Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaruzelski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaruzelski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 stycznia 2011

Kanonizacja Generała (patron walki o prawa człowieka)

Zdarzają się czasem rzeczy przy których wprost ręce opadają i trudno od razu cokolwiek powiedzieć. Nie mówię, że mądrego ale w ogóle. Dopiero co przecież, jak zapewne pamiętamy i długo będziemy jeszcze pamiętać, przy pierwszej nadarzającej się okazji do uczczenia tych, którzy za naszą wolność ponieśli ofiarę największą, ciągle jeszcze świeża „głowa państwa” oddala im cześć w sposób arcyspecyficzny. Czyniąc wyjątkowy jak na obecne czasy naszej wolności honor ich mordercy i oprawcy. Biorąc pod uwagę proweniencję owej „głowy” i jej wcześniejsze zasługi rzecz, wydawałoby się, kuriozalna i nie do wyobrażenia. Mogąca przecież narodzić się tylko w wyjątkowo specyficznym umyśle i w wyjątkowych warunkach. Coś, co zdarzyć by się mogło z pozoru rzadziej, niż trafienie szóstki w lotto.

Gdyby przyjąć nomenklaturę i procedurę stosowaną przez Kościół Katolicki (a może i inne kościoły chrześcijańskie uznające kult świętych ale nie znam tematu dostatecznie) to, co uczynił prezydent Komorowski, czyniąc karesy wobec Jaruzelskiego, u znać by można za ogłoszenie kultu tej postaci w skali lokalnej. Dotyczącej jednej „prowincji” zwanej Polską. Za akt porównywalny z beatyfikacją.
Po tym, co zdarzyło się później można by sądzić, że błąd, popełniony z głupoty czy też braku wyobraźni będzie lekcją dla wszystkich, którzy postulatorskie zapędy pana Komorowskiego mieliby zamiar powtórzyć. I można było sądzić, że tego, co wymyślił Komorowski, w zakresie relatywizowania oceny kogoś takiego jak Jaruzelski długo nikt nie będzie w stanie przebić.

Jednak, jak napisałem na samym początku, zdarzają się czasem rzeczy przy których wprost ręce opadają i trudno od razu cokolwiek powiedzieć. Dlatego potrzebowałem takiego dłuższego wstępu zanim mogłem przejść do meritum. To zaś zacznę od cytatu:

- Chciałabym, aby do Birmy przyleciał generał Jaruzelski - mówi Aung San Suu Kyi, birmańska ikona walki o demokrację […]Chciałabym wiedzieć, co takiego on ma w sobie, czego brakuje naszym generałom. Co sprawiło, że umiał usiąść przy stole z opozycją i rozmawiać - odpowiada pani Suu. I zaczyna mnie dopytywać, czy moim zdaniem generał zgodziłby się przyjechać do Birmy i czy stan jego zdrowia na to pozwala*

Z tej wypowiedzi widać wyraźnie, że nigdzie nie jest powiedziane, iż ludziom zacnym, poza przymiotami ducha, Bóg nie skąpił na rozumie. Okazuje się, że potrafił być w tej kwestii kutwą.

Możliwe jednak jest, że pani Aung San po prostu poznała już wszystkich istniejących na świecie ludzi godnych i zacnych. I z tego procesu poznawczego, który tak solidnie przeprowadziła, wysnuła jeden, oczywisty wniosek. Taki mianowicie, że guzik z takich znajomości wynika. No bo co z tego, że ich zna, że do nich pisze, że oni z kolei rozwodzą się nad jej męstwem. Dla Birmy jak dotąd to rozwodzenie się, ta korespondencja i te znajomości niewiele przyniosły.

Trudno też powiedzieć ile o naszej historii i o procesie „mięknięcia” generała Jaruzelskiego wie pani Aung San. Gdyby znała nasze dzieje choćby pobieżnie, jasno by jej wyszło, że „bohater” nasz a właściwie naszej „głowy państwa” wcale nie z tych mięknących jakoś szczególnie szybko. I gdyby porównać jego drogę z dokonaniami jej własnych „kandydatów na bohaterów” to wnioski należało by wyciągnąć nieco inne niż robi to szanowna noblistka.

Przede wszystkim zacznę od tego, że „mięknięcie” naszego świeżo „błogosławionego” trwało zdecydowanie dłużej niż czas, w jakim mógł mięknąć na przykład taki birmański odpowiednik Jaruzelskiego, Ne Win. Ten usunął się po 20 latach nie dotrwawszy do momentu gdy jego „mięknięcie” mogło się zakończyć czymś, co panią Aung San Suu Kyi mogłoby zadowolić jako bojowniczkę o wolność obywateli Birmy.

Dalej trzeba zauważyć, że nieco mniej tamtejszym generałom niż naszemu „bohaterowi” zajęło dojrzewanie do momentu, w którym odbyły się wolne wybory. Tam odbyły się w 30 lat po pojawieniu się „czerwonych” a u nas po przeszło 40. Gdyby przyjąć to kryterium to trzeba byłoby poradzić pani Aung San by zawsze dodawała dziesięć lat w każdym momencie, gdy jej się zdaje, że już jej „zmiękli”.

Tu ktoś może zwrócić mi uwagę, że przecież tam ciągle jest naród w opresji a u nas…
To prawda. Ale prawda odwołująca się do czegoś, czego nie da się porównać zestawiając obok siebie PRL i Myanmar (nazwa Birmy, wprowadzona przez juntę tak jak nasza konstytucja 1952 ustanowiła PRL). Tym czymś jest specyfika dyktatur. O ile nasza była umocowana istnieniem całego „obozu demokracji ludowej” uwieszonego u nogawki kolejnych I sekretarzy KPZR tamta jest autarkią. O ile nasz „bohater” miał w momencie agonii naszej i światowej „demokracji ludowej” mało możliwości i mało do powiedzenia tam sami sobie są sterem, żeglarzem, okrętem. Geopolityka taka po prostu. Sprawiająca , że nikomu chyba nie zależy na jakiejś tam peryferyjnej Birmie.

Poza panią Aung San, jej współpracownikami i jakąś tam garstką wariatów domagających się od mającego to tak naprawdę gdzieś świata walki o pełnię praw człowieczych nawet dla Birmańczyków. No i poza jest jeszcze nasz Bumar Łąbędy i jego światowa konkurencja. Ale oni akurat to by chyba woleli by Aung dalej siedziała w domu.
Możliwe, że kogoś nawet mógł oburzyć ten fragment powyżej, w którym zarzucam szacownej noblistce brak rozumu. I zapewne będzie miał rację. Bo przecież to olśnienie pani Aung San i to jej zainteresowanie Jaruzelskim i „jego walką” może być przejawem wyjątkowego rozsądku. Takiego samego, jaki wykazali i nasi bohaterowie walki o wolność dla obywateli. Piszę o nich bez cudzysłowu jak najbardziej szczerze. Przykład naszej „bezkrwawej rewolucji roku 1989 może być kuszący. A pani Aung San Suu Kyi pokazuje, że w lot chwyta istotę tamtej zmiany. Tamtego interesu który przecież nie zakończył się żadnym aktem „walki o wolność” tylko handlową transakcją. A ona chciałaby teraz powtórzyć tamtą naszą transakcję. Nic zatem dziwnego, że mający ochotę na podobną kupić chce poznać wzorzec sprzedawcy. Takiego „sprzedawcę miesiąca” a może i wszechczasów. By mieć nieco łatwiej.

Przy tym rozsądku (czy tam „rozsądku”) birmańskiej bojowniczki trudno nie zastanawiać się jak to wszystko oceniać. Przecież to ona tam tkwi i wie zdecydowanie lepiej jak tam jest niż ja, wymądrzajacy się z perspektywy bezpiecznego mieszkanka usytułowanego w prawdziwie wolnym świecie. Ale szkoda mi kilku rzeczy.

Po pierwsze tego, że tam, w Birmie skłonni są pójść do wolności naszą drogą. Przewidującą dla oprawców bezkarność i z całą pewnością jeszcze inne koncesje.

Po drugie trzęsie mnie gdy pomyślę, że niedługo po zostaniu tu u nas „błogosławionym” patronem przyjaźni polsko- ra… znaczy rosyjskiej generał Jaruzelski może też zostać światowym patronem bojowników o prawa obywatelskie. To byłby istny chichot historii od którego zatrząsł by się nie tylko ten świat ale i Niebiosa oraz otchłań piekielna.

Po trzecie, najmniej w tym wszystkim ważne, boli mnie osobiście ta radość, którą muszą czuć nasi najbardziej zasłużeni bojownicy o „sprawiedliwy osąd” Jaruzelskiego. Odczuwający dotąd zapewne, mimo wszystkich niewątpliwych sukcesów, oczywisty niedosyt. Oto teraz mogą sobie powiedzieć, że „finis cotronat opus”. Czy może być bowiem coś bardziej oczywistego niż ukłon złożony przed oprawcą i mordercą własnego narodu przez tę, która dla własnego narodu poniosła już taką ofiarę i która dla świata jest ikoną?

A mnie pozostaje tylko kląć w duchu tę piekielną skuteczność drużyny z Czerskiej. Piekielną bo mam przekonanie, że trafią tam za to. I za cala resztę.

* http://wyborcza.pl/1,75248,8906849,Jaruzelski_do_Birmy_.html#ixzz1AA6Evezh

wtorek, 14 grudnia 2010

Demokracja w postaci czystej

Przez krótki czas zdawało się, że głowni aktorzy sławetnego spotkania w Pałacu, które tak poruszyło znaczną cześć opinii publicznej, poszli po rozum do głowy i pojęli niestosowność całej sytuacji. Wskazywała na to ich daleko posunięta powściągliwość w reakcjach na protesty. Jednym słowem siedzieli cicho jak Bóg przykazał.

Pierwszy wyłamał się główny „czarny charakter” komedii wysyłając intymny liścik do bywszego swego gospodarza zapewniając jak dalece jest w stanie się dla niego poświęcić. Wszak poświęcanie się to jego drugie imię zapewne… Przesłał bilecik za pośrednictwem mediów bo widać zapomniał adresu pod którym nie tak dawno jeszcze radą służył. W tym wieku to usprawiedliwione.

Akurat ten głos nieszczególnie oburza bo po jego autorze ci, co byli wcześniej już zniesmaczeni zbyt wiele się z cała pewnością nie spodziewali. Po tym co z jego strony przyszło doświadczać ostatnią rzeczą jakiej spodziewałbym się doświadczyć byłaby przyzwoitość. Tedy jego „głos w dyskusji” potraktowany został marginalnie by nie rzec wręcz że „zlany”.

Jednak okazało się wreszcie, że i drugiego z „bohaterów” rozpętana wrzawa dotknąć nielicho musiała a po tym dotknięciu na dokładkę pewnie i uwierać. Nie wytrzymał więc i się wypowiedział. Oświadczył był, że ten atak wściekły, który za sprawa jego obściskiwania się z oberbandytą dotknął go to wyraz kompleksów, które inni muszą wobec niego odczuwać.

Przeczytawszy to z miejsca przypomniałem sobie dowcip opowiadany sobie przez Amerykanów w najburzliwszym okresie prezydentury Clintona. Wiadomo o co idzie…
Wedle niej prezydentura Reagana dowiodła, że Ameryką może rządzić nawet aktor. Bush senior udowodnił, że prezydentem może zostać każdy zaś rządy Clintona dowiodły, że najpotężniejszym mocarstwem świata rządzić może byle kto.

Tych, co już się cieszą z dalszego ciągu facecji a także tych co już szlifują i wygladzają donos na mnie do prokuratury za obrazę majestatu uspokajam, iż absolutnie nie twierdzę, że obecny prezydent to byle kto. Byle kto rządził nieco wcześniej ale za to aż przez dwie kadencje. Vivat Rzeczpospolita i jej obywatele za to świadectwo umiłowania demokracji!

Co do obecnego prezydenta uważam, że jest on emanacją, uosobieniem, by nie rzec esencją demokracji w czystej postaci. Taką, która jeśli już to każdego jest w stanie z kompleksów wyzwolić zamiast w nie wpędzać.

Jak wiadomo demokracja to system, który w formie doskonałej czyni każdego obywatela równym wszystkim innym. Bez znaczenia kim on jest i jaki jest. Ma tak jak wszyscy inni jednakie prawo do udziału w sprawowaniu władzy.

Oczywiście demokracja, jak wszystko inne ulega wypaczeniom. Może być na przykład zawłaszczana i ograniczana przez rożne koterie.

Ale w przypadku obecnego pana prezydenta jestem prawie pewien że jest całkiem inaczej. Patrząc na krótki jak na razie ale jakże owocny przebieg obecnej kadencji bez najmniejszych wątpliwości mogę powiedzieć, że z naszą demokracją jest jak najlepiej. Tak dobrze że żaden obywatel nie ma najmniejszego powodu popadać w jakiekolwiek kompleksy. Ta nasza demokracja A.D 2010 jest bowiem tak bardzo prawdziwa i niczym nie skrępowana, że dziś prezydentem Polski też może zostać każdy. Nawet oczywisty dureń.

http://wyborcza.pl/1,75248,8813151,Komorowski__Atak_i_kompleksy.html

środa, 8 grudnia 2010

Król Midas czyli III RP z gębą PRL-bis

Zachichotała wczoraj donośnie w Salonie24 III RP upiornym głosem PRL- nieboszczki. Zachichotała przy wtórze wielu, co by się jeszcze nie tak dawno zabić dali broniąc czci tej Rzeczpospolitej trzeciej gdyby jej kto choćby PRL-owskie korzenie próbował wypomnieć.

W największym stopniu ten chichot słychać było za sprawą Krzyśka Leskiego, który się uparł i zaciął i za nic nie zgadzał się pojąć ze protest przeciwko generałowi- bandycie bez dwóch zdań nawet i nieodłącznie łączy się z protestem przeciwko zapraszaniu generała- bandyty na pokoje Pałacu. Za nic nie docierało do niego ze przeciwko zapraszaniu generała protestuje się właśnie z tego (TEGO!) powodu że z niego bandyta. Uzyskał swą wzmożoną działalnością epistolarną i śledczą tyle tylko że się dowiedział iż Mirek, za którym goniąc dzień strawił podpisałby zapewne nawet niedbale na ścianie wysprejowane proste zdanie „J to ch***” bo mu o ducha a nie porządek w literkach chodziło.

A wszystko przez to, że się zapewne teraz Krzysiek zacukał w sprawie, czy iść tego wieczora pod willę czy nie iść bo jeszcze sobie kto pomyśli że mu nie o bandytę chodzi tylko o te pałacowe pokoje. A tam zapraszał przecież nie kto inny tylko demokratycznie wybrany prezydent III RP. Stąd ten jego dysonans co iść i nie iść zarazem podpowiada.

Za nim zaś już jakoś łatwo poszło. Szczególnie ciekawym jest obyczaj dodawania cudzysłowu do tych kombatantów (a więc od teraz „kombatantów”) co pod willą stawia się z obu powodów albo i tylko z tego pierwszego miast czerpać wzór z pana prezydenta. Ten kombatantem jest rasowym i bez cudzysłowu żadnego bo pojął bez problemu jak mu dobrze wtedy generał- bandyta zrobił. Zgoła jak ojciec troskliwy co to za pasa chwyci gdy mu pociecha się zbytnio rozbestwi. Spodziewać się więc możemy, że jak przyjdzie prezydentowi ochota nad bezpieczeństwem na ulicach się pochylić to „ludzi z miasta” zaprosi a jak odczuje potrzebę zadumania się nad kwestiami etycznymi to jak znalazł będzie dr. Kevorkian.

Ten rozkrok bolesny Krzysztofa to jednak taka figura gimnastyczna niepotrzebna zupełnie a chyba przecież dość bolesna. Powinien wiec raczej wziąć sobie do serca genialnie wręcz odkrywcze opisanie profilu wyborcy i zwolennika prezydenta Komorowskiego autorstwa Eumenesa. Wedle niego taki prawdziwy i nowoczesny zwolennik popiera Komorowskiego nie zgadzając się z tym co Komorowski robi. Podejście szalenie nowatorskie w opozycji do zwyczajów pisiorów niedzisiejszych co Kaczyńskiego popierają dlatego bo się głupi z tym co robi zgadzają.

A ja na tę groteskę patrzę ze smutkiem i zdumieniem. Na długo przedtem, zanim vox populi wyniósł Bronisława Komorowskiego tak wysoko jak wyniósł, pisałem nie raz, czasem niezbyt grzecznie, co o jego kompetencjach sądzę. Teraz widzę, że pewnych jego umiejętności bardzo nie doceniałem. Bo sztuką jest prawdziwą że się temu „prezydentowi wszystkich Polaków” co miał połączyć nas „zgodą co buduje”, nawet tam, pod willa na ul. Ikara udało nas podzielić. I to tak, że sobie po bratersku do gardeł skoczyliśmy.

Ma w rękach pan prezydent dar oczywisty co mi postać króla Midasa przywołuje. Takiego Midasa na opak po prawdzie… Bo czego nie dotknie to zaraz w g**** się zmieni
Szkoda Krzysiu twego gardła i zacięcia…

Ps. A o wkładzie Komorowskiego w budowę pomostu łączącego nierozdzielnie III RP z PRL jeszcze mam zamiar napisać.