piątek, 10 grudnia 2010

Ostatni Budowniczy Polski Ludowej (opowiastka o zombie)

Mało kto pewnie pamięta, że żadna tam Polonia Restituta, zwana wtedy mniej nieco wytwornie (ale tak bardziej po robociarsku) Orderem Odrodzenia Polski a właśnie Order Budowniczych Polski Ludowej w czasach minionych był najwyżej usytuowaną w hierarchii nagrodą za zasługi poniesione przez obywatela PRL-u. Noszoną, jak reguła głosiła, na pierwszym miejscu. Nikt za to nie wie z pewnością, że to gustowne cacko było skrytym marzeniem siedmio czy też ośmioletniego rosemanna. Właśnie dlatego, że dość gustowne a nadto, jak krążyła legenda, w którą tylko ktoś taki, jak siedmioletni rosemann był chyba tylko w stanie uwierzyć, wykonany był on czy to z białego złota czy nawet z platyny samej.

Nie szło rosemannowi ówczesnemu rzecz jasna o wartość wyrażaną w mamonie. Siedmiolatkom rzadko o to wtedy chodziło. Jak dziś jest nie wiem bo urosłem nieco. W każdym razie uznał rosemann że pięknym byłoby paradować z czymś tak cennym i zaszczytnym bo otrzymanym za zasługi dla Polski Ludowej. Za zasługi największe.
Potem rosemann o tym całkiem zapomniał a los sprawił, że i narodowi dane było o orderze gustownym zapomnieć i na jego mniejsze przywrócić te zdecydowanie godniejsze.
I o budowniczych też Narodowi przyszło zapomnieć. Szczególnie o tych najwybitniejszych. Niestety…

Czemu mnie to wspomnienie naszło akurat teraz? Gdy zdaje się, że całkiem spokojnie mogę wpakować to marzenie do katalogu tych dotąd niespełnionych co to się nigdy na szczęście już nie spełnią? Powód jest taki, że okazja się ku temu sama od jakiegoś czasu narzuca. Mogę powiedzieć, że właściwie chodzi ona i szuka okazji by się uczepić.

Niewiele mam do tłumaczenia poza tym, że chodzi ona od momentu gdy przeczytałem sobie tekst długodystansowca w Salonie24* oraz tego, że wrócił on do mnie teraz w związku z rocznicą, co to już za pasem. Wyprzedzam ją trochę bo ten mój tekst pewnie wtedy zginałby zupełnie w powodzi o niebo lepszych, ciekawszych i takich bardziej apropos… Niewiele mam ponad to, co napisałem do tłumaczenia poza tym także że ochotę na to piękne cacko co tak naprawdę ze swej złoto platynowej legendy objawiło się jako mało albo i zgoła nic nie warta blaszka na jeszcze mniej wartym kawałku wstążki, straciłem już dawno. Nijak ona temu rosemannowi co wyrósł ze swych siedmiu czy tam ośmiu lat by nie pasowała. Bo takich zasług jakie chętnie nią nagradzano nie poniósł na szczęście ani, tym bardziej, ponosić nie chce.

Ale jakoś tak dziwnie odczułem przy tym, że całkiem nie umarł i nie stracił sensu ten kawałek bezwartościowej blachy z tym kawałkiem bardziej jeszcze bezwartościowej wstążki. Nie umarł on a właściwie jakimś tam wampirzym sposobem z tej śmierci poniesionej wraz z PRL-em został przywrócony do życia. Może jako taka forpoczta tego PRL-u co już się zdawał nie tylko całkiem martwym ale do cna przegniłym. I oto dziś, w przeddzień rocznicy nieomal pierwsze co mi przychodzi na myśl to wskazać pierś godną dziś tej blachy i ręce które by i teraz były w stanie tej piersi w taki właśnie sposób wygodzić. To ta sama pierś i te same ręce które kurtuazyjnie zeszły się nie tak dawno ku zaskoczeniu albo i szokowi tych, co już przekonani byli, że nijak takiej możliwości nie ma. I musieli przełknąć ten widok gdy się spotykała pierś dzisiejszego majestatu Rzeczpospolitej z rękami majestatu zdechłej, jak sądziliśmy naiwni, PRL.

I za to cudowne wskrzeszenie i przydanie nowego życia temu umarlakowi order cudotwórcy niewątpliwie się należy jak nikomu. Bo choć wielu próbowało to nikt takich zasług dla wskrzeszenia i odbudowy PRL-u nie odważył się ponieść jak dzisiejsze „uosobienie” majestatu Rzeczpospolitej. I to jemu właśnie przypaść powinna ta blaszka zapomniana z numerem ostatnim.

By było jasne tekst ten napisałem kilka dni temu. Zaraz po przeczytaniu tekstu długodystansowca a jeszcze przed całą awanturą w Salonie24 o treść „apelu”. Apelu, który zdecydowałem się teraz poprzeć wpisując się dzisiaj pod nim (www.razem13grudnia.pl). Nie, jak mi pewnie zechce ten i ów zarzucić, przeciwko komukolwiek innemu protestując lecz przeciw fetowanemu czy wynoszonemu do roli publicznej przez moje Państwo człowiekowi, którego uważam za renegata i herszta morderców.

Ktokolwiek by się tego wynoszenia dopuścił…

* http://dlugodystansowiec.salon24.pl/256775,do-red-j-jankowskiej-i-red-k-leskiego

środa, 8 grudnia 2010

Król Midas czyli III RP z gębą PRL-bis

Zachichotała wczoraj donośnie w Salonie24 III RP upiornym głosem PRL- nieboszczki. Zachichotała przy wtórze wielu, co by się jeszcze nie tak dawno zabić dali broniąc czci tej Rzeczpospolitej trzeciej gdyby jej kto choćby PRL-owskie korzenie próbował wypomnieć.

W największym stopniu ten chichot słychać było za sprawą Krzyśka Leskiego, który się uparł i zaciął i za nic nie zgadzał się pojąć ze protest przeciwko generałowi- bandycie bez dwóch zdań nawet i nieodłącznie łączy się z protestem przeciwko zapraszaniu generała- bandyty na pokoje Pałacu. Za nic nie docierało do niego ze przeciwko zapraszaniu generała protestuje się właśnie z tego (TEGO!) powodu że z niego bandyta. Uzyskał swą wzmożoną działalnością epistolarną i śledczą tyle tylko że się dowiedział iż Mirek, za którym goniąc dzień strawił podpisałby zapewne nawet niedbale na ścianie wysprejowane proste zdanie „J to ch***” bo mu o ducha a nie porządek w literkach chodziło.

A wszystko przez to, że się zapewne teraz Krzysiek zacukał w sprawie, czy iść tego wieczora pod willę czy nie iść bo jeszcze sobie kto pomyśli że mu nie o bandytę chodzi tylko o te pałacowe pokoje. A tam zapraszał przecież nie kto inny tylko demokratycznie wybrany prezydent III RP. Stąd ten jego dysonans co iść i nie iść zarazem podpowiada.

Za nim zaś już jakoś łatwo poszło. Szczególnie ciekawym jest obyczaj dodawania cudzysłowu do tych kombatantów (a więc od teraz „kombatantów”) co pod willą stawia się z obu powodów albo i tylko z tego pierwszego miast czerpać wzór z pana prezydenta. Ten kombatantem jest rasowym i bez cudzysłowu żadnego bo pojął bez problemu jak mu dobrze wtedy generał- bandyta zrobił. Zgoła jak ojciec troskliwy co to za pasa chwyci gdy mu pociecha się zbytnio rozbestwi. Spodziewać się więc możemy, że jak przyjdzie prezydentowi ochota nad bezpieczeństwem na ulicach się pochylić to „ludzi z miasta” zaprosi a jak odczuje potrzebę zadumania się nad kwestiami etycznymi to jak znalazł będzie dr. Kevorkian.

Ten rozkrok bolesny Krzysztofa to jednak taka figura gimnastyczna niepotrzebna zupełnie a chyba przecież dość bolesna. Powinien wiec raczej wziąć sobie do serca genialnie wręcz odkrywcze opisanie profilu wyborcy i zwolennika prezydenta Komorowskiego autorstwa Eumenesa. Wedle niego taki prawdziwy i nowoczesny zwolennik popiera Komorowskiego nie zgadzając się z tym co Komorowski robi. Podejście szalenie nowatorskie w opozycji do zwyczajów pisiorów niedzisiejszych co Kaczyńskiego popierają dlatego bo się głupi z tym co robi zgadzają.

A ja na tę groteskę patrzę ze smutkiem i zdumieniem. Na długo przedtem, zanim vox populi wyniósł Bronisława Komorowskiego tak wysoko jak wyniósł, pisałem nie raz, czasem niezbyt grzecznie, co o jego kompetencjach sądzę. Teraz widzę, że pewnych jego umiejętności bardzo nie doceniałem. Bo sztuką jest prawdziwą że się temu „prezydentowi wszystkich Polaków” co miał połączyć nas „zgodą co buduje”, nawet tam, pod willa na ul. Ikara udało nas podzielić. I to tak, że sobie po bratersku do gardeł skoczyliśmy.

Ma w rękach pan prezydent dar oczywisty co mi postać króla Midasa przywołuje. Takiego Midasa na opak po prawdzie… Bo czego nie dotknie to zaraz w g**** się zmieni
Szkoda Krzysiu twego gardła i zacięcia…

Ps. A o wkładzie Komorowskiego w budowę pomostu łączącego nierozdzielnie III RP z PRL jeszcze mam zamiar napisać.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Jeszcze tylko Sopot, a jutro cały świat…

Będzie o formacie polityków. A przy okazji gdzieś tam użyję zapewne słówka „przeciwskuteczny”. Jakkolwiek nie jest mi ono do niczego potrzebne ale intelektualiści się uparli używać to co mam odstawać…

Spróbujmy się oderwać od tej prawdy oczywistej, że polityka to zwykły teatr z kiepskim repertuarem dla mało wyszukanej publiki i przyjmijmy, że wszystko co robi się i mówi w polityce jest takie supe-duper poważne i odpowiedzialne. Takie założenie musi z miejsca postawić na głowie naszą rzeczywistość oraz towarzyszące jej nieodłącznie rankingi i hierarchie. I przy okazji postawić w kłopotliwej sytuacji tych, którzy mają tak poukładany w głowie porządek tego jak należy Myślec o jednych oraz o drugich.

Weźmy poważnie choćby lekcję ostatnich wyborów samorządowych a szczególnie zaś ich wczorajszej dogrywki. Ktokolwiek się w nich mierzył to tak naprawdę mierzył się nie kto inny jak Donald Tusk z Jarosławem Kaczyńskim. Z pozoru najskuteczniejszy polityk w naszej historii (jakby tej „naszej” historii nie liczyć) z politykiem, uwaga, najbardziej przeciwskutecznym (no to z głowy :). Takim, który ponoć od pięciu kolejnych wyborczych prób nic nie znaczy. A jak nic nie znaczy to chyba i nic nie może. Najpierw trzeba było więc pokonać go w wyborach parlamentarnych by uratować Polskę, później w prezydenckich. Oczywiście by cokolwiek w Polsce można było zrobić. A że jakoś po tym robiło się niezbyt wiele koniecznie trzeba było pokonać Kaczyńskiego we Wrocławiu. I na sam koniec nie zostało już nic innego jak tylko Sopot. Kiedy pisze ten tekst nie mam jeszcze pojęcia czy Donald Tusk pokonał Kaczyńskiego w Sopocie. W tej kwestii jestem rozbity. Z jednej strony wolałbym aby Karnowski już nigdy nigdzie nie rządził ale z drugiej chciałbym aby wreszcie nasz mąż stanu mógł rozwinąć skrzydła i pokazać co to nie on. I jeśli do tego brakuje mu tylko Sopotu to niech mu będzie. Niech ma ten Sopot.

I tu dochodzimy do paradoksu, który powinien dać do myślenia przede wszystkim tym, którzy od czci i wiary odsądzają fachowe i ogólnoludzkie kompetencje Kaczyńskiego a nie mogą się nachwalić ich zasobu posiadanego przez Tuska. Paradoks zawiera się właśnie w tym Sopocie nieszczęsnym. Który nagle, bo w ciągu zaledwie ostatnich kilkunastu dni stał się kluczem do panowania. Nie wiem nad czym ale sądząc ze słów i reakcji Tuska do panowania nad Polską. Tak się bowiem te słowa przez Tuska i jego ludzi układają jakby bez posiadania Sopotu zapomnieć można było o wszystkich zamierzeniach przedstawionym niegdyś przez tę ekipę Polakom. Słowem może mieć Tusk cała resztę ale bez Sopotu nie pojedzie. Może tez Kaczyński nic nie mieć ale ten Sopot jeden jedyny starczy mu by wszystko kontrolować.

Wiem, że głupio to brzmi ale cóż, nie ja taki sposób widzenia narzucam. Ja widzę to tak, że cokolwiek będzie możliwe chyba dopiero jak Donald Tusk wygra wybory na kierownika Drogi Mlecznej. Nic poniżej nie gwarantuje nam realizacji obietnic.
Swoją droga dziwi mnie powściągliwość tych wszystkich, co tak się po Kaczyńskim przejechali w tę i tamtą na okoliczność „zmiany oblicza” po wyborach prezydenckich. Dziwi mnie powściągliwość wobec Tuska, którzy nie czekał aż minie druga tura i „zmienił oblicze” trochę wcześniej. I trudno dyskutować, że ta zmiana była jakościowo mniej radykalna. Powiedziałbym, że była fundamentalna. Z obrońcy moralności w takiego … takiego rajfura co to niby z interesem nie ma nic wspólnego ale i tak wszyscy wiedzą że ma i to duży.

Jestem ostatnio przepracowany. I myślę, że należy mi się jakiś wypoczynek. Wybiorę się może na dzień do Sopotu by przekonać się na czym polega ukryty tam klucz do świata. Tak cenny że nawet Donald Tusk nie wahał się pokazać jak wartość jest gotów przypisać swemu słowu. Nic już nie udając.

Właśnie przeczytałem, że Karnowski wygrał ponoć o włos. Gratuluję panie Donaldzie. Jutro więc cały świat… Jeszcze tylko tę Drogę Mleczną odwojujcie.

niedziela, 5 grudnia 2010

Szczerzy demokraci we wnyku Rymkiewicza

Gdzieś kiedyś obiecałem, że jak tylko skończę „Samuela Zborowskiego” to o tym napiszę. Oczywiście nie o fakcie skończenia przez mnie lektury tylko o tym jak odebrałem kolejne starcie Rymkiewicza z rzeczywistością. A wiem już, że było brutalne…

Rzecz jest o tyle skomplikowana, że zanim książkę skończyłem natknąłem się na dwa obszerne jej omówienia autorstwa Piotra Skwiecińskiego w Rzeczpospolitej* oraz Zbigniewa Mikołejki z Tygodnika Powszechnego**. Na tyle istotne, że niejako wyznaczające pole do dyskusji o książce. Próbując odświeżyć sobie ich argumenty pogrzebałem w ich poszukiwaniu w sieci i doszukałem się jeszcze kilku głosów na temat i Rymkiewicza i tej jego książki. Nie tak szerokich i poważnych jak dwa wspomniane ale jeszcze ciekawiej ukazujących kwestię, o której chciałbym napisać.
Prześlizgnę się tylko nad uwagami Pilcha*** i Szostkiewicza**** zwracając co najwyżej im uwagę na to, że nikt poważny, a i nie do końca poważny jak choćby ja, nie recenzuje niczego w oparciu o jakiś przeczytany w gazecie fragment. Szostkiewiczowi nadto warto wytknąć zupełną śmieszność gdy na podstawie pożyczonego od Pilcha cytatu zastanawia się nawet czy, jak to było w zwyczaju czasu Wojny Wroniej, nie odnieść Rymkiewiczowi posiadanych książek jego autorstwa. To taka facecja. O ton tylko strawniejsza niż uwagi „gwiazdy” naszej „młodej literatury” i „nowej lewicy” Tomasza Piątka***** któremu szczerze radziłbym aby raczej z równą wnikliwością przyjrzał się swemu pisaniu.

Ciekawsze są opinie Macieja Nowickiego******, Elizy Szybowicz******* i wreszcie Krzysztofa Lubczyńskiego********.

O ile Skwieciński i Mikołejko błędnie choć świadomie zdają się umykać przed odniesieniem tej książki do współczesności, co w przypadku Skwiecińskiego jest o tyle ciekawe że w samym tekście z umieszczania Rymkiewicza w kontekście współczesności i polityki nie rezygnuje ale szuka dla tego innych uzasadnień, to wspomniani na końcu autorzy lokują „Samuela Zborowskiego” jak najbardziej jako dzieło polityczne odniesione do współczesności. I popełniają błąd znacznie poważniejszy niż tamta ostrożność Skwiecińskiego i Mikołejki wolących wypominać Rymkiewiczowi historyczne nieścisłości.

O sporze o historyczną prawdę i dokładność pisać nie będę bo ją można zamknąć prostym odesłaniem Mikołejki i Skwiecińskiego do początku książki w którym sam autor ostrzega przed taki sposobem patrzenia na jego wizję losów Samuela. Błąd popełniony przez Nowickiego, Szybowicz i Lubczyńskiego jest o wiele ciekawszy a w swej istocie nawet dający się nazwać zabawnym. Od razu uprzedzę, że nie chodzi mi o dość prymitywne odniesienie współczesnego odczytania książki Rymkiewicza do konkretnego, dzisiejszego sporu politycznego.

Pisząc:

">„Samuel Zborowski” jest utworem głęboko politycznym, niemal na tej samej zasadzie co słowa „Jebał was pies” w jednym z wywiadów skierowane do wyborców Donalda Tuska.”

myli się Nowicki a sekunduje mu myląc się jeszcze bardziej Szybowicz gdy stwierdza:

Nie chodzi nawet o trudną do usunięcia świadomość, że Rymkiewicz kieruje się motywami prostymi i doraźnymi, że mówiąc o Samuelu Zborowskim, myśli o Jarosławie Kaczyńskim, a kanclerz Zamojski to dla niego Donald Tusk.”.

To bardzo płytkie widzenie tego, co o współczesności ma do powiedzenia Rymkiewicz. Przede wszystkim z tego powodu, ze , jak sądzę oczywiście z pokorą podkreślając ten mój subiektywizm postrzegania i sądu, Rymkiewicz pisząc o rzeczpospolitej nie za bardzo w ogóle dostrzega „wyborców Donalda Tuska” a już z cała pewnością nie napisałby dzieła o Jarosławie Kaczyńskim i Donaldzie Tusku. O ile jeszcze pewnie wcielenie Kaczyńskiego w skórę Zborowskiego przez głowę by mu przeleciało zresztą dokładnie tak samo jak wcielenie w nią choćby rosemanna i każdego innego (wynika to, o czym jeszcze powiem, z tego, co Samuel u Rymkiewicza uosabia) to Donalda Tuska jako złowrogiego Kanclerza przewracającego Polskę na pewno by nie pokazał. Myślę, że nie chciałoby mu się dla Tuska nie tylko pisać całej książki ale nawet jednego słowa. Zresztą i Tusk i Kaczyński przy rozważaniach o przyszłości ziem polskich zasiedlanych w przyszłości przez polskie lub niepolskie inteligentne ślimaki to perspektywa czasowa nie do zauważenia w ogóle.

Najciekawszą rzecz, wskazującą właśnie najwyraźniej istotę popełnionego błędu, powiedział (napisał) Krzysztof Lubczyński. Stwierdzając:

„Jakoś nie czuje się, by Rymkiewicz naprawdę wierzył, że magnacki watażka i niepohamowany, lekkomyślny gwałtownik może być wiarygodnym wolnościowym emblematem. Trochę to odbiera książce – by posłużyć się językiem młodzieży – power, energię tak dla Rymkiewicza charakterystyczną. Wyraża się to nawet w dość oszczędnym udzielaniu tytułowemu bohaterowi miejsca na kartach książki.”

przyznaje, nie zdając sobie zapewne wcale sporawy z tego, że wpadł w ten wnyk, który na niego i myślących podobnie zastawił Rymkiewicz.

„[…]że magnacki watażka i niepohamowany, lekkomyślny gwałtownik może być wiarygodnym wolnościowym emblematem”

Przenieśmy to na grunt dzisiejszy bo o dzisiaj wszak pisze Rymkiewicz ubierając aktorów w kostium wieku XVI. Kto może wedle dzisiejszych wzorców i reguł dzisiaj panujących być „wolnościowym emblematem”? Czy w ogóle w systemie, który opiera się na wpajanym nam przekonaniu, że „wszyscy równi” może być ktoś, kto będzie „emblematem wolnościowym” albo, tym bardziej, kto nie będzie? Czy jest ktoś, kto dziś symbolizuje bardziej wolność i demokrację niż na przykład rosemann? Albo hipotetyczny pan Janek z Pacanowa? Albo ktokolwiek inny tutaj? W tym Samuel Zborowski - watażka i niepohamowany, lekkomyślny gwałtownik, gdyby dziś żył? Wszak pojawienie się takiej ikony, która bardziej niż inni byłaby emblematem to oczywiste zaprzeczenie podnoszonego z czasem coraz bardziej (aż do granic karykatury chwilami) egalitaryzmu tej rzeczywistości, którą konstruuje demokracja jako system.

Ale nie za bardzo dziwi mnie, choć przyznam, że bawi, to wpadanie szczerych demokratów we wnyk który na nich zastawił Rymkiewicz ze swym watażką Samuelem. Nie w takie wnyki oni już przecież wpadali. Ot wspomnieć wystarczy nam przejściowy epizod zatrzęsienia naszym fundamentem demokracji gdy okazało się na przykład, ze z jej reguł, za jakieś tam zasługi i jakichś tam powodów zwolniony jest Bronisław Geremek lekceważący powszechne w Rzeczpospolitej reguły prawne i wzbudzający tym podziw szczerych demokratów. Bo demokracja demokracją ale są wszyscy równi i paru równiejszych. Samuel się widocznie nie łapie ale jakby się starał to kto wie?

Na chwilę wróćmy do XVI wieku oraz do uwag Skwiecińskiego i Mikołejki. Choć to taki wybieg by za chwilę tryumfalnie wrócić do współczesności. Obaj autorzy nie mogą darować Rymkiewiczowi tego, że wolność tamtych obywateli utożsamia on z czymś, co oni nazywają „anarchią”. Nie przypadkiem napisałem w cudzysłowie choć obaj panowie taką interpunkcję z całym przekonaniem sobie darowali. Ja darować nie mogłem bo i tu dostrzegam błąd obu panów. Wskazujący na to chyba, że umknął obu panom ten rozdział, w którym Rymkiewicz podaje prawną podstawę tego, co panowie (przynajmniej w przypadku sporu Zborowskich z królem) nazywają anarchią. Chodzi mi o XVII artykuł henrycjański. Pisałem już o nim ale napisze jeszcze raz. On, tak jak i cała reszta zapisów, zasługujące na by je traktować łącznie jako nasz powód do dumy raczej niż wstydu, był zaprzysiężonym przez króla prawem. I jeśli monarcha (Walezy albo każdy następny po nim) nie zadbał o to by uściślić reguły jego stosowania to znaczy, że był durniem albo od razu zamierzał nic sobie z niego nie robić. A w takiej postaci sprawiał, że w ogóle trudno jakiekolwiek wystąpienie szlachcica przeciwko królowi mieć za coś bezprawnego!

Ta wierność stanowionemu prawu przewrotnie sprawia, ze Rymkiewicz z miejsca przestaje nam jawić się jako postać anachroniczna. Anachroniczni zaczynają być jego adwersarze. I nie o słowa, w tym te o Rymkiewiczu mi tylko chodzi. Wróćmy więc do obecnej rzeczywistości i przespacerujmy się warszawską ulicą 11 listopada 2010 r. Nie da się za bardzo… Nie da się bo trwa na niej walka o wolność, niepodległość, demokrację i internacjonalizm. A między walczącymi przemykają grupki stróżów prawa walczące o to by prawo zaczęło być przestrzegane. I czym różni się ta warszawska ulica od Polski wieku XVI. Tym, że na te rozróby żadnego „artykułu XVII” nie ma. I nic nie zmieni chór „szczerych demokratów”, który uważa, że nic to bo na „pogrobowców ONR-u” żadne prawo im nie jest potrzebne. Czym się ta banda „dzielnych chłopców” różni od Samuela Zborowskiego? Tym, że on miał ten cholerny XVII artykuł i był w prawie! Inaczej niż wy „szczerzy demokraci”. I na tym wnyk Rymkiewicza właśnie polega.

* Piotr Skwieciński „Trumna z szybką”, „Rzeczpospolita”, 30.10 – 1.11.2010 r., str. P8-P9 (tekst na stronie gazety dostępny tylko za opłatą: http://stara.rp.pl/artykul/556360,556434.html

**Zbigniew Mikołejko, Martwa natura ze ściętą głową” / 16.11.2010 Tygodnik powszechny, http://tygodnik.onet.pl/1,55669,druk.html

*** http://www.przekroj.pl/publicystyka_pilch_artykul,7162.html?print=1


**** http://szostkiewicz.blog.polityka.pl/?p=687

***** http://www.krytykapolityczna.pl/TomaszPiatek/Goraczkowytreatmentfilmowy/menuid-215.html

****** http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/newsweek_kultura/samuel-zborowski-kontra-tusk,67960,1

******* http://www.dwutygodnik.com.pl/artykul/1587-rokosz-rymkiewicza.html

******** http://www.pisarze.pl/index.php/recenzje/59-krzysztof-lubczyski-zoty-wiek-postmodernistycznie-widziany.html

sobota, 4 grudnia 2010

Howard Kirk i masochizm W. Sadurskiego

[Tekst ukazał się na chwilę w Salonie24, bo jest polemiką z zamieszczoną tam publikacją Wojciecha Sadurskiego pt. „To idzie młodość – czyli z kajecika studenta”*. Ale po tej próbie polemiki w moim (to nie ironia…) Salonie przeszła mi ochota by tam polemizować i w ogóle udzielać się w kwestiach jakichkolwiek poza jedną. Niemniej rzecz jest kusząca stąd ten tekst choć może tutaj niezbyt pasujący]


Tak więc całkiem niechcący zrobiłem dobrze samemu Wojciechowi Sadurskiemu*. Na pociechę pozostaje mi świadomość, że takich jak ja było całkiem sporo. I właściwie na tym powinienem poprzestać bo samo uświadomienie sobie że zrobiłem profesorowi dobrze wiązało się też z uświadomieniem i tego, że ta nasza interakcja na tym właściwie się kończy. Ot, trochę radości miał pan profesor dzięki mnie i mnie podobnym i tyle. Pewnie powinienem się z tego cieszyć i na tej uciesze, dzielonej z Wojciechem Sadurskim poprzestać. Tyle, że zamknięcie dyskusji, w której Wojciech Sadurski po prostu nie mógł nie polec z zaprezentowanym tam stanowiskiem, w sposób, w jaki Wojciech Sadurski ją zamknął wywołało we mnie pewne literackie skojarzenie. Dość dalekie ale to akurat nie moja wina lecz raczej profesora Sadurskiego. Cel, jaki próbuje (post factum oczywiście ale to nie ma znaczenia bo inaczej przecież nie mógł) przypisać swemu tekstowi Sadurski skojarzył mi się z metodami, którymi swoje cele zwykł osiągać Howard Kirk, bohater wydanej w 1975 roku książki Malcolma Bradbury’ego „The History Man” (w Polsce wydanej jako „Homo historicus”). To, co łączy Sadurskiego (przynajmniej takiego, jakiego sam Sadurski stara się w tym konkretnym sporze z komentatorami wykreować) z Kirkiem to korzystanie z manipulacji jako zaczynu. Różnicą zaś, i to tak istotną, że już na wstępie kazała mi zaznaczyć, iż pokrewieństwo obu panów jest bardzo dalekie, jest jakość i przeznaczenie wspomnianego zaczynu. U Kirka za jakość odpowiada jego bezwzględność a przeznaczeniem jest chaos. Ja to tak nazywam bo Kirk pewnie nazwałby to inaczej. Na przykład rewolucyjnym wrzeniem albo intelektualnym niepokojem. Połączenie tych dwóch elementów sprawia, że modus operandi Howarda Kirka jest godzien tak potępienia (a może i pogardy) jak i podziwu dla jego finezji. I tyle o Kirku. Jak ktoś chce więcej to odsyłam do lektury. Tym chętniej że warta tego bez dwóch zdań. W przypadku Sadurskiego zgadza się tylko technika, reszta to niestety nie ta liga. Stąd jakoś mało (a może i wcale) zabolał mnie sposób, w jaki profesor Sadurski zamknął a właściwie skwitował dyskusję pod swym tekstem. Pozwolę sobie przytoczyć:
„Od WS
-> Stary
No tak, młodzież mamy dorodną...
A ogólny ton większości komentarzy przekonuje mnie, ze trafiłem celnie - i bardzo mnie to cieszy!
Pozdrawiam wszystkich
WS”**
i
„oD WS
->Ufka
Nie, ja z komentarzy zrozumiałem znacznie więcej. Ale po co mam robić przykrość komentatorom, zwłaszcza gdy jestem w tak dobrym humorze?
WS”***

Nie boli bo i żaden tam z niego demon w rodzaju Kirka. A i na dobrą sprawę nic innego poza tą wymianą zdań ze Starym Wojciechowi Sadurskiemu nie pozostało. Oparł on swą prowokację na tak topornym zestawie tez, że nie trzeba było być aż Sadurskim by przewidzieć w jakim kierunku pójdzie dyskusja i argumenty oponentów stwierdzeń autora. Jego szybki i oszczędny w słowa „tryumf” zamiast rzeczowego starcia z zamieszczonymi pod tekstem kontr stwierdzeniami jest dowodem na to, że profesor Sadurki nie był w stanie się z nimi zmierzyć. Albo na to że po prostu lubi jak się po nim jeździ bez litości.
Osobiście cenię intelekt Sadurskiego więc mając wybrać stawiam na tę drugą możliwość. Gdybym, chcąc pozostać wiernym memu szacunkowi dla intelektu Sadurskiego, miał się zacząć zachwycać „celnością” strzału profesora byłby to z mojej strony przejaw wyjątkowej nieszczerości i protekcjonalizmu. A jestem od tego jak najdalej. Dlatego z całym przekonaniem będę twierdził, że faktycznie musiał mieć Wojciech Sadurski z jakiegoś powodu wyjątkowo dobry humor i uznał, że dobrze mu zrobi taka fanga otrzymana przy opuszczonej gardzie. Miło mi, panie profesorze, że mogłem to dla pana zrobić :). I jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie panu ochota to chętnie służę. I nie mam nic przeciwko temu by później pan opowiadał kolegom ile i jak mocno pan trafiał.
Jeśli ktoś spodziewał się po tym tekście polemiki z argumentami Wojciecha Sadurskiego to odsyłam pod jego tekst. Ja polemizuję w taki sposób jaki narzucił sam autor.
* http://wojciechsadurski.salon24.pl/256039,to-idzie-mlodosc-czyli-z-kajecika-studenta
** http://wojciechsadurski.salon24.pl/256039,to-idzie-mlodosc-czyli-z-kajecika-studenta#comment_3634184
*** http://wojciechsadurski.salon24.pl/256039,to-idzie-mlodosc-czyli-z-kajecika-studenta#comment_3634316

piątek, 3 grudnia 2010

Lingwistyka stosowana czyli rzecz o standardach PO

Pisać o sprawie senatora Ludwiczuka, reprezentującego do wczoraj Platforme Obywatelską, zamiaru absolutnie nie miałem bo sprawa ani tego warta ani w naszej rzeczywistości politycznej jakaś wyjątkowa. Jeśli ktoś się zbulwersował to znaczy, że mało w tym świecie obeznany. To, że jednak nad pewnym aspektem sprawy zdecydowałem się pochylić sprawił pewien odprysk tekstu obserwatora z daleka zatytułowanego „Pick and roll senatora Ludwiczuka”*. Konkretnie zaś wymiana komentarzy autora i gw1990 w sprawie pominięcia w tekście przynależności partyjnej polityka i dygnitarza. I właśnie to wywołało we mnie pewna refleksję. A w zasadzie to oraz gwałtowne zerwanie pępowiny łączącej pana Ludwiczuka z PO. Ta pępowina, co to jeszcze przedwczoraj była a wczoraj uległa dezintegracji jest w tym wszystkim najbardziej interesująca. Zważywszy oczywiście na to, co zostało zarejestrowane i co potem z takim hukiem ujrzało światło dzienne.

Nikogo chyba nie muszę ani nie mam zamiaru przekonywać, że swą specyficzną kulturą bycia pan senator nie zaskoczył mnie za bardzo ale zdumiał za to jej skondensowaniem. Uczciwie przyznam iż za nic nie mogę sobie przypomnieć żebym w świecie bardziej dla mnie realnym niż telewizyjne transmisje słyszał takie zmasowanie słowa „qrwa” w jednym ciągu wypowiedzi konkretnej osoby. I powinno to być uznane za coś w rodzaju najwyższej rekomendacji w dziedzinie sprawnego posługiwania się wspomnianym słowem zważywszy na to, że mieszkam w dość podejrzanej dzielnicy a moja ulica jest w niej podejrzana najbardziej. Tak więc, qrwa, szacun,qrwa, panie, qurwa, Senatorze!

I tu dochodzimy do sedna sprawy, w której to mistrzostwo pana Ludwiczuka odgrywa sprawę niebagatelną. Ale zanim ją skonkretyzuję warto chwilkę poświęcić ogłoszonemu wczoraj finałowi owego pępowinowego związku Ludwiczuk-PO. Jak można było usłyszeć w oświadczeniu, wygłoszonym przez pana Senatora odchodzi on gdyż „- Utrzymując standardy, które obowiązują w Platformie, nie chcąc, żeby to, co się wydarzyło miało jakikolwiek wpływ na tę partię, rezygnuję z członkostwa w PO do czasu wyjaśnienia tej sprawy”**. Przyznam tak na marginesie, że ten sam koniec, czyli „do czasu” trochę zaskakuje. Zaskakuje choćby w zestawieniu z opiniami byłych już czy też chwilowo partyjnych kolegów pana Senatora którz wieścili „złamanie kariery” wspomnianego***. Zaskakuje ale nie dziwi. Nie dziwi jeśli spróbuje się ogarnąć rozumem ten niespodziewany coming out pana Ludwiczuka jako najświeższego wcielenia politycznego mr.Hyde’a. Jeśli chcieć próbować wyjaśnić skąd się wziął w polityce a bardziej konkretnie w Platformie Obywatelskiej taki ktoś jak ten pan Ludwiczuk, który wyłania się z tych „prywatnych rozmów” upublicznionych w ostatnich dniach.
Zanim przedstawię możliwe wyjaśnienia tego objawienia jedna uwaga, odnosząca się zresztą do podniesionego przez głównego aktora zdarzenia „prywatnego charakteru” prowadzonej konwersacji. Na miejscu pana Ludwiczuka tak bardzo nie akcentowałbym tego aspektu sprawy. Jak wiadomo prywatnie jesteśmy bardziej otwarci, bardziej szczerzy i bardziej skłonni ujawniać naszą prawdziwą twarz. Dając więc wiarę tej uwadze pana Senatora o „prywatnym charakterze” przyjmuję, że właśnie na tej taśmie ujawnił się nam pan Ludwiczuk takim, jakim naprawdę jest.

Ale wróćmy do zasadniczego pytania czyli do tego skąd ciskający „qrwami” jak ruski pulimiot kulami polityk wziął się w PO. Oczywiście wziął się stąd że go PO sobie przygarnęła z jakichś powodów. Bez wątpienia nie zrobiła tego z uwagi na lingwistyczne zdolności pana Senatora (choć na dobrą sprawę kto wie…). Ale zrobiła to mimo tych zdolności. Bo chyba taka kulturę bycia, która wedle samego pana Senatora nijak nie przystaje do „standardów PO”, prezentował pan Ludwiczuk jeszcze przed tą polityczną adopcja. Trudno wszak założyć, że dorosły chłop, wchodząc do polityki jako istny okaz nieskalanej niczym, wrodzonej grzeczności dopiero po tym fakcie stał się TYM Ludwiczukiem z nagrania. Ale do końca wykluczyć nie możemy. I to byłoby dopiero ciekawe a nawet zabawne. Może faktycznie wchodzący do polityki i do PO pan obecny Senator na dźwięk tak teraz lubianego przez siebie słowa rumienił się zawstydzony. I dopiero „standardy PO” ten jego stosunek zmieniły?

Jak by nie było i tak w tym wszystkim nie można nie zadać partii, która tak szybko i tak bezboleśnie z problemem się rozliczyła pytania następującego: Szanowni politycy Platformy Obywatelskiej. Czy pozwalając panu Ludwiczukowi na karierę w waszej partii zakończoną osiągnięciem zaszczytnej godności Senatora RP wiedzieliście, że prezentuje on kulturę bycia pasującą bardziej niż do Senatu RP do jakiejś obskurnej meliny? Czy może takiej kultury nabrał on dopiero po tym gdy zaczął wspinać się w waszej partii po szczeblach kariery?

Nie ukrywam i uczciwie przyznaję, że casus senatora PO Ludwiczuka uważam za przypadek wynikający z faktu, że to akurat on dał się złapać. Nie mam też złudzeń, że podobne pytania byłyby zapewne nie od rzeczy pod adresem każdej z funkcjonujących w głównym nurcie naszej politycznej sceny partii.

* http://lubczasopismo.salon24.pl/infobloger/post/255928,pick-and-roll-senatora-ludwiczuka
** http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/polska/senator-ludwiczuk-odchodzi-z-po,68805,1
*** http://www.tvn24.pl/0,1684633,0,1,miodowicz-senator-zlamal-sobie-kariere,wiadomosc.html

środa, 1 grudnia 2010

Suweren jest idiotą!

Tytuł z pozoru wydaje się prowokacyjny i mocno przesadzony. Tym bardziej, że pisze na zadany temat. Bogusław Chrabota, tekście „Polska oligarchiczna”* rzuca hasło do rozważań nad tym, czy istotnie w naszej republice doszło do zawłaszczenia władzy p[rzez jakąś zamkniętą grupę. Sugeruje zastanowienie się nad dwoma pytaniami: czy w istocie władzę w Polsce sprawuje niezmienna, wąska elita i kto ją tworzy? Czy ustrój i w jakim stopniu daje możliwość demokratycznej kontroli władzy elit?

I tu rzecz dość trudna. Bo odpowiadając na pytania Bogusława Chraboty jest się niejako zmuszonym stwierdzić, że w żadnym wypadku nie można mówić o czymś takim jak oligarchiczny system sprawowania władzy nad naszą rzeczpospolita. Problem jednak w tym, że pytania Chraboty są sformułowane zbyt ogólnie. Przez to wyłania się z nich dokładnie taka fikcja jaką w istocie stała się ta nasza republika.

Ot choćby pytanie pierwsze. Odpowiem na nie przecząco i od razu zaznaczę, że owo zaprzeczenie dotyczy wyłącznie użytego przez Chrabotę określenia „wąska elita”. Niestety dzieje się tak, że oligarchii, z która mamy do czynienia określić jako „wąskiej grupy” raczej nie można. Przyjęty u nas wieloszczeblowy system sprawowania władzy sprawia, że dopuszczone do władzy sitwy wszelakie wcale takie nieliczne nie są. Wręcz przeciwnie, są ich, że pozwolę sobie przesadzić, „miliony”.

Spróbuję to zilustrować dwiema scenkami ze szczebla najniższego, które zresztą płynnie pozwolą przejść do pytania drugiego. Oto dawno dość w moim mieście poproszono mnie bym zechciał być stałym ekspertem jednej z komisji rady miasta. Pracując w niej poznałem cześć lokalnej elity władzy. Jedna z jej przedstawicielek, osoba jeszcze nie zakorzeniona (zresztą później też bo nie miała jakoś woli zakorzeniania się) w tejże elicie opowiedziała mi przebieg rozmowy z kolega o dłuższym stażu, który próbował jej sugerować większą elastyczność. Chodziło o to żeby, jak się miał wyrazić, dała innym zobaczyć, że jest „swoja”. A „swoi”, jak wyjaśnił, „swoimi” zostają już na zawsze. Bez względu na późniejsze polityczne wybory i dalszą aktywność. Ot, po prostu do tej „elity” wchodzi się jak… powiedzmy że do rodziny Corleone. Patrząc dziś na skład rady widzę, że wielu podobne rady wzięło sobie do serca. I trwają. Mimo, że za każdym razem pod innym szyldem.

Drugą scenkę oglądam ze swego okna. Oto od miesięcy moja ulica jest w stanie przypominającym bardziej linię frontu niż miejską arterię. Kiedy doprowadzano ją do takiego stanu, zaczynając remont, od razu wiedziałem, że przed zima cała nie zostanie ukończona. I nie pomyliłem się. Kawałek, przy którym mieszkam, został zamknięty dla ruchu i pozbawiony nawierzchni ponad trzy miesiące temu. Pozbawiając mieszkańców możliwości zaparkowania aut a prowadzących w tym miejscu jakieś biznesy dojazdu z towarem oraz miejsc parkingowych dla potencjalnych klientów. Od tego momentu nic się nie działo. Prace, siłami garstki wyraźnie nie spieszących się robotników, były prowadzone na innych odcinakach ulicy. W tempie pozwalającym każdemu, nie tylko mi, ocenić ile zdążą zrobić przed zima i kiedy skończą całość. Tak było do ostatniego piątku. Gdy prognozy pogody zgodnie i bez wątpliwości zapowiedziały mróz i śnieg nagle na „placu boju” pod moim oknem pojawili się panowie z jakąś koparką. Ryli ziemię i układali jakieś rury dniami i nocami przez cały weekend. A ja nie wiedziałem czy śmiać się czy płakać. Czy wyć do księżyca w zarwaną przez wyjące maszyny o młoty tłukące w demolowaną starą instalację noc czy śmiać się z tego przebierania nóżkami gości, co cały plac budowy mieli do dyspozycji od tygodni.

Tu jeszcze taka uwaga, że moja część miasta to pięć ulic pociętych przecznicami. Z tych pięciu dwie to „przelotówki” a trzy zapewniają mieszkańcom dojazd do domów. Aktualnie żadna z tych trzech nie jest w całości przejezdna i do wiosny zapewne nie będzie.

Zrozumiałbym ten niefortunny obrót rzeczy gdyby nie to, że dwa lata temu na cała zimę zamieniono w pobojowisko główny deptak miasta a w roku ubiegłym tak samo jak teraz wyglądał początek remontu mojej ulicy. Przerwany na kilka mroźnych miesięcy pozostawieniem sporej części jezdni i chodników bez nawierzchni i oświetlenia.
Cóż to ma wspólnego z rzeczpospolitą, władzą i oligarchią? A to, że jakoś podobne sytuacje (których w moim mieście było znacznie więcej) nie przeszkodziły dotychczasowemu włodarzowi, odpowiedzialnemu za taką jakość władzy a przez nią jakość życia lokalnej społeczności, uzyskać trzeciej kadencji już w pierwszej turze wyborczego starcia, Wystarczyło kilka setek plakacików i banerków przekonujących, że mamy do czynienia z „doskonałym gospodarzem”. Bez żadnej refleksji zgnębionego tym bałaganem ludu.

Ten przypadek z mojego podwórka oraz zauważany od wielu lat stan „ludowładztwa” w całej rzeczpospolitej, przejawiający się upartym trwaniem od dziesiątków lat przy tych samych nazwiskach co i rusz wynoszonych do włazy lub odsyłanych do kąta wiele o tym "zawłaszczaniu przez elity" mówi. To żaden tam błąd systemu ani tym bardziej świadoma manipulacja przy ustroju. Owszem, system finansowania naszej demokracji mocno skomplikował ewentualne pojawienie się na scenie nowej jakości ale nie sadzę ze jest to przyczyna najważniejsza. Tę widzę w umysłowym lenistwie by nie powiedzieć wprost w głupocie demosu. Ludu mającego niemal nieskrępowana możliwość korygowania i regulowania aktem wyborczym wszelkich błędów pojawiających się w systemie sprawowania władzy.

Cóż z tego, że po dwóch wpadkach z remontem ulic mego miasta średnio inteligentny szympans by pewnie trzeciej nie popełnił. Wybieramy tego, kto potrafił przebić szympansa w braku wyobraźni! Cóż z tego, że rządzą nami ludzie, których już kiedyś negatywnie ocenialiśmy wyborczym aktem. W obu przypadkach wprowadzamy fikcję „oligarchii” choć nikt nam kłód pod nogi nie rzuca.

Można oczywiście przywoływać negatywną rolę mediów kreujących często zafałszowany obraz elit. Można wskazywać na nierówność startu sił już istniejących w polityce i tych, co chcą w niej zaistnieć. Ale to nie jest żadna odpowiedź! Nasze głowy nie są podłączone do anteny ani oklejone szczelnie jakimś propagandowym materiałem. Nikt nam nie zabrania myśleć ani działać. Tyle, że w zdecydowanej większości nam się nie chce! Nie potrafimy się zdobyć na nic więcej poza marudzeniem, że jest tak a nie inaczej, że się nie da...

Guzik prawda!

Problem w tym, że, mówiąc obrazowo, demos jest idiotą! I jak idiota ostatni pozwala sobą kręcić jak by miał mentalność niemowlęcia. I wybiera sobie ciągle tych samych "reprezentantów". Co by nie mieli na sumieniu i koncie. Pomysleć mu się nawet zbytnio nie chce.

W całej tej historii kolejnych dowodów głupoty demosu- suwerena jest jednak pewien element zabawny, który w efekcie może się okazać niezamierzonym lekarstwem na umysłową przypadłość suwerena. Tym elementem i prawdopodobnym lekarstwem jest poziom intelektu elit niewiele odbiegający od poziomu intelektu zbiorowego suwerena. Przejawia się on niezadowoleniem głupich elit z faktu, że demos w swej głupocie nie za bardzo chce się wywiązywać ze swego obowiązku suwerena. W efekcie głupie elity, oczywiście wbrew swemu elitarnemu interesowi, chcą zmusić demos by, przepraszam za dosadność, ruszył dupę i wziął się za sprawowanie władzy czyli by szedł na wybory. I tu cały dowcip piękny. Bo jak już demos się zmusi i pójdzie to może przy tej okazji wyrazić opinię na temat elit, co uzurpują sobie atrybuty tyrana i coś tam demosowi nakazują. A tą opinią może być taki akt suwerennej władzy demosu który ani elitom ani zaprzyjaźnionym mediom nawet się nie śnił. I wcale do tego nie będzie potrzebna żadna rewolucja ani zmiana ustroju. Po prostu wystarczy, excuse moi, podqrwienie demosu i tyle. Podqrwiony idiota też może być groźny…

* http://boguslawchrabota.salon24.pl/255482,polska-oligarchiczna