnia, że bez żenady mówi on o „nieoficjalnym dostępie” zaznaczając, że dotyczy on „materiałów, które są tajne (!) i nigdy nie zostaną udostępnione”.
Kwestią Pana honoru jest ujawnić i najsurowiej jak się da ukarać osoby, których niezrozumiałe działania grzebią reputację instytucji z definicji będącej jednym z filarów systemu ochrony prawnej obywateli.
Kwestią Pana przyzwoitości zaś powinno być podanie się do dymisji natychmiast po doprowadzeniu do końca działań służących wyjaśnieniu źródeł tej bezprecedensowej kompromitacji.
W świetle wspomnianych wyżej zdarzeń pański honor i przyzwoitość to ostatnie rzeczy o które może Pan jeszcze walczyć.
* http://wyborcza.pl/1,75478,8831475,Jak_znaleziono_cialo_Lecha_Kaczynskiego.html#ixzz18lctz700
piątek, 19 listopada 2010
Spadkobiercy
Każdy spadek wywołuje emocje. Szczególnie zaś taki, który ma wartość niebagatelną. Trudno więc oczekiwać, że ktoś pozwoli mu stać się kadukiem. Wręcz przeciwnie, wcześniej czy później spadkobierców objawi się więcej niżby się w naszej wyobraźni urodziło.
Czasem bywa i tak, że wychodzą na jaw powody, przez które ktoś, kto zdaje się do dziedziczenia powołany jak mało kto lub zgoła nikt inny, zostaje tego prawa i tego spadku pozbawionym. I nie idzie o sytuacje bezprawnego i pozbawionego choćby krztyny sprawiedliwości wyzucia z należnej majętności. Chodzi o uznanie za niegodnego by dziedziczyć. W myśl artykułu 928 kodeksy cywilnego:
§ 1. Spadkobierca może być uznany przez sąd za niegodnego, jeżeli:
1) dopuścił się umyślnie ciężkiego przestępstwa przeciwko spadkodawcy;
[…]
§ 2. Spadkobierca niegodny zostaje wyłączony od dziedziczenia, tak jak by nie dożył otwarcia spadku.*
To, o czym piszę pewnie naszym sądom do takiego rozstrzygnięcia nie starczyło. Czasem nie starcza im wszak dowód najoczywistszy. Albo i starcza lecz nie na to, co miałby dowodzić. Tedy nie o takim sądzie tu myślę lecz o sądzie naszego poczucia przyzwoitości i sprawiedliwości. To mamy w sobie wszyscy. Choć bywa i tak, że z całych sił staramy się z tym walczyć albo to ukrywać. Ale każdemu kiedyś to się wymknie spod kontroli w postaci myśli, refleksji…
Ale wróćmy do tej prawnej zawiłości co ją naszym poczuciem sprawiedliwości mamy teraz rozstrzygać.
O nic ostatnio co pozostało jako dobro do wzięcia nie stoczono takiego sporu jak o pamięć i symboliczne dziedzictwo po Lechu Kaczyńskim. To skarb prawdziwy bo nie tylko rzecz sama w sobie bezcenna ale i dająca wiele temu, kto go przy sobie utrzymać zdoła.
Upomnieli się o nie brat zmarłego, Jarosław Kaczyński oraz ci, co Jarosława odstąpili lub p[rzez niego precz zostali przegnani. Tu trzeba od razu zaznaczyć, że skoro sąd dokonuje się w naszych duszach czy tam sercach to nie jest tak, jak to w kodeksach napisano, że skarb ma przy rodzinie pozostać. Tedy nie było tak, że z miejsca uznać należało, że tylko Prezes Kaczyński w prawie jest by pamięć brata dzierżyć.
Ci, co się o nią upomnieli wcale nie wydawali się mniej uprawnieni. Wszak od lat oni w wielu momentach byli przy nim bliżej niż tenże brat co po Lechu teraz sam został. I wcale nie było takim oczywistym nadużyciem gdy żywemu bratu sprzeniewierzenie się zmarłemu bratu zarzucali. Bo mogli faktycznie wiedzieć jak pewnie sprawy Lech by widzieć pragnął.
Tyle, że te rozważania i dylematy już za nami. Nie wiem jak inni ale ja w swym sumieniu, sercu, poczuciu sprawiedliwości czy gdzie tam się ten mój wewnętrzny sąd odprawia, wyrok wydaję jednoznaczny. Tylko przy bratu pamięć i dziedzictwo Lecha zostają. Tylko przy nim bo tamci, jako rzecze kodeks, okazali się niegodni. Bo, jak dalej ów kodeks powiada, dopuścili się ciężkiego przestępstwa przeciwko spadkodawcy. Takiego, co to go pewnie w żadnym kodeksie się nie znajdzie. Ale nie mam wątpliwości że się go dopuścili i ze spadku powinni być wyłączeni. Tak, jako kodeks rzecze, jakby nie dożyli otwarcia spadku.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że takim wiarołomstwem, grzechem przeciwko pamięci Lecha, były ich spiski i konszachty z tym, co świadomie obrażał i niszczył za życia Lecha jego dobre imię a po śmierci pamięć. I nie ma dla potencjalnych spadkobierców Lecha Kaczyńskiego żadnego wytłumaczenia z umizgów do Palikota. Nie ma.
Nie odbieram im prawa do bycia na scenie politycznej. Ani racji w ich zamierzeniach. Nie uważam, że wybierając taką polityczną drogę, jaką podążają, czynią coś złego i godnego potępienia. Są politykami i to jest sensem ich działania. Może nawet w duchu życzę im powodzenia. Ale tylko dlatego chyba, że od żadnego już polityka nie oczekuję przyzwoitości.
Od nich też. I ten brak przyzwoitości w nich znaleziony gdy układali się z szydercą sprawił właśnie, że mój wyrok w sprawie, w której samowolnie przyszło mi sądzić, brzmi: jesteście niegodni! Odbieram wam prawo do nazywania się spadkobiercami Lecha Kaczyńskiego. Dla jego pamięci jest tak oto jakbyście nie dożyli dnia otwarcia testamentu. Wasza symboliczna śmierć nastąpiła wtedy gdyście podwali rękę biłgorajskiemu błaznowi.
* http://www.polskieustawy.com/norms.php?actid=88&norm=928&lang=48&adate=20051129&head=0
Czasem bywa i tak, że wychodzą na jaw powody, przez które ktoś, kto zdaje się do dziedziczenia powołany jak mało kto lub zgoła nikt inny, zostaje tego prawa i tego spadku pozbawionym. I nie idzie o sytuacje bezprawnego i pozbawionego choćby krztyny sprawiedliwości wyzucia z należnej majętności. Chodzi o uznanie za niegodnego by dziedziczyć. W myśl artykułu 928 kodeksy cywilnego:
§ 1. Spadkobierca może być uznany przez sąd za niegodnego, jeżeli:
1) dopuścił się umyślnie ciężkiego przestępstwa przeciwko spadkodawcy;
[…]
§ 2. Spadkobierca niegodny zostaje wyłączony od dziedziczenia, tak jak by nie dożył otwarcia spadku.*
To, o czym piszę pewnie naszym sądom do takiego rozstrzygnięcia nie starczyło. Czasem nie starcza im wszak dowód najoczywistszy. Albo i starcza lecz nie na to, co miałby dowodzić. Tedy nie o takim sądzie tu myślę lecz o sądzie naszego poczucia przyzwoitości i sprawiedliwości. To mamy w sobie wszyscy. Choć bywa i tak, że z całych sił staramy się z tym walczyć albo to ukrywać. Ale każdemu kiedyś to się wymknie spod kontroli w postaci myśli, refleksji…
Ale wróćmy do tej prawnej zawiłości co ją naszym poczuciem sprawiedliwości mamy teraz rozstrzygać.
O nic ostatnio co pozostało jako dobro do wzięcia nie stoczono takiego sporu jak o pamięć i symboliczne dziedzictwo po Lechu Kaczyńskim. To skarb prawdziwy bo nie tylko rzecz sama w sobie bezcenna ale i dająca wiele temu, kto go przy sobie utrzymać zdoła.
Upomnieli się o nie brat zmarłego, Jarosław Kaczyński oraz ci, co Jarosława odstąpili lub p[rzez niego precz zostali przegnani. Tu trzeba od razu zaznaczyć, że skoro sąd dokonuje się w naszych duszach czy tam sercach to nie jest tak, jak to w kodeksach napisano, że skarb ma przy rodzinie pozostać. Tedy nie było tak, że z miejsca uznać należało, że tylko Prezes Kaczyński w prawie jest by pamięć brata dzierżyć.
Ci, co się o nią upomnieli wcale nie wydawali się mniej uprawnieni. Wszak od lat oni w wielu momentach byli przy nim bliżej niż tenże brat co po Lechu teraz sam został. I wcale nie było takim oczywistym nadużyciem gdy żywemu bratu sprzeniewierzenie się zmarłemu bratu zarzucali. Bo mogli faktycznie wiedzieć jak pewnie sprawy Lech by widzieć pragnął.
Tyle, że te rozważania i dylematy już za nami. Nie wiem jak inni ale ja w swym sumieniu, sercu, poczuciu sprawiedliwości czy gdzie tam się ten mój wewnętrzny sąd odprawia, wyrok wydaję jednoznaczny. Tylko przy bratu pamięć i dziedzictwo Lecha zostają. Tylko przy nim bo tamci, jako rzecze kodeks, okazali się niegodni. Bo, jak dalej ów kodeks powiada, dopuścili się ciężkiego przestępstwa przeciwko spadkodawcy. Takiego, co to go pewnie w żadnym kodeksie się nie znajdzie. Ale nie mam wątpliwości że się go dopuścili i ze spadku powinni być wyłączeni. Tak, jako kodeks rzecze, jakby nie dożyli otwarcia spadku.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że takim wiarołomstwem, grzechem przeciwko pamięci Lecha, były ich spiski i konszachty z tym, co świadomie obrażał i niszczył za życia Lecha jego dobre imię a po śmierci pamięć. I nie ma dla potencjalnych spadkobierców Lecha Kaczyńskiego żadnego wytłumaczenia z umizgów do Palikota. Nie ma.
Nie odbieram im prawa do bycia na scenie politycznej. Ani racji w ich zamierzeniach. Nie uważam, że wybierając taką polityczną drogę, jaką podążają, czynią coś złego i godnego potępienia. Są politykami i to jest sensem ich działania. Może nawet w duchu życzę im powodzenia. Ale tylko dlatego chyba, że od żadnego już polityka nie oczekuję przyzwoitości.
Od nich też. I ten brak przyzwoitości w nich znaleziony gdy układali się z szydercą sprawił właśnie, że mój wyrok w sprawie, w której samowolnie przyszło mi sądzić, brzmi: jesteście niegodni! Odbieram wam prawo do nazywania się spadkobiercami Lecha Kaczyńskiego. Dla jego pamięci jest tak oto jakbyście nie dożyli dnia otwarcia testamentu. Wasza symboliczna śmierć nastąpiła wtedy gdyście podwali rękę biłgorajskiemu błaznowi.
* http://www.polskieustawy.com/norms.php?actid=88&norm=928&lang=48&adate=20051129&head=0
Subskrybuj:
Posty (Atom)