[Tekst ukazał się na chwilę w Salonie24, bo jest polemiką z zamieszczoną tam publikacją Wojciecha Sadurskiego pt. „To idzie młodość – czyli z kajecika studenta”*. Ale po tej próbie polemiki w moim (to nie ironia…) Salonie przeszła mi ochota by tam polemizować i w ogóle udzielać się w kwestiach jakichkolwiek poza jedną. Niemniej rzecz jest kusząca stąd ten tekst choć może tutaj niezbyt pasujący]
Tak więc całkiem niechcący zrobiłem dobrze samemu Wojciechowi Sadurskiemu*. Na pociechę pozostaje mi świadomość, że takich jak ja było całkiem sporo. I właściwie na tym powinienem poprzestać bo samo uświadomienie sobie że zrobiłem profesorowi dobrze wiązało się też z uświadomieniem i tego, że ta nasza interakcja na tym właściwie się kończy. Ot, trochę radości miał pan profesor dzięki mnie i mnie podobnym i tyle. Pewnie powinienem się z tego cieszyć i na tej uciesze, dzielonej z Wojciechem Sadurskim poprzestać. Tyle, że zamknięcie dyskusji, w której Wojciech Sadurski po prostu nie mógł nie polec z zaprezentowanym tam stanowiskiem, w sposób, w jaki Wojciech Sadurski ją zamknął wywołało we mnie pewne literackie skojarzenie. Dość dalekie ale to akurat nie moja wina lecz raczej profesora Sadurskiego. Cel, jaki próbuje (post factum oczywiście ale to nie ma znaczenia bo inaczej przecież nie mógł) przypisać swemu tekstowi Sadurski skojarzył mi się z metodami, którymi swoje cele zwykł osiągać Howard Kirk, bohater wydanej w 1975 roku książki Malcolma Bradbury’ego „The History Man” (w Polsce wydanej jako „Homo historicus”). To, co łączy Sadurskiego (przynajmniej takiego, jakiego sam Sadurski stara się w tym konkretnym sporze z komentatorami wykreować) z Kirkiem to korzystanie z manipulacji jako zaczynu. Różnicą zaś, i to tak istotną, że już na wstępie kazała mi zaznaczyć, iż pokrewieństwo obu panów jest bardzo dalekie, jest jakość i przeznaczenie wspomnianego zaczynu. U Kirka za jakość odpowiada jego bezwzględność a przeznaczeniem jest chaos. Ja to tak nazywam bo Kirk pewnie nazwałby to inaczej. Na przykład rewolucyjnym wrzeniem albo intelektualnym niepokojem. Połączenie tych dwóch elementów sprawia, że modus operandi Howarda Kirka jest godzien tak potępienia (a może i pogardy) jak i podziwu dla jego finezji. I tyle o Kirku. Jak ktoś chce więcej to odsyłam do lektury. Tym chętniej że warta tego bez dwóch zdań. W przypadku Sadurskiego zgadza się tylko technika, reszta to niestety nie ta liga. Stąd jakoś mało (a może i wcale) zabolał mnie sposób, w jaki profesor Sadurski zamknął a właściwie skwitował dyskusję pod swym tekstem. Pozwolę sobie przytoczyć:
„Od WS
-> Stary
No tak, młodzież mamy dorodną...
A ogólny ton większości komentarzy przekonuje mnie, ze trafiłem celnie - i bardzo mnie to cieszy!
Pozdrawiam wszystkich
WS”**
i
„oD WS
->Ufka
Nie, ja z komentarzy zrozumiałem znacznie więcej. Ale po co mam robić przykrość komentatorom, zwłaszcza gdy jestem w tak dobrym humorze?
WS”***
Nie boli bo i żaden tam z niego demon w rodzaju Kirka. A i na dobrą sprawę nic innego poza tą wymianą zdań ze Starym Wojciechowi Sadurskiemu nie pozostało. Oparł on swą prowokację na tak topornym zestawie tez, że nie trzeba było być aż Sadurskim by przewidzieć w jakim kierunku pójdzie dyskusja i argumenty oponentów stwierdzeń autora. Jego szybki i oszczędny w słowa „tryumf” zamiast rzeczowego starcia z zamieszczonymi pod tekstem kontr stwierdzeniami jest dowodem na to, że profesor Sadurki nie był w stanie się z nimi zmierzyć. Albo na to że po prostu lubi jak się po nim jeździ bez litości.
Osobiście cenię intelekt Sadurskiego więc mając wybrać stawiam na tę drugą możliwość. Gdybym, chcąc pozostać wiernym memu szacunkowi dla intelektu Sadurskiego, miał się zacząć zachwycać „celnością” strzału profesora byłby to z mojej strony przejaw wyjątkowej nieszczerości i protekcjonalizmu. A jestem od tego jak najdalej. Dlatego z całym przekonaniem będę twierdził, że faktycznie musiał mieć Wojciech Sadurski z jakiegoś powodu wyjątkowo dobry humor i uznał, że dobrze mu zrobi taka fanga otrzymana przy opuszczonej gardzie. Miło mi, panie profesorze, że mogłem to dla pana zrobić :). I jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie panu ochota to chętnie służę. I nie mam nic przeciwko temu by później pan opowiadał kolegom ile i jak mocno pan trafiał.
Jeśli ktoś spodziewał się po tym tekście polemiki z argumentami Wojciecha Sadurskiego to odsyłam pod jego tekst. Ja polemizuję w taki sposób jaki narzucił sam autor.
* http://wojciechsadurski.salon24.pl/256039,to-idzie-mlodosc-czyli-z-kajecika-studenta
** http://wojciechsadurski.salon24.pl/256039,to-idzie-mlodosc-czyli-z-kajecika-studenta#comment_3634184
*** http://wojciechsadurski.salon24.pl/256039,to-idzie-mlodosc-czyli-z-kajecika-studenta#comment_3634316
sobota, 4 grudnia 2010
piątek, 3 grudnia 2010
Lingwistyka stosowana czyli rzecz o standardach PO
Pisać o sprawie senatora Ludwiczuka, reprezentującego do wczoraj Platforme Obywatelską, zamiaru absolutnie nie miałem bo sprawa ani tego warta ani w naszej rzeczywistości politycznej jakaś wyjątkowa. Jeśli ktoś się zbulwersował to znaczy, że mało w tym świecie obeznany. To, że jednak nad pewnym aspektem sprawy zdecydowałem się pochylić sprawił pewien odprysk tekstu obserwatora z daleka zatytułowanego „Pick and roll senatora Ludwiczuka”*. Konkretnie zaś wymiana komentarzy autora i gw1990 w sprawie pominięcia w tekście przynależności partyjnej polityka i dygnitarza. I właśnie to wywołało we mnie pewna refleksję. A w zasadzie to oraz gwałtowne zerwanie pępowiny łączącej pana Ludwiczuka z PO. Ta pępowina, co to jeszcze przedwczoraj była a wczoraj uległa dezintegracji jest w tym wszystkim najbardziej interesująca. Zważywszy oczywiście na to, co zostało zarejestrowane i co potem z takim hukiem ujrzało światło dzienne.
Nikogo chyba nie muszę ani nie mam zamiaru przekonywać, że swą specyficzną kulturą bycia pan senator nie zaskoczył mnie za bardzo ale zdumiał za to jej skondensowaniem. Uczciwie przyznam iż za nic nie mogę sobie przypomnieć żebym w świecie bardziej dla mnie realnym niż telewizyjne transmisje słyszał takie zmasowanie słowa „qrwa” w jednym ciągu wypowiedzi konkretnej osoby. I powinno to być uznane za coś w rodzaju najwyższej rekomendacji w dziedzinie sprawnego posługiwania się wspomnianym słowem zważywszy na to, że mieszkam w dość podejrzanej dzielnicy a moja ulica jest w niej podejrzana najbardziej. Tak więc, qrwa, szacun,qrwa, panie, qurwa, Senatorze!
I tu dochodzimy do sedna sprawy, w której to mistrzostwo pana Ludwiczuka odgrywa sprawę niebagatelną. Ale zanim ją skonkretyzuję warto chwilkę poświęcić ogłoszonemu wczoraj finałowi owego pępowinowego związku Ludwiczuk-PO. Jak można było usłyszeć w oświadczeniu, wygłoszonym przez pana Senatora odchodzi on gdyż „- Utrzymując standardy, które obowiązują w Platformie, nie chcąc, żeby to, co się wydarzyło miało jakikolwiek wpływ na tę partię, rezygnuję z członkostwa w PO do czasu wyjaśnienia tej sprawy”**. Przyznam tak na marginesie, że ten sam koniec, czyli „do czasu” trochę zaskakuje. Zaskakuje choćby w zestawieniu z opiniami byłych już czy też chwilowo partyjnych kolegów pana Senatora którz wieścili „złamanie kariery” wspomnianego***. Zaskakuje ale nie dziwi. Nie dziwi jeśli spróbuje się ogarnąć rozumem ten niespodziewany coming out pana Ludwiczuka jako najświeższego wcielenia politycznego mr.Hyde’a. Jeśli chcieć próbować wyjaśnić skąd się wziął w polityce a bardziej konkretnie w Platformie Obywatelskiej taki ktoś jak ten pan Ludwiczuk, który wyłania się z tych „prywatnych rozmów” upublicznionych w ostatnich dniach.
Zanim przedstawię możliwe wyjaśnienia tego objawienia jedna uwaga, odnosząca się zresztą do podniesionego przez głównego aktora zdarzenia „prywatnego charakteru” prowadzonej konwersacji. Na miejscu pana Ludwiczuka tak bardzo nie akcentowałbym tego aspektu sprawy. Jak wiadomo prywatnie jesteśmy bardziej otwarci, bardziej szczerzy i bardziej skłonni ujawniać naszą prawdziwą twarz. Dając więc wiarę tej uwadze pana Senatora o „prywatnym charakterze” przyjmuję, że właśnie na tej taśmie ujawnił się nam pan Ludwiczuk takim, jakim naprawdę jest.
Ale wróćmy do zasadniczego pytania czyli do tego skąd ciskający „qrwami” jak ruski pulimiot kulami polityk wziął się w PO. Oczywiście wziął się stąd że go PO sobie przygarnęła z jakichś powodów. Bez wątpienia nie zrobiła tego z uwagi na lingwistyczne zdolności pana Senatora (choć na dobrą sprawę kto wie…). Ale zrobiła to mimo tych zdolności. Bo chyba taka kulturę bycia, która wedle samego pana Senatora nijak nie przystaje do „standardów PO”, prezentował pan Ludwiczuk jeszcze przed tą polityczną adopcja. Trudno wszak założyć, że dorosły chłop, wchodząc do polityki jako istny okaz nieskalanej niczym, wrodzonej grzeczności dopiero po tym fakcie stał się TYM Ludwiczukiem z nagrania. Ale do końca wykluczyć nie możemy. I to byłoby dopiero ciekawe a nawet zabawne. Może faktycznie wchodzący do polityki i do PO pan obecny Senator na dźwięk tak teraz lubianego przez siebie słowa rumienił się zawstydzony. I dopiero „standardy PO” ten jego stosunek zmieniły?
Jak by nie było i tak w tym wszystkim nie można nie zadać partii, która tak szybko i tak bezboleśnie z problemem się rozliczyła pytania następującego: Szanowni politycy Platformy Obywatelskiej. Czy pozwalając panu Ludwiczukowi na karierę w waszej partii zakończoną osiągnięciem zaszczytnej godności Senatora RP wiedzieliście, że prezentuje on kulturę bycia pasującą bardziej niż do Senatu RP do jakiejś obskurnej meliny? Czy może takiej kultury nabrał on dopiero po tym gdy zaczął wspinać się w waszej partii po szczeblach kariery?
Nie ukrywam i uczciwie przyznaję, że casus senatora PO Ludwiczuka uważam za przypadek wynikający z faktu, że to akurat on dał się złapać. Nie mam też złudzeń, że podobne pytania byłyby zapewne nie od rzeczy pod adresem każdej z funkcjonujących w głównym nurcie naszej politycznej sceny partii.
* http://lubczasopismo.salon24.pl/infobloger/post/255928,pick-and-roll-senatora-ludwiczuka
** http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/polska/senator-ludwiczuk-odchodzi-z-po,68805,1
*** http://www.tvn24.pl/0,1684633,0,1,miodowicz-senator-zlamal-sobie-kariere,wiadomosc.html
Nikogo chyba nie muszę ani nie mam zamiaru przekonywać, że swą specyficzną kulturą bycia pan senator nie zaskoczył mnie za bardzo ale zdumiał za to jej skondensowaniem. Uczciwie przyznam iż za nic nie mogę sobie przypomnieć żebym w świecie bardziej dla mnie realnym niż telewizyjne transmisje słyszał takie zmasowanie słowa „qrwa” w jednym ciągu wypowiedzi konkretnej osoby. I powinno to być uznane za coś w rodzaju najwyższej rekomendacji w dziedzinie sprawnego posługiwania się wspomnianym słowem zważywszy na to, że mieszkam w dość podejrzanej dzielnicy a moja ulica jest w niej podejrzana najbardziej. Tak więc, qrwa, szacun,qrwa, panie, qurwa, Senatorze!
I tu dochodzimy do sedna sprawy, w której to mistrzostwo pana Ludwiczuka odgrywa sprawę niebagatelną. Ale zanim ją skonkretyzuję warto chwilkę poświęcić ogłoszonemu wczoraj finałowi owego pępowinowego związku Ludwiczuk-PO. Jak można było usłyszeć w oświadczeniu, wygłoszonym przez pana Senatora odchodzi on gdyż „- Utrzymując standardy, które obowiązują w Platformie, nie chcąc, żeby to, co się wydarzyło miało jakikolwiek wpływ na tę partię, rezygnuję z członkostwa w PO do czasu wyjaśnienia tej sprawy”**. Przyznam tak na marginesie, że ten sam koniec, czyli „do czasu” trochę zaskakuje. Zaskakuje choćby w zestawieniu z opiniami byłych już czy też chwilowo partyjnych kolegów pana Senatora którz wieścili „złamanie kariery” wspomnianego***. Zaskakuje ale nie dziwi. Nie dziwi jeśli spróbuje się ogarnąć rozumem ten niespodziewany coming out pana Ludwiczuka jako najświeższego wcielenia politycznego mr.Hyde’a. Jeśli chcieć próbować wyjaśnić skąd się wziął w polityce a bardziej konkretnie w Platformie Obywatelskiej taki ktoś jak ten pan Ludwiczuk, który wyłania się z tych „prywatnych rozmów” upublicznionych w ostatnich dniach.
Zanim przedstawię możliwe wyjaśnienia tego objawienia jedna uwaga, odnosząca się zresztą do podniesionego przez głównego aktora zdarzenia „prywatnego charakteru” prowadzonej konwersacji. Na miejscu pana Ludwiczuka tak bardzo nie akcentowałbym tego aspektu sprawy. Jak wiadomo prywatnie jesteśmy bardziej otwarci, bardziej szczerzy i bardziej skłonni ujawniać naszą prawdziwą twarz. Dając więc wiarę tej uwadze pana Senatora o „prywatnym charakterze” przyjmuję, że właśnie na tej taśmie ujawnił się nam pan Ludwiczuk takim, jakim naprawdę jest.
Ale wróćmy do zasadniczego pytania czyli do tego skąd ciskający „qrwami” jak ruski pulimiot kulami polityk wziął się w PO. Oczywiście wziął się stąd że go PO sobie przygarnęła z jakichś powodów. Bez wątpienia nie zrobiła tego z uwagi na lingwistyczne zdolności pana Senatora (choć na dobrą sprawę kto wie…). Ale zrobiła to mimo tych zdolności. Bo chyba taka kulturę bycia, która wedle samego pana Senatora nijak nie przystaje do „standardów PO”, prezentował pan Ludwiczuk jeszcze przed tą polityczną adopcja. Trudno wszak założyć, że dorosły chłop, wchodząc do polityki jako istny okaz nieskalanej niczym, wrodzonej grzeczności dopiero po tym fakcie stał się TYM Ludwiczukiem z nagrania. Ale do końca wykluczyć nie możemy. I to byłoby dopiero ciekawe a nawet zabawne. Może faktycznie wchodzący do polityki i do PO pan obecny Senator na dźwięk tak teraz lubianego przez siebie słowa rumienił się zawstydzony. I dopiero „standardy PO” ten jego stosunek zmieniły?
Jak by nie było i tak w tym wszystkim nie można nie zadać partii, która tak szybko i tak bezboleśnie z problemem się rozliczyła pytania następującego: Szanowni politycy Platformy Obywatelskiej. Czy pozwalając panu Ludwiczukowi na karierę w waszej partii zakończoną osiągnięciem zaszczytnej godności Senatora RP wiedzieliście, że prezentuje on kulturę bycia pasującą bardziej niż do Senatu RP do jakiejś obskurnej meliny? Czy może takiej kultury nabrał on dopiero po tym gdy zaczął wspinać się w waszej partii po szczeblach kariery?
Nie ukrywam i uczciwie przyznaję, że casus senatora PO Ludwiczuka uważam za przypadek wynikający z faktu, że to akurat on dał się złapać. Nie mam też złudzeń, że podobne pytania byłyby zapewne nie od rzeczy pod adresem każdej z funkcjonujących w głównym nurcie naszej politycznej sceny partii.
* http://lubczasopismo.salon24.pl/infobloger/post/255928,pick-and-roll-senatora-ludwiczuka
** http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/polska/senator-ludwiczuk-odchodzi-z-po,68805,1
*** http://www.tvn24.pl/0,1684633,0,1,miodowicz-senator-zlamal-sobie-kariere,wiadomosc.html
środa, 1 grudnia 2010
Suweren jest idiotą!
Tytuł z pozoru wydaje się prowokacyjny i mocno przesadzony. Tym bardziej, że pisze na zadany temat. Bogusław Chrabota, tekście „Polska oligarchiczna”* rzuca hasło do rozważań nad tym, czy istotnie w naszej republice doszło do zawłaszczenia władzy p[rzez jakąś zamkniętą grupę. Sugeruje zastanowienie się nad dwoma pytaniami: czy w istocie władzę w Polsce sprawuje niezmienna, wąska elita i kto ją tworzy? Czy ustrój i w jakim stopniu daje możliwość demokratycznej kontroli władzy elit?
I tu rzecz dość trudna. Bo odpowiadając na pytania Bogusława Chraboty jest się niejako zmuszonym stwierdzić, że w żadnym wypadku nie można mówić o czymś takim jak oligarchiczny system sprawowania władzy nad naszą rzeczpospolita. Problem jednak w tym, że pytania Chraboty są sformułowane zbyt ogólnie. Przez to wyłania się z nich dokładnie taka fikcja jaką w istocie stała się ta nasza republika.
Ot choćby pytanie pierwsze. Odpowiem na nie przecząco i od razu zaznaczę, że owo zaprzeczenie dotyczy wyłącznie użytego przez Chrabotę określenia „wąska elita”. Niestety dzieje się tak, że oligarchii, z która mamy do czynienia określić jako „wąskiej grupy” raczej nie można. Przyjęty u nas wieloszczeblowy system sprawowania władzy sprawia, że dopuszczone do władzy sitwy wszelakie wcale takie nieliczne nie są. Wręcz przeciwnie, są ich, że pozwolę sobie przesadzić, „miliony”.
Spróbuję to zilustrować dwiema scenkami ze szczebla najniższego, które zresztą płynnie pozwolą przejść do pytania drugiego. Oto dawno dość w moim mieście poproszono mnie bym zechciał być stałym ekspertem jednej z komisji rady miasta. Pracując w niej poznałem cześć lokalnej elity władzy. Jedna z jej przedstawicielek, osoba jeszcze nie zakorzeniona (zresztą później też bo nie miała jakoś woli zakorzeniania się) w tejże elicie opowiedziała mi przebieg rozmowy z kolega o dłuższym stażu, który próbował jej sugerować większą elastyczność. Chodziło o to żeby, jak się miał wyrazić, dała innym zobaczyć, że jest „swoja”. A „swoi”, jak wyjaśnił, „swoimi” zostają już na zawsze. Bez względu na późniejsze polityczne wybory i dalszą aktywność. Ot, po prostu do tej „elity” wchodzi się jak… powiedzmy że do rodziny Corleone. Patrząc dziś na skład rady widzę, że wielu podobne rady wzięło sobie do serca. I trwają. Mimo, że za każdym razem pod innym szyldem.
Drugą scenkę oglądam ze swego okna. Oto od miesięcy moja ulica jest w stanie przypominającym bardziej linię frontu niż miejską arterię. Kiedy doprowadzano ją do takiego stanu, zaczynając remont, od razu wiedziałem, że przed zima cała nie zostanie ukończona. I nie pomyliłem się. Kawałek, przy którym mieszkam, został zamknięty dla ruchu i pozbawiony nawierzchni ponad trzy miesiące temu. Pozbawiając mieszkańców możliwości zaparkowania aut a prowadzących w tym miejscu jakieś biznesy dojazdu z towarem oraz miejsc parkingowych dla potencjalnych klientów. Od tego momentu nic się nie działo. Prace, siłami garstki wyraźnie nie spieszących się robotników, były prowadzone na innych odcinakach ulicy. W tempie pozwalającym każdemu, nie tylko mi, ocenić ile zdążą zrobić przed zima i kiedy skończą całość. Tak było do ostatniego piątku. Gdy prognozy pogody zgodnie i bez wątpliwości zapowiedziały mróz i śnieg nagle na „placu boju” pod moim oknem pojawili się panowie z jakąś koparką. Ryli ziemię i układali jakieś rury dniami i nocami przez cały weekend. A ja nie wiedziałem czy śmiać się czy płakać. Czy wyć do księżyca w zarwaną przez wyjące maszyny o młoty tłukące w demolowaną starą instalację noc czy śmiać się z tego przebierania nóżkami gości, co cały plac budowy mieli do dyspozycji od tygodni.
Tu jeszcze taka uwaga, że moja część miasta to pięć ulic pociętych przecznicami. Z tych pięciu dwie to „przelotówki” a trzy zapewniają mieszkańcom dojazd do domów. Aktualnie żadna z tych trzech nie jest w całości przejezdna i do wiosny zapewne nie będzie.
Zrozumiałbym ten niefortunny obrót rzeczy gdyby nie to, że dwa lata temu na cała zimę zamieniono w pobojowisko główny deptak miasta a w roku ubiegłym tak samo jak teraz wyglądał początek remontu mojej ulicy. Przerwany na kilka mroźnych miesięcy pozostawieniem sporej części jezdni i chodników bez nawierzchni i oświetlenia.
Cóż to ma wspólnego z rzeczpospolitą, władzą i oligarchią? A to, że jakoś podobne sytuacje (których w moim mieście było znacznie więcej) nie przeszkodziły dotychczasowemu włodarzowi, odpowiedzialnemu za taką jakość władzy a przez nią jakość życia lokalnej społeczności, uzyskać trzeciej kadencji już w pierwszej turze wyborczego starcia, Wystarczyło kilka setek plakacików i banerków przekonujących, że mamy do czynienia z „doskonałym gospodarzem”. Bez żadnej refleksji zgnębionego tym bałaganem ludu.
Ten przypadek z mojego podwórka oraz zauważany od wielu lat stan „ludowładztwa” w całej rzeczpospolitej, przejawiający się upartym trwaniem od dziesiątków lat przy tych samych nazwiskach co i rusz wynoszonych do włazy lub odsyłanych do kąta wiele o tym "zawłaszczaniu przez elity" mówi. To żaden tam błąd systemu ani tym bardziej świadoma manipulacja przy ustroju. Owszem, system finansowania naszej demokracji mocno skomplikował ewentualne pojawienie się na scenie nowej jakości ale nie sadzę ze jest to przyczyna najważniejsza. Tę widzę w umysłowym lenistwie by nie powiedzieć wprost w głupocie demosu. Ludu mającego niemal nieskrępowana możliwość korygowania i regulowania aktem wyborczym wszelkich błędów pojawiających się w systemie sprawowania władzy.
Cóż z tego, że po dwóch wpadkach z remontem ulic mego miasta średnio inteligentny szympans by pewnie trzeciej nie popełnił. Wybieramy tego, kto potrafił przebić szympansa w braku wyobraźni! Cóż z tego, że rządzą nami ludzie, których już kiedyś negatywnie ocenialiśmy wyborczym aktem. W obu przypadkach wprowadzamy fikcję „oligarchii” choć nikt nam kłód pod nogi nie rzuca.
Można oczywiście przywoływać negatywną rolę mediów kreujących często zafałszowany obraz elit. Można wskazywać na nierówność startu sił już istniejących w polityce i tych, co chcą w niej zaistnieć. Ale to nie jest żadna odpowiedź! Nasze głowy nie są podłączone do anteny ani oklejone szczelnie jakimś propagandowym materiałem. Nikt nam nie zabrania myśleć ani działać. Tyle, że w zdecydowanej większości nam się nie chce! Nie potrafimy się zdobyć na nic więcej poza marudzeniem, że jest tak a nie inaczej, że się nie da...
Guzik prawda!
Problem w tym, że, mówiąc obrazowo, demos jest idiotą! I jak idiota ostatni pozwala sobą kręcić jak by miał mentalność niemowlęcia. I wybiera sobie ciągle tych samych "reprezentantów". Co by nie mieli na sumieniu i koncie. Pomysleć mu się nawet zbytnio nie chce.
W całej tej historii kolejnych dowodów głupoty demosu- suwerena jest jednak pewien element zabawny, który w efekcie może się okazać niezamierzonym lekarstwem na umysłową przypadłość suwerena. Tym elementem i prawdopodobnym lekarstwem jest poziom intelektu elit niewiele odbiegający od poziomu intelektu zbiorowego suwerena. Przejawia się on niezadowoleniem głupich elit z faktu, że demos w swej głupocie nie za bardzo chce się wywiązywać ze swego obowiązku suwerena. W efekcie głupie elity, oczywiście wbrew swemu elitarnemu interesowi, chcą zmusić demos by, przepraszam za dosadność, ruszył dupę i wziął się za sprawowanie władzy czyli by szedł na wybory. I tu cały dowcip piękny. Bo jak już demos się zmusi i pójdzie to może przy tej okazji wyrazić opinię na temat elit, co uzurpują sobie atrybuty tyrana i coś tam demosowi nakazują. A tą opinią może być taki akt suwerennej władzy demosu który ani elitom ani zaprzyjaźnionym mediom nawet się nie śnił. I wcale do tego nie będzie potrzebna żadna rewolucja ani zmiana ustroju. Po prostu wystarczy, excuse moi, podqrwienie demosu i tyle. Podqrwiony idiota też może być groźny…
* http://boguslawchrabota.salon24.pl/255482,polska-oligarchiczna
I tu rzecz dość trudna. Bo odpowiadając na pytania Bogusława Chraboty jest się niejako zmuszonym stwierdzić, że w żadnym wypadku nie można mówić o czymś takim jak oligarchiczny system sprawowania władzy nad naszą rzeczpospolita. Problem jednak w tym, że pytania Chraboty są sformułowane zbyt ogólnie. Przez to wyłania się z nich dokładnie taka fikcja jaką w istocie stała się ta nasza republika.
Ot choćby pytanie pierwsze. Odpowiem na nie przecząco i od razu zaznaczę, że owo zaprzeczenie dotyczy wyłącznie użytego przez Chrabotę określenia „wąska elita”. Niestety dzieje się tak, że oligarchii, z która mamy do czynienia określić jako „wąskiej grupy” raczej nie można. Przyjęty u nas wieloszczeblowy system sprawowania władzy sprawia, że dopuszczone do władzy sitwy wszelakie wcale takie nieliczne nie są. Wręcz przeciwnie, są ich, że pozwolę sobie przesadzić, „miliony”.
Spróbuję to zilustrować dwiema scenkami ze szczebla najniższego, które zresztą płynnie pozwolą przejść do pytania drugiego. Oto dawno dość w moim mieście poproszono mnie bym zechciał być stałym ekspertem jednej z komisji rady miasta. Pracując w niej poznałem cześć lokalnej elity władzy. Jedna z jej przedstawicielek, osoba jeszcze nie zakorzeniona (zresztą później też bo nie miała jakoś woli zakorzeniania się) w tejże elicie opowiedziała mi przebieg rozmowy z kolega o dłuższym stażu, który próbował jej sugerować większą elastyczność. Chodziło o to żeby, jak się miał wyrazić, dała innym zobaczyć, że jest „swoja”. A „swoi”, jak wyjaśnił, „swoimi” zostają już na zawsze. Bez względu na późniejsze polityczne wybory i dalszą aktywność. Ot, po prostu do tej „elity” wchodzi się jak… powiedzmy że do rodziny Corleone. Patrząc dziś na skład rady widzę, że wielu podobne rady wzięło sobie do serca. I trwają. Mimo, że za każdym razem pod innym szyldem.
Drugą scenkę oglądam ze swego okna. Oto od miesięcy moja ulica jest w stanie przypominającym bardziej linię frontu niż miejską arterię. Kiedy doprowadzano ją do takiego stanu, zaczynając remont, od razu wiedziałem, że przed zima cała nie zostanie ukończona. I nie pomyliłem się. Kawałek, przy którym mieszkam, został zamknięty dla ruchu i pozbawiony nawierzchni ponad trzy miesiące temu. Pozbawiając mieszkańców możliwości zaparkowania aut a prowadzących w tym miejscu jakieś biznesy dojazdu z towarem oraz miejsc parkingowych dla potencjalnych klientów. Od tego momentu nic się nie działo. Prace, siłami garstki wyraźnie nie spieszących się robotników, były prowadzone na innych odcinakach ulicy. W tempie pozwalającym każdemu, nie tylko mi, ocenić ile zdążą zrobić przed zima i kiedy skończą całość. Tak było do ostatniego piątku. Gdy prognozy pogody zgodnie i bez wątpliwości zapowiedziały mróz i śnieg nagle na „placu boju” pod moim oknem pojawili się panowie z jakąś koparką. Ryli ziemię i układali jakieś rury dniami i nocami przez cały weekend. A ja nie wiedziałem czy śmiać się czy płakać. Czy wyć do księżyca w zarwaną przez wyjące maszyny o młoty tłukące w demolowaną starą instalację noc czy śmiać się z tego przebierania nóżkami gości, co cały plac budowy mieli do dyspozycji od tygodni.
Tu jeszcze taka uwaga, że moja część miasta to pięć ulic pociętych przecznicami. Z tych pięciu dwie to „przelotówki” a trzy zapewniają mieszkańcom dojazd do domów. Aktualnie żadna z tych trzech nie jest w całości przejezdna i do wiosny zapewne nie będzie.
Zrozumiałbym ten niefortunny obrót rzeczy gdyby nie to, że dwa lata temu na cała zimę zamieniono w pobojowisko główny deptak miasta a w roku ubiegłym tak samo jak teraz wyglądał początek remontu mojej ulicy. Przerwany na kilka mroźnych miesięcy pozostawieniem sporej części jezdni i chodników bez nawierzchni i oświetlenia.
Cóż to ma wspólnego z rzeczpospolitą, władzą i oligarchią? A to, że jakoś podobne sytuacje (których w moim mieście było znacznie więcej) nie przeszkodziły dotychczasowemu włodarzowi, odpowiedzialnemu za taką jakość władzy a przez nią jakość życia lokalnej społeczności, uzyskać trzeciej kadencji już w pierwszej turze wyborczego starcia, Wystarczyło kilka setek plakacików i banerków przekonujących, że mamy do czynienia z „doskonałym gospodarzem”. Bez żadnej refleksji zgnębionego tym bałaganem ludu.
Ten przypadek z mojego podwórka oraz zauważany od wielu lat stan „ludowładztwa” w całej rzeczpospolitej, przejawiający się upartym trwaniem od dziesiątków lat przy tych samych nazwiskach co i rusz wynoszonych do włazy lub odsyłanych do kąta wiele o tym "zawłaszczaniu przez elity" mówi. To żaden tam błąd systemu ani tym bardziej świadoma manipulacja przy ustroju. Owszem, system finansowania naszej demokracji mocno skomplikował ewentualne pojawienie się na scenie nowej jakości ale nie sadzę ze jest to przyczyna najważniejsza. Tę widzę w umysłowym lenistwie by nie powiedzieć wprost w głupocie demosu. Ludu mającego niemal nieskrępowana możliwość korygowania i regulowania aktem wyborczym wszelkich błędów pojawiających się w systemie sprawowania władzy.
Cóż z tego, że po dwóch wpadkach z remontem ulic mego miasta średnio inteligentny szympans by pewnie trzeciej nie popełnił. Wybieramy tego, kto potrafił przebić szympansa w braku wyobraźni! Cóż z tego, że rządzą nami ludzie, których już kiedyś negatywnie ocenialiśmy wyborczym aktem. W obu przypadkach wprowadzamy fikcję „oligarchii” choć nikt nam kłód pod nogi nie rzuca.
Można oczywiście przywoływać negatywną rolę mediów kreujących często zafałszowany obraz elit. Można wskazywać na nierówność startu sił już istniejących w polityce i tych, co chcą w niej zaistnieć. Ale to nie jest żadna odpowiedź! Nasze głowy nie są podłączone do anteny ani oklejone szczelnie jakimś propagandowym materiałem. Nikt nam nie zabrania myśleć ani działać. Tyle, że w zdecydowanej większości nam się nie chce! Nie potrafimy się zdobyć na nic więcej poza marudzeniem, że jest tak a nie inaczej, że się nie da...
Guzik prawda!
Problem w tym, że, mówiąc obrazowo, demos jest idiotą! I jak idiota ostatni pozwala sobą kręcić jak by miał mentalność niemowlęcia. I wybiera sobie ciągle tych samych "reprezentantów". Co by nie mieli na sumieniu i koncie. Pomysleć mu się nawet zbytnio nie chce.
W całej tej historii kolejnych dowodów głupoty demosu- suwerena jest jednak pewien element zabawny, który w efekcie może się okazać niezamierzonym lekarstwem na umysłową przypadłość suwerena. Tym elementem i prawdopodobnym lekarstwem jest poziom intelektu elit niewiele odbiegający od poziomu intelektu zbiorowego suwerena. Przejawia się on niezadowoleniem głupich elit z faktu, że demos w swej głupocie nie za bardzo chce się wywiązywać ze swego obowiązku suwerena. W efekcie głupie elity, oczywiście wbrew swemu elitarnemu interesowi, chcą zmusić demos by, przepraszam za dosadność, ruszył dupę i wziął się za sprawowanie władzy czyli by szedł na wybory. I tu cały dowcip piękny. Bo jak już demos się zmusi i pójdzie to może przy tej okazji wyrazić opinię na temat elit, co uzurpują sobie atrybuty tyrana i coś tam demosowi nakazują. A tą opinią może być taki akt suwerennej władzy demosu który ani elitom ani zaprzyjaźnionym mediom nawet się nie śnił. I wcale do tego nie będzie potrzebna żadna rewolucja ani zmiana ustroju. Po prostu wystarczy, excuse moi, podqrwienie demosu i tyle. Podqrwiony idiota też może być groźny…
* http://boguslawchrabota.salon24.pl/255482,polska-oligarchiczna
sobota, 27 listopada 2010
Nos w... Dwie strony dramatu (P. Lisickiemu)
Słowem się nie odezwałem gdy prezydent obecny (będący od tej chwili dla mnie już tylko prezydentem przez małe "pe") zaprosił do Pałacu byłego szefa junty wojskowej, Jaruzelskiego. No bo co tu można było powiedzieć poza stwierdzeniem, iż sądząc, ze w swej durnocie Komorowski niczym już nie jest w stanie nas zaskoczyć, myliliśmy się bardzo?
To, że wracam do sprawy nie jest wyłączną zasługą naszego "mądrego i wrażliwego inaczej" prezydenta, który uparł się wydobyć nas z "grajdoła", jakim wedle niego jest Polska, przy pomocy herszta morderców. Przeczytałem w "Rzeczpospolitej" wynurzenia pana Kuczyńskiego, który w pełni pochwala wydobywczy trud prezydenta Komorowskiego(1). I, jakże by inaczej, rzewnie go usprawiedliwia. Niestety nie jest to możliwe bez usprawiedliwienia samego Jaruzelskiego. W związku z powyższym stawia go, czyli Jaruzelskiego, Kuczyński obok siebie i nazywa tak powstały debel "postaciami tego samego dramatu". Fakt, dramat był ten sam. Mógłbym ulec łatwej pokusie i powiedzieć, że podobnie tym samym dramatem i dla Anny Frank i dla Adolfa Eichmanna był Holocaust. Ale, czytając Kuczyńskiego pomyślałem nieco inaczej. Bo i skala jego dramatu nijak się przecież ma do zagłady (inaczej niż choćby rodzin górników z „Wujka” czy z Lubina- ciekawe, że ich akurat „Rzepa” nie zapytała o opinię). Przypomniałem sobie anegdotę sprzed wielkiej wojny. Oto pewien filozof, brylujący w salonach ówczesnej socjety poproszony został przez kogoś o przystępne wyjaśnienie teorii względności.
- Jest to tak, uważasz, jakbyś mi wsadził nos w d**e. Wtedy i ty masz nos w d***e i ja mam nos w d***e.
Tak mi się właśnie wyobraziły te wspomniane wcześniej „dwie postaci jednego dramatu”. Dramatu, który jest dramatem nosa Kuczynskiego w d***e Jaruzelskiego. W takim ujęciu współcierpienie obu panów ostatecznie mogę sobie wyobrażać do woli. Im więcej razy tym dłużej ten nos w tej d***e będzie tkwił. Jako nic innego mogę sobie rzecz ową widzieć tylko jako dowód na to, iż brane przeze mnie za przejawy niepohamowanej nienawiści do Kaczyńskich wynurzenia cyklicznego publicysty „Rzepy” w rzeczywistości są dowodem na to, że zakiwał się chłop w tym tworzeniu „równoległej” logiki i przyzwoitości mogącej usprawiedliwić każde świństwo i każdy idiotyzm lub na jego uniwersalną aberrację lub też głupotę.
Bo czym innym można wytłumaczyć stwierdzenie takie oto:
„Byliśmy po dwu stronach wspólnego narodowego dramatu, który nie mógł trwać, a zakończyć go najlepiej dla wszystkich można było przez spacyfikowanie jednej części narodu, co prawda znacznej większości, przez drugą".
I tu dochodzę do prawdziwego inspiratora mego tekstu. Bo wbrew pozorom nie jest nim Kuczyński. Oto dziś Paweł Lisicki, nie wymieniwszy jego nazwiska oczywiście, ze sposobu myślenia Kuczyńskiego sobie dworuje(2). I z samego pana prezydenta naszego, niestety mimo jego wysiłkom, najwyraźniej ciągle jeszcze „grajdoła” zwanego Polską, przy okazji. Zaprzęgając do tego cały swój talent ironisty i mistrza pióra. I to mnie dopiero wściekło. Oto kiedyś, po kilku próbach polemik z publikowanymi na łamach "Rzeczpospolitej" ewidentnymi melanżami głupoty i nieprzyzwoitości, przypominających zawsze niezapomniany skecz „Dudka” w którym Kobuszewski wpisywał się do książki skarg i zażaleń, postanowiłam, że się nad jakością publicystyki „Rzeczpospolitej” pochylał nie będę.Przynajmniej tak jak dotąd. Ale jest granica i tą granicą jest podłość. I właśnie za jej sprawą, za tymi słowami o „najlepszym dla wszystkich pacyfikowaniu części narodu” postanowiłem redaktorowi Lisickiemu udzielić rady. Otóż panie Redaktorze. Po cóż wysilać pióro i intelekt? Wystarczyło sprawę załatwić krócej. Mówiąc po prostu „takich gów**n nie będziemy drukować”. I tyle…
1. http://www.rp.pl/artykul/569560_Kuczynski--Dyktator--w-Palacu.html
2.http://blog.rp.pl/lisicki/2010/11/26/w-obronie-prezydenta-komorowskiego/
To, że wracam do sprawy nie jest wyłączną zasługą naszego "mądrego i wrażliwego inaczej" prezydenta, który uparł się wydobyć nas z "grajdoła", jakim wedle niego jest Polska, przy pomocy herszta morderców. Przeczytałem w "Rzeczpospolitej" wynurzenia pana Kuczyńskiego, który w pełni pochwala wydobywczy trud prezydenta Komorowskiego(1). I, jakże by inaczej, rzewnie go usprawiedliwia. Niestety nie jest to możliwe bez usprawiedliwienia samego Jaruzelskiego. W związku z powyższym stawia go, czyli Jaruzelskiego, Kuczyński obok siebie i nazywa tak powstały debel "postaciami tego samego dramatu". Fakt, dramat był ten sam. Mógłbym ulec łatwej pokusie i powiedzieć, że podobnie tym samym dramatem i dla Anny Frank i dla Adolfa Eichmanna był Holocaust. Ale, czytając Kuczyńskiego pomyślałem nieco inaczej. Bo i skala jego dramatu nijak się przecież ma do zagłady (inaczej niż choćby rodzin górników z „Wujka” czy z Lubina- ciekawe, że ich akurat „Rzepa” nie zapytała o opinię). Przypomniałem sobie anegdotę sprzed wielkiej wojny. Oto pewien filozof, brylujący w salonach ówczesnej socjety poproszony został przez kogoś o przystępne wyjaśnienie teorii względności.
- Jest to tak, uważasz, jakbyś mi wsadził nos w d**e. Wtedy i ty masz nos w d***e i ja mam nos w d***e.
Tak mi się właśnie wyobraziły te wspomniane wcześniej „dwie postaci jednego dramatu”. Dramatu, który jest dramatem nosa Kuczynskiego w d***e Jaruzelskiego. W takim ujęciu współcierpienie obu panów ostatecznie mogę sobie wyobrażać do woli. Im więcej razy tym dłużej ten nos w tej d***e będzie tkwił. Jako nic innego mogę sobie rzecz ową widzieć tylko jako dowód na to, iż brane przeze mnie za przejawy niepohamowanej nienawiści do Kaczyńskich wynurzenia cyklicznego publicysty „Rzepy” w rzeczywistości są dowodem na to, że zakiwał się chłop w tym tworzeniu „równoległej” logiki i przyzwoitości mogącej usprawiedliwić każde świństwo i każdy idiotyzm lub na jego uniwersalną aberrację lub też głupotę.
Bo czym innym można wytłumaczyć stwierdzenie takie oto:
„Byliśmy po dwu stronach wspólnego narodowego dramatu, który nie mógł trwać, a zakończyć go najlepiej dla wszystkich można było przez spacyfikowanie jednej części narodu, co prawda znacznej większości, przez drugą".
I tu dochodzę do prawdziwego inspiratora mego tekstu. Bo wbrew pozorom nie jest nim Kuczyński. Oto dziś Paweł Lisicki, nie wymieniwszy jego nazwiska oczywiście, ze sposobu myślenia Kuczyńskiego sobie dworuje(2). I z samego pana prezydenta naszego, niestety mimo jego wysiłkom, najwyraźniej ciągle jeszcze „grajdoła” zwanego Polską, przy okazji. Zaprzęgając do tego cały swój talent ironisty i mistrza pióra. I to mnie dopiero wściekło. Oto kiedyś, po kilku próbach polemik z publikowanymi na łamach "Rzeczpospolitej" ewidentnymi melanżami głupoty i nieprzyzwoitości, przypominających zawsze niezapomniany skecz „Dudka” w którym Kobuszewski wpisywał się do książki skarg i zażaleń, postanowiłam, że się nad jakością publicystyki „Rzeczpospolitej” pochylał nie będę.Przynajmniej tak jak dotąd. Ale jest granica i tą granicą jest podłość. I właśnie za jej sprawą, za tymi słowami o „najlepszym dla wszystkich pacyfikowaniu części narodu” postanowiłem redaktorowi Lisickiemu udzielić rady. Otóż panie Redaktorze. Po cóż wysilać pióro i intelekt? Wystarczyło sprawę załatwić krócej. Mówiąc po prostu „takich gów**n nie będziemy drukować”. I tyle…
1. http://www.rp.pl/artykul/569560_Kuczynski--Dyktator--w-Palacu.html
2.http://blog.rp.pl/lisicki/2010/11/26/w-obronie-prezydenta-komorowskiego/
piątek, 19 listopada 2010
Spadkobiercy
Każdy spadek wywołuje emocje. Szczególnie zaś taki, który ma wartość niebagatelną. Trudno więc oczekiwać, że ktoś pozwoli mu stać się kadukiem. Wręcz przeciwnie, wcześniej czy później spadkobierców objawi się więcej niżby się w naszej wyobraźni urodziło.
Czasem bywa i tak, że wychodzą na jaw powody, przez które ktoś, kto zdaje się do dziedziczenia powołany jak mało kto lub zgoła nikt inny, zostaje tego prawa i tego spadku pozbawionym. I nie idzie o sytuacje bezprawnego i pozbawionego choćby krztyny sprawiedliwości wyzucia z należnej majętności. Chodzi o uznanie za niegodnego by dziedziczyć. W myśl artykułu 928 kodeksy cywilnego:
§ 1. Spadkobierca może być uznany przez sąd za niegodnego, jeżeli:
1) dopuścił się umyślnie ciężkiego przestępstwa przeciwko spadkodawcy;
[…]
§ 2. Spadkobierca niegodny zostaje wyłączony od dziedziczenia, tak jak by nie dożył otwarcia spadku.*
To, o czym piszę pewnie naszym sądom do takiego rozstrzygnięcia nie starczyło. Czasem nie starcza im wszak dowód najoczywistszy. Albo i starcza lecz nie na to, co miałby dowodzić. Tedy nie o takim sądzie tu myślę lecz o sądzie naszego poczucia przyzwoitości i sprawiedliwości. To mamy w sobie wszyscy. Choć bywa i tak, że z całych sił staramy się z tym walczyć albo to ukrywać. Ale każdemu kiedyś to się wymknie spod kontroli w postaci myśli, refleksji…
Ale wróćmy do tej prawnej zawiłości co ją naszym poczuciem sprawiedliwości mamy teraz rozstrzygać.
O nic ostatnio co pozostało jako dobro do wzięcia nie stoczono takiego sporu jak o pamięć i symboliczne dziedzictwo po Lechu Kaczyńskim. To skarb prawdziwy bo nie tylko rzecz sama w sobie bezcenna ale i dająca wiele temu, kto go przy sobie utrzymać zdoła.
Upomnieli się o nie brat zmarłego, Jarosław Kaczyński oraz ci, co Jarosława odstąpili lub p[rzez niego precz zostali przegnani. Tu trzeba od razu zaznaczyć, że skoro sąd dokonuje się w naszych duszach czy tam sercach to nie jest tak, jak to w kodeksach napisano, że skarb ma przy rodzinie pozostać. Tedy nie było tak, że z miejsca uznać należało, że tylko Prezes Kaczyński w prawie jest by pamięć brata dzierżyć.
Ci, co się o nią upomnieli wcale nie wydawali się mniej uprawnieni. Wszak od lat oni w wielu momentach byli przy nim bliżej niż tenże brat co po Lechu teraz sam został. I wcale nie było takim oczywistym nadużyciem gdy żywemu bratu sprzeniewierzenie się zmarłemu bratu zarzucali. Bo mogli faktycznie wiedzieć jak pewnie sprawy Lech by widzieć pragnął.
Tyle, że te rozważania i dylematy już za nami. Nie wiem jak inni ale ja w swym sumieniu, sercu, poczuciu sprawiedliwości czy gdzie tam się ten mój wewnętrzny sąd odprawia, wyrok wydaję jednoznaczny. Tylko przy bratu pamięć i dziedzictwo Lecha zostają. Tylko przy nim bo tamci, jako rzecze kodeks, okazali się niegodni. Bo, jak dalej ów kodeks powiada, dopuścili się ciężkiego przestępstwa przeciwko spadkodawcy. Takiego, co to go pewnie w żadnym kodeksie się nie znajdzie. Ale nie mam wątpliwości że się go dopuścili i ze spadku powinni być wyłączeni. Tak, jako kodeks rzecze, jakby nie dożyli otwarcia spadku.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że takim wiarołomstwem, grzechem przeciwko pamięci Lecha, były ich spiski i konszachty z tym, co świadomie obrażał i niszczył za życia Lecha jego dobre imię a po śmierci pamięć. I nie ma dla potencjalnych spadkobierców Lecha Kaczyńskiego żadnego wytłumaczenia z umizgów do Palikota. Nie ma.
Nie odbieram im prawa do bycia na scenie politycznej. Ani racji w ich zamierzeniach. Nie uważam, że wybierając taką polityczną drogę, jaką podążają, czynią coś złego i godnego potępienia. Są politykami i to jest sensem ich działania. Może nawet w duchu życzę im powodzenia. Ale tylko dlatego chyba, że od żadnego już polityka nie oczekuję przyzwoitości.
Od nich też. I ten brak przyzwoitości w nich znaleziony gdy układali się z szydercą sprawił właśnie, że mój wyrok w sprawie, w której samowolnie przyszło mi sądzić, brzmi: jesteście niegodni! Odbieram wam prawo do nazywania się spadkobiercami Lecha Kaczyńskiego. Dla jego pamięci jest tak oto jakbyście nie dożyli dnia otwarcia testamentu. Wasza symboliczna śmierć nastąpiła wtedy gdyście podwali rękę biłgorajskiemu błaznowi.
* http://www.polskieustawy.com/norms.php?actid=88&norm=928&lang=48&adate=20051129&head=0
Czasem bywa i tak, że wychodzą na jaw powody, przez które ktoś, kto zdaje się do dziedziczenia powołany jak mało kto lub zgoła nikt inny, zostaje tego prawa i tego spadku pozbawionym. I nie idzie o sytuacje bezprawnego i pozbawionego choćby krztyny sprawiedliwości wyzucia z należnej majętności. Chodzi o uznanie za niegodnego by dziedziczyć. W myśl artykułu 928 kodeksy cywilnego:
§ 1. Spadkobierca może być uznany przez sąd za niegodnego, jeżeli:
1) dopuścił się umyślnie ciężkiego przestępstwa przeciwko spadkodawcy;
[…]
§ 2. Spadkobierca niegodny zostaje wyłączony od dziedziczenia, tak jak by nie dożył otwarcia spadku.*
To, o czym piszę pewnie naszym sądom do takiego rozstrzygnięcia nie starczyło. Czasem nie starcza im wszak dowód najoczywistszy. Albo i starcza lecz nie na to, co miałby dowodzić. Tedy nie o takim sądzie tu myślę lecz o sądzie naszego poczucia przyzwoitości i sprawiedliwości. To mamy w sobie wszyscy. Choć bywa i tak, że z całych sił staramy się z tym walczyć albo to ukrywać. Ale każdemu kiedyś to się wymknie spod kontroli w postaci myśli, refleksji…
Ale wróćmy do tej prawnej zawiłości co ją naszym poczuciem sprawiedliwości mamy teraz rozstrzygać.
O nic ostatnio co pozostało jako dobro do wzięcia nie stoczono takiego sporu jak o pamięć i symboliczne dziedzictwo po Lechu Kaczyńskim. To skarb prawdziwy bo nie tylko rzecz sama w sobie bezcenna ale i dająca wiele temu, kto go przy sobie utrzymać zdoła.
Upomnieli się o nie brat zmarłego, Jarosław Kaczyński oraz ci, co Jarosława odstąpili lub p[rzez niego precz zostali przegnani. Tu trzeba od razu zaznaczyć, że skoro sąd dokonuje się w naszych duszach czy tam sercach to nie jest tak, jak to w kodeksach napisano, że skarb ma przy rodzinie pozostać. Tedy nie było tak, że z miejsca uznać należało, że tylko Prezes Kaczyński w prawie jest by pamięć brata dzierżyć.
Ci, co się o nią upomnieli wcale nie wydawali się mniej uprawnieni. Wszak od lat oni w wielu momentach byli przy nim bliżej niż tenże brat co po Lechu teraz sam został. I wcale nie było takim oczywistym nadużyciem gdy żywemu bratu sprzeniewierzenie się zmarłemu bratu zarzucali. Bo mogli faktycznie wiedzieć jak pewnie sprawy Lech by widzieć pragnął.
Tyle, że te rozważania i dylematy już za nami. Nie wiem jak inni ale ja w swym sumieniu, sercu, poczuciu sprawiedliwości czy gdzie tam się ten mój wewnętrzny sąd odprawia, wyrok wydaję jednoznaczny. Tylko przy bratu pamięć i dziedzictwo Lecha zostają. Tylko przy nim bo tamci, jako rzecze kodeks, okazali się niegodni. Bo, jak dalej ów kodeks powiada, dopuścili się ciężkiego przestępstwa przeciwko spadkodawcy. Takiego, co to go pewnie w żadnym kodeksie się nie znajdzie. Ale nie mam wątpliwości że się go dopuścili i ze spadku powinni być wyłączeni. Tak, jako kodeks rzecze, jakby nie dożyli otwarcia spadku.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że takim wiarołomstwem, grzechem przeciwko pamięci Lecha, były ich spiski i konszachty z tym, co świadomie obrażał i niszczył za życia Lecha jego dobre imię a po śmierci pamięć. I nie ma dla potencjalnych spadkobierców Lecha Kaczyńskiego żadnego wytłumaczenia z umizgów do Palikota. Nie ma.
Nie odbieram im prawa do bycia na scenie politycznej. Ani racji w ich zamierzeniach. Nie uważam, że wybierając taką polityczną drogę, jaką podążają, czynią coś złego i godnego potępienia. Są politykami i to jest sensem ich działania. Może nawet w duchu życzę im powodzenia. Ale tylko dlatego chyba, że od żadnego już polityka nie oczekuję przyzwoitości.
Od nich też. I ten brak przyzwoitości w nich znaleziony gdy układali się z szydercą sprawił właśnie, że mój wyrok w sprawie, w której samowolnie przyszło mi sądzić, brzmi: jesteście niegodni! Odbieram wam prawo do nazywania się spadkobiercami Lecha Kaczyńskiego. Dla jego pamięci jest tak oto jakbyście nie dożyli dnia otwarcia testamentu. Wasza symboliczna śmierć nastąpiła wtedy gdyście podwali rękę biłgorajskiemu błaznowi.
* http://www.polskieustawy.com/norms.php?actid=88&norm=928&lang=48&adate=20051129&head=0
środa, 17 listopada 2010
Po co…? (o metempsychozie)
W trzecią rocznicę istnienia (taki eufemizm… gdybyż do istnienia się tylko to ograniczało…) rządzącej obecnie ekipy pod niezmiennym przywództwem pana Tuska. Trzecia rocznica fenomenu, który w ciekawym świetle stawia intelektualna i emocjonalna kondycję społeczeństwa pomieszkującego między Odrą i Bugiem. Czy może między Bugiem i Odrą jeśli chce się właściwie rozłożyć ostatnio obowiązujące akcenty. Fenomenu polegającego na tym, że od lat gros Polaków bez większego wahania udziela ekipie niezmiennego poparcia a jakby tych Polaków zapytać za co to… No właśnie.
Jak to zwykle bywa z Polakami to, co dzieje się z nimi i wokół nich budzi podejrzenia, że stanowią oni jakieś metempsychotyczne piekło do którego trafia się za najstraszniejsze przewiny popełnione we wcześniejszych bytach materialnych. Istotą nałożonej na nas kary za niewiadome nam wcześniejsze winy jest uczynienie z nas zbiorowej osobliwości nijak się mającej do tego wszystkiego, co o człowieku dzisiaj wie nauka. Ta nasza zadziwiająca konstrukcja duchowo- intelektualna (mój Boże, wiem jak to brzmi…) stała się pewnie nie przypadkiem kanwą do wielkiej liczby dowcipów ot choćby tego o spadającym, przeciążonym samolocie którego pilot, dla ratowania reszty pasażerów skłania do poświęcenia najpierw Amerykanina, po nim Rosjanina gotowych ponieść śmierć czy to dla demokracji czy ojczyzny (Rodina) a od poproszonego o to samo Polaka słyszy, że ten nie jest głupi i nie będzie dla takich dupereli popełniał samobójstwa.
- Wiedziałem, że pan nie skoczy… - mówi z rezygnacją pilot na co Polak z miejsca podnosi się oburzony.
- Co?! ja nie skoczę?!!! – i skacze…
Tak też musi być ze wspomnianym fenomenem ekipy Tuska i z poparciem obywateli. Tych metempsychotycznych tworów, którym jakiś wewnętrzny imperatyw podpowiada działania i wybory irracjonalne, które prędzej czy później zaowocować muszą gigantycznym kacem jeśli na kacu tylko się skończy. Nieustanne radosne wskazywanie tej ekipy jako wyboru na lata jest dokładnie takim mechanizmem jak ten z opowiedzianego wcześniej dowcipu.
- Nikt rozsądny nie poprze więcej tych dyletantów – podpowiada rozsądek.
- Co?! Ja nie poprę?!!! – odpowiada potencjalny wyborca. I skacze z głupią mina chojraka co to wszystkim „pokazał”.
W tym piekle, którego cechą najłatwiej dostrzeganą jest stawianie wszystkiego na głowie i przedstawianie w formie „obrazu odwróconego” ostrożnie podchodzić należy do etykiet, jakie noszą na sobie przebywające w nim jednostki i ukształtowane przez nie środowiska. Odwrotnie niż w realnym świecie, im więcej o kimś mówi się dobrze tym bardziej musiał on być winien w poprzednich swoich uosobieniach. I tym bardziej ma problem ze swymi ocenami, z wartościowaniem tego, co widzi i ocenia.
Czy nie jest to najlepsze wyjaśnienie całkiem sporej liczby otaczających nas fenomenów, którym tak się dziwimy? Tego nieustannego qui pro quo w którym skaczemy z lubością gdy zapala się komunikat „uwaga! Skok grozi śmiercią”.
Ten zawiły i bełkotliwy wstęp to taki mój hołd dla tego metafizycznie jeno dającego się wyjaśnić stanu mentalnego mego narodu potrafiącego z taką łatwością unieważnić elementarne prawa logiki. Mogłem zastąpić go dwoma zdaniami, w których skupiłbym się na cytowaniu nie koniecznie cenzuralnych epitetów, co będąc jednoznacznie obraźliwymi, prosto a nawet prostacko prześlizgnęłyby się po temacie. Ale jakoś trudno mi o mym narodzie choćby i tylko myśleć jako o zbiorowości, w której zdobycie wykształcenia, lepszej pracy i zapuszczenie korzeni w większym mieście okupuje się przeważnie większym lub mniejszym zidioceniem.
Inspiracją dla powyższych rozważań był dla mnie tekst omawiający misterny… Nie, nie będę się wygłupiał. Omawiający toporny, prymitywny i teoretycznie nie pozostawiający najmniejszych wątpliwości co do tego, że będzie najzwyklejszym rabunkiem, plan ratowania finansów publicznych przez naszą niezmiennie popularną i kochaną ekipę. Ratowania oczywiście w cudzysłowie. Chodzi o łatanie efektów „polityki zielonej wyspy” poprzez transfer na konto „finansów publicznych” pieniędzy stanowiących bez najmniejszych wątpliwości „finanse prywatne”. Pomysł by moja kasa poszła na przepierdolenie by poprawić wskaźniki i samopoczucie ekipy nie dziwi mnie co do istoty. Jakoś niczego bardziej finezyjnego po panu Tusku i jego gromadce od dość dawna nie oczekuję. Wiem dobrze, że mam do czynienia z podmiotem zbiorowym wykazującym specyficzny rodzaj syndromu Jekyll/Hyde, który w tym przypadku przejawia się uosobieniem w tym gronie zarówno cech husarii atakującej śmiało gdy zaistnieje okazja widowiskowego wpakowania się w gówno oraz „letkiej” jazdy wołoskiej, co „letko” ucieka od oczywistych, koniecznych i skutecznych rozwiązań podpowiadanych przez wszystkich od profesorów uniwersytetów po oseski mające w swym słowniku nie więcej niż dziesięć słow. Zgodnie z logika tej przypadłości nie zrobi się za panowania Tuska żadnej reformy innej niż toporne zadżebanie obywatelom ich kasy tak, że dopiero po latach się spostrzegą. Takie wyjęcie babci z bieliźniarki forsy odkładanej na pogrzeb.
I przez to nasz Donald Janosik Hood może dawać biednym (no bo jak kto jest głupi to i biedny, bez względu na stan konta) owoce tego co ukradnie bogatym. Oczywista ironia losu w tym wszystkim jest elementem najbardziej pocieszającym. Sprawia oto ów los przewrotny, że w tym wielowątkowym qui pro quo to ci „biedni” i niewątpliwie głupi, którzy z takim zadowoleniem przyglądają się radosnej twórczości Donalda Janosika są też tymi bogatymi, których Janosik w największym stopniu ze skóry obłupi.
Projekt „reformy emerytalnej”, który legł i podstaw mego tekstu to tylko jeden z przyczynków do twierdzenia, że mój naród to w około 50% osobliwi intelektualni masochiści. Można tak szukać i szukać. I napawać się kolejnymi jękami rozkoszy gości co się mają za kwiat, sól ziemi, elitę i oczywisty pępek naszego społeczeństwa. Tylko po co ? Ja się bardziej upewniać nie potrzebuję a tamtym nic już nie pomoże. Przez trzy lata pewnie średnio inteligentny szympans pojąłby więcej.
http://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/309530,rzad-rozmontowuje-ofe-by-latac-budzet.html
Jak to zwykle bywa z Polakami to, co dzieje się z nimi i wokół nich budzi podejrzenia, że stanowią oni jakieś metempsychotyczne piekło do którego trafia się za najstraszniejsze przewiny popełnione we wcześniejszych bytach materialnych. Istotą nałożonej na nas kary za niewiadome nam wcześniejsze winy jest uczynienie z nas zbiorowej osobliwości nijak się mającej do tego wszystkiego, co o człowieku dzisiaj wie nauka. Ta nasza zadziwiająca konstrukcja duchowo- intelektualna (mój Boże, wiem jak to brzmi…) stała się pewnie nie przypadkiem kanwą do wielkiej liczby dowcipów ot choćby tego o spadającym, przeciążonym samolocie którego pilot, dla ratowania reszty pasażerów skłania do poświęcenia najpierw Amerykanina, po nim Rosjanina gotowych ponieść śmierć czy to dla demokracji czy ojczyzny (Rodina) a od poproszonego o to samo Polaka słyszy, że ten nie jest głupi i nie będzie dla takich dupereli popełniał samobójstwa.
- Wiedziałem, że pan nie skoczy… - mówi z rezygnacją pilot na co Polak z miejsca podnosi się oburzony.
- Co?! ja nie skoczę?!!! – i skacze…
Tak też musi być ze wspomnianym fenomenem ekipy Tuska i z poparciem obywateli. Tych metempsychotycznych tworów, którym jakiś wewnętrzny imperatyw podpowiada działania i wybory irracjonalne, które prędzej czy później zaowocować muszą gigantycznym kacem jeśli na kacu tylko się skończy. Nieustanne radosne wskazywanie tej ekipy jako wyboru na lata jest dokładnie takim mechanizmem jak ten z opowiedzianego wcześniej dowcipu.
- Nikt rozsądny nie poprze więcej tych dyletantów – podpowiada rozsądek.
- Co?! Ja nie poprę?!!! – odpowiada potencjalny wyborca. I skacze z głupią mina chojraka co to wszystkim „pokazał”.
W tym piekle, którego cechą najłatwiej dostrzeganą jest stawianie wszystkiego na głowie i przedstawianie w formie „obrazu odwróconego” ostrożnie podchodzić należy do etykiet, jakie noszą na sobie przebywające w nim jednostki i ukształtowane przez nie środowiska. Odwrotnie niż w realnym świecie, im więcej o kimś mówi się dobrze tym bardziej musiał on być winien w poprzednich swoich uosobieniach. I tym bardziej ma problem ze swymi ocenami, z wartościowaniem tego, co widzi i ocenia.
Czy nie jest to najlepsze wyjaśnienie całkiem sporej liczby otaczających nas fenomenów, którym tak się dziwimy? Tego nieustannego qui pro quo w którym skaczemy z lubością gdy zapala się komunikat „uwaga! Skok grozi śmiercią”.
Ten zawiły i bełkotliwy wstęp to taki mój hołd dla tego metafizycznie jeno dającego się wyjaśnić stanu mentalnego mego narodu potrafiącego z taką łatwością unieważnić elementarne prawa logiki. Mogłem zastąpić go dwoma zdaniami, w których skupiłbym się na cytowaniu nie koniecznie cenzuralnych epitetów, co będąc jednoznacznie obraźliwymi, prosto a nawet prostacko prześlizgnęłyby się po temacie. Ale jakoś trudno mi o mym narodzie choćby i tylko myśleć jako o zbiorowości, w której zdobycie wykształcenia, lepszej pracy i zapuszczenie korzeni w większym mieście okupuje się przeważnie większym lub mniejszym zidioceniem.
Inspiracją dla powyższych rozważań był dla mnie tekst omawiający misterny… Nie, nie będę się wygłupiał. Omawiający toporny, prymitywny i teoretycznie nie pozostawiający najmniejszych wątpliwości co do tego, że będzie najzwyklejszym rabunkiem, plan ratowania finansów publicznych przez naszą niezmiennie popularną i kochaną ekipę. Ratowania oczywiście w cudzysłowie. Chodzi o łatanie efektów „polityki zielonej wyspy” poprzez transfer na konto „finansów publicznych” pieniędzy stanowiących bez najmniejszych wątpliwości „finanse prywatne”. Pomysł by moja kasa poszła na przepierdolenie by poprawić wskaźniki i samopoczucie ekipy nie dziwi mnie co do istoty. Jakoś niczego bardziej finezyjnego po panu Tusku i jego gromadce od dość dawna nie oczekuję. Wiem dobrze, że mam do czynienia z podmiotem zbiorowym wykazującym specyficzny rodzaj syndromu Jekyll/Hyde, który w tym przypadku przejawia się uosobieniem w tym gronie zarówno cech husarii atakującej śmiało gdy zaistnieje okazja widowiskowego wpakowania się w gówno oraz „letkiej” jazdy wołoskiej, co „letko” ucieka od oczywistych, koniecznych i skutecznych rozwiązań podpowiadanych przez wszystkich od profesorów uniwersytetów po oseski mające w swym słowniku nie więcej niż dziesięć słow. Zgodnie z logika tej przypadłości nie zrobi się za panowania Tuska żadnej reformy innej niż toporne zadżebanie obywatelom ich kasy tak, że dopiero po latach się spostrzegą. Takie wyjęcie babci z bieliźniarki forsy odkładanej na pogrzeb.
I przez to nasz Donald Janosik Hood może dawać biednym (no bo jak kto jest głupi to i biedny, bez względu na stan konta) owoce tego co ukradnie bogatym. Oczywista ironia losu w tym wszystkim jest elementem najbardziej pocieszającym. Sprawia oto ów los przewrotny, że w tym wielowątkowym qui pro quo to ci „biedni” i niewątpliwie głupi, którzy z takim zadowoleniem przyglądają się radosnej twórczości Donalda Janosika są też tymi bogatymi, których Janosik w największym stopniu ze skóry obłupi.
Projekt „reformy emerytalnej”, który legł i podstaw mego tekstu to tylko jeden z przyczynków do twierdzenia, że mój naród to w około 50% osobliwi intelektualni masochiści. Można tak szukać i szukać. I napawać się kolejnymi jękami rozkoszy gości co się mają za kwiat, sól ziemi, elitę i oczywisty pępek naszego społeczeństwa. Tylko po co ? Ja się bardziej upewniać nie potrzebuję a tamtym nic już nie pomoże. Przez trzy lata pewnie średnio inteligentny szympans pojąłby więcej.
http://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/309530,rzad-rozmontowuje-ofe-by-latac-budzet.html
piątek, 12 listopada 2010
Miernoty
W ostatnich wypowiedziach zarówno Jarosława Kaczyńskiego jak tez jego wiernych zauszników tym, co mnie najbardziej porusza, jest bolesny brak logiki. Resztę wybaczam bo to już ani moje sprawy ani moje emocje. Ale o logikę myślenia mogę spierać się zawsze i z każdym.
Gdyby wypowiedzi Kaczyńskiego i tyrady jego wiernych pretoria dni dzisiejszego brać poważnie, oczywiście z uwagi na logikę ich treści to wniosek z nich byłby jeden. Jarosław Kaczyński zbudował PiS, poprowadził go do władzy i do kolejnych starć politycznych i wyborczych opierając się głownie na miernotach, zdrajcach i szubrawcach.
Może paralela będzie mało pasowna ale tu przejdę do przykładu, którym będzie nie kto inny tylko ja sam. Tez w życiu przeżyłem parę mniej lub bardziej dramatycznych rozstań. Kilka z nich odbyło się w atmosferze gęstej od emocji. Ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy by którakolwiek z tych osób, kobiet, z którymi moje drogi się rozchodziły, publicznie czy choćby w myślach nazywać miernotą czy tez odsądzać od czci i wiary. Mój stosunek do nich pozostał takim jakim był wcześniej. Darzę je miłością i nazywam kobietami mego życia. Bo z jakichś powodów kiedyś tam się nimi stały. A to, co nastąpiło później to inna sprawa. Zawiniona przez tę lub tamta stronę lub po prostu zwykłe ochłodzenie namiętności.
Gdybym teraz próbował rozliczyć moje życie to nawet przez myśl mi by nie przeszło by którąś z kobiet mego życia mniej lub bardziej ostrymi słowami odsądzić od czci i wiary. Wszak wówczas osądziłbym przede wszystkim siebie. I dał dowód tego, że albo nie znam się na ludziach albo znam i z nich wybieram kogoś, kto obiektywnie nie jest godny uwagi, zaufania. Na pewno nie jest godny miłości.
A moje kobiety były i s tego godne. Gdziekolwiek i z kimkolwiek teraz są. I wcale nie przez przypadek dałem im odegrać tak znaczące role w mym życiu.
To, że wolały one czy też ja wolałem dalej jechać samotnie lub w innym towarzystwie to sprawa zupełnie inna. To najzwyczajniej w świecie The Pros and Cons of Hitch Hiking, jazda przez życie, w którym normalnym jest czasem wysiąść albo się przesiąść.
Retoryka, przyjęta wobec konfliktu w PiS jest retoryka skrajnie głupią. Przez to przede wszystkim, że przy jej konstruowaniu nikt chyba nie pomyślał, że konsekwencją będzie uznanie, iż i partia i jej szef mają dziwne upodobanie do otaczania się byle kim. Największym zaś nonsensem jest przedstawianie scenariuszy, wedle których sam szef otoczył się zdrajcami i kanaliami wiedząc już, że to zdrajcy i kanalie.
Oczywiście jest jeszcze jedna możliwość. Prezes nie wiedział. Jest ona oczywiście bardzo prawdopodobna. Wszak prezes przyznał, że wtedy, gdy miały nim te kanalie kręcić, nie wiedział nie tylko tego, że kręcą nim ale w ogóle nie wiedział za bardzo co się z nim działo.
Tyle, że w takiej sytuacji logicznym jest, że Prezes nie miał podstaw by później krytycznie (czy też, gdyby to zrobił, entuzjastycznie) ocenić prace tych, jak się okazało, kanalii. Jego druzgocąca ocena oparta musi być na sugestiach tych, którzy wtedy, inaczej niż on, doskonale wiedzieli, co się dzieje.
I tu pojawia się kwestia bycia przyzwoitym. Kwestia dotycząca zarówno Prezesa jak i tych potencjalnych suflerów. Prezesa bo zapomniał on chyba o tym, że wszystkich tych ludzi, co tak ich ostro potraktował, dobrze zna i nie musi do wyrabiania sobie o nich zdania słuchać jakichś trzecich języków. Tym bardziej takich języków, które mogą chlapać we własnym interesie, wcale nie koniecznie tożsamym z interesem Patrii i Prezesa. Po prostu swoim.
Tym bardziej, że ktoś, kto leci szeptać do ucha człowiekowi, który sam przyznaje się do powrotu z jakiejś tam formy niebytu jest ewidentnie podejrzany. Ewidentnie bo to właśnie tak zachowują się szubrawcy.
Dziś Prawo i Sprawiedliwość przyjęło dryf do portu o nazwie „cyrk polityczny”. Dryf, w którym bezrozumnie i bez żenady na pozycji klaunów obsadzane są najpoważniejsze do niedawna postaci z tą partia związane. Na czele nie tylko z Prezesem ale i ze zmarłym Prezydentem Lechem Kaczyńskim.
Co i rusz każdego dnia czytam wypowiedzi osób mniej lub bardziej zbliżonych do jądra partii i samego Prezesa. Wynika z nich, że partia pozbywa się jakichś śmieci, które od zawsze nic nie znaczyły a tylko zawadzały. I czekam kiedy poznam nazwiska tych, którzy tak naprawdę tworzyli tę wartość, która dla mnie choćby stanowiło PiS. I nic. Do głowy mi nie przychodzą inne nazwiska poza tymi, które są poza partią albo zginęły w Smoleńsku. Od biedy przywołałem dwa czy trzy, których jeszcze się nie chce z PiS wyrzucać.
10 kwietnia, gdy przeczytałem po raz pierwszy listę ofiar, pierwsze, co mi w głowie się urodziło, było stwierdzenie, że PiS przestał istnieć. Mało się pomyliłem. Do tego nie wystarczył samolot, który się tam roztrzaskał. Potrzebny był jeszcze Prezes Kaczyński i jego suflerzy wywalający z partii „miernoty”.
Gdyby wypowiedzi Kaczyńskiego i tyrady jego wiernych pretoria dni dzisiejszego brać poważnie, oczywiście z uwagi na logikę ich treści to wniosek z nich byłby jeden. Jarosław Kaczyński zbudował PiS, poprowadził go do władzy i do kolejnych starć politycznych i wyborczych opierając się głownie na miernotach, zdrajcach i szubrawcach.
Może paralela będzie mało pasowna ale tu przejdę do przykładu, którym będzie nie kto inny tylko ja sam. Tez w życiu przeżyłem parę mniej lub bardziej dramatycznych rozstań. Kilka z nich odbyło się w atmosferze gęstej od emocji. Ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy by którakolwiek z tych osób, kobiet, z którymi moje drogi się rozchodziły, publicznie czy choćby w myślach nazywać miernotą czy tez odsądzać od czci i wiary. Mój stosunek do nich pozostał takim jakim był wcześniej. Darzę je miłością i nazywam kobietami mego życia. Bo z jakichś powodów kiedyś tam się nimi stały. A to, co nastąpiło później to inna sprawa. Zawiniona przez tę lub tamta stronę lub po prostu zwykłe ochłodzenie namiętności.
Gdybym teraz próbował rozliczyć moje życie to nawet przez myśl mi by nie przeszło by którąś z kobiet mego życia mniej lub bardziej ostrymi słowami odsądzić od czci i wiary. Wszak wówczas osądziłbym przede wszystkim siebie. I dał dowód tego, że albo nie znam się na ludziach albo znam i z nich wybieram kogoś, kto obiektywnie nie jest godny uwagi, zaufania. Na pewno nie jest godny miłości.
A moje kobiety były i s tego godne. Gdziekolwiek i z kimkolwiek teraz są. I wcale nie przez przypadek dałem im odegrać tak znaczące role w mym życiu.
To, że wolały one czy też ja wolałem dalej jechać samotnie lub w innym towarzystwie to sprawa zupełnie inna. To najzwyczajniej w świecie The Pros and Cons of Hitch Hiking, jazda przez życie, w którym normalnym jest czasem wysiąść albo się przesiąść.
Retoryka, przyjęta wobec konfliktu w PiS jest retoryka skrajnie głupią. Przez to przede wszystkim, że przy jej konstruowaniu nikt chyba nie pomyślał, że konsekwencją będzie uznanie, iż i partia i jej szef mają dziwne upodobanie do otaczania się byle kim. Największym zaś nonsensem jest przedstawianie scenariuszy, wedle których sam szef otoczył się zdrajcami i kanaliami wiedząc już, że to zdrajcy i kanalie.
Oczywiście jest jeszcze jedna możliwość. Prezes nie wiedział. Jest ona oczywiście bardzo prawdopodobna. Wszak prezes przyznał, że wtedy, gdy miały nim te kanalie kręcić, nie wiedział nie tylko tego, że kręcą nim ale w ogóle nie wiedział za bardzo co się z nim działo.
Tyle, że w takiej sytuacji logicznym jest, że Prezes nie miał podstaw by później krytycznie (czy też, gdyby to zrobił, entuzjastycznie) ocenić prace tych, jak się okazało, kanalii. Jego druzgocąca ocena oparta musi być na sugestiach tych, którzy wtedy, inaczej niż on, doskonale wiedzieli, co się dzieje.
I tu pojawia się kwestia bycia przyzwoitym. Kwestia dotycząca zarówno Prezesa jak i tych potencjalnych suflerów. Prezesa bo zapomniał on chyba o tym, że wszystkich tych ludzi, co tak ich ostro potraktował, dobrze zna i nie musi do wyrabiania sobie o nich zdania słuchać jakichś trzecich języków. Tym bardziej takich języków, które mogą chlapać we własnym interesie, wcale nie koniecznie tożsamym z interesem Patrii i Prezesa. Po prostu swoim.
Tym bardziej, że ktoś, kto leci szeptać do ucha człowiekowi, który sam przyznaje się do powrotu z jakiejś tam formy niebytu jest ewidentnie podejrzany. Ewidentnie bo to właśnie tak zachowują się szubrawcy.
Dziś Prawo i Sprawiedliwość przyjęło dryf do portu o nazwie „cyrk polityczny”. Dryf, w którym bezrozumnie i bez żenady na pozycji klaunów obsadzane są najpoważniejsze do niedawna postaci z tą partia związane. Na czele nie tylko z Prezesem ale i ze zmarłym Prezydentem Lechem Kaczyńskim.
Co i rusz każdego dnia czytam wypowiedzi osób mniej lub bardziej zbliżonych do jądra partii i samego Prezesa. Wynika z nich, że partia pozbywa się jakichś śmieci, które od zawsze nic nie znaczyły a tylko zawadzały. I czekam kiedy poznam nazwiska tych, którzy tak naprawdę tworzyli tę wartość, która dla mnie choćby stanowiło PiS. I nic. Do głowy mi nie przychodzą inne nazwiska poza tymi, które są poza partią albo zginęły w Smoleńsku. Od biedy przywołałem dwa czy trzy, których jeszcze się nie chce z PiS wyrzucać.
10 kwietnia, gdy przeczytałem po raz pierwszy listę ofiar, pierwsze, co mi w głowie się urodziło, było stwierdzenie, że PiS przestał istnieć. Mało się pomyliłem. Do tego nie wystarczył samolot, który się tam roztrzaskał. Potrzebny był jeszcze Prezes Kaczyński i jego suflerzy wywalający z partii „miernoty”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)